(et) Etext
home news faq about

I understand, agree to and accept the "Small Print!" statement.

The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski

Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the copyright laws for your country before downloading or redistributing this or any other Project Gutenberg eBook.

This header should be the first thing seen when viewing this Project Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the header without written permission.

Please read the "legal small print," and other information about the eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is important information about your specific rights and restrictions in how the file may be used. You can also find out about how to make a donation to Project Gutenberg, and how to get involved.

**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**

**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**

*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****

Title: Ironia Pozorow

Author: Maciej hr. Lubienski

Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
[Yes, we are more than one year ahead of schedule] [This file was first posted on September 22, 2002]

Edition: 10

Language: Polish

Character set encoding: Unicode UTF-8

  • START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK

    IRONIA POZOROW ***

Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.

"Ironia Pozorów"

Maciej hr. ÅubieÅski

PROLOG

DniaÅo...

Leniwo, sennie pierzchaÅy mgÅy przezrocze, tulÄce siÄ dotÄd w niemej pieszczocie do Åcian wielkiego grodu i wodnej, pÅynÄcej u stóp jego fali.

Wreszcie - znikÅy...

Na wzgórzu ukazaÅo siÄ miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi gmachami i zÅ&fraq14;óÅkÅÄ zieleniÄ ogrodów przejrzaÅo siÄ dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotaÅ równoczeÅnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego Åwitu.

Na poddaszach krytego cegÅÄ staromiejskiego domku nieprzesÅoniÄte niczem okno jedno zaÅmiaÅo siÄ weselej od innych do matowego porannego ÅwiatÅa. Ciekawie do wnÄtrza facyatki wÅliznÄÅ siÄ brzask smÄtny.

W pokoiku, o paru najniezbÄdniejszych tylko sprzÄtach, na razie nie byÅo nikogo.

PoÅciel nienaruszona bieliÅa siÄ doÅÄ schludnie, wszystko wokoÅo zaÅ wskazywaÅo wyraźnie, iÅ&fraq14; wÅaÅciciela siedziby tej od wczoraj juÅ&fraq14; nie byÅo, puls bowiem kieÅkujÄcej tu jakiegoÅ jednego Å&fraq14;ycia, zastygÅy w panujÄcym wszÄdzie nieporzÄdku, wyraźnie oczekiwaÄ siÄ zdawaÅ cierpliwie na swego pana i wÅadcÄ.

Tymczasem zaÅ tylko po niezamiecionych kÄtach bÅÄkaÅy siÄ pustka i nuda, a nietrudno byÅo domyÅleÄ siÄ, Å&fraq14;e bieda w swej ziemskiej wÄdrówce zaglÄdaÄ tu nieraz musiaÅa...

GoÅcinÄ jej bowiem zdradzaÅo tutaj - wszystko. A wiÄc i uboÅ&fraq14;yzna mebli i atmosfera jakaÅ duszna, wreszcie to coÅ niewidzialnego, nieokreÅlonego, z kÄtów, ze Åcian, zewszÄd, wyzierajÄcego, co, jak widma cieÅ, szeptem jakby, mówi wciÄÅ&fraq14; o sobie i Åzawo siÄ skarÅ&fraq14;y.

W przedziwnie zgodnej, panujÄcej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii i smutku, dźwiÄczaÅa jednak, drgaÅa, niby uÅmieszek radosny, jasny, nuta weselsza. ByÅa zaÅ niÄ stojÄca w rogu pokoju, na komódce staroÅwieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna fotografia gabinetowa mÅodej dziewczyny, ku której z obok stojÄcej szklaneczki maÅej wychylaÅa siÄ pieszczotliwie w rozkwicie swym Åliczna aksamitna pÄsowa ÅwieÅ&fraq14;a róÅ&fraq14;a.

DziewczÄ i róÅ&fraq14;a patrzyÅy na siebie, lecz królowa kwiatów z sÄsiedztwa swego dumnÄ byÄ tylko mogÅa.

Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglÄdaÅa na Åwiat duÅ&fraq14;emi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zaklÄty w rysach i ukÅadzie caÅej postaci nieujÄty jakiÅ wdziÄk - ta siÅa najwiÄksza kobiety, oporna na lata i burze Å&fraq14;ycia, ÅwieÅ&fraq14;a zawsze, jak kwiecie wiosny - szÅa na widza i chwytaÅa go za serce, czarujÄc natychmiast swem sÅabem bÄdź co bÄdź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.

Odosobnienie zaÅ wyraźne rogu izdebki, gdzie staÅa fotografia, od otaczajÄcych i rozrzuconych po pokoju sprzÄtów, oraz pewna czystoÅÄ staranna, cechujÄca to miejsce - ÅwiadczyÅy sobÄ równieÅ&fraq14; aÅ&fraq14; nadto, Å&fraq14;e nieobecny wÅaÅciciel mieszkanka tego dbaÅ wielce o ten zakÄtek, zdradzajÄc przytem, Å&fraq14;e i on w biedzie swej miaÅ moÅ&fraq14;e jakÄÅ chwilkÄ jasnÄ, jakieÅ swoje marzenie!...

Tak, niewÄtpliwie!...

SiÅa bowiem jakby ukryta, a nieujÄta jednoczeÅnie i dziwna, biÅa od tego kÄcika pamiÄtek; zdawaÅ siÄ byÄ on jedynym uÅmiechem smutnego zkÄdinÄd tu bytu i jedyna równieÅ&fraq14; kapliczka, nikÅego zÅudnego zapewne jakiegoÅ szczÄÅcia, ale zawsze - szczÄÅcia.

W szarÄ nÄdzÄ istnienia "pana", zamkniÄtej w tych Åcianach biedy, Å&fraq14;ycie wplÄtaÅo widaÄ jakÄÅ niÄ zÅotÄ, rzuciÅo na osÅodÄ hojnie i litoÅciwie pÄk duchowych promieni!...

Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywaÅo nic zgoÅa... Przez maÅe okienko widaÄ tu byÅo spiÄtrzone dachy z czerwonej cegÅy, kominy; dalej, w dole, srebrzyÅa siÄ rzeka, a Årodkiem niej cicho sunÄÅa wÅaÅnie berlinka, zdÄÅ&fraq14;ajÄc ku miejskiej przystani.

Z wieÅ&fraq14;y którejÅ z poblizkich ÅwiÄtyÅ w ogólnem milczeniu melodyjnie rozlegÅ siÄ niebawem dźwiÄk sygnaturki porannej. Monotonne nieco popÅynÄÅo w dal echo z dzwonu, a zawtórowaÅy mu wkrótce Åwistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, pÅynÄce zewszÄd odgÅosy.

Powolnie budziÅo siÄ juÅ&fraq14; miasto.

KrÄtymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdÄÅ&fraq14;aÅ krokiem równym i szybkim ku opisanej powyÅ&fraq14;ej siedziby swojej mÅody mÄÅ&fraq14;czyzna, rosÅy i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miÄkki kastrowy kapelusz, nadajÄcy Åniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny typ jakby poÅudniowca z Zachodu. SzedÅ on, pogwizdujÄc z cicha, z rÄkami w kieszeniach, zamyÅlony, a po wyminiÄciu kilku przechodniów, skrÄciwszy w uliczkÄ wÄzkÄ i gÅuchÄ, znalazÅ siÄ na niej sam zupeÅnie.

Po chwili jednak z poza wÄgÅa staroÅwieckiego domu, tworzÄcego róg tej ulicy, wysunÄÅa siÄ pewna postaÄ i poczÄÅa iÅÄ w Ålad za nim.

ByÅa to biedna jakaÅ babina, a snaÄ nieco podpita, bo zataczajÄc siÄ z lekka, krzykliwie podÅpiewywaÅa coÅ sobie. MaÅa, krÄpa, okrÄcona czerwonÄ weÅnianÄ chustkÄ i w takiejÅ&fraq14;e spódnicy, koÅysaÅa siÄ ona zabawnie, przystajÄc co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykrÄcajÄc siÄ na jednej nodze.

W swe koÅciste rÄce spódnicÄ ujmowaÅa przytem pociesznym ruchem, a z peÅnÄ komizmu gracyÄ unoszÄc jÄ wyraźniej i gÅoÅniej powtarzaÅa ostatniÄ piosenki zwrotkÄ, i szÅa dalej, aby w parÄ minut ponownie wykonaÄ teÅ&fraq14; same identycznie produkcye.

IdÄcy ulicÄ mÄÅ&fraq14;czyzna przystanÄÅ i patrzaÅ ciekawie na babinÄ, wkrótce jednak, znudzony, obojÄtnie odwróciÅ siÄ i poczÄÅ iÅÄ dalej.

W tej samej chwili posÅyszaÅ za sobÄ woÅanie:

  • Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...

MÅody czÅowiek odwróciÅ siÄ i ujrzaÅ zmierzajÄcÄ ku niemu kobiecinÄ; trzymaÅa coÅ w rÄku i kiwaÅa naÅ. Zdziwiony podszedÅ bliÅ&fraq14;ej i zapytaÅ:

  • CóÅ&fraq14; to, czegóÅ&fraq14; ode mnie chcecie?

Babina zaÅ, podajÄc mu jakiÅ przedmiot, objaÅniÅa:

  • A dyÄ zgubiliÅta to panoczku!... Przez maÅa psewróciÅabym se bez tÄ torbÄ...

Nieznajomy machinalnie ujÄÅ w rÄkÄ, co mu dawano.

TrzymaÅ pugilares duÅ&fraq14;y, ciÄÅ&fraq14;ki i elegancki; byÅ on ze skóry koloru wiÅniowego i mile dotkniÄciem swem pieÅciÅ.

Na ten widok zarumienione od porannego chÅodu oblicze mÅodzieÅca zbladÅo, rÄka mu zadrÅ&fraq14;aÅa nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszyÅy siÄ niedostrzegalnie, zamarÅy, jakby niewypowiedziane jakieÅ sÅowa.

JednoczeÅnie spojrzenie jego duÅ&fraq14;ych ciemnych oczu obrzuciÅo badawczo uliczkÄ: wokóŠnie byÅo nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzyÅy przed siebie martwem okiem - w ciszy uÅpienia jeszcze drzemaÅo tu miasto.

Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczÄÅ z kolei na twarzy stojÄcej przed nim kobieciny, i zatrzymaÅ siÄ na niej dÅugÄ chwilÄ...

ZdawaÅa siÄ ona byÄ ze wsi, a Bogu duszÄ winna, ucieraÅa w tej chwili swój nos zamaszyÅcie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu wÅaÅciwym sposobem, mrugajÄc równoczeÅnie maÅemi, zaszÅemi krwiÄ, jak u królika, oczkami. NiewÄtpliwie byÅa przytem poweselaÅÄ od trunku, a nie pijanÄ przed chwilÄ widaÄ ÅpiewajÄcÄ tylko - tak sobie, gwoli zadoÅÄuczynienia nastrojowi swemu, czy teÅ&fraq14; moÅ&fraq14;e zbytkowi przyrodzonego temperamentu.

  • DziÄkujÄ wam! - Lakonicznie rzuciÅ nagle nieznajomy, prosto w piegowatÄ i czerwonÄ twarz babiny i odwróciwszy siÄ z poÅpiechem, podniósÅ koÅnierz paltota, wtuliÅ w niego gÅowÄ, nasunÄÅ na oczy kapelusz i poczÄÅ iÅÄ bardzo szybko, wkrótce zaÅ puÅciÅ siÄ prawie Å&fraq14;e biegiem.
  • A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemajÄca,
  • zawyrokowaÅa gÅoÅno do siebie, wzruszajÄc ramionami, kobiecina.

Raźno z miejsca ruszyÅa i ÅpiewaÄ znowu poczÄÅa, echo zaÅ jej piosenki, odbiwszy siÄ o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta - pognaÅo za niknÄcym juÅ&fraq14; w gÅÄbi uliczki mÄÅ&fraq14;czyznÄ, ostatniÄ swÄ, dwukrotnie powtórzonÄ, zwrotkÄ:

                  "A kto kocha, ten jest zdrów,
                   A kto kocha -  ten jest zdrów..."

ZgrzytnÄÅ klucz w zamku cichej facyatki, otworzyÅy siÄ gwaÅtownie drzwiczki, i na progu stanÄÅ wÅaÅciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywoÅanego prÄdem powietrza, zadrÅ&fraq14;aÅy firanki u maÅego okienka, ze szklanego zaÅ kielicha pochyliÅa siÄ ku fotografii mÅodej dziewczyny róÅ&fraq14;a aksamitna, jakby pragnÄc z niÄ wspólnie powitaÄ pana swego.

  • Nareszcie!... - wyszeptaÅy z ulgÄ usta przybyÅego i ruchem nerwowym, zamknÄwszy cicho drzwi za sobÄ, przekrÄciÅ klucz w zamku.

Rzecz dziwna - natychmiast w czterech Åcianach smutnej dotÄd izdebki zrobiÅo siÄ jakoÅ weselej i jaÅniej!...

MÅodoÅÄ bowiem i siÅa szÅy, biÅy od mÅodego mieszkaÅca facyatki, i niby brakujÄcy promieÅ ÅwiatÅa, oÅ&fraq14;ywiÅy, zda siÄ, wnÄtrze poddasza.

Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesÅo, mÅodzieniec bacznie rozejrzaÅ siÄ po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coÅ rozwaÅ&fraq14;ajÄc, pozostaÅ w pozycyi stojÄcej dÅuÅ&fraq14;szÄ chwilÄ.

PoruszyÅ siÄ jednak niebawem i podszedÅ do drzwi, nadsÅuchujÄc równoczeÅnie. Postawszy zaÅ tam minut parÄ, zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ nastÄpnie do okna, a wpatrzywszy siÄ w nie przez sekundÄ moÅ&fraq14;e, po krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuÅciÅ roletÄ.

Szarawa ciemnoÅÄ zalegÅa izdebkÄ.

MÅodzieniec podszedÅ do kanapy, przed którÄ staÅ stoliczek mahoniowy, i usiadÅ. Wkrótce w ciszy rozlegÅ siÄ zgrzyt zapaÅki. Po chwili maÅa lampka oÅwietlaÅa juÅ&fraq14; poddasze, mÅody czÅowiek zaÅ, raz jeszcze obejrzawszy siÄ wkoÅo, szybko, siÄgnÄÅ do kieszeni swego ubrania.

Nerwowo, Åpiesznie wydobyÅ stamtÄd wrÄczony niedawno portfel skórzany i, z bÅyskiem ciekawoÅci w oczach roztworzywszy go, poÅoÅ&fraq14;yÅ na stole.

Z szeÅciu, zapiÄtych maÅemi klapkami, przedziaÅów zÅoÅ&fraq14;ony, z wielkÄ spodniÄ, idÄcÄ przez caÅÄ dÅugoÅÄ jego kieszeniÄ, w oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeÄ siÄ zdawaÅ na siedzÄcego mÄÅ&fraq14;czyznÄ...

RÄce jego jednak, dotknÄwszy siÄ tylko pobieÅ&fraq14;nie wypeÅnionych kryjówek, zatrzymaÅy siÄ chwilÄ bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbiÅo zdumienie, poÅÄczone jakby z przestrachem.

  • Jak to, wiÄc tak duÅ&fraq14;o tu czegoÅ? -mówiÅy wyraźnie wielkie, wyrazu peÅne oczy mÅodzieÅca, i jednoczeÅnie pytaÄ siÄ zdawaÅy niepewne: - Czy tylko to aby pieniÄdze?..

I dziwna reakcya odbywaÅa siÄ w duszy jego.

Gdy krÄtemi uliczkami leciaÅ do swego mieszkanka, paliÅa go chÄÄ ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... LÄk oto jakiÅ niewytÅumaczony zawÅadnÄÅ nim nagle.

Przeczucie mówiÅo mu wyraźnie, Å&fraq14;e tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od oczu ludzkich, mieÅciÅ siÄ majÄtek moÅ&fraq14;e, tkwiÅ pieniÄdz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczÄÅcia, drzemaÅa Åwiata tego potÄga - zÅoto...

A jednak nie poruszyÅ on dotÄd wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, które czekaÄ siÄ zdawaÅy tylko dotkniÄcia jego, czuÅ dobrze, zdawaÅ sobie on sprawÄ z czegoÅ innego równieÅ&fraq14;.

To byÅa wÅasnoÅÄ cudza!...

UpomnÄ siÄ o niÄ niewÄtpliwie; on zaÅ, nie wiedzÄc, co siÄ tam znajduje, moÅ&fraq14;eby mógÅ jeszcze, pomimo swej nÄdzy, zwróciÄ wÅaÅcicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy rÄce w zawartoÅci jego?

Z rÄkÄ na portfelu opartÄ mÄÅ&fraq14;czyzna zamyÅliÅ siÄ bardziej jeszcze.

Wszak, choÄ z pozoru wesóŠi syty, nie posiadaÅ on w istocie na razie zÅamanego szelÄga przy duszy. Ostatnie pieniÄdze wydaÅ na bilet kolejowy, który pozwoliÅ mu wróciÄ w Åciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwiÄzanej z nadziejÄ otrzymania posady.

Nie otrzymaÅ jej - wracaÅ z niczem; gÅodne dzisiaj juÅ&fraq14; teraz pytajÄco zaglÄdaÅo mu w oczy zimnem nieubÅaganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

MÅodzieniec zerwaÅ siÄ z kanapki i przebiegÅ pokój kilka razy. Nagle, wytrzymaÄ snadź juÅ&fraq14; nie mogÄc, pochwyciÅ w drÅ&fraq14;Äce rÄce leÅ&fraq14;Äcy portfel i rozpiÄÅ ruchem gwaÅtownym po kolei wszystkie jego kieszonki...

I oto z jednego przedziaÅu natychmiast z przyciszonym brzÄkiem posypaÅy siÄ na wyszarzaÅÄ serwetÄ stolika rulony zÅota, bÅyszczÄce, nowe - zamigotaÅy w niepewnem Åwietle lampy i uÅoÅ&fraq14;yÅy siÄ cicho... W Ålad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypadÅy pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunÄÅy siÄ do poÅowy wielkie kwadraty piÄÄsetrublówek!...

WiÄc nie byÅo to urojeniem, marzeniem, mrzonkÄ!.. RzeczywiÅcie zatem drzemaÅ tu pieniÄdz w swym majestacie!..

MÅody czÅowiek odskoczyÅ od stoÅu i wpatrzyÅ siÄ w nagromadzonÄ kupÄ grosza.

Na twarz jego wystÄpiÅ wyraz chciwoÅci i oszpeciÅ jÄ, oczy gÅÄbokie, duÅ&fraq14;e, przybraÅy poÅysk koci i wpiÅy siÄ uporczywie w banknoty i zÅoto.

Po chwili zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ ponownie do stolika. LubieÅ&fraq14;nym ruchem swej delikatnej rÄki przesunÄÅ po nagromadzonych pieniÄdzach, a po ciele jego równoczeÅnie przeleciaÅ dreszcz.

Jak wÅosy piÄknej kobiety, jak ciaÅo jej zmysÅowe, aksamitne, pieÅciÅy go banknoty... ZanurzyÅ rÄkÄ gÅÄbiej i dotknÄÅ siÄ zÅota.

Z cichym brzÄkiem rozsypaÅo siÄ ono w strumyk bÅyszczÄcy, a nim do gÅÄbi ponownie wstrzÄsnÄÅ dreszcz.

Nigdy w Å&fraq14;yciu swem nie miaÅ tyle pieniÄdzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwracaÅa siÄ od niego, szczÄÅcie dotychczas uciekaÅo odeÅ równieÅ&fraq14;, jak od zapowietrzonego, pieniÄdz zaÅ, drwiÄco unoszÄc siÄ w niedostÄpnych dlaÅ wyÅ&fraq14;ynach, niepochwytny, szyderczy - stroniÅ od niego stale.

MÅodzieniec przesuwaÅ wciÄÅ&fraq14; machinalnie rÄkÄ po storublówkach. Przed oczyma migaÅy mu wizerunki, podpisy na banknotach, zÅote imperyaÅy zimnym dotykiem gÅaskaÅy jego dÅoÅ...

Wyrwawszy rÄkÄ wreszcie z pieszczotliwego uÅcisku zÅota, mÄÅ&fraq14;czyzna pochwyciÅ nagle pliki storublówek i liczyÄ poczÄÅ.

DrÅ&fraq14;Äce rÄce jego braÅy i porzucaÅy co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony dźwiÄk monety zagraÅy w ciszy izdebki, zdziwiÅy te biedne Åciany, tak zdawna odwykÅe od brzÄku pieniÄdzy, wyganiajÄc, zdawaÅo siÄ, biedÄ, przykucÅÄ gdzieÅ w kÄcie, z legowiska swego. I widmo jej w Åachmanach zniknÄÅo przestraszone, wygnane szmerem poddanych ZÅotego Cielca - umknÄÅo, szukajÄc gdzie indziej schronienia.

A mÅody czÅowiek wciÄÅ&fraq14; liczyÅ... Teraz dÅoÅ jego dotykaÅa zwitka piÄÄsetrublówek. ByÅo ich dwadzieÅcia.

Ciemny rumieniec powoli wystÄpowaÅ na ÅniadÄ twarz mÅodzieÅca, oczy zaÅ jego paliÅy siÄ bezustannie chciwoÅci niezdrowym blaskiem.

W papierach i zÅocie, z pewnÄ, drobnÄ tylko róÅ&fraq14;nicÄ, byÅo wszystkiego dwadzieÅcia siedem tysiÄcy.

MÅodzieniec odstÄpiÅ od stoÅu i wolno z rozmysÅem poczÄÅ przechadzaÄ siÄ po izdebce.

  • DwadzieÅcia i siedem tysiÄcy!.. DwadzieÅcia i siedem...

PowtarzajÄc siÄ bezustanku, w gÅowie jego huczaÅa i wracaÅa myÅl jedna, a dziesiÄtki innych ginÄÅy, topiÅy siÄ tylko w niej, jak w chaosie, zanikaÅy - milkÅy...

On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzÄtów wokoÅo, nie posiadaÅ nic na Åwiecie, on - za jednym zamachem mógÅ staÄ siÄ oto wÅaÅcicielem owych, rozsypanych przed nim pieniÄdzy?..

MÅodzieniec zadrÅ&fraq14;aÅ.

  • A moralnoÅÄ? a etyka? To wÅasnoÅÄ nie twoja, to zguba czyjaÅ tylko, ty powinieneÅ pieniÄdz ten zwróciÄ, zwróciÄ, zwróciÄ!.. jak rój owadów nagle zabrzmiaÅy w uszach mÄÅ&fraq14;czyzny jakieÅ szepty i gÅosy.
  • OddaÄ? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwiÅ rozsÄdek zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - ZnalazÅeÅ
  • to twoje! A zresztÄ, gdyby to samo, co ty, znalazÅ byÅ kto inny, czy myÅlisz, Å&fraq14;e postÄpiÅby on inaczej?
  • OddaÅby, oddaÅ na pewno, bo chciaÅby pozostaÄ uczciwym!.. - silny gÅos prawoÅci rozlegÅ siÄ ÅmiaÅo w duszy mÄÅ&fraq14;czyzny.

WstrzÄsnÄÅ siÄ mÅody mieszkaniec facyatki i przetarÅ rÄkÄ czoÅo, po chwili zaÅ zmÄczony usiadÅ na jednym z koszlawych fotelików i, podparÅszy gÅowÄ dÅoniÄ, zadumaÅ siÄ gÅÄboko.

A rozum drwiÅ dalej bezlitoÅnie, zjadliwie, sÄczÄc siÄ kroplami ironii:

  • Nie sÅuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptaÅ. - UczciwoÅÄ - frazesa!.. KtóÅ&fraq14; naprawdÄ uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj siÄ tylko i wpatrz uwaÅ&fraq14;nie w ludzi, walczÄcych o byt obok ciebie. CzyÅ wreszcie, jak chcesz... odtrÄÄ Åaskawy uÅmiech fortuny!..

Los, odbierajÄc moÅ&fraq14;e naumyÅlnie drugiemu, co miaÅ zanadto w swym trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyÄ ciebie, nie chcesz-li?

  • Ha, to bÄdź sobie zatem wspaniaÅomyÅlnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z gÅodu, bÄdź gÅupim!.. Ale pamiÄtaj, Å&fraq14;e gorzkiemi Åzami Å&fraq14;aÅowaÄ kiedyÅ bÄdziesz chwili swojego szaÅu - pamiÄtaj, Å&fraq14;eÅ biednym!

ZaÅmiaÅ siÄ jeszcze rozum szyderczo i umilkÅ, mÄÅ&fraq14;czyzna zaÅ, zadumany, pochyliÅ siÄ na krzeÅle, jakby przygnieciony do ziemi, oparÅszy przytem Åokcie na kolanach, ukryÅ twarz w dÅonie.

Tak, niestety, byÅ on biednym!..

Straciwszy matkÄ lat temu parÄ, uczyÅ siÄ nastÄpnie za granicÄ: w Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wyksztaÅcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydowaÅ siÄ rok temu wÅaÅnie powróciÄ do miasta, gdzie ujrzaÅ byÅ ÅwiatÅo dzienne, by zbliÅ&fraq14;yÄ siÄ do dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nieÅ&fraq14;yjÄcego juÅ&fraq14; ojca.

W mÅodzieÅczej wyobraźni studenta roiÅa siÄ nawet podówczas nadzieja ÅmiaÅa owÅadniÄcia sercem starego bogacza, aby po najdÅuÅ&fraq14;szem Å&fraq14;yciu zapisaÅ mu mienie.

Tembardziej zatem ÅpieszyÅ siÄ z swoim wyjazdem, lecz przybyÅ za późno niestety; stryja swego juÅ&fraq14; nie zastaÅ.

ÅoÅ&fraq14;Äcy tylko z obowiÄzku na studya bratanka, a nie przywiÄzany doÅ zgoÅa innym, serdeczniejszym wÄzÅem, parÄ tygodni temu wÅaÅnie starzec przeniósÅ siÄ byÅ do wiecznoÅci, zapisawszy caÅy majÄtek na dobroczynne cele.

Nie zastawszy wiÄc w mieÅcie nikogo na razie, kto by go znaÅ lub pamiÄtaÅ, odwaÅ&fraq14;nie z biedÄ wziÄÅ siÄ on wówczas za bary.

PrzepisywaÅ referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawaÅ lekcye, czyniÅ, co tylko mógÅ i zdobywaÅ miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj niegoÅcinnym stole...

0 chÅodzie i gÅodzie mijaÅy mu w ten sposób dnie caÅe, gorycz jednak do Å&fraq14;ycia, w walce o byt ciÄgÅej, nie rozgaszczaÅa siÄ w duszy jego, nie majÄcego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorÄczce zarobku analizowaÄ ciemnych stron swego Å&fraq14;ywota. MiesiÄcy parÄ temu dopiero siÅa okolicznoÅci i ludzi, o których ocieraÄ siÄ poczÄÅ, Å&fraq14;al wykluÅ mu siÄ w duszy do Åwiata, sÄczÄc z niej niezadowolenie i gorycz.

Traf Ålepy zrzÄdziÅ pewnego dnia, iÅ&fraq14; spotkaÅ rówieÅnika swego z lat dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, mÅody mieszkaniec poddasza zmarszczyÅ brwi i zamyÅliÅ siÄ jeszcze gÅÄbiej, niÅ&fraq14; przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziÅ bywalec stolicznych salonów, chÅopiec zamoÅ&fraq14;ny, zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ do niego pierwszy wówczas. ByÅo to podczas karnawaÅu, w zimie, w jednej z kawiarÅ, bardziej uczÄszczanych w mieÅcie.

Po dÅuÅ&fraq14;szej gawÄdzie i rozpamiÄtywaniu mÅodzieÅczych lat ubiegÅych, Edumund R-ski rzekÅ mu wtedy:

  • Wiesz co, mój drogi? Dobrze siÄ nazywasz, Åadne masz maniery, które pozostaÅy ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowaÅbym ci coÅ... tylko nie obraź siÄ na mnie przypadkiem... Gdyby ciÄ tak ubraÄ elegancko, bardzo dobry i okazaÅy byÅby z ciebie tancerz... He, cóÅ&fraq14; ty na to? Proszony wÅaÅnie jestem o mÅodzieÅ&fraq14; do paÅstwa W. na bal, pojutrze, chodź ze mnÄ... Siedzisz i marnujesz siÄ gdzieÅ w kÄcie, qui lo sa, przystojnym jesteÅ, a nuÅ&fraq14; podobasz siÄ komu?.. Ja ci pomogÄ i uÅatwiÄ wszystko...

Od sÅowa do sÅowa, daÅ siÄ namówiÄ wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna poÅ&fraq14;yczkÄ, wyekwipowaÅ siÄ i poszedÅ na bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadziÅ rzecz caÅÄ bardzo zrÄcznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie omieszkaÅ przypomnieÄ wszystkim z osobna o stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a takÅ&fraq14;e o rodzicach, ongi, przed laty, zamoÅ&fraq14;nych i wpÅywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i miÅego tancerza zapraszaÄ poczÄto chÄtnie, tembardziej, iÅ&fraq14; powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.

MÅody mieszkaniec skromnego poddasza poruszyÅ siÄ niespokojnie na krzeÅle i spojrzaÅ przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia wÅasne.

Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestÄpiÅ on zaczarowany dlaÅ dotÄd próg salonów i zapamiÄtale bawiÄ siÄ poczÄÅ. Å»ycie, które prowadziÅ, upajaÅo go. Niepomny jutra - szalaÅ.

TrwaÅo to tygodni parÄ, i nagle skoÅczyÅo siÄ wszystko... Edmund R-ski, wezwany telegraficznie do umierajÄcej siostry za granicÄ, wyjechaÅ, pieniÄdze wyczerpaÅy siÄ równoczeÅnie, a zaniedbana czasowo jego wÅasna zarobkowa praca wysunÄÅa mu siÄ z rÄk; ktoÅ inny, takÅ&fraq14;e potrzebujÄcy biedak, zastÄpiÅ go.

W okienko facyatki karnawaÅowicza zajrzaÅ gÅód; po wizytach i balach pozostaÅ w pamiÄci jego tylko chaos ogólny - wraÅ&fraq14;enie chwil rozkosznie jakby przeÅnionych, i jedno wspomnienie trwaÅe.

Oczy mÅodego mÄÅ&fraq14;czyzny zadumane, w tej chwili bÅyszczÄce i jakby tkliwe, skierowaÅy siÄ w róg izdebki, gdzie w póÅÅwietle lampy majaczyÅa fotografia.

NabyÅ jÄ u fotografa i niemal codziennie stroiÅ w kwiaty; przedstawiaÅa zaÅ ona eleganckÄ pannÄ z towarzystwa, córkÄ ukraiÅskiego magnata, bÅyszczÄcÄ ubiegÅego karnawaÅu w salonach piÄknoÅciÄ, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którÄ pokochaÅ uczuciem miÅoÅci pierwszej - prawdziwej.

Dla niej rzuciÅ siÄ w wir czczych zabaw bez Årodków po temu, bez pamiÄci...

OdepchniÄtemu twardÄ rÄkÄ biedy od rydwanu bawiÄcego siÄ Åwiata - przesÅoniÄtego w pamiÄci jego gazÄ uÅudnÄ, mieniÄcego siÄ setkami odcieni i blasków - pozostaÅy tylko wspomnienia drÄczÄce, rozkoszne, kilkunastu rozmów, taÅców, uÅcisków dÅoni, spojrzeÅ... i - nabyta za pieniÄdz wÅasny fotografia piÄknej dziewczyny.

Mydlana baÅka zÅudna - marzenie!..

SiedzÄcy wciÄÅ&fraq14; w zamyÅleniu przed stolikiem mÅodzieniec gÅowÄ pochyliÅ i ponownie ukryÅ jÄ w dÅonie. Niby na jawie, przed oczyma Å&fraq14;ywo stanÄÅ mu bal ostatni... W jarzÄcej siÄ ÅwiateÅ powodzi, wÅród koÅyszÄcych siÄ w takt melodyjnego walca par, sunÄli oni wówczas po szklistej posadzce salonów...

Ona miaÅa spuszczonÄ gÅówkÄ cudnÄ i opieraÅa siÄ z wdziÄkiem na jego ramieniu, on zaÅ, tulÄc nieznacznie tancerkÄ swÄ do piersi, poÅ&fraq14;eraÅ wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyjÄ ksztaÅtnÄ, a dÅugÄ i giÄtka, jak kwiat, o Åodydze wysokiej.

Od czasu do czasu piÄkna panna wznosiÅa na niego swoje gÅÄbokie, mieniÄce siÄ Åºrenice, i spojrzenia ich spotykaÅy siÄ na chwilÄ...

Potem Åliczne dziewczÄ przykrywaÅo znów oczy dÅugiemi rzÄsami; on rzucaÅ sÅówko, przyciskaÅ machinalnie kibiÄ jej do siebie, czekajÄc ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyÅo siÄ w balowej sali...

To muzyka ustaÅa byÅa, a oni walcowali jeszcze, ciÄgle przytuleni do siebie - zroÅli skrytem jakby pragnieniem.

Później odprowadziÅ znuÅ&fraq14;onÄ swÄ tancerkÄ, a ona leciuteÅko, dziÄkczynnie paluszkami drobnemi ÅcisnÄÅa jego dÅoÅ...

MÅodzieniec zerwaÅ siÄ z krzesÅa, potrÄciÅ je gwaÅtownie, i duÅ&fraq14;ymi krokami zaczÄÅ przebiegaÄ szybko swój pokoik. JednoczeÅnie z wyrazem miÅoÅci bezgranicznej spojrzenie jego pobiegÅo do komódki maÅej, gdzie staÅa fotografia z róÅ&fraq14;Ä.

Z krysztaÅowego kielicha delikatnie wychylaÅ siÄ kwiat purpurowy, dotykajÄc warg prawie dziewczyny. Usteczka jej maÅe uÅmiechaÅy siÄ rozkosznie, pocaÅunku zda siÄ spragnione...

MÅody czÅowiek pozostawaÅ chwilÄ w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez siÄ kÄcika izdebki, aÅ&fraq14; wreszcie powoli wzrok swój przeniósÅ w stronÄ stolika, gdzie leÅ&fraq14;aÅy cicho banknoty i zÅoto.

Wyraz marzenia, ekstazy bÅyskawicznie znikÅ z jego oblicza - przypomniaÅ sobie chwilÄ obecnÄ.

Zwolna do stolika zbliÅ&fraq14;aÄ siÄ poczÄÅ; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieniÄdzach, jednoczeÅnie myÅlaÅ:

  • Niemi tylko moÅ&fraq14;e zdobyÄ bym mógÅ swe marzenie, one pozwolÄ mi i uÅatwiÄ zbliÅ&fraq14;enie do ukochanej! A potem...

I mimo woli znowu spojrzaÅ mÅodzieniec w róg pokoiku.

Oczy dziewczyny kuszÄce patrzyÅy zalotnie, paliÅy go, obiecywaÄ siÄ zdawaÅy rozkoszy uÅudÄ, miÅoÅÄ - szczÄÅcie!.. Rumieniec oblaÅ twarz mÄÅ&fraq14;czyzny.

  • Ach, mieÄ jÄ, posiadaÄ, i Å&fraq14;yÄ jej Å&fraq14;yciem, zlaÄ siÄ z niÄ istnieniem i duszÄ!.. - zawirowaÅa mu w gÅowie myÅl uporczywa.
  • PrzecieÅ&fraq14; to córka magnata; ksiÄÅ&fraq14;Äta, hrabiowie ubiegajÄ siÄ o niÄ, czemÅ&fraq14;e ty jesteÅ dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - uspakajaÅa mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, Å&fraq14;e pieniÄdzy tych oto posiÄdziesz wiele... wiele...
  • Z maÅych strumieni tworzÄ siÄ rzeki; weź to, a moÅ&fraq14;e ci wiÄcej przybÄdzie!.. - szepnÄÅ rozum podstÄpnie.

MÅody mieszkaniec facyatki schwyciÅ siÄ nagle za gÅowÄ.

BoÅ&fraq14;e, BoÅ&fraq14;e! - wyszeptaÅ - cóÅ&fraq14; jednak uczyniÅo ze mnie to, tak krótkie zetkniÄcie siÄ z Åwiatem zbytku, to zbratanie siÄ, otarcie z ludźmi szychu i zÅota! JakÅ&fraq14;e innym byÅem dawniej! JakÅ&fraq14;e - lepszym!..

MÄÅ&fraq14;czyzna smutnie zwiesiÅ gÅowÄ.

Teraz, przyjrzawszy siÄ niedawno ludziom bogatym, ich trybowi Å&fraq14;ycia, czuÅ w sobie, poza uczuciem miÅoÅci, dziesiÄtki zwiÄzanych z niem pragnieÅ. ZÅoto, ten boÅ&fraq14;ek dumny i wspaniaÅy, przed którym korzyÅy siÄ miliony, olÅniewaÅ go, mamiÅ... Przedsmak zaÅ moÅ&fraq14;liwych w dalekiej przyszÅoÅci bogactw, uÅ&fraq14;ycia, a kto wie, moÅ&fraq14;e znaczenia i wpÅywów, wespóŠz osiÄgniÄciem najprzód ukochanej kobiety, za pomocÄ tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbieraÅ mu równowagÄ duchowÄ, mieszaÅ myÅli.

PorwaÅ siÄ znowu z miejsca i po pokoju biegaÄ poczÄÅ, niebawem jednak rzuciÅ siÄ na krzesÅo, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy siÄ w fotografie ukochanej.

Od czasu do czasu odrywaÅ wzrok od drogich rysów kobiety i przenosiÅ go z wolna na stos banknotów i zÅota. Później spojrzenie jego, wewnÄtrznej pracy myÅli jakby posÅuszne, wracaÅo powtórnie do lubego wizerunku.

Przy samych wargach dziewczyny drÅ&fraq14;aÅ kwiat purpurowy obecnie - dziewczÄ i róÅ&fraq14;a caÅowaÅy siÄ teraz lubieÅ&fraq14;nie...

A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasaÄ poczÄÅa stopniowo, niepewnem, migocÄcem ÅwiatÅem kÅócÄc siÄ jakby z rÄbkiem radosnego sÅoÅca, poprzez rolety zaglÄdajÄcego co chwila do wnÄtrza facyaty.

I póÅcienie jakieÅ, tajemnicze, mgliste wsunÄÅy siÄ równoczeÅnie na poddasze - zaludniÅy cicho puste, zakurzone kÄty jego...

SiedzÄcy mÅody czÅowiek zrywa siÄ nagle z krzesÅa swego.

Bo oto niespodzianie dwoiÄ mu siÄ w oczach zaczyna...

Rozsypane na stole zÅoto zalewa izdebkÄ caÅÄ, a z komódki starej zstÄpowaÄ zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postaÄ... DotykajÄc stopkami drobnemi zÅota, idzie ku niemu ona, z zalotnym uÅmiechem, piÄkna niewinna - chyli siÄ rozkosznie w jego ramiona!..

MÄÅ&fraq14;czyzna ku zjawisku temu wyciÄga instynktownie rÄce, na wpóŠprzytomnie naprzód pochyla...

Lecz oto nagle czar pryska...

WypeÅniajÄca wnÄtrze izdebki zÅocista przestrzeÅ znika, zjawisko eteryczne zaÅ zaczyna oddalaÄ siÄ coraz bardziej, unosi w górÄ, niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wÄÅ&fraq14; ognisty, wije siÄ struga bÅyszczÄca ÅcieÅ&fraq14;ka, dotyka stóp jego - pomostem zÅota ÅÄczÄc go w ten sposób z uchodzÄcym cieniem ubóstwianej przezeÅ kobiety.

Wreszcie znika wszystko.

MÅody mÄÅ&fraq14;czyzna przeciera dÅoniÄ czoÅo, rozglÄda siÄ...

Niema nikogo!

CóÅ&fraq14; to wiÄc byÅo?

Hallucynacya zapewne naprÄÅ&fraq14;onych nerwów i rozigranej wyobraźni, rzucajÄca mu na ekran póÅcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ciÄgle w duszy dziewczÄcia! WpÅyw to rozprzÄÅ&fraq14;onych wraÅ&fraq14;eÅ i myÅli, skutkiem wysiÅku, szumiÄcego jak potok, nawaÅem zwÄtpieÅ i pytaÅ mózgu. Zapewne...

I mÅodzieniec powtórnie przeciera dÅoniÄ zmÄczone czoÅo, a jednoczeÅnie Å&fraq14;aÅuje jakby, Å&fraq14;e widzenie juÅ&fraq14; pierzchÅo. Przed oczyma stoi mu ciÄgle, jak Å&fraq14;ywy, obraz jej, ukochanej - chÅonie w siebie jej postaÄ wdziÄcznÄ, caÅuje myÅlÄ oczy jej i usta.

W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo juÅ&fraq14; który, wzrok jego dotyka banknotów i zÅota, a w duszy bunt mu siÄ zrywa.

  • Jak to?.. On miaÅby odtrÄciÄ od siebie ten grosz, i w ten sposób straciÄ, na zawsze moÅ&fraq14;e, Årodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. ZniszczyÄ bezpowrotnie pomost zÅocisty, ÅÄczÄcy go z niÄ jakby w widzeniu proroczem?

Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bÄdzie...

PieniÄdz ten potroi, majÄtek zrobi, fortunÄ - zÅotem przeÅamie, zwalczy przeszkody wszelkie.

  • ZrobiÄ majÄtek, czyÅ&fraq14; to tak Åatwo? - na dnie duszy gdzieÅ zatajone zwÄtpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudziÄ pragnÄc przedwczesnÄ radoÅÄ.

Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mÄÅ&fraq14;czyzny.

  • Tak, zaiste, prawda, to nie tak Åatwo. Lecz z potÄgÄ pieniÄdzy w dÅoni tak, czy teÅ&fraq14; inaczej, do wszystkiego zawsze dojÅÄ Åacniej w Å&fraq14;yciu; - klucz zÅoty otwiera wszystkie bramy!..

I ostateczna, przeÅomowa walka odbywaÄ siÄ w tej chwili zdaje w duszy mÄÅ&fraq14;czyzny. Na wysokiem czole naprÄÅ&fraq14;ajÄ mu siÄ Å&fraq14;yÅy, oczy ciemniejÄ, a twarz bledszÄ siÄ staje... Z nÄcÄcÄ pokusÄ zawÅadniÄcia cudzem mieniem, po raz ostatni stajÄ do boju wpojone w mÅodocianych latach jeszcze zasady.

PowrotnÄ falÄ z daleka cicho pÅynÄ i pÅynÄ coraz potÄÅ&fraq14;niejsze, bliÅ&fraq14;sze i zalewajÄ stopniowo umysÅ mÅodzieÅca. SzemrzÄ coraz donoÅniej, silniej...

A z przypÅywem ich jednoczeÅnie miÄknÄÄ poczyna coÅ w duchu mÅodego mÄÅ&fraq14;czyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja siÄ stopniowo. Co myÅli, z rysów twarzy odgadnÄÄ jeszcze trudno, domyÅleÄ siÄ jednak moÅ&fraq14;na, Å&fraq14;e poryw jakiÅ, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywaÄ go - w swoje posiadanie bierze.

Po chwili machinalnie ujmuje on w rÄce porzucony na stoliku obok pieniÄdzy pugilares i milczÄc, zgarniaÄ poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.

Przy czynnoÅci zaÅ tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamyÅlony mÅodzieniec odwraca niebawem w dÅoni trzymany portfel, a równoczeÅnie spojrzenie jego pada na coÅ, czego nie zauwaÅ&fraq14;yÅ dotÄd wcale.

W rogu pugilaresu, u góry, maleÅka, dziewiÄciopaÅkowa rzuca mu siÄ w oczy korona hrabiowska; wdziÄcznie granacikami oprawionemi w zÅoto mieni siÄ ona, szyderczo zda siÄ patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchajÄ nagle z rysów mÄÅ&fraq14;czyzny, i rzuca siÄ w tyÅ gwaÅtownie.

Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyÅleniem, zÅowrogim teraz bÅyszczÄ ogniem, a jednoczeÅnie w duszy nastÄpuje momentalnie przewrót nagÅy.

Znowu poczyna biegaÄ po pokoju wzdÅuÅ&fraq14; i wszerz...

I jak kÄpa drzew gdzieÅ w polu samotna, co ugina siÄ pod gwaÅtownym naporem wichru ku ziemi, zwyciÄÅ&fraq14;ona, pokorna - tak duch mÅodzieÅca, miotany ponownie burzÄ myÅli, koÅysaÄ i giÄÄ siÄ poczyna.

Gdy ujrzaÅ on bowiem emblement ludzi utytuÅowanych, Å&fraq14;ywo stanÄÅy mu przed oczyma salony, których miesiÄcy temu parÄ byÅ goÅciem i sylwetki hrabiczów, krÄcÄcych siÄ koÅo jego ukochanej.

Widzi ich jak na dÅoni, wszystkich, niby na jawie!..

Widzi dumnego ojca piÄknej dziewczyny, zazwyczaj traktujÄcego go z góry - dla nich, potomków staroÅ&fraq14;ytnych rodów, chociaÅ&fraq14; czÄstokroÄ biednych - peÅnym uprzejmoÅci wyrafinowanej i uniÅ&fraq14;onej niemal grzecznoÅci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obraÅ&fraq14;anym przez tychÅ&fraq14;e arystokratów, lecz tak zrÄcznie, Å&fraq14;e na pozór nieraz nie moÅ&fraq14;na zda siÄ byÅo winiÄ ich, czynili to bowiem oni, z tÄ subtelnoÅciÄ, oraz jubilerskiem jakby wykoÅczeniem, jak dotknÄÄ potrafiÄ tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."

I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec maÅej izdebki, wzdryga siÄ i wyrzuca szeptem:

  • Jak to? te dwadzieÅcia parÄ tysiÄcy naleÅ&fraq14;y do jakiegoÅ hrabiego? Zatem los Ålepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rÄce czÄÅÄ mienia jednego z tych wÅaÅnie, którym tak czÄsto zazdroÅciÅem bogactwa, znaczenia i tytuÅów!..

I ja, wobec jednostki takiej, miaÅbym graÄ rolÄ szlachetnego, zwracaÄ mu to, co dlaÅ moÅ&fraq14;e kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawÄ?

  • Ha-ha-ha!.. - rozlega siÄ po pokoiku szyderczy, szataÅski prawie Åmiech mÄÅ&fraq14;czyzny, i odbija od Åcian niemiÅem dla ucha brzmieniem.
  • Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej póÅgÅosem, a krew w Å&fraq14;yÅach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.

I z duszy jego jednoczeÅnie pierzchajÄ bezpowrotnie, zda siÄ, niknÄ, jak uÅuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania pomiÄdzy prawami uczciwoÅci i ich pogwaÅceniem.

ZwyciÄzka, jedyna, jedna rozgaszcza siÄ tam nienawiÅÄ tylko do kasty uprzywilejowanej i wyróÅ&fraq14;nianej w spoÅeczeÅstwie. WypielÄgnowana cierpieniem i biedÄ, wysubtelniona wyksztaÅceniem, a szczególniej przestawaniem jeszcze za granicÄ w koÅach róÅ&fraq14;nych zapalonych gÅów, o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie nadczuÅoÅciÄ nerwowÄ w zbliÅ&fraq14;eniu siÄ i czasowem powierzchownem zÅ&fraq14;yciu z przedstawicielami tej sfery - buchaÅa obecnie gorÄcym pÅomieniem, wszystko sobÄ przewyÅ&fraq14;szajÄc i tÅumiÄc.

  • Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptaÅy znów cicho usta mÄÅ&fraq14;czyzny - za moje cierpienia i biedÄ - za to, Å&fraq14;e ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i zÅota - mam Å&fraq14;ycie caÅe w nÄdzy cierpieÄ, i to, gdy los sprawiedliwie bez wÄtpienia, odbiera ci czÄstkÄ mienia, przypadkiem, i mnie niÄ w zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Å»ydowi, cyganowi, wrogowi - kaÅ&fraq14;demu bym zwróciÅ moÅ&fraq14;e, lecz tobie - nigdy!..

Ostatnie sÅowa mieszkaniec poddasza wymówiÅ w zapamiÄtaniu gÅoÅno caÅkiem i z mocÄ jakÄÅ dziwnÄ. Twarz zaÅ jego dziko po prostu wyglÄdaÅa w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnÄtrznego ognia, demonicznie piÄkna i strasznÄ zarazem byÅa ona, a zajadÅy pÅomieÅ szczerej nienawiÅci do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zajaÅniaÅ na niej peÅnym blaskiem.

Odruchem nagÅym zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ do stoÅu i obie dÅonie poÅoÅ&fraq14;yÅ na plikach banknotów i zÅocie. Czego nie zdoÅaÅy stanowczo uczyniÄ okolicznoÅci inne, sprawiÅa chÄÄ dokuczenia w czemkolwiek wyÅ&fraq14;ej postawionej spoÅecznej jednostce, jedna chwilka nienawiÅci i szaÅu.

  • Moje, moje!.. - wyszeptaÅy usta mÄÅ&fraq14;czyzny zwyciÄzko, jakby z mimowolnÄ, ukrytÄ w sobie radoÅci nutÄ, a echo sÅów tych, urywanych, cichych, dziwnÄ mocÄ rozbrzmiaÅo w martwem milczeniu facyatki.

Cisza nastaÅa znowu.

Tylko w piersiach mieszkaÅca poddasza przelÄknione jakby swym czynem serce poczÄÅo biÄ przyciszonym tÄtnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahadÅo, mierzyÄ siÄ zdawaÅo te chwile przeÅomowÄ w duszy czÅowieka, depczÄcego uczciwoÅÄ prawÄ dla miÅoÅci, nienawiÅci i zÅota!..

Nagle martwotÄ pokoju przerwaÅo coÅ gwaÅtownie. ByÅy to czyjeÅ kroki silne, przyÅpieszone, idÄce po schodach, a coraz wyraźniejsze, bliÅ&fraq14;sze... Niebawem rozlegÅy siÄ tuÅ&fraq14; za drzwiami, ucichÅy, i jakaÅ rÄka wstrzÄsnÄÅa lekko klamkÄ, w Ålad zatem zaÅ rozlegÅo siÄ trzykrotne pukanie.

Gdyby w kataklizmie niespodzianym runÄÅa ziemia, zapadajÄc siÄ gdzie w niezmierzone gÅÄbie wszechÅwiata - mniejsze to chyba uczyniÅoby wraÅ&fraq14;enie na stojÄcym przed stoÅem mÄÅ&fraq14;czyźnie, niÅ&fraq14; chwila obecna...

Nogi zadrÅ&fraq14;aÅy mu, a bojaźliwa trwoga ÅciÄÅa krew w Å&fraq14;yÅach, coÅ zaÅ, niby gad obÅlizÅy, przemknÄÅo po krzyÅ&fraq14;ach i za kark chwyciÅo despotycznie, zaparÅszy dech w piersiach.

W póÅÅwiatÅach dogorywajÄcego wÅaÅnie pÅomyka lampy twarz pochylonego nad pieniÄdzmi mÅodzieÅca nabraÅa strasznego, a zarazem dojmujÄco trupio-bladego wyrazu, rÄce zaÅ, jak kleszcze, wpiÅy siÄ w leÅ&fraq14;Äce pod niemi banknoty.

  • Nie oddam was, nie zwrócÄ za nic w Åwiecie! - mówiÄ siÄ zdawaÅy wyraźnie kurczowo zaciÅniÄte palce, drÅ&fraq14;Äce w zwojach papierów i zÅocie.

Z ekranu izdebki, majaczÄcego coraz bledszymi cieniami, ÅwiatÅo w tej samej chwili znikÅo; zapanowaÅa tu szarawa ciemnoÅÄ, a w Ålad zatem rozlegÅo siÄ powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami zaÅ jednoczeÅnie daÅy siÄ sÅyszeÄ sÅowa, wyrzeczone gÅosem mÄskim, dźwiÄcznym i mÅodym.

  • WidaÄ, Å&fraq14;e Åpi, lub go nie ma...
  • Ale to oryginalne - zauwaÅ&fraq14;yÅ ktoÅ drugi, ciszej nieco. - ZarÄczam ci, iÅ&fraq14; przed chwilÄ paliÅa siÄ wewnÄtrz pokoju lampa, przez szpary u drzwi ÅlizgaÅo siÄ ÅwiatÅo! - sÅowo!
  • Ha, jeÅli tak, to moÅ&fraq14;e Romanek ma u siebie jakÄÅ dyskretnÄ, a wesoÅÄ wizytkÄ - snaÄ z rozmysÅem donoÅnie rozlegÅ siÄ gÅos pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..
  • WesoÅej zabawy! - krzyknÄÅ ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy siÄ do drzwi, zapewne blizko, bo echo gÅosu jego wstrzÄsnÄÅo Åcianami poddasza, poczem kroki przybyÅych oddalaÄ siÄ zaczÄÅy.

Westchnienie ulgi podniosÅo pierÅ mÄÅ&fraq14;czyzny.

Kilka kropel zimnego potu upadÅo mu na rozpostarte dÅonie; zbudzony tem jakby, odstÄpiÅ od stoÅu i rzuciÅ siÄ w wycieÅczeniu na kanapkÄ.

PoznaÅ po gÅosie tych dwóch, dobijajÄcych siÄ doÅ przed chwilÄ, poczciwych studentów uniwersytetu - widziaÅ w wyobraźni swej teraz niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i spÅowiaÅych od sÅót i sÅoÅca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni chÅopcy!

Przypadkowo zaprzyjaźniÅ siÄ z nimi, jak tylko przybyÅ tu, do miasta - oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastrÄczyli mu zarobkowÄ pracÄ...

Dawno juÅ&fraq14; nie widziaÅ ich. Ba, parÄ razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego Åwiatowego szaÅu, spotykajÄc ich na ulicy, a bÄdÄc w towarzystwie eleganckich karnawaÅowiczów, mimo woli powstydziÅ siÄ ich i udaÅ, Å&fraq14;e nie dostrzega. Nie pamiÄtali mu tego - przyszli.

Mieszkaniec poddasza w zamyÅleniu przesunÄÅ dÅoniÄ po jedwabistych swych wÅosach.

  • GdybyÅ&fraq14; oni wiedzieli i czytaÄ mogli w duszy jego?

Rumieniec palÄcego wstydu i upokorzenia zakwitÅ na twarzy mÅodzieÅca, a wyraz cierpienia i wewnÄtrznego bólu rylcem swym Å&fraq14;ÅobiÄ mu poczÄÅ rysy wyrazistego oblicza.

DÅugo jeszcze przesiedziaÅ tak w zadumie...

A gdy po niejakim czasie sÅoÅce zajrzaÅo znów do poddasza, nie byÅo juÅ&fraq14; zÅota na stole; schowane - znikÅo, mÅody zaÅ czÅowiek, Åmiertelnie znuÅ&fraq14;ony moralnÄ walkÄ, na wpóŠubrany, cicho zdawaÅ siÄ drzemaÄ na ÅóÅ&fraq14;ku.

Niebawem zasnÄÅ.....

I sen oto, przed wewnÄtrznym wzrokiem duszy mÅodzieÅca, w tem tajemniczem jej Å&fraq14;yciu marzeÅ i rojeÅ, snuÄ mu zaczÄÅ przedziwne obrazy...

A wiÄc najprzód zdaÅo siÄ ÅpiÄcemu, iÅ&fraq14; leci on w przestrzeÅ bez koÅca, ciemnÄ i mrocznÄ, unoszony niewidzialnÄ jakÄÅ siÅÄ...

Tuli w objÄciach swych przytem jakÄÅ powiewnÄ kobiecÄ postaÄ... PodobnÄ, choÄ nie identycznie i caÅkiem, jest ona do ukochanej przezeÅ dziewczyny, a objÄwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak zawisÅa, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaÅ, jak z kielicha pieniÄce siÄ, musujÄce wino, pije nektar warg tych wilgotnych, tonÄc w pocaÅunku ciÄgÅym, nieustannym, zda siÄ - wiecznym.

UpajajÄcy wreszcie jednak zawrót gÅowy i osÅabienie omdlewajÄce jakieÅ i dziwne z wolna poczyna go ogarniaÄ.

Za wiele, zanadto upajajÄcej, oszaÅamiajÄcej sÅodyczy dajÄ mu juÅ&fraq14; te kobiece usta, jak pieczÄÄ do warg jego bez koÅca przylgniÄte.

Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoÅa i siÅ swoich nie czuje juÅ&fraq14; prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w przestrzeÅ, niczego niepomny i nic zgoÅa w okrÄg siebie nie widzÄc.

Trwa tak doÅÄ dÅugo...

Wreszcie, wypoczÄwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czujÄc juÅ&fraq14; ani ciÄÅ&fraq14;aru zwisÅej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia... otwiera oczy...

Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchÅy; obecnie znajduje siÄ zupeÅnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykajÄ jakiejÅ kamienistej pÅaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodzÄcego sÅoÅca zÅocÄ jÄ i krwawiÄ swym dogasajÄcym, zamierajÄcym blaskiem...

On zaÅ nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.

Nagle promienie gasnÄ... Mrok szary pokrywa pÅaszczem swym wszystko dokoÅa, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptaÄ i ruszaÄ siÄ coÅ poczyna.

Z rumowisk i kamienistych szczelin podstÄpnie wypeÅzÅy oto jakieÅ postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchajÄ siÄ po równinie, z przytÅumionym szelestem. Nad gÅowami ich lecÄ wielkie czarne zÅowróÅ&fraq14;bne ptaki, szumem swych skrzydeÅ mÄcÄc martwotÄ rozlanej wokoÅo pustki i ciszy.

On, nic zgoÅa nie pojmujÄc, spoglÄda wciÄÅ&fraq14;, przelÄkÅy, zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje siÄ rozumieÄ...

To - posÅuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecÄ tak zapewne Å&fraq14;erowaÄ na padóŠziemski - wyrzuty sumienia!...

Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochÅania ich postacie - niknÄ.

On z ulgÄ oddycha i instynktownie postÄpuje parÄ kroków naprzód.

Nagle wyrywa mu siÄ z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego gÅowÄ wiszÄc, chwieje siÄ ptak czarnopióry, a zniÅ&fraq14;ywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach, niemiÅosiernie wpiwszy w nie swe szpony, równoczeÅnie zaÅ w gÅowie uczuwa uderzenia miarowe.

To ptak ów straszny i wielki, niby dziÄcioÅ w pieÅ drzewa, stuka jemu tak w czaszkÄ jednostajnie...

W Ålad za tem jedna z pierzchajÄcych wokoÅo postaci zjawia siÄ przed nim blizko. Ubrana w Åachmany, czarna i brudna, przyskakuje doÅ obcesowo, drapieÅ&fraq14;na, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palÄce Å&fraq14;arem, pÅomienne, dzikie źrenice, nachyla siÄ bardziej jeszcze i plwaÄ mu w samÄ twarz poczyna.

Z ust jej, wykrzywionych, wstrÄtnych, lejÄ siÄ strumienie lawy zÅotej i palÄ, bolÄ...

A jednoczeÅnie taÅczÄ oto w krÄg, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. DwojÄc siÄ, trojÄc w oczach, przybierajÄ one fantastyczne ksztaÅty, a niektóre, przedzierzgniÄte jakby w jakieÅ karÅy zÅowrogie, szponami drobnemi rwÄ mu ciaÅo bez litoÅci. Inne znowu, z gÅowami wÄÅ&fraq14;ów obrzydliwych, syczÄc, kÄsajÄ go zewszÄd.

Napastowany, nieprzytomny, opÄdzajÄc siÄ rozpaczliwie, rÄkami, nogami - ciÄgle, tarzajÄc siÄ nawet od jakiegoÅ czasu po kamienistych zrÄbach - uciekaÄ w koÅcu zaczyna równinÄ, jak szalony. Potyka siÄ co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredÄ karÅów i olbrzymików, o gÅowach, szyjach gadów, z bÅyszczÄcemi Å&fraq14;ÄdÅami ze zÅota.

Nad gÅowÄ, z ramion przemocÄ spÄdzony, wisi wciÄÅ&fraq14; ptak olbrzymi, a postaÄ gÅówna, mglista, leci z nim wespóŠw mrocznÄ dal...

Nagle, niewiadomo jak, skÄd i kiedy zjawia siÄ znowu poprzednia kobieca postaÄ.

ÅpiÄcy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysÅowionÄ radoÅÄ; a ona, podawszy swÄ rÄczkÄ drobnÄ, z uÅmiechem zalotnym na Ålicznie wykrojonych usteczkach, towarzyszyÄ mu zaczyna.

Razem bezustannie biegnÄ teraz po kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mÄÅ&fraq14;czyźnie, i nie widzi roju przeÅladowców jego.

DziewczÄ to, czy kobieta, ubrana caÅa w bieli, zasypana kwieciem róÅ&fraq14; i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykajÄc siÄ zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad gÅówkÄ jej, jakby w przeciwieÅstwie ptakiem czarnym, lecÄcym obok - chwieje siÄ duÅ&fraq14;y ptak biaÅy...

Zjawisko ÅnieÅ&fraq14;nego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w swÄ towarzyszkÄ, zdaje siÄ nagle, Å&fraq14;e pióra u skrzydeÅ tych mlecznych z lekka szarzeÄ poczynajÄ, stopniowo ciemniejszÄ przybierajÄc barwÄ...

WytÄÅ&fraq14;a wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoÅo, nawet przeÅladujÄcych go mar, rozpoznaÄ nie jest w stanie.

Noc czarna, despotyczna, rozpinaÄ wÅaÅnie poczyna nad pÅaszczyzna ponurÄ swÄ oponÄ.

Naraz znika wszystko...

On równoczeÅnie czuje, Å&fraq14;e leci w przepaÅÄ bez dna, treÅci, oraz w chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coÅ caÅem ciaÅem.

SpoglÄda...

Przed nim obecnie wznosi siÄ sfinks olbrzymi; o niego to w rozpÄdzie uderzyÅ siÄ przed chwila. W jasnoÅciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, uÅmiechajÄc siÄ zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na tuÅowiu - obliczu, wszÄdzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, wijÄ siÄ, ruszajÄ miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodzÄ siÄ tu z uÅmiechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanoszÄ; ci walczÄ, depczÄ po sobie, zabijajÄ siÄ, wzajem w przepaÅcie spychajÄ - tamci w ramionach drugich pijÄ miÅoÅci rozkosze, a tam znów inni jeszcze gÅodne twarze i rÄce wynÄdzniaÅe wyciÄgajÄ po datek, sÄsiadujÄc z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzajÄ siÄ po uszy, lub grzÄznÄ ciaÅem w rozpuÅcie, jak w bÅocie.

A Årodkiem - rozbite na tysiÄce strumieni, na kropel miliony rozprysÅe, pÅynie, faluje zÅoto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed ÅwiÄtoÅciÄ - korzy siÄ pokornie, sÅuÅ&fraq14;alczo, wszystko dokoÅa.

CzoÅem lilipucie bijÄ przed nim miryady - to teÅ&fraq14; ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia gÅowa sfinksa ujrzaÅa snaÄ nowego przybysza.

Usta jego, wyniosÅe i dumne, rozchylajÄ siÄ szerzej, i miast zwykÅego uÅmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrzÄsa przestrzeniami Åmiech.

Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks Åmieje siÄ - Åmieje szataÅsko i zwyciÄzko jakby - wynioÅle - strasznie!...

............................................

GÅuchy jÄk wyrwaÅ siÄ z piersi uÅpionego czÅowieka. WstrzÄsnÄÅ on murami pogrÄÅ&fraq14;onej w ciszy izdebki, krajÄc zali serce swem echem smutnem, cichÅ i gasÅ, zamierajÄc powoli...

............................................

ObudziÅ siÄ ÅpiÄcy.

WylÄkÅym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzyÅ zaspany wokoÅo siebie bezprzytomnie i niebawem przymknÄÅ na powrót ociÄÅ&fraq14;aÅe powieki, obróciwszy siÄ równoczeÅnie do Åciany.

W kilka zaÅ minut później, blada twarz mieszkaÅca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywaÅa na poduszce, pogrÄÅ&fraq14;ona w twardem uÅpieniu. Dusza tym razem zdrzemnÄÅa siÄ w nim zapewne równieÅ&fraq14;, oddech bowiem ÅpiÄcego miarowy rozlegaÅ siÄ juÅ&fraq14; swobodnie caÅkiem w samotnej, cichej izdebce.

CZÄÅÄ PIERWSZA.

ZdÄÅ&fraq14;ajÄc do poblizkiej Wenecyi, wpadÅ pociÄg kuryerski w morze, i huczÄc, leciaÅ, pÅynÄÅ niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej klasy byÅo tylko dwoje ludzi. Kobieta mÅoda, ubrana w strój lekki, dystyngowany, z szarego materyaÅu, drzemaÅa, czy spaÅa, wciÅniÄta w gÅÄb, z gÅówkÄ opartÄ o poduszkÄ bocznÄ - mÄÅ&fraq14;czyzna zaÅ, siedzÄcy naprzeciw, trzymaÅ delikatnie w dÅoniach pozostawionÄ w uÅcisku jej rÄczkÄ drobnÄ, i pochylony z lekka, patrzyÅ z miÅoÅciÄ w znuÅ&fraq14;one rysy i bladÄ twarzyczkÄ kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywaÅ siÄ od oblicza towarzyszki, biegÅ poprzez otwarte okno, ÅcigajÄc, zda siÄ, pogrÄÅ&fraq14;one w ciemnoÅciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuÅ&fraq14; poza mknÄcym pociÄgiem Adryatyku fale.

I wtedy, za kaÅ&fraq14;dym razem przesuwaÅa siÄ chmurka jakby po czole jego, osiadaÅ tam jakiÅ cieÅ niepochwytny, a usta jednoczeÅnie drgaÅy skrzywieniem goryczy, czy bólu peÅnem.

Gdy jednak wzrok zniÅ&fraq14;aÅ ponownie, to w zetkniÄciu siÄ z obliczem mÅodej kobiety, pogrÄÅ&fraq14;onem w cichem uÅpieniu - oczy smutkiem zamglone ÅagodniaÅy mu prawie natychmiast, a choÄ pomimo woli i bezustannie myÅl rozpamiÄtywaÄ siÄ coÅ zdawaÅa - z ust momentalnie znikaÅo zagiÄcie cierpienia i powoli przeistaczaÅo siÄ w uÅmiech, oraz zapatrzenie siÄ w ukochane rysy.

SiedzÄcy tak w zamyÅleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podróÅ&fraq14;ny posiadaÅ cechy zewnÄtrzne doÅÄ interesujÄce.

ByÅ to przede wszystkiem mÄÅ&fraq14;czyzna piÄkny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej powierzchownoÅci i ukÅadzie, charakterystycznej owalnej gÅowie i czole wypukÅem, upiÄkszonem Åukiem brwi czarnych, wÄziutkich i regularnych, miaÅ on pociÄgÅÄ, ÅniadÄ twarz, okolonÄ Åredniej wielkoÅci brodÄ. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyraźnie zdradzaÅy przytem pochodzenie poÅudniowe, zarówno jak i piÄkne, duÅ&fraq14;e oczy, patrzÄce na Åwiat gorÄco, z rozmarzeniem nieokreÅlonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniekÄd rzeczywiÅcie dÄÅ&fraq14;yÅ tak lat trzydzieÅci zaledwie majÄcy mÅody czÅowiek.

NoszÄcy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman DzierÅ&fraq14;ymirski, byÅ synem nieÅ&fraq14;yjÄcego juÅ&fraq14;, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich koÅach wÅasnego kraju, Oskara DzierÅ&fraq14;ymirskiego, oraz Å&fraq14;ony jego, rodem WÅoszki, a byÅej przed swoim Ålubem Åpiewaczki.

Pochodzenia pono wÄtpliwego bardzo, choÄ niezwykÅej urody i wdziÄku, byÅa ta matka DzierÅ&fraq14;ymirskiego Romana, bÄdÄca, jak mówili jedni, dzieckiem miÅoÅci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mÄtów spoÅecznych dzisiejszej Romy, wychowanem i uposaÅ&fraq14;onem przez tegoÅ&fraq14; przemysÅowca wÅoskiego.

Po niej piÄknoÅÄ odziedziczyÅ syn, po ojcu zaÅ niewÄtpliwie tÄ wytwornoÅÄ, która cechowaÅa najmniejsze nawet poruszenie siedzÄcego podróÅ&fraq14;nika, i postawÄ jakby paÅskÄ, mimo woli nieco wyniosÅÄ.

Roman DzierÅ&fraq14;ymirski jechaÅ wÅaÅnie z maÅÅ&fraq14;onkÄ swÄ w podróÅ&fraq14; poÅlubnÄ, a raczej z kraju uciekaÅ, ojciec bowiem ÅpiÄcej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o Ålicznych rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówiÅ byÅ jemu jej rÄki...

Lecz miÅoÅÄ namiÄtna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdobyÅ swÄ Å&fraq14;onÄ dzisiejszÄ, porwawszy jÄ za jej zgodÄ. Ålub ich tajemny, w maÅej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbyÅ siÄ wÅaÅnie dwa dni temu...

PrzyszÅo mu to wszystko z ÅatwoÅciÄ. Ola kochaÅa go, ubóstwiaÅa, nic zgoÅa nie widzÄc poza nim, na stronÄ materyalna zaÅ i koszta, wynikÅe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracaÄ on uwagi nie miaÅ potrzeby.

W rodzinnem mieÅcie wiadomem byÅo powszechnie, iÅ&fraq14; rok, czy dwa lata temu odziedziczyÅ Roman DzierÅ&fraq14;ymirski fortunkÄ w kapitale, po dalekim krewnym, osiadÅym i zmarÅym w Stanach Zjednoczonych.

JechaÅ zatem dziÅ mÅody i ostatni potomek dogasajÄcej juÅ&fraq14; w nim rodziny DzierÅ&fraq14;ymirskich, ze skarbem swym, drogÄ sercu maÅÅ&fraq14;onkÄ, do WÅoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, bÅÄkajÄcy siÄ bezustannie pomiÄdzy twarzÄ Å&fraq14;ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, myÅlÄcy, w dalszym ciÄgu wspominaÄ siÄ coÅ zdawaÅ.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemraÅy wciÄÅ&fraq14; cicho, w dali zaÅ, na czarnem tle widnokrÄgu, stopniowo, coraz bliÅ&fraq14;sze, bÅyszczaÅy juÅ&fraq14; ÅwiateÅka Wenecyi.

  • Oto tam - mówiÅy niejako marzÄce oczy mÄÅ&fraq14;czyzny - za godzin kilka czekajÄ mnie uÅmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczÄÅcia w objÄciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak dawna, oczekuje na mnie raj wÅasny uÅudnego podziaÅu wzajemnego uczucia, w zupeÅnem oddaniu siÄ niepokalanego niczem dotÄd kwiatu - niewinnego dziewczÄcia...

Wzrok Romana z zachwytem spoczÄÅ na twarzy ÅpiÄcej kobiety. RównoczeÅnie pociÄg, pozostawiwszy morze za sobÄ, wpadÅ w jakieÅ gaje, brzÄczÄce rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpadaÅa uporczywie w uszy podróÅ&fraq14;nego, a on, caÅy zasÅuchany, spojrzeniem swem znowu ogarnÄÅ ciemnÄ przestrzeÅ poza oknem wagonu.

  • Co, zagadkowa przyszÅoÅci, niesiesz mi w darze?.. Czy zapÅacisz mi za to, com przebyÅ dotÄd, przecierpiaÅ, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytaÄ siÄ zdawaÅy czarnej nocnej dali posmutniaÅe nagle chwilowo oczy mÄÅ&fraq14;czyzny.

I ponownie w kÄciku warg jego pojawiÅo siÄ bolesne, przelotne zagiÄcie ust, a snaÄ usiÅujÄc odpÄdziÄ myÅl przykrÄ, DzierÅ&fraq14;ymirski powstaÅ ostroÅ&fraq14;nie, nie wypuszczajÄc wciÄÅ&fraq14; z dÅoni rÄczki uÅpionej swej towarzyszki. WychyliÅ przez otwarte okno gÅowÄ... Na tle ciemnoÅci poÅyskiwaÅy juÅ&fraq14; teraz rzÄsiÅcie ÅwiatÅa - pociÄg wjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÅ wÅaÅnie na stacyÄ. W sekundÄ, z nagÅa szarpniÄte, gwaÅtownie zatrzymaÅy siÄ wagony.

DzierÅ&fraq14;ymirski o maÅo nie upadÅ, straciwszy na razie równowagÄ, i pociÄgnÄÅ za sobÄ rÄczkÄ Å&fraq14;ony, ÅciskajÄcÄ jego dÅoÅ lewÄ - prawa zaÅ oparÅ siÄ silnie o ramÄ okna.

  • Ach!.. ach!.. - z trwogÄ, wyrwaÅo siÄ z ust mÅodej kobiety, i otworzyÅa szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochyliÅ siÄ ku niej i przemówiÅ miÄkko:

  • Przepraszam ciÄ, kochanie, przestraszyÅaÅ siÄ, prawda?.. Ale to wina nie moja - wagony szarpnÄÅy tak silnie...
  • To ty... Romanie!.. - szepnÄÅa kobieta i zarzuciwszy w Ålad za tem, z niewysÅowionym wdziÄkiem, obie rÄce na szyjÄ mÄÅ&fraq14;czyzny, przytuliÅa siÄ doÅ czule, skÅadajÄc równoczeÅnie pocaÅunek na piÄknem czole.
  • WysiÄdziemy, zÅotko, juÅ&fraq14; Wenecya! - rzekÅ Roman, wysuwajÄc siÄ delikatnie z objÄÄ mÅodej Å&fraq14;ony uniósÅszy jÄ w ramionach, postawiÅ na równe nogi.
  • Nareszcie!... - wykrzyknÄÅa Ola radoÅnie, oprzytomniawszy caÅkiem na widok jaÅniejÄcego dworca.
  • We-ne-cya! - zabrzmiaÅo donoÅnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazaÅa siÄ kÄdzierzawa gÅowa i ÅmiejÄca twarz konduktora.
  • Statione Ve-ne-tia!.. - przeciÄgle, Åpiewnie odpowiedziaÅ gÅosowi pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginÄÅ.

PociÄg, którym jechali DzierÅ&fraq14;ymirscy, zatrzymujac siÄ tylko kilka minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - naleÅ&fraq14;aÅo siÄ ÅpieszyÄ...

Roman pobiegÅ do przeciwlegÅego okna, otworzyÅ gwaÅtownie drzwiczki od wagonu, i poczÄÅ woÅaÄ donoÅnie:

  • Facchino!.. facchino!.. *) [*) Po wÅosku tragarz.]

Za mÄÅ&fraq14;em zrÄcznie wyskoczyÅa z wagonu Ola DzierÅ&fraq14;ymirska. Niebawem zjawiÅ siÄ poÅ&fraq14;Ädany tragarz i ruszono z bagaÅ&fraq14;em do dworca. Tu obstÄpiono przyjezdnych.

CaÅy rój przeróÅ&fraq14;nych figur haÅaÅliwie ofiarowywaÄ im poczÄÅ swoje usÅugi, rzÄd zaÅ sÅuÅ&fraq14;by hotelowej, w galonach, z oÅ&fraq14;ywieniem i gestykulacyÄ namawiaÅ ich kaÅ&fraq14;dy z osobna do siebie. GadatliwoÅÄ WÅochów oszoÅomiÅa na razie DzierÅ&fraq14;ymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znajÄcy kilka wÅoskich wyrazów, zdoÅaÅ siÄ porozumieÄ i wybrawszy hotel, kazaÅ siÄ prowadziÄ do przystani.

Niebawem mÅoda para podróÅ&fraq14;nych sadowiÅa siÄ juÅ&fraq14; w wygodnej, na czarno pomalowanej gondoli, obsÅugiwana z natarczywoÅciÄ przez róÅ&fraq14;norodnych oberwaÅców i gapiów, stojÄcych w pobliÅ&fraq14;u.

  • Pysznie siÄ siedzi! - zawyrokowaÅa gÅoÅno Ola, wyciÄgnÄwszy siÄ na miÄkkiem, czarnÄ skórÄ obitem, siedzeniu.

Roman usiadÅ przy niej - gondola zakoÅysaÅa siÄ lekko...

Powoli odpychano juÅ&fraq14; jÄ od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyciÄgnÄÅy siÄ ku majÄcym odjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÄ proszÄce dÅonie z kapeluszami, i chórem zabrzmiaÅa proÅba o datek. "Soldo, soldo!" choÄ uniÅ&fraq14;enie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegaÅo siÄ dokoÅa ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.

  • A to zÅodzieje!.. - mruknÄÅ DzierÅ&fraq14;ymirski; zmuszony jednak wyjÄÄ z kieszeni portmonetkÄ, rzuciÅ tam i ówdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszyÅa juÅ&fraq14; - pÅynÄli...

MÅodÄ kobietÄ zabawiÅa ta scena. Perlisty Åmieszek jej, wesoÅy, rozlegaÅ siÄ wokoÅo, gdy oto nagle, jakby czemÅ zmroÅ&fraq14;ony, ucichÅ. I Ola, objÄwszy wzrokiem roztaczajÄcy siÄ przed niÄ krajobraz, ruchem wdziÄcznym przytuliÅa siÄ do mÄÅ&fraq14;a.

  • Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaÅ&fraq14;? - szepnÄÅa.

DzierÅ&fraq14;ymirski, milczÄc, opiekuÅczo objÄÅ ramieniem kibiÄ Å&fraq14;ony i przycisnÄÅ jÄ miÄkko do piersi, rozejrzawszy siÄ zarazem.

RzeczywiÅcie, czarno tu byÅo.

Wenecya juÅ&fraq14; spaÅa. SkÅÄbione chmurami niebo odbijaÅo siÄ w mÄtnej wodzie kanaÅów i powlekaÅo je kirem ciemnoÅci, po którym tylko bÅÄdnym ognikiem przeÅwiecaÅo, wiÅo siÄ czerwone ÅwiateÅko latarni, umieszczonej u spiczastego, zÄbatego koÅca gondoli.

PÅynÄli przez Canale Grande*).
[*) Po wÅosku : KanaÅ Wielki.]

Jak gdyby ÅniÄc o swej dawnej potÄdze i chwale, wokoÅo nich zadumane, ciche staÅy wynioÅle rzÄdem weneckie paÅace. W Å&fraq14;adnem oknie nie paliÅo siÄ juÅ&fraq14; ÅwiatÅo, otulaÅo je milczenie zupeÅne.

Gondola, koÅyszÄc siÄ z lekka, unoszÄc co chwila swe przednie i tylne dzioby, pÅynÄÅa spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseÅ i szmerem rozstÄpujÄcej siÄ pod niÄ fali.

Przytuleni do siebie, dÅuÅ&fraq14;szÄ chwilÄ z ciekawoÅciÄ patrzyli DzierÅ&fraq14;ymirscy wokoÅo. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypaÅy siÄ rozliczne uwagi.

  • Patrz, patrz, Romanie! - woÅaÅa ona co chwila, wskazujÄc z zajÄciem na wznoszÄce siÄ zewszÄd budowle.

DzierÅ&fraq14;ymirski potakiwaÅ Å&fraq14;onie, objaÅniaÅ, i póÅgÅosem prowadzona swobodna pomiÄdzy jadÄcymi rozmowa zbudziÅa milczenie ÅniÄce - rozniosÅa siÄ echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kanaÅu kolejno przesuwaÅy siÄ, jak w kalejdoskopie, cudne swÄ archaicznÄ strukturÄ paÅace.

A wiÄc, najpiÄkniejszy moÅ&fraq14;e z prywatnych siedzib Wenecyi, wÅasnoÅÄ ksiÄÅ&fraq14;Ät della Grazia, wychylaÅ siÄ z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu poczÄtkowego odrodzenia; z nim sÄsiadowaÅ skromny, siÄgajÄcy XV wieku, paÅac "Erizzo" - dalej zwracaÅ znów uwagÄ inny, z pozÅacanym niegdyÅ frontem, do dziÅ dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo piÄkny wznosiÅ siÄ majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, paÅac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie ujrzaÅa Åwiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.

Wkrótce, tuÅ&fraq14; poza dzisiejszÄ pocztÄ w Wenecyi, zajmujÄcÄ dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczyÅ olbrzymi most "Ponte di Rialto", w ksztaÅcie murowanego Åuku wzniesiony.

WsunÄwszy siÄ pod jego arkady, gondola DzierÅ&fraq14;ymirskich cichutko przeÅliznÄÅa siÄ tamtÄdy i skrÄciÅa wkrótce na lewo, w wÄzki kanalik, stanowiÄcy arteryÄ bocznÄ "Canale Grando". Szeroka taÅma wielkiego kanaÅu znikÅa wkrótce z oczu i jadÄca barka, zagÅÄbiajÄc siÄ coraz bardziej w szyjÄ wodnej uliczki, wymijaÄ poczÄÅa coraz ciaÅniejsze i wÄÅ&fraq14;sze zauÅki. Åciany domów odrapane, ponure, szÅy, zdawaÅo siÄ, na pÅynÄcych w gondoli, a ÅcieÅniajÄc siÄ coraz bardziej, pragnÄÅy pochÅonÄÄ, gubiÄ jÄ niejako w swym labiryncie.

CiemnoÅci nocne panowaÅy tu jeszcze wiÄksze. Gdzieniegdzie tylko lÅniÅa zóÅtawo mdÅym ÅwiatÅem latarnia - Å&fraq14;ywego ducha zaÅ nigdzie dopatrzeÄ siÄ nie moÅ&fraq14;na byÅo.

UmilkÅa od paru minut Ola trwoÅ&fraq14;nie przylgnÄÅa gÅówkÄ do ramienia Romana.

  • Brr! straszno tu jakoÅ... - szepnÄÅa.
  • Nic, kochanie - odparÅ DzierÅ&fraq14;ymirski, musnÄwszy pocaÅunkiem jej wÅosy - zaraz dojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;amy.

NieprawdaÅ&fraq14;, Å&fraq14;e juÅ&fraq14; blizko? - zwróciÅ siÄ do gondoliera Åamanem wÅoskiem narzeczem.

  • Si, signore. - odparÅ Å&fraq14;ywo zapytany, a nudzÄc siÄ znaÄ, bo z cudzoziemcem gawÄdziÄ nie mógÅ, zanuciÅ póÅgÅosem jakÄÅ smÄtnÄ piosenkÄ.

Ubrany caÅkiem biaÅo, wahadÅowym ruchem przechylajÄc siÄ bezustannie przy wiosÅowaniu w prawo i lewo, na tle otaczajÄcych ciemnoÅci, czyniÅ on wraÅ&fraq14;enie fantastycznego zjawiska, gÅos zaÅ jego monotonny bÅÄkaÅ siÄ po kÄtach i odbijaÅ dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym Ånie zaklÄtych jakby domów. Roman milczaÅ.

UjmujÄc dÅoÅ i tulÄc miÄkko w objÄciu OlÄ, wsÅuchiwaÅ siÄ w ten Åpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawaÅ wraÅ&fraq14;enia. ZdawaÅo mu siÄ mianowicie, Å&fraq14;e on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiegoÅ zbójeckiego z zamierzchÅej przeszÅoÅci dojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;a grodu; Å&fraq14;e ucieka, kryje siÄ tu ze swym porwanym, czy teÅ&fraq14; skradzionym Åupem... Oto z ciemnych zauÅków i kÄtów ÅpiÄcej Wenecyi wysuwajÄ siÄ po prostu jakby wyraźne jakieÅ cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwaÅtów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...

  • A òel! *) - rozlegÅ siÄ nagle tuÅ&fraq14; za DzierÅ&fraq14;ymirskim krzykliwy gÅos gondoliera, i Åódź jednoczeÅnie zboczyÅa w zauÅek ciemny. [*) Uwaga!]
  • Sia-stali! *) - przeciÄgle odpowiedziaÅ ktoÅ z innej gondoli. [*) Na prawo!] Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadpÅywajÄcej weneckiej barce siedziaÅ mÄÅ&fraq14;czyzna czarno ubrany, w biaÅym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otarÅszy siÄ prawie o napotkanÄ ÅódkÄ, przeÅliznÄÅa siÄ cicho - znowu byli sami.

  • Patrz, tam siÄ Åwieci, co siÄ staÅo?... - rzekÅa póÅgÅosem Ola, krÄcÄc gÅówkÄ i wskazujÄc piÄtro jednego z domów.

Roman spojrzaÅ.

  • A, rzeczywiÅcie - odparÅ - przecieÅ&fraq14; choÄ jeden jakiÅ znak Å&fraq14;ycia...

Na brudnÄ wodÄ kanaÅu, porysowanÄ ÅcianÄ i koÅyszÄcy siÄ kadÅub pustej gondoli, przywiÄzanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, kÅadÅo siÄ cieniem przyÄmione czerwonawe ÅwiatÅo, idÄce z okna oÅwietlonej komnaty. JednoczeÅnie pÅynÄÅy melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane znaÄ miÄkka kobiecÄ rÄczkÄ. WtórowaÅ im nieÅmiaÅy brzÄk mandoliny.

RozpÅywajÄc siÄ powoli, w milczeniu, muzyczne tony ÅÄczyÅy siÄ zgodnie co parÄ minut ze Åpiewem, mÄskim, silnym tenorem, i szÅy ponad dachy, kanaÅy, leciaÅy daleko, drÅ&fraq14;Äce...

Poruszony muzykÄ i Åpiewem, DzierÅ&fraq14;ymirski silniej przycisnÄÅ do siebie OlÄ. WsÅuchani w melodyÄ miÅosnej pieÅni poÅudnia, zbliÅ&fraq14;yli siÄ oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyliÅy siÄ.

PocaÅunek gorÄcy zÅÄczyÅ usta mÄÅ&fraq14;czyzny i kobiety; nie odrywajÄc warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wÅród deszczu spadajÄcych, jak drobne krople rosy, dźwiÄków - przepÅynÄli DzierÅ&fraq14;ymirscy pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniÅy ich, powodziÄ zalewaÅy jeszcze czas jakiÅ, aÅ&fraq14; umilkÅy.

Gondola w tej samej wÅaÅnie chwili wjechaÅa na kanaÅ Å-go Marka; plac tejÅ&fraq14;e nazwy, gdzie w caÅej peÅni ogniskowaÅo siÄ jeszcze Å&fraq14;ycie miasta, zamigotaÅ rzÄsiÅcie w oddali dziesiÄtkami niebieskawych i Å&fraq14;óÅtych ÅwiateÅ - przewoźnik oznajmiÅ gÅoÅno podróÅ&fraq14;nym, Å&fraq14;e sÄ juÅ&fraq14; na miejscu.

  • DojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;amy, Oluniu! - poinformowaÅ Roman i z uÅmiechem wpatrzyÅ siÄ namiÄtnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemnoÅciach nawet nocy, widoczny rumieniec objÄÅ pÅomieniem twarz kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuÅciÅa przed palÄcem spojrzeniem mÄÅ&fraq14;czyzny, które zapewne swym blaskiem mówiÅo coÅ nad wyraz ÅmiaÅego.

W tej chwili wÅaÅnie przedni dziób gondoli stuknÄÅ o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w parÄ minut później Roman i Ola znajdowali siÄ juÅ&fraq14; w obszernym, o marmurowych Åcianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewajÄcym w ciszy stÅumionem, gÅuchem brzÄczeniem mustyków.

Odprawiwszy natarczywego sÅugÄ, proponujÄcego im przysÅaÄ natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco, bazyliki i paÅacu DoÅ&fraq14;ów -DzierÅ&fraq14;ymirscy wkrótce pozostali zupeÅnie sami.....

W Wenecyi wszÄdzie pogasÅy juÅ&fraq14; ÅwiatÅa. Noc zupeÅna, czarna, zawisÅa chwilowo nad grodem. Nie trwaÅo to jednak dÅugo; stopniowo chmury na niebie rozstÄpowaÄ siÄ poczÄÅy i rÄbek ksiÄÅ&fraq14;yca nieÅmiaÅo wychyliÅ siÄ z poza nich.

ZamigotaÅ na wieÅ&fraq14;ycach koÅcioÅa Å-go Marka, zÅotawym brÄzie czterech rumaków, królujÄcych na szczycie tej katedry - musnÄÅ swym blaskiem Åciany paÅacu DoÅ&fraq14;ów, a przeszedÅszy siÄ po jego galeryach ponurych, zajrzaÅ w zakratowane okna wiszÄcego mostu, ÅÄczÄcego paÅac z dawnem wiÄzieniem, a znanego powszechnie pod nazwÄ "Mostu WestchnieÅ".

Wyjrzawszy zaÅ juÅ&fraq14; odwaÅ&fraq14;niej nieco, trÄciÅ srebrzysty lÅniÄcÄ taflÄ laguny, zadrgaÅ sieciÄ ÅwiatÅa na powierzchni wód, a niebieskawÄ ÅcieÅ&fraq14;ynÄ dotknÄwszy siÄ ich pieszczotliwie, otworzyÅ nagle perspektywÄ dalekÄ, hen! aÅ&fraq14; ku Lido-na morze...

W niezamÄconej niczem ciszy, staroÅ&fraq14;ytne zegary licznych koÅcielnych i klasztornych wieÅ&fraq14;ycach wybijaÄ poczÄÅy rytmicznie którÄÅ godzinÄ. Jedne z nich brzmiaÅy basem, inne kwiliÅy wiolinem, lub brzÄczaÅy melodyjnie, ÅÄczÄc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijÄc w ten sposób, zdawaÅy siÄ mierzyÄ w milczeniu chwile czyjegoÅ moÅ&fraq14;e szczÄÅcia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiÄÅ&fraq14;yca zaszkliÅy siÄ jasnem ÅwiatÅem na taflach szyb hotelowych, dawnego paÅacu Dandolo. ZatrzymaÅy zda siÄ dÅuÅ&fraq14;ej przy jednem oknie i pomknÄÅy znowu obojÄtne w dal...

A posÄgowo uÅmiechniÄte, wiecznie tak samo szerokie oblicze ksiÄÅ&fraq14;yca nie zmieniÅo wcale wyrazu.

Bo cóÅ&fraq14; go zaiste, obchodziÄ mogÅo tych dwoje ludzi, którzy przybyli aÅ&fraq14; tutaj po uÅudÄ rozkoszy? CóÅ&fraq14; znaczyÅy dlaÅ dwa serca, zrywajÄce wspólnie kwiat miÅoÅci i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem Å&fraq14;yciu prawiecznem widziaÅ podobnych zdarzeÅ aÅ&fraq14; nadto wiele; on znaÅ nicoÅÄ tych chwil, umiaÅ na pamiÄÄ kochanków zaklÄcia i ich nieraz sÅomiane zapaÅy, gasnÄce za Å&fraq14;ycia podmuchem - pod rzeczywistoÅci bezlitosnÄ rÄkÄ. WiedziaÅ równieÅ&fraq14;, Å&fraq14;e zapaÅy te same, odegrzane czÄstokroÄ i oÅ&fraq14;yÅe, kiedyÅ, w przyszÅoÅci, obosiecznem ciÄciem raniÄ moÅ&fraq14;e bÄdÄ tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno ÅaknÄcych uczucia i uÅ&fraq14;ycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliÅa siÄ do twarzy ksiÄÅ&fraq14;yca i przesÅoniÅa go leciutko, kaskada zaÅ miesiÄcznych promieni, zbladÅszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalaÅa uÅpionÄ WenecyÄ.

W tej samej chwili dwie jakieÅ postacie, zbliÅ&fraq14;one do siebie, zamajaczyÅy poza taflÄ jednego z okien hotelowych, i dwie gÅowy, dotykajÄc siÄ wzajemnie, zapatrzyÅy siÄ we wdziÄczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo póÅÅwiatÅem, oraz cieniami ksiÄÅ&fraq14;yca.

I postawszy tak dÅugÄ chwilÄ, jakby rozmarzone, znikÅy niebawem, splecione w uÅcisku, niezdolne napawaÄ siÄ dÅugo poza sobÄ niczem, nawet piÄknem przyrody...

W Ålad prawie zatem nastaÅa ciemnoÅÄ nieprzejrzana i zapanowaÅa nad miastem pamiÄtek.


Zadumany i jakby tÄskny tuliÅ siÄ zmierzch szary do Åcian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspaniaÅych sklepów jego, peÅzaÅ u podnóÅ&fraq14;y pomników, ÅcieraÅ kontury gmachów koÅcioÅów - wszystko dokoÅa pogrÄÅ&fraq14;aÅ w mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziaÅa na fotelu Melania, marszaÅkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli DzierÅ&fraq14;ymirskiej, a dotychczasowa od dzieciÅstwa prawie opiekunka tej ostatniej.

Przez otwarte okno, ÅÄcznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskaÅ siÄ tutaj wolno zmrok, a ÅciemniajÄc siÄ stopniowo coraz bardziej, pocieszajÄco jakby wygÅadzaÄ siÄ staraÅ zmarszczone wysokie czoÅo wiekowej juÅ&fraq14; matrony, Åagodnie muskaÅ jej siwe wÅosy, i zaglÄdajÄc jednoczeÅnie nieÅmiaÅo w oczy rozumne, wyraźnie zdawaÅ siÄ wspóÅczuÄ smutnemu jej zamyÅleniu.

Na maÅym stoliku przed marszaÅkowÄ leÅ&fraq14;aÅ otwarty telegram. OpiewaÅ on zaÅ lakonicznie: "Przewidzenia sÅuszne. Ola juÅ&fraq14; po Ålubie z DzierÅ&fraq14;ymirskim. PrzyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;am. ÅadyÅ&fraq14;yÅski."

JuÅ&fraq14; moÅ&fraq14;e póŠgodziny po przeczytaniu powyÅ&fraq14;szej wiadomoÅci, nieruchomo w swym fotelu siedziaÅa pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknÄÅa z domu swej ciotki, by wiÄcej nie wróciÄ - marszaÅkowa Warnicka z niepokoju postarzaÅa siÄ byÅa o lat co najmniej kilkanaÅcie.

PoczÄtkowo nie mogÅa zrozumieÄ postÄpku swej siostrzenicy; tak dobrze byÅo jej u niej, moÅ&fraq14;e zatem powróci ona lada chwila - niewÄtpliwie.

MusiaÅa wyjechaÄ z miasta na parÄ godzin, znaglona interesem waÅ&fraq14;nym... mówiÅa sobie, perswadowaÅa staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy Å&fraq14;adnej o Oli nie byÅo wieÅci, obawa kochajÄcej dziewczÄ ciotki wzrosÅa o niÄ do tego stopnia, iÅ&fraq14; myÅlaÅa, Å&fraq14;e zwaryuje. Dom caÅy byÅ przeraÅ&fraq14;ony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po mieÅcie, na chybiÅ trafiÅ - wszÄdzie, oczekujÄc zarazem z trwogÄ wiszÄcej zda siÄ w powietrzu katastrofy - wiadomoÅci jakiej strasznej, o nieszczÄÅciu, lub nawet o Åmierci.

ZbawcÄ peÅnej niepokoju marszaÅkowej okazaÅ siÄ wówczas Emil ÅadyÅ&fraq14;yÅski, przyjaciel caÅego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem czÅowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy naprÄdce wskazówek tu i ówdzie, wpadÅ od razu na trop wÅaÅciwy. DomysÅy jego byÅy trafne.

  • A ja powiadam pani marszaÅkowej, Å&fraq14;e panna Ola uÅ&fraq14;ywa juÅ&fraq14; miodowych miesiÄcy! MÅodoÅÄ nie Å&fraq14;artuje, gdy kocha... byÅy to ostatnie sÅowa jego i sprawdziÅy siÄ, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradziÅ sobie.

MarszaÅkowa w zadumie westchnÄÅa cicho, ciÄÅ&fraq14;kie bowiem, zaiste, czekaÅy jÄ niebawem przejÅcia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedzÄc, powiadomiÅa, wzywajÄc go, natychmiast po znikniÄciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...

CóÅ&fraq14; ona, na Boga, powie ubóstwiajÄcemu córkÄ ojcu, jak siÄ potrafi wytÅumaczyÄ przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawiÅ on byÅ, wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;ajÄc, jedyne swe dzieciÄ...

Lecz czyÅ&fraq14; mogÅa przewidzieÄ podobne rozwiÄzanie sprawy?

Przenigdy!...

I marszaÅkowa Warnicka niÅ&fraq14;ej jeszcze pochyliÅa na piersi gÅowÄ swÄ siwÄ, a czoÅo jej pooraÅy zmarszczki, znaczÄc jakby Ålad mÄczÄcych ÅcigajÄcych siÄ myÅli.

  • A jÄ, OlÄ, to dzieciÄ, które wespóŠz bratem i ona kochaÅa caÅÄ siÅÄ swej duszy, czyÅ&fraq14; tak znów dalece winiÄ moÅ&fraq14;na byÅo?...

Zapewne...

Nie porzuca siÄ od razu wszystkiego, nie ucieka chyÅkiem, choÄby nawet w ramiona ukochanego mÄÅ&fraq14;czyzny, gdy sprzeciwia siÄ temu wola rodzica, gdy...

Pani Melania przetarÅa czoÅo pomarszczonÄ dÅoniÄ. "MÅodoÅÄ nie Å&fraq14;artuje, gdy kocha!" zabrzmiaÅy jej w uszach sÅowa Emila ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego. MiaÅ sÅusznoÅÄ...

I nagle, z poczÄtku nieokreÅlone, później coraz gÅoÅniejsze, Åmielsze, zakieÅkowaÅy w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyÅ&fraq14; doprawdy, Ola nieszczÄÅliwa tak bardzo byÅa winna?... MiÅoÅÄ oszoÅomiÅa jÄ, porwaÅa, a reszty niewÄtpliwie dokonaÅo wychowanie mÅodej panny, kapryÅnej pieszczotki ojca, ulubienicy równieÅ&fraq14; jej, marszaÅkowej, zawsze dlaÅ pobÅaÅ&fraq14;liwej i sÅabej.

I pani Melania znów zadawaÅa sobie dalej w myÅli pytania...

  • Czy Ola posiadaÅa w duszy swej to, coby jÄ od popeÅnionego kroku wstrzymaÄ mogÅo? Czy wpajano w niÄ te zasady mÅodych, takie na przykÅad, jakiemi jÄ karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych wyrosÅo?... MarszaÅkowa w zadumie spuÅciÅa nisko gÅowÄ.
  • Nie, nie! - odpowiadaÅo coÅ skrycie na dnie jej duszy.

Ola zasad takich nie miaÅa, a z czyjejÅ&fraq14;e to byÅo winy?

Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastÄpnie i jej przecie, zastÄpujÄcÄ Oli odeszÅÄ z tej ziemi matkÄ.

I z szarÄ godzinÄ, coraz bardziej rozgaszczajÄ siÄ po buduarze - z mrokiem, peÅnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradajÄce siÄ do duszy marszaÅkowej wyrzuty potÄÅ&fraq14;niaÅy, rosÅy... Samokrytyka zaÅ wÅasnego postÄpowania zgryźliwie szarpaÄ poczÄÅa jej mózg, coraz to nowemi pytaniami jÄ zasypujÄc:

  • Czy staraÅaÅ siÄ wniknÄÄ do duszy mÅodego dziewczÄcia, a potem, zbadawszy jÄ, formowaÄ i uksztaÅcaÄ? - mówiÅa ona. - Czy wtedy - pytaÅa dalej - gdy po niewinnem dzieciÅstwie i mÅodocianych leciech po raz pierwszy wstÄpiÅa Ola, juÅ&fraq14; jako dorosÅa panna, na ÅliskÄ arenÄ salonów i Åwiatowego Å&fraq14;ycia, daÅaÅ ty jej, prócz wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, gÅÄbszej, powaÅ&fraq14;niejszej natury?...

A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawÄ, flirtami i taÅcem, z pobudzonymi zmysÅami i wyobraźniÄ, wracaÅa ona do domu z towarzyskich balów i zebraÅ - czy zastanowiliÅcie siÄ wy kiedyÅ, ty i brat twój, January nad tem, co przechodziÅo tam przez owÄ mÅodÄ gÅówkÄ, co zapalaÅo wyobraźniÄ jej i w bezsennych nocach moÅ&fraq14;e marzeniem uÅudnem na skrzydÅach niezdrowych fantazyj nie pozwalaÅo zamknÄÄ Åºrenic do snu cichego?...

UczyniliÅcie wy to wszystko? ZastÄpiliÅcieÅ&fraq14; dziewczÄciu temu matkÄ, wykonywujÄc wspólnie ten naÅoÅ&fraq14;ony na was obowiÄzek, z tÄ koniecznÄ drobiazgowoÅciÄ, z którÄ w istocie czÄstokroÄ nie rachujÄ siÄ rodzicielki same?...

Oblicze zadumanej marszaÅkowej wyraÅ&fraq14;aÅo teraz ciche cierpienie, Å&fraq14;al jakby i skruchÄ, w tym bowiem wewnÄtrznym, milczÄcym rachunku sumienia coraz ciÄÅ&fraq14;sze odczuwaÅa winy po swojej i brata stronie.

A raz poruszone sumienie znów pytaÅo dalej nielitoÅciwie: - Czy pochwyciÅaÅ ty równieÅ&fraq14; te chwile, gdy do krysztalnej mÅodej dotÄd jeszcze duszy zapukaÅa miÅoÅÄ, wkradÅa siÄ tam, i rozkwitÅa bujnie? CzuwaÅaÅ&fraq14;eÅ razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem sÅowem, uwagÄ gÅÄbokÄ, ksztaÅciliÅcieÅ&fraq14; je? hodowali, strzegÄc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? MyÅleliÅcieÅ&fraq14; wy o tem, iÅ&fraq14; tam, zamiast skromnego, piÄknego pÄczka, o barwie Åagodnej, moÅ&fraq14;e wzroÅÄ ukrycie i bezksztaÅtnÄ zajaÅnieÄ purpurÄ kwiat namiÄtnoÅci cichy, wszystko dokoÅa duszÄcy swÄ woniÄ?..

Czy uczyniliÅcie wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya wÄtpliwoÅci wszelkich, szarpnÄÅo pytanie ostatnie duszÄ marszaÅkowej.

PrzygnÄbiona oparÅa znuÅ&fraq14;onÄ gÅowÄ o poduszkÄ staroÅwieckiego mebla.

OdpowiedzieÄ nie mogÅa obronÄ na zarzuty, powstaÅe w jej myÅlach za podszeptem sumienia - milczaÅa zatem.

  • Nie! - szyderczo odpowiedziaÅ z kolei rozum!... WypieÅciliÅcie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiÅcie mu niczego - osypywaliÅcie wszystkiem, czego zapragnÄÅo, znoszÄc nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ustÄpujÄc woli, którÄ rozumnie powinniÅcie byli ksztaÅciÄ; sÅuchajÄc - a nie rozkazujÄc!
  • O, wy! wychowawcy mÅodego pokolenia, jakÅ&fraq14;e daleko jesteÅcie od powinnoÅci swoich!.. zaÅmiaÅ siÄ w koÅcu rozum z goryczÄ.

MarszaÅkowa Warnicka, nie ruszajÄc siÄ z miejsca, przymknÄÅa powieki, chwilÄ dÅuÅ&fraq14;szÄ w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstaÅa ociÄÅ&fraq14;ale z miejsca swego i powoli zbliÅ&fraq14;yÅa siÄ ku oknu.

Zapalono juÅ&fraq14; latarnie w mieÅcie. Po szerokich - trotuarach pierwszorzÄdnej ulicy snuÅy siÄ tÅumy. Pani Melania wpatrzyÅa siÄ w nie, a w jej myÅlach jednoczeÅnie szumiaÅo:

  • Uderz siÄ w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boÅ winna, bardzo winna!

ZamigotaÅ, zabÅysÅ snopem promieni i iskier miÅoÅci pÅomyk, i dziewczyna wyciÄgnÄÅa ku niemu pragnÄce ramiona, jak Åódź bez steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którÄ wychowaÅaÅ - zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglÄdajÄc siÄ nawet za ich bÅogosÅawieÅstwem!

  • Zbieracie, coÅcie zasiali! - gÅos jakiÅ w uszach marszaÅkowej rozbrzmiewaÅ i rósÅ, peÅen potÄgi.

Nagle staruszka cofnÄÅa siÄ wstecz caÅem ciaÅem i drgnÄÅa nerwowo. W ciszy apartamentów rozlegÅ siÄ w tej chwili pokilkakroÄ silnie dzwonek.

To byÅ January Gowartowski. MarszaÅkowa przeczuciem juÅ&fraq14; zgadywaÅa przybycie brata, a przetarÅszy czoÅo rÄkÄ, z gÅÄbokiem westchnieniem odstÄpiÅa od okna.

W sÄsiednim salonie, na odgÅos dzwonka, zapalaÅ wÅaÅnie maÅy lokajczyk ÅwiatÅo, w przedpokoju rozbieraÅ siÄ ktoÅ i rozmawiaÅ ze sÅuÅ&fraq14;Äcym.

Pani Melania, wsÅuchawszy siÄ pilnie, poznaÅa gÅos brata. WysiÅkiem woli rozpogodziwszy, jak umiaÅa, oblicze, przestÄpiÅa próg buduaru, i weszÅa powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukazaÅ siÄ przybyÅy.

ByÅ to mÄÅ&fraq14;czyzna, lat koÅo szeÅÄdziesiÄciu moÅ&fraq14;e, chudy, wysoki, i pomimo wieku, trzymajÄcy siÄ jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o wyglÄdzie i ukÅadzie delikatnym, zrÄcznym i dystyngowanym. Twarz January Gowartowski miaÅ wygolonÄ starannie, gÅowÄ piÄknÄ, z przyprószonym nieco wÅosem, a wÄs sumiasty, biaÅy, okalaÅ mu wargi, wygiÄte nieco dumnie - oblicze zaÅ jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosÅoÅci, nerwowe, zmienne, znamionowaÅo czÅowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wraÅ&fraq14;liwego i uczuciowego moÅ&fraq14;e nad miarÄ.

Ujrzawszy siostrÄ, podbiegÅ ku niej szybko i zÅoÅ&fraq14;yÅ w milczeniu na jej rÄce peÅen uszanowania pocaÅunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spoczÄÅo na jej twarzy pytajÄco, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, widzÄc marszaÅkowÄ nieco zmieszanÄ, odezwaÅ siÄ pierwszy:

  • OdebraÅem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnaÅ miÄ tu natychmiast... Ola wyjechaÅa podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko jej co zÅego siÄ nie staÅo? moÅ&fraq14;e ona chora, groźnie, broÅ BoÅ&fraq14;e?.. Powiedz, Melanio, szczerÄ prawdÄ, mów prÄdzej, bo wytrzymaÄ z niepokoju nie mogÄ!.. - drÅ&fraq14;Äco wymówiÅ pan January sÅowa ostatnie, z akcentem proÅby, gÅosem peÅnym obawy, i z troskÄ na wyrazistej twarzy czekaÅ na odpowiedź.

Tymczasem zmieszanie marszaÅkowej rosÅo. UnikajÄc spojrzenia brata, rzekÅa:

  • AleÅ&fraq14; uspokój siÄ, mój drogi, cóÅ&fraq14; znowu?.. Upewniam ciÄ, iÅ&fraq14; Ola najzdrowsza siÄ czuje i Å&fraq14;e zgoÅa nic zÅego jej nie grozi...

Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziÅa siÄ i westchnienie ulgi podniosÅo pierÅ jego, odczuÅ bowiem szczeroÅÄ w sÅowach siostry.

Rzuciwszy opodal kapelusz i podróÅ&fraq14;na torebkÄ, usiadÅ wygodnie na fotelu i spokojnym juÅ&fraq14; zupeÅnie gÅosem zapytaÅ:

  • No, wiÄc cóÅ&fraq14;, na Boga, staÅo siÄ z OlÄ? wyjechaÅa - dokÄd?...
  • ZmÄczonym pewnie jesteÅ i gÅodnym - przerwaÅa bratu Melania - moÅ&fraq14;e kazaÄ daÄ ci herbaty, przekÄski?... - i mówiÄc to, przycisnÄÅa guzik elektrycznego dzwonka.
  • AleÅ&fraq14;, ma chère, - Å&fraq14;achnÄÅ siÄ trochÄ niecierpliwie Gowartowski
  • to wszystko zrobimy później, po cóÅ&fraq14; te ze mnÄ ceremonie; co ci siÄ dzisiaj staÅo, taka nienaturalna jakaÅ jesteÅ? - zatrzymaÅ siÄ pan January i spojrzaÅ siostrze badawczo w oczy.
  • Nakarmisz mnie potem - dorzuciÅ po chwili, z uÅmiechem - lecz opowiedz mi najprzód, co siÄ tutaj staÅo?...

MarszaÅkowa i na to nic zupeÅnie nie odpowiedziaÅa, bo w tej wÅaÅnie chwili na progu salonu ukazaÅ siÄ przywoÅany lokaj. Wszystko, co dotÄd czyniÅa, miaÅo za cel zyskaÄ tylko na czasie, po prostu bowiem nie wiedziaÅa, w jaki sposób podaÄ bratu smutnÄ i wstrzÄsajÄcÄ odpowiedź i w jakiej uczyniÄ to formie. ZwróciÅa siÄ do sÅuÅ&fraq14;Äcego.

  • Zapal lampÄ w buduarze, a gdyby kto tam przyszedÅ, to powiedz, Å&fraq14;em cierpiÄca, i nie przyjmujÄ...
  • Wszak prawda - z kolei pytajÄco na pozór skierowaÅa siÄ do brata - i ty zapewne nie masz dziÅ ochoty widzieÄ goÅci?...

Za caÅÄ odpowiedź Gowartowski wzruszyÅ z lekka ramionami, jednoczeÅnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzaÅ na siostrÄ, a z twarzy jego pierzchÅa pogoda.

CoÅ poza kulisami dziaÅo siÄ w tym domu niedobrego, czul to pan January nerwami, wiÄc czoÅo zasÄpiÅo mu siÄ i brwi przelotnie zmarszczyÅy. PowstaÅ gorÄczkowo z siedzenia, nieobecny myÅlÄ, szukajÄcy zagadki, nie rozumiejÄc sÅów siostry, znajdujÄcej siÄ juÅ&fraq14; w oÅwietlonym buduarze i mówiÄcej coÅ do niego.

  • Co mówisz? nie sÅyszÄ... - rzuciÅ po chwili. - MoÅ&fraq14;e tu przejdziesz, bÄdzie nam wygodniej rozmawiaÄ... - powtórzyÅa gÅoÅniej tym razem marszaÅkowa.

Gowartowski posÅusznie podszedÅ ku drzwiom i przestÄpiÅ próg buduaru.

Zamknij drzwi za sobÄ, mój kochany, i siadaj, proszÄ ciÄ! - bezdźwiÄcznym gÅosem odezwaÅa siÄ pani Melania, sama zaÅ skierowaÅa siÄ, by przymknÄÄ drzwi do pokoju jeszcze jedne.

Pan January tymczasem usiadÅ i ze wzrastajÄcym coraz bardziej niepokojem ÅledziÅ ruchy swej siostry. Teraz byÅ juÅ&fraq14; pewnym, Å&fraq14;e czeka go coÅ niezwykÅego, i zÅego, tak bowiem ostroÅ&fraq14;nej i dziwnie postÄpujÄcej siostry dawno juÅ&fraq14; nie oglÄdaÅ.

MarszaÅkowa zbliÅ&fraq14;aÅa siÄ wÅaÅnie ku niemu, a usadowiwszy siÄ obok, na kanapie, ujÄÅa w obie dÅonie rÄce brata. PostanowiÅa w myÅli zaraz od razu przeciÄÄ draÅ&fraq14;niÄce pÄta wstÄpnej rozmowy, rzekÅa zatem Åagodnie i serdecznie, wpatrzywszy siÄ rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.

  • Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, Å&fraq14;e nie zanadto zmartwisz siÄ tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomoÅÄ bardzo smutnÄ, co ci zakomunikowaÄ muszÄ - prawdziwie po mÄsku...
  • AleÅ&fraq14; dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-Å&fraq14;e mi nareszcie, o co chodzi, bo siedzÄ, jak na rozÅ&fraq14;arzonych wÄglach, i po gÅowie latajÄ mi wprost niemoÅ&fraq14;liwe przypuszczenia!.. Mów prÄdzej, bÅagam - cóÅ&fraq14; z OlÄ siÄ staÅo?.. - wybuchnÄÅ Gowartowski, ostatnie zaÅ sÅowa jego drgaÅy wymówkÄ i proÅbÄ.

Wyraz wspóÅczucia przemknÄÅ po twarzy matrony siwej, i objÄwszy rÄkami gÅowÄ brata, ucaÅowaÅa jÄ czule.

  • Ola... juÅ&fraq14; po Ålubie... - rzekÅa równoczeÅnie szeptem.

Gowartowski, jak podrzucony, zerwaÅ siÄ z fotelu, i wzrokiem bÅÄdnym na marszaÅkowÄ spojrzaÅ. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknÄÅ w pierwszej chwili. - To byÄ nie moÅ&fraq14;e!... - dorzuciÅ i urwaÅ... Wpatrzywszy siÄ bowiem uwaÅ&fraq14;niej w twarz siostry, poznaÅ, iÅ&fraq14; ona mówi prawdÄ, po chwili jÄknÄÅ wiÄc tylko cicho:

  • Z kim?... i caÅy, zdawaÅo siÄ, zawisÅ na ustach pani Melanii... GÅos zadrÅ&fraq14;aÅ marszaÅkowej, gdy, jak mogÅa najspokojniej, panujÄc nad wÅasnem wzruszeniem, odpowiedziaÅa wolno:
  • Z Romanem DzierÅ&fraq14;ymirskim...
  • Z DzierÅ&fraq14;ymirskim... z tym hoÅyszem... synem tej... tej WÅoszki, Åpiewaczki!... - gÅos zaÅamaÅ siÄ panu Januaremu, i schwyciÅ siÄ on obiema rÄkami za gÅowÄ. - I bez... bez... - tu gÅos Gowartowskiego przeszedÅ w chrypkÄ, snaÄ wstrzÄsajÄca nowina zatamowaÅa mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... bÅogosÅawieÅstwa!... - wykrztusiÅ; dokoÅczyÅ nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znÄkanego otrzymanÄ wiadomoÅciÄ ojca, dotÄd blada bardzo, zakwitÅa nagle ceglastym rumieÅcem, nogi zaÅ widocznie zachwiaÅy siÄ pod nim, gdyÅ&fraq14; ciÄÅ&fraq14;ko, bezsilnie, upadÅ na pobliski gÅÄboki fotel.

Powtórnie, z macierzyÅskÄ iÅcie troskliwoÅciÄ, objÄÅa gÅowÄ stroskanego brata marszaÅkowa Warnicka, jakby ta czuÅa pieszczota siostrzana ukoiÄ pragnÄÅa, choÄ chwilowo, cios, przed chwilÄ sÅowami przez niÄ zadany.

Lecz Gowartowski odtrÄciÅ jÄ prawie Å&fraq14;e brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w dÅoni rÄkÄ siostry, przemówiÅ zapalczywie, urywanym gÅosem.

  • Jak to? I ty, Melanio, pozwoliÅaÅ na to? ty, na opiece której, niby matki rodzonej, zostawiÅem moje dzieciÄ? Ty daÅaÅ zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem?

I pan January ponownie z miejsca swego siÄ zerwaÅ, i wykrzyknÄÅ wzburzony:

  • WiedzÄc, Å&fraq14;e temu mÅokosowi, awanturnikowi odmówiÅem dawniej, naumyÅlnie usypialiÅcie czujnoÅÄ mojÄ, by mnie podejÅÄ, oszukaÄ, i myÅleliÅcie moÅ&fraq14;e, iÅ&fraq14; ja to przyjmÄ post factum, "tak sobie!"
  • AleÅ&fraq14; zmiÅuj siÄ, uspokój ! - pospiesznie przerwaÅa marszaÅkowa.
  • Nic jeszcze nie wiesz dokÅadnie, a juÅ&fraq14; obwiniasz innych na chybiÅ-trafiÅ. ProszÄ ciÄ, bardzo proszÄ, cierpliwoÅci trochÄ, spokoju, aÅ&fraq14; opowiem ci wszystko, - dodaÅa bÅagalnie.

Pan January mimo woli ucichÅ i spojrzaÅ pytajÄco na siostrÄ.

  • Serce-Å&fraq14; ty moje, posÅuchaj, a nie martw siÄ tak okrutnie - drÅ&fraq14;Äcym od wzruszenia gÅosem, ze wspóÅczuciem, przemówiÅa znowu pani Melania, w nagÅem rozczuleniu zatrÄcajÄc przytem wyraźnie rodzonym ukraiÅskim akcentem, od którego odzwyczaiÅa siÄ byÅa swÄ ciÄgÅÄ bytnoÅciÄ w mieÅcie. - PosÅuchaj, jak siÄ rzecz miaÅa - zaczÄÅa marszaÅkowa, i ciÄgnÄÅa tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy juÅ&fraq14; tak boleÅnie dotknÄÅeÅ miÄ przypuszczeniem, Å&fraq14;e byÅam w zmowie przeciwko tobie, wytÅumaczyÄ siÄ winnam... Tak nie byÅo wcale, jak sÄdzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoÅa nie wiedziaÅam...

Jak to? - przerwaÅ siostrze zdumiony Gowartowski.

  • Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupeÅnie nie wiedziaÅam - powtórzyÅa marszaÅkowa, z widocznym Å&fraq14;alem w gÅosie - a dlaczego? Dlatego, Å&fraq14;e oni poradzili sobie bez nas... Roman porwaÅ OlÄ i natychmiast wyjechali razem za granicÄ.

I pani Melania umilkÅa, wszystko najgorsze juÅ&fraq14; byÅo bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyliÅa siÄ gÅowa mÄÅ&fraq14;czyzny, i odbiÅo siÄ na niej jeszcze boleÅniejsze cierpienie.

  • Olu!... Olu!... dziecko moje!.. JakÅ&fraq14;e zawiodÅem siÄ na, tobie! - z ciÄÅ&fraq14;kiem westchnieniem wymknÄÅo siÄ z ust biednego ojca.

MarszaÅkowa spoglÄdaÅa wzruszona na brata. Gniewu jego nie baÅa siÄ ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lÄkaÅa siÄ dotÄd najbardziej, to tej rany wÅaÅnie, zadanej kochajÄcemu sercu ojcowskiemu przez córkÄ, depczÄcÄ przywiÄzanie do niej silne i bez upamiÄtania - dla uÅudnej fatamorgany zmysÅowych rozkoszy, dla miÅoÅci kwiatów i ponÄt...

Pan January, z gÅowÄ na piersi schylonÄ, milczaÅ teraz, ukrywszy twarz w dÅonie. Ze wzrastajÄcem coraz bardziej wspóÅczuciem patrzyÅa wciÄÅ&fraq14; pani Melania na brata i myÅlaÅa:

  • 0, dzieci, dzieci, pokolenia mÅode, jakÅ&fraq14;e wy czÄsto i okrutnie ranicie serca starych! PrzywiÄzuje siÄ ich jesieÅ smutna do waszych wiosen, peÅnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukajÄce wciÄÅ&fraq14; ciepÅa i sÅoÅca, lekkomyÅlnie rzucacie te serca, tratujecie miÅoÅÄ, zaparcia siebie peÅnÄ, a pogardzajÄc dogasajÄcemi, popielejÄcemi iskrami - szukacie, garniecie siÄ do ognia, do mÅodych!..

PrzecieÅ&fraq14; i dla mnie pieszczotka Ola byÅa dotÄd wszystkiem, lube dzieciÄ!

Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biÅo sÅoÅce miÅoÅci mÅodej, ptaszyna zerwaÅa jedwabne pÄta przywiÄzaÅ domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych jej uczuÄ, do serduszka dziewczÄcego, wdarÅ siÄ promienisty blask potÄÅ&fraq14;niejszy, silniejszy! ZwykÅa kolej rzeczy tego Åwiata...

ChcÄc przerwaÄ milczenie, peÅne dla obojga rozmyÅlaÅ przykrych, pani Melania poczÄÅa mówiÄ znowu przyciszonym gÅosem:

  • PodziÄkujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, Å&fraq14;e Ålubem skoÅczyÅo siÄ to wszystko. Teraz z wolÄ BoÅ&fraq14;Ä pogodziÄ siÄ naleÅ&fraq14;y, i z przeznaczeniem, to trudno... - ciÄgnÄÅa dalej, widzÄc, Å&fraq14;e na jej sÅowa wyrwany z gÅÄbokiej zadumy brat podniósÅ gÅowÄ i sÅucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpiaÅam, nim doniesiono mi o tem, Å&fraq14;e oni gdzieÅ w pobliÅ&fraq14;u austryackiej granicy, w jakiejÅ tam wioszczynie Ålub wziÄli.
  • ZkÄdÅ&fraq14;e masz tÄ wiadomoÅÄ? - zÅamanym i cichym gÅosem spytaÅ Gowartowski.
  • MarszaÅkowa ze smutkiem spojrzaÅa na brata. Serce zabolaÅo jÄ, jakÅ&fraq14;e bowiem innym, odmiennym caÅkiem, staÅ siÄ on nagle teraz, po odebraniu wiadomoÅci, tak dlaÅ wszechstronnie bolesnej. Powoli, miÄkko, opowiadaÄ mu ona poczÄÅa stopniowo wszystko.

A wiÄc, o ucieczce Oli, o wÅasnych cierpieniach, o tem, Å&fraq14;e z tak licznych znajomych prawdy nie domyÅla siÄ dotÄd nikt jeszcze, o ÅadyÅ&fraq14;yÅskim...

Pan January, przybity, sÅuchaÅ teraz sÅów siostry pokornie, jak dziecko, nie odzywaÅ siÄ juÅ&fraq14; wcale, trudno zaÅ byÅo zarÄczyÄ, czy w myÅlach bezustannie zatopiony - sÅyszaÅ.

SkoÅczywszy swÄ opowieÅÄ, marszaÅkowa rzekÅa:

  • Bóg mi Åwiadkiem, iÅ&fraq14; nic winnÄ nie jestem... Po wyjeździe twoim i odmowie, którÄ daÅeÅ DzierÅ&fraq14;ymirskiemu, gdy oÅwiadczyÅ siÄ o OlÄ przed paru tygodniami, nie przyjmowaÅam go wcale. Gdzie widywaÅ siÄ z OlÄ, jak i kiedy uÅoÅ&fraq14;yli ze sobÄ wszystko? Dotychczas Å&fraq14;adnego o tem nie mam pojÄcia. CóÅ&fraq14; robiÄ - wola Boska!..

Gdy marszaÅkowa wymawiaÅa te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunÄÅa siÄ do brata, chcÄc pocieszyÄ go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej padÅo na drzwi od salonu, i drgnÄÅa nerwowo. ZdaÅo jej siÄ, Å&fraq14;e ktoÅ dotyka wÅaÅnie klamki...

RzeczywiÅcie, w sekundÄ później rozlegÅo siÄ trzykrotne pukanie, w Ålad za tem zaÅ sÅuÅ&fraq14;Äcy zawiadomiÅ, Å&fraq14;e podano kolacyÄ i herbatÄ.

  • Czy masz ochotÄ jeÅÄ teraz? - spytaÅa Åagodnie brata pani Melania.

Pan January, machnÄwszy poprzednio rÄkÄ, zrobiÅ gÅowÄ ruch negatywy, peÅny obojÄtnoÅci i zniechÄcenia.

MarszaÅkowa westchnÄÅa cicho.

-BÄdziemy jedli później! - rzuciÅa gÅoÅno.

Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schyliÅ siÄ i spojrzaÅ przez dziurkÄ od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszonÄ rozmowÄ, której wÄtka schwyciÄ nie mógÅ, postawszy chwilÄ, oddaliÅ siÄ na palcach by zakomunikowaÄ wiadomoÅÄ tÄ pozostaÅej sÅuÅ&fraq14;bie.

Z dobrÄ godzinÄ, a moÅ&fraq14;e i wiÄcej jeszcze, minÄÅo nim roztworzyÅy siÄ owe drzwi buduaru, i wyszÅo z niego rodzeÅstwo. JakieÅ&fraq14; jednak byÅo zdumienie domowników, gdy zamiast spoÅ&fraq14;yÄ wieczerzÄ, oboje rozeszli siÄ do swoich komnat, nie tknÄwszy jej wcale.

I późno potem w apartamentach marszaÅkowej Warnickiej paliÅy siÄ dwa ÅwiatÅa.

DÅugo, bardzo dÅugo, na klÄczkach przed zapalonÄ lampkÄ i wizerunkiem Matki BoÅ&fraq14;ej modliÅa siÄ gorÄco polska matrona, zanoszÄc proÅby do nieba. Ukrywszy gÅowÄ w dÅonie, rozmyÅlaÅa ona o ulubienicy swej, Oli, modliÅa siÄ za niÄ, za brata wreszcie, by mu los przyszÅoÅÄ osÅodziÅ. W koÅcu ÅwiatÅo u niej zgasÅo. ZmÄczona wraÅ&fraq14;eniami ciÄÅ&fraq14;kich trzech dni ostatnich, staruszka zasnÄÅa twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwÄ...

Inaczej siÄ dziaÅo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zmÄczony jednostajnÄ po pokoju wÄdrówkÄ, zgasiÅ lampÄ, uÅoÅ&fraq14;ywszy siÄ do snu.

Lecz sen - ukoiciel daleko odleciaÅ od znÄkanego starca.

Przez wielkie okno wkradaÅo siÄ póÅÅwiatÅo usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej; mrugajÄce na niebie gwiazdy zaglÄdaÅy do wnÄtrza - komnaty, poÅoÅ&fraq14;onej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawisÅszy nad ÅoÅ&fraq14;em, wpatrywaÅy siÄ bÅyszczÄce, pytaÅ niedyskretnych peÅne, w pobladÅe lica bolejÄcego tu czÅowieka.

0! jakÅ&fraq14;e noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna byÅa innÄ dla zapomnianego ojca, a jak inna, choÄ ta sama, rozpiÄta na wÅoskiem niebie, dla dwojga mÅodych w Wenecyi!...

Tam, w upojeniu, w miÅosnej ekstazie, dwie dusze, dwa mÅode istnienia zlewaÅy siÄ w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeÅ teraz wÅaÅnie biÅa moÅ&fraq14;e zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska uÅudna szczÄÅcia godzina...

A tu?...

Z cierpieniem i bólem sam na sam borykaÅ siÄ starzec, tÅumiÄc Åzy, cisnÄce mu siÄ gwaÅtem do oczu...

Bo czyÅ&fraq14;, zaiste, to dzieciÄ wÅasne, drogie, nie sponiewieraÅo go bezlitoÅnie? CzyÅ&fraq14; za tyle lat ojcowskich trudów, miÅoÅci i zaparcia siÄ siebie, on, rodzic kochajÄcy, jak rzadko który moÅ&fraq14;e, zasÅuÅ&fraq14;yÅ tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?

WiÄc on wobec córki wÅasnej nic nie znaczyÅ? BÅogosÅawieÅstwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaÅ, jego wÅasne "ja," którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawaÅo mu siÄ piÄtnem, odbite byÅo na duszy Oli, takÅ&fraq14;e okazaÅo siÄ tak sÅabem tylko? 0! do jakiego stopnia sÅabem nawet, kiedy nie potrafiÅo oprzeÄ siÄ nowemu uczuciu - intruzowi!...

UÅmiech gorzki, boleÅci peÅny, przemknÄÅ siÄ po ustach Gowartowskiego.

  • WiÄc nic trwaÅego na tym padole! - myÅlaÅ - wszystko marnoÅciÄ... rozwiewajÄcym puchem!... WiÄc drogie kamienie, perÅy uczucia, powstaÅe w ojcowskiej duszy z tysiÄcznych Å&fraq14;ycia szczegóÅów, cicho wyrosÅe tam kwiaty trwaÅego rodzicielskiego przywiÄzania, z góry juÅ&fraq14; skazane byÄ muszÄ niemiÅosiernie, by zwiÄdnÄÄ zapoznane...

Ach, jakÅ&fraq14;e on, naiwny, dalekim byÅ myÅlÄ od tego! JakiemÅ&fraq14;e przykrem rozczarowaniem byÅa dlaÅ ta naga rzeczywistoÅÄ, brutalna, bez zasÅon, choÄby konwencyonalnych tylko!

Gowartowski ÅcisnÄÅ gÅowÄ rÄkami, zdawaÅo mu siÄ bowiem, iÅ&fraq14; ona pÄknie od myÅli, cisnÄcych siÄ, jak nieproszone tÅumy... Subtelny umysÅ jego giÄÅ siÄ pod ich naporem, szumiaÅ, niby rój brzÄczÄcych, dokuczliwych owadów.

Nagle, jakby dziwnym wpÅywem reakcyi, w gÅowie leÅ&fraq14;Äcego zapanowaÅa próÅ&fraq14;nia...

Gowartowski na maÅÄ sekundÄ tylko przestaÅ myÅleÄ...

I natychmiast zrÄcznie z chwili tej skorzystaÅa samowiedza.

  • Przypomnij sobie wÅasnÄ przeszÅoÅÄ - szepnÄÅa - bÄdź wyrozumiaÅym!... Poszukaj dobrze, a niewÄtpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z chwilÄ obecnÄ!...

Wszak mÅodoÅÄ ma swoje silne prawa, kaÅ&fraq14;dy w tym czasie korzysta z nich, a staroÅÄ, ubrana w poÅ&fraq14;óÅkÅe, lecÄce liÅcie jesieni Å&fraq14;ycia, swÄ gÅowÄ srebrnÄ pochyliÄ zawsze musi przed jej oÅlepiajÄcym blaskiem, pomna, Å&fraq14;e i ona kiedyÅ taka sama byÅa.

I pan January wysiÅkiem woli uprzytomniÅ sobie nagle minione lata swoje, wpatrzyÅ siÄ w nie na chwilÄ...

  • Nie, nie!... - woÅaÄ poczÄÅo we wzburzeniu caÅe jego jestestwo.

Tego, co go dzisiaj spotykaÅo, nie byÅo tam zgoÅa. On szanowaÅ sÄdziwy wiek, przywiÄzania starych nie tratowaÅ; choÄ kochaÅ i szalaÅ, jednak zawsze godziÅ jedno z drugiem.

Tu zaÅ obecnie dziaÅo siÄ zupeÅnie co innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwróciÅ siÄ do Åciany, a przymknÄwszy machinalnie powieki, i jakby chroniÄc sÅuch od jakichÅ odgÅosów, jak dzieciÄ wcisnÄÅ w poduszki gÅowÄ swÄ siwÄ. Bo nagle zdaÅo mu siÄ wyraźnie, Å&fraq14;e czyn Oli przyoblekÅ siÄ w sÅowa i w pustych, cichych Åcianach pokoju krzyczy wielkim gÅosem:

  • Idź w kÄt, stary niedoÅÄgo! CzyÅ&fraq14; ja potrzebujÄ ciebie siÄ pytaÄ? Ja chcÄ Å&fraq14;yÄ, kochaÄ! PragnÄ za mÄÅ&fraq14;a mÄÅ&fraq14;czyzny drogiego sercu, a tu ty myÅlisz mi przeszkodziÄ?...

W ciszy pokoju, w uÅpieniu letniej nocy, rozlegÅo siÄ bolesne, stÅumione Åkanie - starzec pÅakaÅ...

Dawno niezmoczone ÅzÄ sÄdziwe mÄskie powieki, zaszkliÅy siÄ rosÄ - stroskanego ojca uniósÅ ból poczÄÅ rozsadzaÄ piersi.

A jednoczeÅnie przywidziaÅo mu siÄ, jakby w halucynacyi nagÅej, Å&fraq14;e oto skÄdsiÅ nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan zÅocisty... Przytuleni, zroÅli jakoby ze sobÄ, siedzÄ na nim Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widzÄc nic dokoÅa.

Rydwan zaÅ wspaniaÅy zbliÅ&fraq14;a siÄ coraz bardziej...

CiÄgnÄ go ogniste piÄkne rumaki biaÅe, a po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wszÄdzie sypiÄ siÄ kwiaty; zasypujÄ go, pochÅaniajÄ...

Muzyka wesoÅa, skoczna, zagÅusza tymczasem tÄtent koni - nad zakochanÄ parÄ mÅodych roje cherubów unoszÄ siÄ w górze, skrzydeÅka ich szumiÄ radoÅnie, a czarowna miÅoÅÄ toruje im drogÄ!...

I Gowartowskiemu zdaje siÄ równoczeÅnie, Å&fraq14;e pojazd ten wprost na niego wpada.

Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...

Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijaÅskie uderzenia kopyt koÅskich...

Ach!...

To koÅa rydwanu przemknÄÅy po nim zwyciÄsko!...

ZaszumiaÅo... PosypaÅy siÄ znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka gÅoÅniej zabrzmiaÅa.

MinÄÅa chwila...

UcichÅo wszystko, znikÅo i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim zadrÅ&fraq14;aÅ miÅoÅnie pocaÅunku szmer...

Pojechali.

Zimny pot zaperliÅ siÄ na czole Gowartowskiego. - Przez myÅl przemknÄÅo mu sÅowo: WaryujÄ?...

Lecz niebawem znowu powróciÅa myÅl zbÅÄkana.

I cierpienie natychmiast ukÅuciami drobnemi raniÄ go ponownie zaczÄÅo.

Powtórnie, umilkÅe na drobnÄ chwilÄ, jak przypÅyw morza, niepowstrzymany, powrotny, rozlegÅo siÄ w cichym spokoju komnaty zduszone Åkanie...

Szerokiem korytem rozlewaÅa siÄ boleÅÄ upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho pÅynÄÅa eterami, w dal...

Na dworze ÅciemniÅo siÄ tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie pojawiÅy siÄ maÅe chmurki, przesÅoniÅy zaglÄdajÄce ciekawie do pokoju gwiazdy...

Cienie rozkÅadaÅy siÄ obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmÄczeniem snaÄ zwyciÄÅ&fraq14;ane i wyczerpaniem, milkÅo bolesne Åkanie starca, przechodzÄc stopniowo w pÅacz cichy. CóÅ&fraq14; staÅo siÄ powodem tego ukojenia, dziaÅajÄcego Åagodnie, jak balsam, na znÄkanÄ cierpieniami duszÄ stroskanego ojca?

MoÅ&fraq14;e to byÅo przywidzeniem tylko, jednak w majaczÄcych, coraz wiÄcej zasiedlajÄcych pokój póÅcieniach, na ich tle widoczna zarysowaÅa siÄ niewyraźna jakaÅ postaÄ, nachylona ze wspóÅczuciem...

KtóÅ&fraq14; to byÅ tak niepochwytny, z eterów zaledwie zÅoÅ&fraq14;ony caÅy? Mara, czy zÅudzenie?

JednoczeÅnie jakiÅ dziwny szelest jakby rozlegÅ siÄ równieÅ&fraq14; po pokoju... Z przytÅumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spadaÅo coÅ w pewnych od siebie odstÄpach, za spadniÄciem zaÅ kaÅ&fraq14;dej kropli rozlegaÅ siÄ w cichej komnacie jakiÅ peÅny, oddzielny, harmonijny ton stÅumiony - graÅa jednolita, oderwana, melodyjna nuta.

CichÅa - i znów to samo czyniÅa druga, trzecia, czwarta...

CóÅ&fraq14; to byÅo na Boga? Czary, czy teÅ&fraq14; tylko igraszka cieni i sÅuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywoÅany ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem, spÅynÄÅ byÅ AnioÅ pocieszenia, a siadÅszy cicho przy ÅoÅ&fraq14;u szarpiÄcego siÄ z hydrÄ bólu starca, niósÅ mu ukojenie - od Boga!...

Åciany pokoju tymczasem coraz ciszej graÅy swÄ muzykÄ dziwnÄ...

To ostatnie, do czary konchowej w dÅoniach Pocieszyciela, zmieniajÄc siÄ tam w piÄkne drogocenne perÅy, spadaÅy z oczu czÅowieka-ojca - Åzy...


Nad lekko zmarszczonÄ, a mieniÄcÄ siÄ jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokrÄgu, ÅagodniaÅa coraz bardziej czerwona wstÄga zachodu, aÅ&fraq14; znikÅa, speÅzÅa zupeÅnie, wyparta mrokiem idÄcego wieczoru.

W zakÅadzie kÄpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach goÅcie, powoli, stopniowo, zdÄÅ&fraq14;ali do kabin swych, aÅ&fraq14; objÄta palami i sznurem ogromna przestrzeÅ morza, przeznaczona na kÄpiel, zupeÅnie opustoszaÅa niebawem.

Natomiast na werandzie poÅrodku zakÅadu, na rubieÅ&fraq14;y kÄpieli, zaroiÅo siÄ od goÅci, spragnionych wypoczynku.

OdcinajÄc siÄ od innych wysokÄ, smukÅÄ swÄ postawÄ i dystynkcyÄ, zmierzajÄcy do wolnego miejsca tuÅ&fraq14; pod balustradÄ, nad morzem, przeciskaÅ siÄ pomiÄdzy licznymi zajÄtymi juÅ&fraq14; stolikami, Roman DzierÅ&fraq14;ymirski, w ubraniu caÅem biaÅem, licujÄcem bardzo korzystnie z piÄknÄ ÅniadÄ twarzÄ jego i czarnym zarostem. ZnalazÅszy w korku wolne miejsce, usiadÅ i kazaÅ podaÄ sobie napój odÅwieÅ&fraq14;ajÄcy, a zdjÄwszy zarazem biaÅy kapelusz - z tegoÅ&fraq14; materyaÅu, co odzienie zrobiony - spojrzaÅ wokoÅo...

PrzytÅumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróÅ&fraq14;nych jÄzykach, brzÄczaÅ w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tÅum; na piÄknego, a samotnego cudzoziemca spoglÄdaÅo ciekawie i zalotnie kilka siedzÄcych opodal, przystojnych WÅoszek o grubych zmysÅowych wargach i duÅ&fraq14;ych, bÅyszczÄcych, czarnych, jak wÄgiel, oczach.

DzierÅ&fraq14;ymirski przetarÅ czoÅo rÄkÄ, i popatrzyÅ z kolei przed siebie. Otulone juÅ&fraq14; mgÅami zmierzchu morze marzyÅo jakby zadumane. Przyciszonym Åoskotem uderzaÅo o brzeg falÄ, mówiÅo coÅ, szeptaÅo...

Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejÄcej jego fali ÅcigaÅy siÄ teraz mroki, jakieÅ cienie tajemniczo pÅywaÅy po niem, gwarzyÅy ze sobÄ gdzieÅ w oddali, a tÅumione ich gÅosy niósÅ echem Åagodny szmer fali...

TÄsknym wzrokiem wpatrzyÅ siÄ DzierÅ&fraq14;ymirski w bezmiar wód Adryatyku, zdaÅo mu siÄ bowiem, Å&fraq14;e wÅród tych otaczajÄcych go, obcych ludzi, ono jedno brata siÄ z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myÅli jego sÅucha.

A Roman caÅkiem swobodnie poddaÄ siÄ im mógÅ po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwaÅ bowiem na nikogo, byÅ sam zupeÅnie; Å&fraq14;onÄ, cierpiÄcÄ na migrenÄ, pozostawiÅ w hotelu na wÅasne jej Å&fraq14;Ädanie.

DotÄd zaÅ po prostu nie miaÅ czasu pomyÅleÄ, wniknÄÄ w siebie.

Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijaÅo dwa tygodnie, a w caÅym tym okresie, upojony haszyszem miÅoÅci dzielonej, przykuty do Oli zÅotymi ÅaÅcuchy uczucia, wprzÄgniÄty w oszaÅamiajÄce, uÅudne jarzmo chwil miodowych - ÅniÅ on, spaÅ, Å&fraq14;yjÄc Å&fraq14;yciem nie rzeczywistem, ale jakiemÅ innem, oderwanem, lÅniÄcem siÄ li tylko jasnoÅciÄ, promieniami i blaskiem.

Prócz tego, jednoczeÅnie doznawaÅ on i wraÅ&fraq14;eÅ innych, subtelniejszych. ByÅy zaÅ niemi: po pierwsze, wraÅ&fraq14;enia czysto zewnÄtrzne, a wiÄc ciÄgÅe, bezustanne pobudzenie poczucia piÄkna, wyzwane zetkniÄciem siÄ z sztukÄ tego zakÄtka pamiÄtek Italii; - wewnÄtrzne, a tym razem równieÅ&fraq14; w ÅcisÅej pozostajÄce ÅÄcznoÅci z osiÄ wszystkiego dlaÅ teraz - z OlÄ.

DzierÅ&fraq14;ymirski z licznych dotÄd miÅostek obeznany byÅ dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwaÅ to, co dziÅ...

Bo dotÄd tak zwykle zdarzaÅo siÄ zazwyczaj; Å&fraq14;e on byÅ w miÅoÅci zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszÄ byÅa - poddawaÅa siÄ tylko sile jego uczucia.

Teraz zaÅ dziaÅo siÄ wrÄcz przeciwnie: to on czuÅ siÄ wiÄcej pragnionym i kochanym - to on poddawaÅ siÄ sile szaÅów, poÅ&fraq14;ÄdaÅ...

Po stronie kobiety byÅa widoczna przewaga, Roman zaÅ nurzaÅ siÄ w tej czystej toni niepokalanego dotÄd niczem uczucia, jak w źródle ÅwieÅ&fraq14;em, krynicznem nowego zÅotego Å&fraq14;ycia, odmÅadzaÅ siÄ w niem, orzeźwiaÅ, i upojony, odurzony - zasypiaÅ Å&fraq14;ycie, marzyÅ i ÅniÅ, wchÅaniajÄc w siebie caÅÄ moc i potÄgÄ skierowanej ku niemu miÅoÅci.

A jednak, wszak i on kochaÅ OlÄ: KtóÅ&fraq14; by wÄtpiÅ o tem, gdyby tylko mógÅ spojrzeÄ na ukrytÄ, starannie od ludzkiego oka, a zapisanÄ kartÄ jego tak niedawnej jeszcze przeszÅoÅci.

W tej chwili Roman, przeÅ&fraq14;ywajÄc jakby w myÅlach swych, poza teraźniejszoÅciÄ i lata minione, wzdrygnÄÅ siÄ, brwi zmarszczyÅ, i machinalnie spojrzaÅ przed siebie.

ZupeÅnie spowiÅ juÅ&fraq14; morze mrok ciemny. Hen, daleko, bÅyszczaÅy ÅwiatÅa, pozapalane na niewidzialnych prawie goÅem okiem parowcach. Trzy z nich mrugaÅy juÅ&fraq14; na koÅyszÄcym siÄ wodnym obszarze, po chwili zabÅysÅo czwarte, piÄte...

Lekki wietrzyk wionÄÅ po fali, poruszyÅ siÄ zadumany wód olbrzym, zakoÅysaÅ, zaszumiaÅ tajemniczo gÅoÅniejszym, niÅ&fraq14; dotÄd, chórem podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagraÅ...

U stóp Romana silniej zapluskaÅy fale.

W uderzeniach zaÅ ich, teraz juÅ&fraq14; zupeÅnie bliskich, wyraźnych, powtarzajÄcych siÄ co chwila, jakiÅ ukryty, szyderczy, szemrzÄcy jakby gÅos woÅaÅ, zda siÄ, gdzieÅ z gÅÄbin dalekich:

  • No, i cóÅ&fraq14;, przywÅaszczycielu cudzego zÅota, dobrze ci z niem, co, nieprawdaÅ&fraq14;? UbóstwiajÄ ciÄ, grasz rolÄ milionera!

Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaÅmiaÅy siÄ nagle wody.

  • MyÅlisz moÅ&fraq14;e, Å&fraq14;e teraz, dotykajÄc siÄ juÅ&fraq14; pieniÄdzy innych, wytÅumaczonym przez to jesteÅ? Å»e zapomniano, zagrzebano twÄ tajemnicÄ?
  • Ha-ha!-ha-ha!.. - ÅmiaÅo siÄ morze ironicznie, i dalej znowu szydziÅo:
  • A widzisz - zbladÅeÅ! Ty dotychczas pewnym byÅeÅ, Å&fraq14;e nikt nic nie wie o tem!..
  • A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaÅmiaÅo siÄ morze, a Åmiech ten wód ogromy coraz gÅoÅniej przedrzeźniaÄ poczÄÅy.

Teraz juÅ&fraq14; caÅe morze bezlitoÅnie drwiÅo.

Naraz gÅos Adryatyku ustaÅ i cichym szeptem zaszemraÅa fala:

  • Nie bój siÄ! ja Å&fraq14;artujÄ tylko... nie trwóÅ&fraq14; siÄ, ja ciÄ nie zdradzÄ...
  • Patrz, jakie gÅÄbie kryjÄ siÄ w mem Åonie jak wielkiem jestem ja!..
  • TajemnicÄ twÄ zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
  • Nie powiem, ci... cho bÄdÄ... ci... cho... - zaszeptaÅa znów fala, i szept ten powtórzyÅy fal miliony...

I jak Åmiech szyderczy, tak i teraz ten póÅszept cichy, stÅumiony, drÅ&fraq14;Äcy, szedÅ znowu po Åuskach fal, tajemniczy, straszny...

Nie... po... wiem!.. ci-cho bÄdÄ, ccci-cho...

Nerwy Romana zadrgaÅy; podraÅ&fraq14;niÅy go te dziwne gÅosy Adryatyku, odsunÄÅ krzesÅo na drugi koniec stolika, podparÅ rÄkami gÅowÄ, a zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumaÅ siÄ gÅÄboko.

PrzeszÅoÅÄ, wywoÅana chwilÄ samotnoÅci, i dziwnymi morza pogwary, ÅwieÅ&fraq14;a i Å&fraq14;ywa, niby wczorajsza, stanÄÅa mu przed oczyma, jak widmo.

Na ubogiem poddaszu, ujrzaÅ zatem siebie budzÄcym siÄ po Ånie strasznym!

Dwa juÅ&fraq14; lata od tej chwili mijaÅy. A co on od owego czasu przecierpiaÅ, przeÅ&fraq14;yÅ, przewalczyÅ! - nie zliczyÄ!..

DÅugo nie tknÄÅ wówczas cudzych pieniÄdzy; tajemniczy portfel leÅ&fraq14;aÅ pod kluczem, pozornie zapomniany.

A on ciÄgle walczyÅ ze sobÄ!..

Nie zanosiÅ jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiÅcie wÅaÅciciela nie szukaÅ. CzekaÅ...

Pod tym wzglÄdem niepokojÄca, tÅoczÄca swÄ zagadkÄ, gÅucha panowaÅa cisza.

W Å&fraq14;adnem piÅmie nie byÅo wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem wÅadzom nie doniósÅ...

A on wciÄÅ&fraq14; szalaÅ.

Wreszcie wyczerpaÅy siÄ wszystkie jego wÅasne fundusze, parÄ ostatnich lekcyi straciÅ bezpowrotnie; gÅód zajrzaÅ do jego izdebki... Nie byÅo rady, napoczÄÅ wówczas cudzego zÅota.

Jakby to byÅo wczoraj, dziÅ zaledwie, pamiÄta wyraźnie te tygodnie mÄczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siÅÄ okolicznoÅci zmuszonym zostaÅ "Å&fraq14;yÄ" z mienia przywÅaszczonego... PamiÄta swÄ trwogÄ dziecinnÄ przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniÄdzy, i innych, nastÄpnych... Widzi siebie, jak naumyÅlnie zmieniaÅ je na drugim koÅcu miasta, jak baÅ siÄ wtedy wÅasnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..

KaÅ&fraq14;da drobnostka Å&fraq14;ywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.

A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymaÄ juÅ&fraq14; nie mógÅ!..

WyjechaÅ. BÅÄkaÅ siÄ za granicÄ dÅugo, bezmyÅlnie, aÅ&fraq14; dotarÅ do Monte-Carlo.

Tam, opanowany gorÄczkÄ zÅota, widzÄc, jak strumienie jego, rzeki caÅe, pÅynÄ hojnie wokoÅo - do gry w ruletÄ rzuciÅ siÄ z zapaÅem.

PoczÄtkowo miaÅ szczÄÅcie szalone. Cudzy pieniÄdz dwoiÅ siÄ, troiÅ cudownie, pewnego poranku jednak przegraÅ wszystko co do grosza. Nie straciÅ jednak odwagi. Dawszy siÄ juÅ&fraq14; poznaÄ w domu gry, jako czÅowiek bogaty i nierachujÄcy siÄ wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy faÅszywÄ pogÅoskÄ o olbrzymich swych jakoby dobrach, poÅ&fraq14;yczyÅ u poznanego amerykaÅskiego miliardera trzykroÄ sto tysiÄcy franków.

PorÄczyÅ za niego pewien lord angielski, z którym siÄ on, Roman, poprzyjaźniÅ bardzo. PoczÄÅ graÄ... PieniÄdze Amerykanina, (który, mówiÄc nawiasem, wygrywaÅ w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosÅy mu szczÄÅcie.

DziÄki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej dÅugoÅci seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzaÅ siÄ panem miliona franków. UÅmiech fortuny oszoÅomiÅ go na razie. PoczÄÅ graÄ ze zdwojonÄ energiÄ i ryzykiem.

Znowu wygraÅ kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem poczÄÅ znowu przegrywaÄ, z przeraÅ&fraq14;ajÄcÄ szybkoÅciÄ. OpamiÄtaÅ siÄ. PrzyszÅa chwila rozwagi; oddaÅ dÅug milionerowi zza oceanu i wyjechaÅ. WzglÄdnie byÅ jeszcze wygranym, i to dostatecznie. PrzywoziÅ z sobÄ do kraju blizko szeÅÄdziesiÄt tysiÄcy, a wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;ajÄc miaÅ tylko dwadzieÅcia kilka.

Wówczas rozpoczÄÅo siÄ dlaÅ nowe Å&fraq14;ycie...

Przede wszystkiem wracaÅ spokojny. NiezrozumiaÅy na razie, subtelny bardzo, posiadajÄcy jednak pewnÄ podstawÄ ÅciÅle logicznÄ, owÅadnÄÅ nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciÄÅ&fraq14;yÅ.

Roman DzierÅ&fraq14;ymirski, caÅy pogrÄÅ&fraq14;ony w swych wspomnieniach, odsÅoniÅ twarz, machinalnie powstaÅ, i oparÅszy siÄ o balustradÄ, wpatrzyÅ w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.

  • Tak, zwyciÄÅ&fraq14;yÅ! - myÅlaÅ Roman dalej. ZdawaÅo mu siÄ bowiem wówczas, Å&fraq14;e nie jest tak bardzo winnym.
  • Te pieniÄdze sÄ teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedziaÅ sobie wtedy, doszedÅszy do tej pewnoÅci caÅem poprzedniem skojarzeniem wywodzeÅ. A mianowicie: ZÅoto znalezione wszak przegraÅ; stopiÅo siÄ ono, znikÅo, zlaÅo w caÅoÅÄ jednÄ z morzem przegrywanych w jaskini gry pieniÄdzy. Mienie zaÅ jego obecne - to byÅa tylko wygrana z poÅ&fraq14;yczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemajÄca juÅ&fraq14; bezpoÅredniego, dotykalnego zwiÄzku ze znalezionym portfelem.

Jemu, DzierÅ&fraq14;ymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekaÅ, zwÄtpieÅ, ubywaÅ jeden szkopuÅ powaÅ&fraq14;ny - nie dotykaÅ siÄ on juÅ&fraq14; wyjÄtego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem naleÅ&fraq14;aÅ do niego ten pieniÄdz, ÅlepÄ igraszkÄ losu nabyty; podwalinÄ zaÅ, przeszÅoÅciÄ tylko fortunki tej byÅo przywÅaszczenie.

PozostawaÅ fakt, wprawdzie juÅ&fraq14; daleki, znalezienia i nieoddania - pozostawaÅo niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwoÅci ze strony jego, jako jednostki spoÅecznej - niczem niestarta, wieczna tego plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko znoÅniejszem, nie tak piekÄcem, lÅ&fraq14;ejszem bez porównania byÅo od odlegÅego strasznego wczoraj.

Z gÅowÄ podniesionÄ zatem do góry, pokrzepiony powyÅ&fraq14;szymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrzaÅ siÄ wówczas po Åwiecie i poczÄÅ dziaÅaÄ. Rozpowszechniwszy, za pomocÄ ponownie odnalezionego przyjaciela i dawnego kolegi-Åwiatowca, pogÅoskÄ o dziedzictwie niespodzianem, a doÅÄ pokaźnem, po stryju, zmarÅym w Stanach Zjednoczonych, rzuciÅ siÄ w wir zabaw eleganckiego Åwiata, w celu zbliÅ&fraq14;enia siÄ do Oli. DopiÄÅ togo, zawÅadnÄÄ jej sercem potrafiÅ, oÅwiadczyÅ siÄ o jej rÄkÄ, odrzuconym zostaÅ, i...

Powierzchnia morza spokojnÄ juÅ&fraq14; byÅa. ObojÄtna caÅkiem równomiernie i Åagodnie uderzaÅa fala o podnóÅ&fraq14;e werandy - milczaÅa cicha...

DzierÅ&fraq14;ymirski obudziÅ siÄ ze swych myÅli, zanurzyÅ rÄce w bujnej czuprynie, gÅowÄ wstrzÄsnÄÅ, jakby pragnÄc odpÄdziÄ roje wspomnieÅ, i odwróciÅ siÄ od wodnej toni.

PublicznoÅci nie byÅo juÅ&fraq14; prawie, po platformie kawiarni, ziewajÄc, przechadzaÅa siÄ sÅuÅ&fraq14;ba. ZawoÅawszy kelnera, Roman rzuciÅ mu duÅ&fraq14;Ä srebrnÄ monetÄ, i odprowadzony gÅÄbokim jego ukÅonem, opuÅciÅ zakÅad kÄpielowy.

Niebawem znalazÅ siÄ na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.

W umyÅle jego cichÅ szept przeszÅoÅci, niepostrzeÅ&fraq14;enie, stopniowo, obrazy jej niknÄÅy - teraźniejszoÅÄ wracaÅa... Przed wzrokiem mÄÅ&fraq14;czyzny mignÄÅa naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie miÅoÅci, Å&fraq14;ycia, silnie nim owÅadnÄÅo.

ÅpieszyÅ siÄ.

OdpÄdziÅ natrÄtnego wyrostka, zachwalajÄcego mu ÅwieÅ&fraq14;e ostrygi i jakieÅ Ålimaczki nadzwyczajne; niebawem Å&fraq14;achnÄÅ siÄ znowu niecierpliwie, ujrzawszy zastÄpujÄcego mu drogÄ rozczochranego starego WÅocha, z maneÅ&fraq14;kami, peÅnemi pieczonych homarów i drobnych raczków.

Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiÅo siÄ od spoÅ&fraq14;ywajÄcych i zapijajÄcych wino ludzi, z oddali dolatywaÅo echo muzyki. Roman, przyÅpieszajÄc bezustannie kroku, wyrzucaÄ teraz poczÄÅ sobie, Å&fraq14;e zostawiÅ Å&fraq14;onÄ samÄ; niepokoiÅa go myÅl uporczywa, iÅ&fraq14; nie cierpi ona moÅ&fraq14;e na migrenÄ, lecz, Å&fraq14;e to poczÄtek zapewne sÅaboÅci zupeÅnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynajÄ siÄ bólem gÅowy.

Po co tu przyszedÅ?... By bezuÅ&fraq14;ytecznie odgrzebywaÄ minione chwile? AleÅ&fraq14; to nonsens zupeÅny. A tam ona, Ola, sama zupeÅnie - niewÄtpliwe chora!..

MiÅoÅÄ pani, z caÅem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeÅ i niepokojów, zawÅadnÄÅa niepodzielnie DzierÅ&fraq14;ymirskim.

SpojrzaÅ na zegarek - dochodziÅa dziewiÄta. Przed nim juÅ&fraq14; bardzo blisko widniaÅy dwie maÅe platformy przystani; peÅne byÅy ludzi, przed jednÄ z nich staÅ parowiec, gotowy do odejÅcia. DzierÅ&fraq14;ymirski w obawie, Å&fraq14;e siÄ spóźni, puÅciÅ siÄ pÄdem, i spotniaÅy dobiegÅ do przystani w tej samej wÅaÅnie chwili, gdy na pokÅad odrzucano juÅ&fraq14; sznur gruby, przytrzymujÄcy parowiec. Wskoczywszy naÅ szybko, Roman znalazÅ siÄ pomiÄdzy natÅoczonÄ ciÅ&fraq14;bÄ ludzi, jak gÅoÅny rój pszczóŠgwarzÄcÄ pomiÄdzy sobÄ, ze Åmiechem i giestykulacyÄ.

OtarÅszy pot z czoÅa, DzierÅ&fraq14;ymirski wsparÅ siÄ o porÄcz balustrady pokÅadu. Boki statku Åagodnie pruÅy fale; oddzielona ciemnÄ toniÄ, w bliskiej juÅ&fraq14; odlegÅoÅci mrugaÅa krÄgiem ÅwiateÅ rzucona na wód obszary Wenecya.

PodniósÅszy do oczu dalekonoÅnÄ lunetÄ, wpatrzyÅ siÄ Roman w rzÄd domów, poÅoÅ&fraq14;onych nad brzegiem, ku któremu szybko pÅynÄcy parowiec zbliÅ&fraq14;aÅ siÄ coraz bardziej. SzukaÅ hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawiÅ OlÄ.

Okno komnaty tej wÅaÅnie otwartem byÅo szeroko. W ramie zaÅ jego staÅa kobieta, szatynka, smukÅa, o jasnem, habrowem spojrzeniu podÅuÅ&fraq14;nych, mieniÄcych siÄ oczu, o piersiach wypukÅych, wznoszÄcych siÄ jak fala, a ksztaÅtach ponÄtnych, peÅnych, jakby pragnÄcych gwaÅtem wydostaÄ siÄ z ciasnych ram opiÄtej, biaÅej, pikowej sukni. MaÅe wklÄÅniÄcia po obu stronach wÄzkich usteczek zdradzaÅy przy uÅmiechu rozkoszne doÅeczki, rÄczka maleÅka i dystyngowana caÅoÅÄ postaci mówiÅy wyraźnie o rasie mÅodej osóbki.

Ola, wypoczÄwszy w ÅóÅ&fraq14;ku godzin kilka, wstaÅa wÅaÅnie przed chwilÄ, czujÄc, Å&fraq14;e nerwowy, spowodowany upaÅem i zmÄczeniem ból gÅowy ustaje. PragnÄÅa po za tem rozerwaÄ trochÄ myÅli, z wyjÅciem bowiem Romana zasnÄÅa i ÅniÅ jej siÄ rodzinny Gowartów i ojciec, jak Å&fraq14;ywy, tylko jakiÅ smutny i zbolaÅy.

I po przebudzeniu myÅl Oli pobiegÅa stÄd daleko... Mimo woli sama uleciaÅa do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podraÅ&fraq14;niÅ wyraźny zapach polnego kwiecia, zióŠi bodjaków, w uszach zabrzmiaÅa melodya cicha szumiÄcych borów, koÅyszÄcego siÄ miarowo stepu - smÄtna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnÄÅa jÄ tu, pod wÅoskiem niebem, poczuÅa, zda siÄ, powiew jej, tÄsknoty peÅny, do uszu zaÅ doleciaÅo jakby ginÄce echo Å&fraq14;aÅosnej dumki, Åpiewanej nieuczonym gÅosem moÅodycy...

I smutek ogarnÄÅ OlÄ... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?

Wszak podeptaÅa wszystko - jednem szarpniÄciem siÄ zerwaÅa wszelkie wiÄzy - sama otworzyÅa sobie przemocÄ bramÄ do wymarzonego szczÄÅcia. Tak jest. Bo Ola czuÅa siÄ przecieÅ&fraq14; rzeczywiÅcie szczÄÅliwÄ.

  • Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiaÅ, tak jÄ kochaÅ - myÅlaÅa dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, ÅadyÅ&fraq14;yÅski? Gdzie Gowartów, z którym zrosÅa siÄ jej dusza caÅa? Co siÄ tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?..

RozpamiÄtujÄc w ten sposób przeszÅoÅÄ, przepÄdziÅa Ola z godzinÄ.

Moc upajajÄcej rzeczywistoÅci tak silnÄ byÅa, jednak, Å&fraq14;e stopniowo ÅcieraÄ poczÄÅa wraÅ&fraq14;enie snu i oÅ&fraq14;yÅe chwilowo wspomnienia. Obecnie stojÄca w oknie mÅoda kobieta myÅlÄ dalekÄ juÅ&fraq14; byÅa od tego wszystkiego. ObejmujÄc wzrokiem panoramÄ portu i morza - oÅwietlonÄ WenecyÄ, wysepkÄ z koÅcioÅem S-to Giorgio Maggiore, oraz kanaÅy z mknÄcemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwoÅciÄ wypatrywaÅa Romana.

PragnÄÅa juÅ&fraq14; bowiem widoku mÄÅ&fraq14;a. PrzedÅuÅ&fraq14;ona nieobecnoÅÄ DzierÅ&fraq14;ymirskiego i w jej duszy zasiaÅa ziarnka niepokoju; tÄskniÅa juÅ&fraq14; za jego pieszczotÄ, zapragnÄÅa czuÅoÅci i pocaÅunków...

WziÄwszy lornetkÄ, przyÅoÅ&fraq14;yÅa jÄ Ola do swych oczu, ÅcigajÄc po chwili widnokrÄg spojrzeniem. PierÅ jej przytem unosiÄ siÄ poczÄÅa miarowo, usteczka zaÅ zdawaÅy siÄ caÅowaÄ przestrzeÅ, rozchylone, proszÄce...

ZniechÄcona, odjÄÅa niebawem lornetkÄ od oczu. JakiÅ statek w kierunku Lido zbliÅ&fraq14;aÅ siÄ wprawdzie, lecz znajdowaÅ siÄ jeszcze tak daleko...

Ola odstÄpiÅa od okna, i szeleszczÄc jedwabiami swych spódniczek, poczÄÅa niecierpliwie przechadzaÄ siÄ po pokoju, pytajÄc sama siebie:

  • KtóÅ&fraq14; widziaÅ spóźniaÄ siÄ tak dalece? Widocznie zobojÄtniaÅa juÅ&fraq14; ona Romanowi, czyÅ&fraq14; to jednak moÅ&fraq14;liwe? Wszak tak niedÅugo trwa ich szczÄÅcie...

MyÅli ostatnie i wÄtpliwoÅci Åmiesznemi widocznie zdaÅy siÄ mÅodej kobiecie, bo po zastanowieniu siÄ twarz jej poweselaÅa, a w ciszy pokoju rozlegÅ siÄ Åmieszek srebrzysty. W Ålad za tem zapaliÅa dwie Åwiece i przystÄpiÅa do duÅ&fraq14;ego lustra. DÅugo, z luboÅciÄ, wpatrywaÅa siÄ w nadobne wÅasne oblicze. PrzymknÄwszy z lekka powieki, lecz tak, by mogÅa widzieÄ siebie, przegiÄÅa swÄ ÅadnÄ gÅówkÄ i kibiÄ nieco w tyÅ, oraz rozchyliÅa usteczka...

KsztaÅty postaci jej caÅej uwypukliÅy siÄ ponÄtnie; w pozycyi tej zatrzymaÅa siÄ chwilÄ... UÅmieszek zwyciÄski przewinÄÅ siÄ niebawem po drobnych wargach piÄknej kobiety; podniosÅa do góry rÄce, ÅaszÄco, jak kociÄ, wyprÄÅ&fraq14;yÅa naprzód swe ciaÅo, i uczyniwszy gest, podobny do przeciÄgajÄcego siÄ po Ånie czÅowieka, wymówiÅa gÅoÅne: Aaaa...

Po chwili zaÅ, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetÄ swÄ i wÅosy, stanÄÅa znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym razem pokoju, z lornetkÄ przy oczach.

ZbliÅ&fraq14;ajÄcy siÄ tymczasem od strony morza parowiec stawaÅ wÅaÅnie juÅ&fraq14; w przystani. Po drewnianych pomostach wysypaÅ siÄ na ulicÄ tÅum róÅ&fraq14;nolity i barwny; ÅwiatÅa, pozapalane w pobliÅ&fraq14;u padaÅy naÅ skoÅnie, oÅwietlajÄc wyraźnie ruszajÄcych siÄ ludzi. Ola wÅród nich staraÅa siÄ odnaleÅºÄ sylwetkÄ mÄÅ&fraq14;a, niebawem dojrzaÅa go rzeczywiÅcie i z radoÅciÄ wykrzyknÄÅa do siebie:

  • Jest! jest!..

W oka mgnieniu odskoczyÅa od okna, zapaliÅa ÅwiecÄ, odnalazÅa szybko kapelusz i parasolkÄ, i wybiegÅa z hotelu. ZdÄÅ&fraq14;aÅa na spotkanie Romana, ÅmiejÄc siÄ z góry na myÅl, jak on siÄ zdziwi, ujrzawszy jÄ na nogach.

Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiÅo siÄ od publicznoÅci. W pobliÅ&fraq14;u hotelu, zamieszkiwanego przez DzierÅ&fraq14;ymirskich, muzyka grajÄca zazwyczaj na placu ÅwiÄtego Marka, rozbrzmiewaÅa kaskadÄ ochoczych tonów przed kawiarniÄ, przepeÅnionÄ ludźmi, snujÄcymi siÄ równieÅ&fraq14; wszÄdzie, gdzie tylko byÅo rzuciÄ okiem. Ola, zdÄÅ&fraq14;ajÄc ku przystani, wymijaÅa ich szybko, w oddali widziaÅa juÅ&fraq14; wÅród idÄcych sylwetkÄ Romana, caÅÄ biaÅÄ, górujÄcÄ wzrostem nad innymi.

DzierÅ&fraq14;ymirski, niespokojny snaÄ dotÄd jeszcze, szedÅ krokiem raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczyÅ tak zamyÅlony, Å&fraq14;e byÅby, nie widzÄc wyminÄÅ OlÄ niewÄtpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie rozeÅmiaÅa siÄ wesoÅo i nie pochwyciÅa go za ramiÄ. Na dźwiÄk znajomego srebrnego Åmiechu podniósÅ Roman gÅowÄ i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodziÅa mu siÄ natychmiast.

  • Ty tu, filutko?.. - wykrzyknÄÅ radoÅnie, i ujÄwszy obie rÄczki Oli w swe dÅonie, obsypywaÄ je zaczÄÅ pocaÅunkami, a nastÄpnie pociÄgnÄÅ jÄ ku sobie, i nie zwracajÄc zgoÅa uwagi na kilka mijajÄcych ich osób, ucaÅowaÅ w twarz serdecznie.
  • A tak, Romeczku! - odparÅa Å&fraq14;ywo Ola - wybiegÅam, bo zobaczyÅam przez lornetkÄ, jak wysiadaÅeÅ! Fe! któÅ&fraq14; widziaÅ siedzieÄ tak dÅugo, gdy siÄ ma tak ÅadnÄ, jak ja Å&fraq14;oneczkÄ... - dorzuciÅa, przymilajÄc siÄ, z lekkÄ wymówkÄ w gÅosie, i dodaÅa jeszcze:
  • MyÅlaÅam juÅ&fraq14;, Å&fraq14;e ci siÄ co zÅego staÅo!

PromieÅ przebiegÅ po twarzy mÄÅ&fraq14;czyzny, ujÄÅ ramiÄ Oli, i odparÅ:

  • A wiesz, moje Å&fraq14;ycie, Å&fraq14;e i ja miaÅem co do ciebie myÅl podobnÄ?..
  • uÅmiechnÄÅ siÄ i dodaÅ - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawiÅem ciÄ przecie bowiem w ÅóÅ&fraq14;ku...

IdÄc wciÄÅ&fraq14; szybko przed siebie, zamilkli oboje. MiÅoÅÄ odczuta, taka sama, drobnÄ swÄ powyÅ&fraq14;szÄ oznakÄ zamknÄÅa im usta na chwilÄ.

  • SkÄdsiÅ od Wielkiego KanaÅu, w pewnych od siebie, odstÄpach, dolatywaÅo wÅaÅnie echo silnego mÄskiego gÅosu, przy akompaniamencie chóru innych.
  • Pojedziemy moÅ&fraq14;e gondolÄ, jak myÅlisz? - zapytaÅa Ola - sÅyszysz jak Åadnie ÅpiewajÄ?..
  • Dobrze, moje Å&fraq14;ycie, jedziemy!.. - odparÅ wesoÅo Roman.

Jak na zawoÅanie, w tej samej chwili DzierÅ&fraq14;ymirscy usÅyszeli za sobÄ kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."

Na lewo, obok idÄcych, znajdowaÅa siÄ "Piazzeta", a naprzeciw wznoszÄcego siÄ majestatycznie paÅacu DoÅ&fraq14;ów, najwiÄksza przystaÅ gondolierów.

DzierÅ&fraq14;ymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszajÄcych siÄ przewoźników, podszedÅ ku przystani, gdzie wespóŠz OlÄ usadowiÅ siÄ niebawem w gondoli.

  • Serenada, Canale Grande! - rzuciÅ ubranemu biaÅo WÅochowi.

"Rematore"*) uderzyÅ w wiosÅa, i gondola z wolna, cicha, wysunÄÅa siÄ z pomiÄdzy dziesiÄtek innych, a koÅyszÄc siÄ na, czarnej fali kanaÅu, pomknÄÅa we wskazanym kierunku. Roman objÄÅ kibiÄ Å&fraq14;ony i poczÄÅ muskaÄ delikatnie ustami jej oczy, czoÅo, szyjÄ i usta. Ona zaÅ uchylaÅa siÄ wciÄÅ&fraq14; figlarnie, szepczÄc: [*) WioÅlarz.]

  • Wstydź siÄ... gondolier patrzy...

Lecz mÄÅ&fraq14;czyzna nie przestawaÅ. Kilkakrotnie usta ich zÅÄczyÅy siÄ w pocaÅunku gorÄcym, dÅugim, od którego zadrÅ&fraq14;eli oboje, z ust Romana sypaÅy siÄ ciche i urywane, dyszÄce uczuciem i namiÄtnoÅciÄ, pieszczotliwe wyrazy...

A wkoÅo nich, szeleszczÄc uderzeniami wioseÅ, sunÄc równieÅ&fraq14;, jak i oni cicho, mknÄÅy, migoczÄc kolorowemi ÅwiateÅkami, gondole, zmierzajÄc wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu KanaÅowi, caÅemu rozbrzmiewajÄcemu w tej chwili, jak harfa ruszona Åpiewem i muzykÄ. OÅwietlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migaÅy w oddali wielkie gondole, a raczej statki maÅe, tak zwane "serenady", na których orkiestry cale grajków i Åpiewaków-samouków popisywaÅy siÄ ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet czÄstokroÄ artyzmem.

Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiÅo ÅwiatÅami i stÅumionym Åpiewu odgÅosem, koÅo nich zaÅ, w pobliÅ&fraq14;u, grupowaÅy siÄ krÄgiem dziesiÄtki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie sÅuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewajÄcych Åpiewem i muzykÄ bark podjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÅy pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych pierwszorzÄdnych hoteli i koncertujÄc tam wyÅÄcznie dla hotelowych goÅci, zbierali od nich dla siebie datki, sunÄc róÅ&fraq14;nobarwnemi ÅwiatÅami i gorejÄcym kadÅubem stateczku zwolna u marmurowych stopni paÅacowych balkonów.

Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, ÅpiewajÄcych wprost koÅcioÅa S-ta Maria della Salute, pod oknami paÅaców Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza koÅcioÅem, zabrzmiaÅa wÅaÅnie nagle pieÅÅ solowa ..

ZagÅuszajÄc inne gÅosy Åpiewaków bliÅ&fraq14;szych i dalszych, zadrgaÅa ona uczuciem, i zrÄcznie modulowana przyjemnie pieÅciÅa sÅuch, coraz donioÅlejsza, bliÅ&fraq14;sza...

  • Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowaÅa Ola, ujÄta gÅosem Åpiewaka.
  • Bene, carissima! - odparÅ Roman, i skinÄÅ na wiosÅujÄcego. Gondola ich, kierowana umiejÄtnÄ rÄkÄ, wymijaÄ zaczÄÅa Åodzie, coraz liczniejsze.

Roman i Ola, widzÄc siÄ coraz bardziej otoczonymi, przestali pocaÅunków i pieszczot, chwilowo poddawszy siÄ zupeÅnie czarowi pieÅni, pÅynÄcej ku nim w ciszy wieczoru.

Oboje milczeli...

Gondola tymczasem skrÄciÅa powoli w lewo, ku rozÅpiewanej barce, i wÅliznÄwszy siÄ swym wysokim przednim dziobem, jak wÄÅ&fraq14;, pomiÄdzy koÅyszÄce siÄ dziesiÄtki innych gondol - stanÄÅa wreszcie, zatrzymana zrÄcznie. Gondolier przymocowaÅ sznurem swój pojazd do sÄsiednich i zaÅoÅ&fraq14;ywszy na krzyÅ&fraq14; rÄce, w skupieniu wespóŠz innymi zasÅuchaÅ w pieÅÅ...

Szerokiem póÅkolem, ciche, koÅysaÅy siÄ wszÄdy inne gondole; wsparci w nich sÅuchacze poddawali siÄ niewytÅumaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pieÅni szczerej, niewykwintnej, chwytajÄcej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadajÄcej w duszÄ gÅÄboko.

Po smÄtnych pieÅniach nastÄpowaÅy skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodziÅ wÅoch, rozczochrany, od Åpiewu wzruszony jeszcze, i z czapkÄ w rÄku zbieraÅ "co Åaska", przestÄpujÄc ostroÅ&fraq14;nie z jednej gondoli na drugÄ.

W ciszy zaÅ wzglÄdnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem, ruszaÅy siÄ z miejsc swoich niektóre Åodzie, wracajÄc, lub zdÄÅ&fraq14;ajÄc dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwaÅa siÄ milczÄco nowoprzybyÅa gondola, a publicznoÅÄ, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych loÅ&fraq14;ach, natychmiast spoglÄdaÅa ciekawie na swego sÄsiada, póÅgÅosem komunikowaÅa sobie uwagi, w rozmaitych jÄzykach.

I w cichoÅci powoli milkÅy, to znów z kolei rozbrzmiewaÅy dalsze i bliÅ&fraq14;sze rozÅpiewane barki, wreszcie antrakt siÄ koÅczyÅ, po wodach kanaÅu mknÄÅa znów ze "sceny" serenady pieÅÅ namiÄtna...

SÅuchaÅy jej echa zdawaÅo siÄ, pobÅaÅ&fraq14;liwie i ciekawie gwiazdki, licznie rozsiane po gwiaździstem niebie poÅudnia - sÅuchaÅy krzyÅ&fraq14;e, i wieÅ&fraq14;yce licznych ÅwiÄtyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców.

Od czasu do czasu komunikujÄc sobie przyciszonÄ uwagÄ, Roman i Ola sÅuchali równieÅ&fraq14; uwaÅ&fraq14;nie wÅoskich pieÅni, nastrój zaÅ dzisiejszego wieczora rozmarzajÄco dziaÅaÅ na nich. MyÅli ich daleko ulatywaÅy, pod wpÅywem tej nocy, tego krajobrazu niezwykÅego, a peÅnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnÄcej uczuciem pieÅni, wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujÄcych siÄ melodyÄ sÅów swoich, kochajÄcych tak wyraźnie pieÅni owe, narodowe - wÅasne!

WywoÅana zatem ÅwieÅ&fraq14;emi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego popoÅudnia, myÅl Oli biegÅa nieprzeparcie do stron ojczystych - przymruÅ&fraq14;aÅa oczy, i widziaÅa ogród Gowartowski... wyniosÅe oblicze ojca...

Romana zaÅ trapiÅy z kolei te same, co i nad morzem myÅli... FaÅsz obecnego poÅoÅ&fraq14;enia, przyszÅoÅÄ niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicÄ na dnie duszy ukrywaÄ siÄ zmuszonÄ, przed okiem najdroÅ&fraq14;szej nawet teraz dlaÅ na Åwiecie istoty, zaciemniaÅy chmurÄ troski czoÅo DzierÅ&fraq14;ymirskiego, mgÅÄ smutku matowaÅy spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.

I Å&fraq14;al jakiÅ niezmierny, Å&fraq14;al do Å&fraq14;ycia, rozpieraÅ mu piersi, do losu, Å&fraq14;e, postawiÅ go na tak Åliskim i koÅyszÄcym siÄ gruncie, Å&fraq14;e tylko za cenÄ tego faÅszu i wyrzutów sumienia, pozwoliÅ mu zdobyÄ to jego dzisiejsze nieograniczone szczÄÅcie!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglÄdaÅ na OlÄ. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, równieÅ&fraq14; marzyÅa cicho... Cienie przechodziÅy, przemykaÅy siÄ po jej wdziÄcznem, zamyÅlonem obliczu, czasem na usteczkach zagaszczaÅ bÅÄkajÄcy siÄ uÅmieszek.

Roman wtedy z miÅoÅciÄ bezgranicznÄ zatrzymywaÅ dÅuÅ&fraq14;szÄ chwilÄ spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadaÅ w zadumÄ, lub sÅówkiem pieszczoty, albo spostrzeÅ&fraq14;eniem jakiem przerywaÅ milczenie. Ola odpowiadaÅa mu skinieniem gÅówki - zamieniali pomiÄdzy sobÄ zdaÅ urywanych kilkanaÅcie, i znowu milkli, poddajÄc siÄ nastrojowi zewnÄtrznemu otoczenia i wewnÄtrznemu dusz wÅasnych. W ten sposób czas mijaÅ.

Powoli, stopniowo rozluźniÅo siÄ ÅcieÅnione gondol póÅkole... Z cichym wioseÅ szelestem i pluskiem ruszonej wody odpÅywaÅy one jedne po drugich - duÅ&fraq14;e barki sÄsiednich serenad ginÄÅy równieÅ&fraq14; w oddali, Åpiewy ich cichÅy...

Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewaÅo po kanale ostatnimi tony, a miÄdzy innemi i barka, koÅo której koÅysaÅa siÄ gondola DzierÅ&fraq14;ymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikaÅy juÅ&fraq14; takÅ&fraq14;e liczne sylwetki i twarze goÅci, w pobliÅ&fraq14;u, na wieÅ&fraq14;y koÅcielnej, wybiÅa rytmicznie godzina jedenasta...

Roman ocknÄÅ siÄ pierwszy, dotknÄÅ delikatnie dÅoniÄ rÄczki Oli i rzekÅ:

  • Pora juÅ&fraq14; nam, kochanie... prawdaÅ&fraq14;?..
  • Która? - zapytaÅa Ola, zbudzona.
  • Jedenasta, moje Å&fraq14;ycie - odparÅ Roman.
  • JuÅ&fraq14;?.. - zdziwiÅa siÄ Ola, westchnÄwszy. To jedźmy, nie sÄdziÅam nigdy, by juÅ&fraq14; tyle czasu minÄÅo...
  • O czemÅ&fraq14;e tak dumaÅa moja pani? - zapytaÅ Roman, z uÅmiechem.
  • A ty? - odpowiedziaÅa pytaniem Ola.
  • 0... ja?.. nic ciekawego - odparÅ poÅpiesznie Roman, i jakby pragnÄc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwróciÅ siÄ szybko do gondoliera, informujÄc go, dokÄd ma ich zawieźÄ.

Gondola, wycofana z ÅatwoÅciÄ z przerzedzonego juÅ&fraq14; krÄgu, zawróciÅa i pomknÄÅa ku oÅwietlonemu niebieskawym ÅwiatÅem latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieÅ&fraq14;ach odlegÅych koÅcioÅów, ukÅadajÄcej siÄ do snu Wenecyi, w milczeniu, róÅ&fraq14;nymi tony dzwoniÅa godzina jedenasta, zdaÅa dochodziÅ jeszcze przyciszony odgÅos muzyki...

WyciÄgnÄwszy siÄ wygodnie w gondoli, Roman ujÄÅ znów kibiÄ Å&fraq14;ony, i pieszczÄc wargami jej szyjÄ, poczÄÅ mówiÄ cicho, dÅugo, ciÄgle.

CzuÅ potrzebÄ mówienia; chciaÅ zagÅuszyÄ, odpÄdziÄ natrÄtne myÅli, wspomnienia, przechodziÅ z tematu na temat, ÅmiaÅ siÄ, dowcipkowaÅ, caÅowaÅ OlÄ co chwila. A ona szczebiotaÅa równieÅ&fraq14;...

PeÅne wesela gÅosy dwojga mÅodych zÅÄczonym akordem przerywaÅy co chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padaÅy i ÅlizgaÅy siÄ echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pÅawiÅy siÄ cienie paÅaców, zÅotym deszczem igraÅy gwiazdy i swawoliÅ powiew wietrzyka, idÄcego z morza, pokrytego ciemnoÅciÄ, ÅniÄcego w oddali...

Dostawszy siÄ na peÅniÄ wód kanaÅu Åw. Marka gondola pomknÄÅa chyÅ&fraq14;o, a niebawem po falistej tafli wÅoskiej laguny rozlegÅa siÄ Åpiewana zgodnym liórem mÄskiego barytonu i kobiecego sopranu pieÅÅ polska: "SzumiÄ jodÅy"...

  • A co, nie mówiÅem, Å&fraq14;e to nasi, choÄ on taki czarny, jak WÅoch - odezwaÅ siÄ po polsku, z gondoli, którÄ mijali DzierÅ&fraq14;ymirscy, rubaszny trochÄ gÅos mÄÅ&fraq14;czyzny.
  • No, tak dziobaÄ siÄ, jak goÅÄbki, to i inni potrafiÄ... odpowiedziaÅ ironicznie ktoÅ drugi.
  • Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z przekonaniem, stanowcza, rozlegÅa siÄ odpowiedź szlagona.

Tymczasem gondola DzierÅ&fraq14;ymirskich malaÅa juÅ&fraq14; coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem ÅwiateÅkiem migocÄc z oddali. Wkrótce, zaleciaÅa jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...

  • Moo - ja!... oddaÅo echo lagun morza i zmilkÅo, caÅy zaÅ kadÅub czarnej gondoli znikÅ gdzieÅ niebawem, ustÄpujÄc miejsca innym, nadciÄgajÄcym coraz gÄÅciej od strony Wielkiego KanaÅu, coraz cichszego, coraz bardziej pogrÄÅ&fraq14;ajÄcego siÄ w czerni bezbarwnÄ, gÅuchÄ, zapadajÄcego tam uÅpienia - Nocy!
    • * *
  • Patrz, patrz! jakieÅ&fraq14; to piÄkne!..

SÅowa te, póÅgÅosem, z akcentem zachwytu, wymówiÅa Ola, i oboje wraz z Romanem stanÄli na miejscu, jak przykuci. Nad ich gÅowami wznosiÅa swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiÄkniejszych, po bazylice San Marco, ÅwiÄtyÅ w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali zaÅ przed mauzoleum Canovy.

  • Prawda! - szepnÄÅ w odpowiedzi Å&fraq14;onie DzierÅ&fraq14;ymirski. - ZdawaÅoby siÄ, iÅ&fraq14; ten oto anioÅ, czy geniusz uÅpiony, Å&fraq14;yje, oddycha, stróÅ&fraq14; czujny... urwaÅ, studjujÄc dalej pomnik z uwagÄ.
  • A te postacie, nieprawdaÅ&fraq14;, iÅ&fraq14; rzeczywiÅcie idÄ, ruszajÄ siÄ wolno, pogrÄÅ&fraq14;one w cichej boleÅci i smutku! - podchwyciÅa Å&fraq14;ywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piÄkna.

Oboje umilkli, z niekÅamanym zachwytem wpatrujÄc siÄ w rzeźbÄ.

Od grobowca bowiem, przez samego CanovÄ modelowanego niegdyÅ na pomnik dla Tycyana, biÅo rzeczywiste, szczere piÄkno i chwytaÅo za serce - mówiÅo...

Przyparty do Åciany, caÅy z biaÅego marmuru, a trójkÄtnym ksztaÅtem w minjaturze przypominajÄcy, piramidy Egiptu, staÅ sarkofag otworem...

Na lewo, jakby strzegÄc doÅ wchodu, olbrzymi lew marmurowy leÅ&fraq14;aÅ, z obwisÅemi Åapami, potÄÅ&fraq14;ny, srogi, i jakby smÄtnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzydÅy, opieraÅ siÄ wielki AnioÅ uÅpiony...

I tchnÄce ÅagodnoÅciÄ, cudne oblicze AnioÅa zda siÄ byÄ rzeczywiÅcie nie z tego nÄdz padoÅu!..

Z ludzkÄ twarzÄ, to prawda, spoglÄdaÄ siÄ zdaje na widza, lecz oczy jego przymkniÄte nieco, skupienia i zadum peÅne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, ciszÄ zaÅwiatów, wiecznoÅci milczeniem i bytu zagadkÄ, nÄcÄ oto wyraźnie, wzrok ciÄgnÄ za sobÄ, unoszÄ duszÄ, myÅl... gdzieÅ w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze Åwiata, wolno sunÄ jakieÅ postacie, zmierzajÄc do otwartych na ÅcieÅ&fraq14;aj wrót sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wiÄksza, kobieta mÅoda, jest juÅ&fraq14; tuÅ&fraq14; blizko, u grobu prawie, w Ålad za niÄ, z girlandami kwiatów, postÄpujÄ postacie mniejsze - to dziatki.

IdÄ... KroczÄ, z pochylonÄ gÅowÄ, przygnÄbieni, smutni, niebawem juÅ&fraq14; cisi przestÄpiÄ oni próg grobowca...

  • Chodźmy! - szepnÄÅa Ola pociÄgajÄc lekko Romana za rÄkÄ.

Z widocznÄ niechÄciÄ, jakby nie mogÄc oderwaÄ wzroku od piÄknego pomnika, poruszyÅ siÄ DzierÅ&fraq14;ymirski, i wyrzekÅ póÅgÅosem:

  • Czy juÅ&fraq14; obejrzeliÅmy tutaj wszystko?
  • Zdaje mi siÄ, Å&fraq14;e wszystko - odpowiedziaÅa Ola.

W pustej i cichej ÅwiÄtyni rozlegaÅy siÄ wyraźnie ich kroki, prócz nich bowiem obecnie nie byÅo tu nikogo.

DzierÅ&fraq14;ymirski wyjÄÅ zegarek.

  • Szósta! Wracajmy, musimy poÅ&fraq14;egnaÄ jeszcze WenecyÄ z Campanili - rzuciÅ Å&fraq14;ywo, i ujÄwszy ramiÄ Å&fraq14;ony, skierowaÅ siÄ ku wyjÅciu z koÅcioÅa.

Na progu DzierÅ&fraq14;ymirscy stanÄli, obrzucajÄc ostatniem spojrzeniem koÅcióÅ; wzrok ich przesunÄÅ siÄ raz jeszcze po wspaniaÅych grobowcach doÅ&fraq14;ów, Tycyana i wyszli.

Upalny spokój wÅoskiego popoÅudnia objÄÅ ich natychmiast. SÅoÅce paliÅo jeszcze, na uliczkach Wenecyi byÅo pusto.

DzierÅ&fraq14;ymirscy szli przyÅpieszonym krokiem, zmierzajÄc ku mostowi "di Rialto." ByÅ to ostatni juÅ&fraq14; dzieÅ pobytu ich w Wenecyi, wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;ali nazajutrz, Å&fraq14;egnajÄc dziÅ po raz ostatni urocze miasto pamiÄtek.

A Å&fraq14;egnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie jeszcze koÅcioÅów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokÄd zachÄcaÅo ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piÄkna.

A wiÄc paÅac DoÅ&fraq14;ów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiÄkne sale i ponure wiÄzienia, paÅac królewski, bazylikÄ, a takÅ&fraq14;e zarówno arcydzieÅa pÄdzla Tycyana, Tintoretta, PawÅa Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."

  • Wiesz, kochanie? musimy spieszyÄ siÄ porzÄdnie, gdyÅ&fraq14; o siódmej podobno zamykajÄ juÅ&fraq14; CampanilliÄ*)-odezwaÅ siÄ Roman po dÅuÅ&fraq14;szem milczeniu idÄc z OlÄ bezustannie tak sarno szybko i sÅuchajÄc zarazem szczebiotu jej, wciÄÅ&fraq14; jeszcze znajdujÄcej siÄ pod wraÅ&fraq14;eniem pysznego dzieÅa Canovy. [*)Znana powszechnie pod tÄ nazwÄ dzwonnica ÅwiÄtego Marka w Wenecyi, siegajÄca budowÄ i stylem X wieku, dziÅ, jak wiadomo, juÅ&fraq14; nie istnieje. RunÄÅa dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
  • Co za ÅwietnÄ doprawdy miaÅeÅ myÅl, Romciu, zestawiÄ to obejrzenie Wenecyi z wyÅ&fraq14;yn na zakoÅczenie! - rzekÅa Ola, i dorzuciÅa z oÅ&fraq14;ywieniem: - Bo ostateczne owe wraÅ&fraq14;enie nie zuÅ&fraq14;yte dotÄd jeszcze, nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...
  • A widzisz, me Å&fraq14;ycie, Å&fraq14;e nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z uÅmiechem odparÅ Roman, miÅÄ mu bowiem byÅa myÅl, Å&fraq14;e ich wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzajÄ siÄ tak dobrze.

W tem bo ostatniem los rzeczywiÅcie nie byÅ poskÄpiÅ zadowolenia Romanowi. Ola, byÅa to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem poczuciem piÄkna i niezmiernÄ wraÅ&fraq14;liwoÅciÄ na dzieÅa sztuki, zgrzytów pod tym wzglÄdem pomiÄdzy nimi nie byÅo wcale - dopeÅniali siÄ wzajemnie.

  • Poczekaj, kochanie - odezwaÅ siÄ znów Roman - spoÅ&fraq14;yjemy sobie parÄ brzoskwiÅ... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
  • O! ja takÅ&fraq14;e!.. wykrzyknÄÅa potwierdzajÄco i wesoÅo Ola, poczem oboje zbliÅ&fraq14;yli siÄ do charakterystycznego, szerokiego, pod pÅóciennem okryciem od sÅoÅca, weneckiego straganu, przepeÅnionego róÅ&fraq14;nemi owocami i jarzynami.

MinÄli juÅ&fraq14; byli waÅnie "ponte di Rialto", znajdujÄc siÄ obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz oÅ&fraq14;ywionego ruchu. WokoÅo nich szwendali siÄ liczni przechodnie, przekupnie wychwalali gÅoÅno swój towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub rzadkoÅÄ w Wenecyi - zimnÄ wodÄ do picia, mówiÄc nawiasem, nadzwyczaj niezdrowÄ.

Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiÅ, i spoÅ&fraq14;ywajÄc je, DzierÅ&fraq14;ymirscy puÅcili siÄ znowu w dalszÄ drogÄ. Szli obecnie najbardziej oÅ&fraq14;ywionÄ i handlowÄ ulicÄ w Wenecyi, tak zwanÄ "la Merceria", wijÄcÄ siÄ w ksztaÅcie szerokiego trotuaru pomiÄdzy domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim poÅoÅ&fraq14;onych sklepów, a wiodÄcej zygzakiem od mostu di Rialto do wieÅ&fraq14;y zegarowej na placu San Marco.

Zaczepiani co chwila przez natrÄtnych wÅaÅcicieli magazynów, przekupniów mozaiki i maÅych bosonogich chÅopaków, narzucajÄcych siÄ im co chwila, z pytajÄcem sÅowem i spojrzeniem Åadnych, czarnych oczÄt: "Accompagnare, signore?...", DzierÅ&fraq14;ymirscy szli szybko, wygodnÄ, choÄ krÄtÄ ulicÄ, rozmawiajÄc wciÄÅ&fraq14; ze sobÄ.

NiedosÅyszane wzajemnie czÄsto w gwarliwym haÅasie "Mercerii" sÅowa ich ginÄÅy bez echa, gdy naraz i tym razem zupeÅnie gÅoÅno, po niewiele znaczÄcych uwagach, odezwaÅ siÄ pierwszy DzierÅ&fraq14;ymirski.

-Czy wiesz, moje Å&fraq14;ycie, iÅ&fraq14; to juÅ&fraq14; trzy tygodnie blisko, jak wyjechaliÅmy z kraju? Czas leci, kto by pomyÅlaÅ, Å&fraq14;e niebawem juÅ&fraq14; minie miesiÄc, jak porwaÅem ciebie, szczÄÅcie moje, z Åona rodziny?..

ChoÄ w ostatnich sÅowach brzmiaÅ ton Å&fraq14;artobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrzaÅ na Å&fraq14;onÄ, pierwszy to bowiem raz tak wyraźnÄ czyniÅ alluzyÄ do niedawnej, a przeÅomowej chwili ich Å&fraq14;ycia; dorzuciÅ zaraz:

  • Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myÅli i co czyni w tej chwili twój ojciec... przytem wahajÄco spojrzaÅ z pod oka na OlÄ, uwaÅ&fraq14;nie, jakby zbadaÄ pragnÄc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.

Lekka mgÅa jakby przemknÄÅa po twarzy mÅodej kobiety, a brewki jej zmarszczyÅy siÄ przelotnie, jednakÅ&fraq14;e odpowiedziaÅa natychmiast.

  • Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuÅciÅa oczy, zarumieniwszy siÄ lekko - bardzo czÄsto... podkreÅliÅa akcentem te sÅowa, - myÅlÄ o tem...

I Ola z kolei podniosÅa swe przymglone oczy na DzierÅ&fraq14;ymirskiego, a jemu zdaÅo siÄ jednoczeÅnie, Å&fraq14;e wilgotnemi byÅy one...

W tej samej chwili mÅoda kobieta ruchem Åagodnym, a wdziÄku peÅnym, poÅoÅ&fraq14;yÅa swÄ rÄczkÄ drobnÄ na rÄku mÄÅ&fraq14;a.

  • Nie gniewaj siÄ, mój drogi, Å&fraq14;e ci to mówiÄ - rzekÅa miÄkko - ale... ale wierz mi, Å&fraq14;e ja nieraz lÄkam siÄ jakby po prostu, by ta przeszÅoÅÄ nasza, a w szczególnoÅci gwaÅtowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosÅa nam nieszczÄÅcia... Biedny ojciec! - cicho westchnÄÅa Ola i umilkÅa, spuÅciwszy nieÅmiaÅo wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy siÄ sÅów ostatnich.

Teraz Roman z kolei pochwyciÅ rÄkÄ Å&fraq14;ony i uÅcisnÄwszy jÄ serdecznie kilka razy, wzruszony, poczÄÅ pocieszaÄ OlÄ z cicha, w koÅcu zmieniÅ zupeÅnie temat rozmowy, przeszedÅszy poÅpiesznie na przyszÅe zamiary wspólnej podróÅ&fraq14;y. RównoczeÅnie jednak sposÄpniaÅ, i, choÄ drobna, maÅa chmurka, co niby cieÅ, wÅliznÄÅa siÄ pomiÄdzy ich dusze - wzglÄdnie rozwiaÅa siÄ doÅÄ prÄdko, zostawiÅa jednak w umyÅle DzierÅ&fraq14;ymirskiego Ålad trwaÅy. Teraz zatem, gdy znowu zamieniaÅ z OlÄ banalne nieco frazesy, myÅl jego pracowaÅa uparcie w dalszym ciÄgu.

WiÄc on nie myliÅ siÄ, bÄdÄc czÄstokroÄ niespokojnym, gdy widziaÅ przychodzÄcÄ na czoÅo Å&fraq14;ony nagÅÄ zadumÄ, na pozór niewytÅumaczonÄ zgoÅa niczem.

WiÄc w gÅówce tej, w której, prócz miÅoÅci dla niego, dÅugo nie przypuszczaÅ innego uczucia - tkwiÅ jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmiennemi zatem kroczÄc drogami, dusze ich - ze źródÅa tylko innego caÅkiem pÅynÄce - obie jednoczeÅnie miaÅy swoje skryte zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola wiÄc takÅ&fraq14;e cierpiaÅa...

  • Dziwne, to Å&fraq14;ycie, dziwne! - omal Å&fraq14;e nie gÅoÅno wymówiÅ Roman.
  • 0! patrz, juÅ&fraq14; plac Åw. Marka - wesoÅo wykrzyknÄÅa Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednoczeÅnie dodaÅa:
  • WpóŠdo siódmej! - ZdÄÅ&fraq14;ymy!..

DzierÅ&fraq14;ymirski nie podniósÅ uwagi Å&fraq14;ony, przelotnie spojrzaÅ tylko w jej twarz, a widzÄc OlÄ uÅmiechniÄtÄ, poweselaÅ sam równieÅ&fraq14;.

Wydostawszy siÄ z wÄskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali siÄ juÅ&fraq14; oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoÅo kolumnami paÅacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzÄdnych kawiarniach Wenecyi, roiÅo siÄ od ludzi; na mozajkach, krzyÅ&fraq14;ach, brÄzowych koniach i kopuÅach bazyliki Åw. Marka graÅy promienie sÅoÅca, u stóp zaÅ Campanili, dokÄd zmierzali DzierÅ&fraq14;ymirscy, i przed koÅcioÅem, poÅrodku placu, gruchaÅy i lataÅy setki goÅÄbi, karmionych rÄkÄ publicznoÅci. ZapÅaciwszy za wejÅcie, Roman i Ola powoli zaczÄli wstÄpowaÄ na górÄ.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelajÄcej w górÄ wysoko i samotnie, szÅo siÄ nie po schodach, lecz po lekko pochylonej pÅaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choÄ krÄtej, wchodzÄcego wcale nie mÄczÄcej.

Co kilka minut postÄpujÄcym na szczyt dzwonnicy DzierÅ&fraq14;ymirskim migaÅy z prawej strony maÅe okienka, pozwalajÄce im pochwyciÄ rÄbek krajobrazu, Åciany zaÅ wieÅ&fraq14;y przepeÅnione byÅy licznymi podpisami turystów.

WzglÄdnie doÅÄ dÅugo, bo powoli, zmÄczeni poprzednim poÅpiechem, szli pod górÄ Roman i Ola, zanim dostali siÄ wreszcie na obszernÄ szczytowÄ platformÄ dzwonnicy. Prócz sprzedajÄcego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowaÅo siÄ tutaj. DzierÅ&fraq14;ymirscy zbliÅ&fraq14;yli siÄ do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem caÅy widok, u stóp ich i henhen, daleko!...

  • Åliczne, przeÅliczne! - rzekÅa po chwili Ola póÅgÅosem, z przejÄciem, Roman zaÅ, potakujÄc Å&fraq14;onie, wyjÄÅ noszonÄ stale ze sobÄ lunetÄ i regulowaÄ jÄ poczÄÅ.

SÅoÅce wÅaÅnie zniÅ&fraq14;aÅo siÄ ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejÄc purpurÄ, kÄpaÅa siÄ promienistymi blaskami w morzu, rozÅwietlaÅa jego tajemniczÄ gÅÄbiÄ, rozÅ&fraq14;arzaÅa, na ksztaÅt gÅowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, zÅotym prostopadÅym goÅciÅcem zanurzajÄc siÄ stopniowo coraz bardziej w iskrzÄcÄ siÄ ÅwiatÅami toÅ. I zielonkawe, Åagodne Adryatyku fale, rozchylaÅy siÄ przyjacielsko i goÅcinnie - roztwieraÅy swe nurty do idÄcego na spoczynek sÅoÅca, wód szmerem koÅysaÄ siÄ je zdajÄc do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegÅy ostatnie promienie jego; rozlewaÅy siÄ wkoÅo poÅ&fraq14;egnalnym odblaskiem - pieÅciÅy juÅ&fraq14; morze caÅe, zapalaÅy na niem miljony barw i odcieni, skoÅne leciaÅy w lewo ku Lido, "giardini publici," sÅaÅy siÄ krwawiÄce na dachach i wieÅ&fraq14;ach leÅ&fraq14;Äcej w dole Wenecyi - i ginÄÅy nareszcie w zamglonej gdzieÅ dali, tulÄc siÄ do majaczÄcych hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.

Otulony ciszÄ bezmiarów, tchnÄcy spokojem idÄcego wieczora, zachwycaÅ ich ten krajobraz.

  • Spojrzyj-no, jak smacznie zajadajÄ sobie nasi brudni wÅosi swoje "pranzo" - rzekÅa nagle do mÄÅ&fraq14;a Ola, wskazujÄc rÄkÄ spiÄtrzonÄ u stóp ich, wÅród wÄskich kanaÅów, WenecyÄ, i ÅcieÅnione dachy jej domów, gdzie na werandach spoÅ&fraq14;ywano wÅaÅnie posiÅek.
  • A, prawda! - potwierdziÅ Roman.
  • Zabawnie wyglÄdajÄ na swoich daszkach, jak liliputy... - zauwaÅ&fraq14;yÅ jeszcze i ujÄwszy ramiÄ Å&fraq14;ony, zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ znów ku balustradzie od strony morza.
  • Patrz! - rzekÅ przyciszonym gÅosem, wskazujÄc na prawo lÄd staÅy
  • widzisz te otulone mgÅami sylwety miast i gór?..
  • WidzÄ - potwierdziÅa Ola.
  • Oto Fusina - objaÅniaÄ poczÄÅ Å&fraq14;onie Roman - tam znów gÅÄbiej, to Padwa i Treviso...

Tu, na zachodzie - to otaczajÄce WeronÄ szczyty górskie, a tam - wskazujÄc ruchem rÄki kolistym krajobraz, mówiÅ dalej DzierÅ&fraq14;ymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.

I Roman manewrujÄc równoczeÅnie lunetÄ odkrywaÅ coraz to inne odlegÅe góry i miasta, a uÅ&fraq14;yczajÄc lornety swej Å&fraq14;onie, objaÅniaÅ jÄ, tÅumaczyÅ.

Tymczasem zaÅ platforma dzwonnicy opustoszaÅa stopniowo. Prócz przekupniów, zalecajÄcych swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie byÅo tu juÅ&fraq14; prócz DzierÅ&fraq14;ymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali siÄ do odejÅcia, gdy oto nagle przystanÄli znowu, zasÅuchani.

Z weneckiego starego grodu szÅa muzyka dziwna... Jak orkiestrÄ dobranÄ grana, wÄdrowaÅa przez otulone milczeniem przestworza melodya koÅcielnych dzwonów...

RozpoczÄÅy jÄ, na wprost Campanili dzwony koÅcioÅów: Redentore, na wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w Ålad za niemi powtórzyÅy inne ÅwiÄtynie. Z Santa Maria della Salute na czele rozbrzmiaÅy kolejno po caÅej Wenecyi, wstrzÄsnÄÅy ciszÄ "królowej Adryatyku" - tu donoÅnie bijÄc basem, tam znów skarÅ&fraq14;Äc siÄ Åagodnie, kwilÄc - wspólnie zagraÅy chórem swÄ pieÅÅ wieczornÄ...

Dobranymi jakby akordy popÅynÄÅy dźwiÄcznie tony poprzez laguny i kanaÅy, morzem, po grzbietach fal, uleciaÅy w dal sinÄ, zda siÄ, niosÄc swe echa aÅ&fraq14; do podnóÅ&fraq14;y gór.

Roman, nachyliwszy siÄ ku Å&fraq14;onie, rzuciÅ póÅgÅosem:

  • Co za wspaniaÅe i silne wraÅ&fraq14;enie, nieprawdaÅ&fraq14;?...

ChciaÅ powiedzieÄ coÅ jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie urwaÅ...

DzierÅ&fraq14;ymirscy zadrÅ&fraq14;eli oboje. Kobieta przytuliÅa siÄ, jak powój, do mÄÅ&fraq14;czyzny, on zaÅ objÄÅ opiekuÅczym ruchem jej kibiÄ i silnem ramieniem przycisnÄÅ wylÄkÅÄ do siebie.

To z dzwonnicy Åw. Marka, tu, na szczycie jej, o parÄ zaledwie kroków od nich, zagrzmiaÅ wÅaÅnie do wtóru innym, zadudniÅ, gÅuszÄc wszystko swÄ siÅÄ, dzwon olbrzymi i potÄÅ&fraq14;ny - "San Marco."

GÅos jego tubalny, huczÄcy, zmieszaÅ siÄ z ogólnÄ aryÄ dzwonów, napeÅniajÄc echami grzmotów, trzÄsÄc platformÄ wieÅ&fraq14;ycy.

A jednoczeÅnie Roman i Ola dziwnego doznawali wraÅ&fraq14;enia. ZdaÅo siÄ im bowiem, jakby ich tutaj nie byÅo juÅ&fraq14; zupeÅnie.

Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowaÅ siÄ tu jeno jeden jedyny olbrzymi dźwiÄk, z którym istnienia wspólne zlaÅy siÄ, zÅÄczyÅy. Glos dzwonu przenikaÅ ich do gÅÄbi, szedÅ aÅ&fraq14; do dna dusz, graÅ na fibrach nerwów; trzÄsÅ nimi, potÄÅ&fraq14;ny w swej mocy - wielki...

Ola jeszcze bardziej przytuliÅa siÄ do mÄÅ&fraq14;a, jakby szukajÄc obrony przed czemÅ, czy przed kimÅ, DzierÅ&fraq14;ymirski silniej przygarnÄÅ jÄ do siebie. RównoczeÅnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomyÅlnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliÅ&fraq14;yÅy siÄ i zÅÄczyÅy usta!...

Ostatni z ostatnich promieÅ zachodu zapaliÅ na sekundÄ jednÄ gwiazdÄ na czoÅach mÄÅ&fraq14;czyzny i kobiety, skojarzyÅ siÄ z ich pieszczotÄ i znikÅ. SÅoÅce zgasÅo... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od pocaÅunku, a trwali w nim jeszcze...

JakaÅ bowiem niewytÅumaczona niczem chÄÄ przedÅuÅ&fraq14;enia jakby tej chwili ogarnÄÅa DzierÅ&fraq14;ymirskich.

W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgaÅy uczuciem, a huczÄcy gÅos dzwonu zdawaÅ siÄ bardziej jeszcze kojarzyÄ ich ze sobÄ... ÅÄczyÅ siÄ sam niby z ekstazÄ ich pocaÅunku, a usuwajÄc z niego zarazem pierwiastek zmysÅów poziomy - wznosiÅ dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzieÅ strefy, uszlachetniaÅ, budziÅ w nich jakieÅ chÄci i pragnienia i przypinaÅ skrzydÅa do lotu i rozszerzaÅ piersi i kazaÅ siÄ modliÄ pokornie...

Z ekstazy pierwsza zbudziÅa siÄ kobieta.

PrzybladÅa nieco, oderwaÅa drobne wargi od ust Romana i szepnÄÅa cichutko: - Chodźmy juÅ&fraq14;!..

  • Dobrze, zÅoto moje, kochanie najmilsze! - odparÅ pieszczotliwie DzierÅ&fraq14;ymirski, i oboje w Ålad za tem skierowali siÄ ku wyjÅciu.

Nic nie mówili teraz do siebie. ZamyÅleni, pogrÄÅ&fraq14;eni w swój dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w dóŠciÄgle.

I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wÅlizgiwaÄ siÄ poczÄÅa w ich dusze, mózgi i serca...

Przy dźwiÄkach bo oto grajÄcego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakieÅ zwÄtpienia obsiadÅy nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - niknÄÅ, wewnÄtrzne zadowolenie i napiÄcie duchowe sÅabÅo!..

Lecz czyÅ&fraq14; to zÅudzenie? Wszak gÅos tegoÅ&fraq14; samego dzwonu jest teraz jakimÅ caÅkiem innym, odrÄbnym; to nie ten na górze, wysoko!

Tamten, peÅen otuchy, dodawaÅ odwagi, wzmacniaÅ. A ten, wstrzÄsajÄc murami wyniosÅej wieÅ&fraq14;ycy, bÅÄka siÄ gdzieÅ tylko po jej zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...

I pod jego wpÅywem, jakby pod dziaÅaniem czarodziejskiej siÅy, w myÅlach DzierÅ&fraq14;ymirskich, kaÅ&fraq14;demu z osobna, zaszumiaÅy znowu wyrzuty sumienia.

Jej, Oli, stanÄÅa przed oczami, jak Å&fraq14;ywa, marsowa twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzutów peÅne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem zdawaÅy siÄ skarÅ&fraq14;yÄ, mówiÄ: Ja ciÄ kochaÅem, drogie dzieciÄ, a ty tak pogardziÅaÅ mnÄ, zraniÅaÅ tak dotkliwie i boleÅnie!

Romanowi zaÅ tak Å&fraq14;ywo przypomniaÅa siÄ z przed laty chwila pewna, iÅ&fraq14; zdziwiÅ siÄ sam niepomiernie. SwÄ ubogÄ izdebkÄ z przed laty, strasznÄ noc walki ze sobÄ samym, i zwyciÄstwo zÅota ujrzaÅ tu w Campanili-wszystko!..

A dzwon tymczasem huczaÅ coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroÅ&fraq14;szy i bezwzglÄdniejszy, surowszy... DzierÅ&fraq14;ymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym gÅosem karcÄcym z wysoka, pospieszniej w dóŠschodziÄ poczÄli.

Cienie wieczorne kÅadÅy siÄ juÅ&fraq14; po pustych zakÄtkach starej, jak Åwiat, wieÅ&fraq14;ycy, mroki tajemnicze peÅzaÅy tu swobodnie. Przy dźwiÄkach dzwonu, który wciÄÅ&fraq14; trzÄsÅ jej Åcianami, wÅród ciemniejÄcej stopniowo, a zamkniÄtej w nich pustki, schodziÅa, spuszczajÄc siÄ coraz szybciej, zniÅ&fraq14;aÅa siÄ para mÅodych.

Wreszcie zmierzch szary pochÅonÄÅ zgrabne postacie, i zapanowaÅ bezpodzielnie w Campanili. JednoczeÅnie o jej mury odbiÅo siÄ echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla DzierÅ&fraq14;ymirskich przypomnienie przeszÅoÅci...

W Ålad za tem uspokoiÅo siÄ wkrótce wszystko.

Wiekopomna wieÅ&fraq14;yca, zasÅuchana jakby jeszcze w koÅcowy zamierajÄcy dźwiÄk dzwonu, przycichÅa; szaroÅÄ, smutek i gÅusza rozsiadÅy siÄ tu wokoÅo... W milczÄcÄ sennÄ zadumÄ, we wspomnienia przebrzmiaÅe, zapadaÅa powoli Campanile.


  • Rojno i gwarno byÅo dziÅ u marszaÅkowej nieprawdaÅ&fraq14;? Ha-ha-ha, wiedziaÅem doskonale, Å&fraq14;e siÄ stawiÄ wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza Åwiatowa menaÅ&fraq14;erya.... No, i cóÅ&fraq14;? Uwierzyli?

Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej duÅ&fraq14;ym, piÄknym salonie, wygÅosiÅ, sadowiÄc siÄ wygodnie na fotelu, Emil ÅadyÅ&fraq14;yÅski. ByÅ to mÄÅ&fraq14;czyzna lat przeszÅo piÄÄdziesiÄciu, wysoki, szczupÅy, od stóp do gÅów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyrosÅym jakby do rysów jego, ÅwieÅ&fraq14;ych i Å&fraq14;ywych jeszcze, oraz piÄknych oczu podÅuÅ&fraq14;nych, zielonkawych, z pod pincenez patrzÄcych rozumnie.

  • Uwierzyli. To jest, moÅ&fraq14;e udali tylko, Å&fraq14;e wierzÄ... odpowiedziaÅa marszaÅkowa rozpartemu z gracyÄ w krzeÅle goÅciowi swemu.
  • No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myÅlÄ sobie, co im siÄ Å&fraq14;ywnie podoba!- zawyrokowaÅ tenÅ&fraq14;e gÅosem stanowczym.
  • C'est ce qui me tranquillise, iÅ&fraq14; zamknÄÅam zupeÅnie dziÅ juÅ&fraq14; rachunki z towarzystwem tutejszem - odparÅa z westchnieniem ulgi pani Melania.

Rozmowa potoczyÅa siÄ dalej; treÅciÄ jej byÅ przebieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyjÄcia u MarszaÅkowej.

ZnikniÄcie Oli, choÄ trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedostaÅo siÄ niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieÅÄ ta, podawana z poczÄtku ostroÅ&fraq14;nie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce byÅa juÅ&fraq14; na wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotkÄ i skrzydlatym ptakiem obmowy obleciaÅa niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego Åwiata w mieÅcie. Pomimo to, nikt nie wiedziaÅ nic jeszcze dokÅadnie. Zaalarmowany pierwszy ÅadyÅ&fraq14;yÅski, który, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem bywajÄcy wszÄdzie Åwiatowiec, osaczonym byÅ ciÄgle pytaniami, odbyÅ dni temu parÄ istnÄ sessyjnÄ konferencyÄ z marszaÅkowÄ: Co czyniÄ, by ocaliÄ pozory?.. I wówczas to postanowiono, co nastÄpuje:

PuÅciÄ natychmiast w Åwiat niejasnÄ pogÅoskÄ o Ålubie Oli z DzierÅ&fraq14;ymirskim, i opowiedzieÄ wyjazd marszaÅkowej, która, postanowiwszy juÅ&fraq14; poprzednio przenieÅÄ siÄ caÅkiem na wieÅ, teraz, po naradzie z ÅadyÅ&fraq14;yÅskim, zgadzaÅa siÄ tÄ chwilÄ odjazdu swego przyÅpieszyÄ. Za parÄ dni wÅaÅnie przypadaÅ czwartek, jour fixe pani Melanii; Åatwo byÅo przewidzieÄ, iÅ&fraq14; towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zrÄcznie póÅsÅówek o wielkiej powyÅ&fraq14;szej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawoÅciÄ i chÄciÄ poÅ&fraq14;egnania czcigodnej matrony, zawitaÄ na jej salony...

  • Wówczas to wszystkim i kaÅ&fraq14;demu z osobna damy do spoÅ&fraq14;ycia nastÄpujÄcÄ piguÅkÄ! - zadecydowaÅ wesoÅo na owej konferencyi pan Emil:
    • Powiemy, Å&fraq14;e Ola i DzierÅ&fraq14;ymirski sÄ juÅ&fraq14; po Ålubie, uznanym przez rodzinÄ najbliÅ&fraq14;szÄ i przez niÄ urzÄdzonym, lecz cichym i bez rozgÅosu, a to na wÅasne i wyraźne Å&fraq14;Ädanie paÅstwa mÅodych...
    • Co siÄ zaÅ tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy, wytÅumaczymy jÄ tem, iÅ&fraq14; dzisiejsi paÅstwo DzierÅ&fraq14;ymirscy kochali siÄ w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuÅÄmy, oÅmiu... Å&fraq14;e ojciec srogi nie chciaÅ o zwiÄzku tym sÅyszeÄ nawet, iÅ&fraq14; zmiÄkczony wreszcie zgodziÅ siÄ naÅ... Pani marszaÅkowa nie byÅa na Ålubie, no... bo jest sÅabego zdrowia, January zaÅ, w ostatniej chwili, gdy jechaÅ na kolej, zachorowaÅ... PaÅstwo mÅodzi obecnie bawiÄ zagranicÄ. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykÅad, Å&fraq14;e w Szwecyi... CaÅÄ tÄ historyjkÄ, pani marszaÅkowa na przyjÄciu u siebie, a ja u innych, tegoÅ&fraq14; samego dnia i w tychÅ&fraq14;e godzinach ukoloryzujemy jeszcze naleÅ&fraq14;ycie kilkoma pseudo-autentycznymi szczegóÅami, no... et il faut espérer, Å&fraq14;e nam chyba uwierzÄ!..

Tak ostatecznie uradziÅ ÅadyÅ&fraq14;yÅski, a do ultimatum owego, uznawszy jego sÅusznoÅÄ, marszaÅkowa Warnicka zastosowaÅa siÄ ÅciÅle przez caÅy dzieÅ dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjÄcia. Obecnie zaÅ w dalszym ciÄgu informowaÅa przybyÅego swego wspólnika o wywiÄzaniu siÄ z zadania i roli wÅasnych, opowiadajÄc mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedziÅo jÄ osób ze Åwiata, do tego stopnia licznych, iÅ&fraq14; chwilami w ogromnym jej salonie brakÅo po prostu dla nich miejsca.

  • KaÅ&fraq14;dy niemal po banalnym wstÄpie grzecznostek, pytaÅ mnie o OlÄ, nie przeoczyÅ tego nikt -mówiÅa pani Melania, koÅczÄc opowiadanie swoje - aÅ&fraq14; w duchu sama ÅmiaÅam siÄ z tego...
  • WiÄc któÅ&fraq14; byÅ? któÅ&fraq14; byÅ? - pytaÅ ciekawie ÅadyÅ&fraq14;yÅski.
  • Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo caÅe, nie zawiódÅ nikt - opowiadaÅa dalej marszaÅkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, którym siÄ zdaje, Å&fraq14;e obecnoÅciÄ swojÄ czyniÄ mi ÅaskÄ najwyÅ&fraq14;szÄ, raz na rok zaledwie bywajÄc u mnie... i lekcewaÅ&fraq14;Äco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnÄÅa rÄkÄ...

Pan Emil zaÅ sÅuchaÅ i nieznacznie uÅmiechaÅ siÄ pod wÄsem, znaÅ bowiem dobrze sÅabÄ stronÄ staruszki, którÄ gniewaÅo zawsze, gdy ktoÅ ze "Åwiata," mieszkajÄcy stale w mieÅcie, omijaÅ jej dom w wizytach.

  • Par exemple... - odezwaÅ siÄ - rÄczyÅbym, Å&fraq14;e ksiÄÅ&fraq14;na Marya i hrabiowie Doliwscy...
  • Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksiÄÅ&fraq14;e Jerzy, hrabia Alfred, ksiÄstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córkÄ i jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksiÄcia Ryszarda S. z PoznaÅskiego... A takÅ&fraq14;e Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... juÅ&fraq14; nie pamiÄtam wszystkich nawet... koÅczyÅa pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.
  • Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, Åmietaneczka ze Åmietanki naszej... PowinszowaÄ marszaÅkowej, powinszowaÄ... - rzekÅ z lekka drwiÄco pan Emil. -L'essentiel - ciÄgnÄÅ dalej, - Å&fraq14;e wszyscy, jak przewidywaÅem, poÅknÄli przygotowanÄ przez nas wiadomostkÄ.
  • Wszyscy, bez wyjÄtku; robiÅam przecieÅ&fraq14;, co tylko mogÅam - potwierdziÅa pani Melania.
  • A wiÄc n... i-ni-c'est fini; nie pokaÅ&fraq14;emy siÄ my im tu tak prÄdko na oczy; by sprawdziÄ to, co posÅyszeli, DzierÅ&fraq14;ymirskich równieÅ&fraq14; mieÄ nie bÄdÄ, a zresztÄ - pan Emil niedbale poruszyÅ rÄkÄ - tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszÄ sobie nowe sitko na koÅek i... zapomnÄ. Ainsi va le monde - dokoÅczyÅ, i wyjmujÄc srebrnÄ z monogramem papieroÅnicÄ, ujÄÅ w palce delikatnej swej rÄki cienki papieros, uprzejmie pytajÄc zarazem pani domu: - Vous permettez?..

MarszaÅkowa, z uÅmiechem, przyzwalajÄco kiwnÄÅa gÅowÄ. ÅadyÅ&fraq14;yÅski zapaliÅ, i wypuÅciwszy z ust maÅy obÅoczek dymu, pogÅadziÅ wytwornym ruchem rÄki swe siwiejÄce juÅ&fraq14; nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.

  • Ja takÅ&fraq14;e, wedÅug programu, nie próÅ&fraq14;nowaÅem, - odezwaÅ siÄ po chwili swobodnym tonem. - WyszedÅszy stÄd temu godzin parÄ, byÅem na jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u ksiÄstwa Pilanich... ZastaÅem tam wiele bardzo osób i wszÄdzie opowiadaÅem, naturalnie en long et en large la nouvelle du jour, co naleÅ&fraq14;y, o Romanie i Oli - bref, Januarek powinien byÄ kontent ze mnie: wykryÅem, jak, co i dokÄd wyfrunÄÅa mu jedynaczka, teraz znów my z paniÄ marszaÅkowÄ tuszujemy za mÅodÄ parÄ Ålady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
  • Å»e teÅ&fraq14; pan wszystko z wesoÅej tylko strony bierze - nieco smutnie i pobÅaÅ&fraq14;liwie jakby uÅmiechnÄÅa siÄ pani Melania.
  • Que voulez vous, pani marszaÅkowo, Åwiat peÅen dramatów i tragedyj w teatrze i w Å&fraq14;yciu, Å&fraq14;e cóÅ&fraq14;by wartem byÅo ono, gdybyÅmy siÄ czasem starali przynajmniej komizmu choÄ trochÄ zeÅ wycisnÄÄ - odparÅ pan Emil, poczem zaÅ dodaÅ: - WiÄc pani marszaÅkowa jutro na Podole, do Ulanówki?
  • Tak - potwierdziÅa pani Melania - do siebie jadÄ na dni kilka, potem zaÅ natychmiast do Januarego, a pan wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;a?.. Il faudrait.
  • Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na szeÅÄ tygodni... Ale, a propos, cóÅ&fraq14; January?..
  • NiespokojnÄ jestem o niego - odpowiedziaÅa marszaÅkowa - jak panu wiadomo, bawiÅ tu u mnie tylko dzieÅ jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomoÅci odjechaÅ, poÅ&fraq14;egnawszy siÄ ze mnÄ, notabene, bardzo chÅodno, i odtÄd Å&fraq14;adnej odeÅ z Gowartowa nie mam wiadomoÅci. MoÅ&fraq14;e chory...
  • Eee! cóÅ&fraq14; znowu!.. - okrzyczaÅ siÄ ÅadyÅ&fraq14;yÅski - pani marszaÅkowa niech bÄdzie spokojnÄ, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkÄ swÄ wydziedzicza. Dobrze robi zresztÄ, bardzo dobrze... WydziedziczaÄ mÅodych! Niech nie lekcewaÅ&fraq14;Ä woli starszego pokolenia!.. WydziedziczaÄ!.. dokoÅczyÅ pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednoczeÅnie z paniÄ MelaniÄ Å&fraq14;egnaÄ siÄ poczÄÅ.
  • Uciekam juÅ&fraq14;, bo mam jeszcze parÄ wizyt, ale... ÅadyÅ&fraq14;yÅski urwaÅ
  • Wszak pani marszaÅkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaÅ&fraq14;? - mówiÅ, caÅujÄc z wdziÄkiem rÄkÄ staruszki - nie Å&fraq14;egnam siÄ wiÄc, bÄdÄ na dworcu, moÅ&fraq14;e wypadnie coÅ uÅatwiÄ, dopomóc...
  • DziÄkujÄ panu, dziÄkujÄ bardzo - odparÅa z uÅmiechem pani Warnicka - do miÅego zobaczenia siÄ. .

Pan Emil, z cylindrem w rÄku, ukÅoniÅ siÄ u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opiÄta w tuÅ&fraq14;urek, zgrabna sylweta zniknÄÅa za portyerÄ salonu.

ZnalazÅszy siÄ zaÅ przed domem, na ulicy, ÅadyÅ&fraq14;yÅski wskoczyÅ poÅpiesznie do oczekujÄcej naÅ doroÅ&fraq14;ki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, kazaÅ siÄ wieÅºÄ dalej.

JuÅ&fraq14; na ulicach i w magazynach jaÅniaÅy rzÄsiÅcie ÅwiatÅa, gdy w dwie godziny później wysiadaÅ z tegoÅ&fraq14; pojazdu przed piÄknÄ kamienicÄ w ÅródmieÅciu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaÅ&fraq14;, skierowaÅ siÄ w bramÄ czteropiÄtrowego domu, gdzie na pierwszem piÄtrze zajmowaÅ eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

MaÅy, zwinny chÅopczyna, ubrany w liberyjnÄ, ze zÅotemi guziczkami, granatowÄ kurtkÄ, przekomarzaÅ siÄ wÅaÅnie na dziedziÅcu, z którÄÅ chichoczÄcÄ mÅodszÄ, gdy pan jego zjawiÅ siÄ nagle w bramie, a ujrzawszy ÅmiejÄcÄ siÄ dwójkÄ, pogroziÅ jej laskÄ, z uÅmiechem. SÅuÅ&fraq14;Äca zaÅmiaÅa siÄ zalotnie i gÅoÅno, lokajczyk zaÅ pÄdem porwaÅ siÄ z miejsca i poleciaÅ na górÄ, w parÄ minut później, z pokornÄ minÄ, otwierajÄc drzwi ÅadyÅ&fraq14;yÅskiemu.

  • Ej, malutki!.. pogroziÅ mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjÄwszy paltot, zapytaÅ: - ByÅ tu kto?
  • Owszem, proszÄ jaÅnie pana, oto bilety odparÅ chÅopak poÅpiesznie, podajÄc maÅÄ tackÄ ze stoÅu.

Pan Emil obojÄtnie przerzuciÅ kilka biletów.

  • Aaa!.. zadziwiÅ siÄ gÅoÅno przy jednym z nich, poczem odÅoÅ&fraq14;yÅ wszystko na bok.
  • Frak od krawca przynieÅli? - zapytaÅ jeszcze - wyprasowany?
  • W sypialni u jaÅnie pana powiesiÅem - objaÅniÅ maÅy lokajczyk.
  • Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie Åobuzuj siÄ!.. rzekÅ ÅadyÅ&fraq14;yÅski, a minÄwszy przedpokój, zatrzasnÄÅ za sobÄ drzwi od gabinetu, prowadzÄcego do sypialni i ubieralni, gwiÅ&fraq14;dÅ&fraq14;Äc jednoczeÅnie pod nosem aryÄ z modnej podówczas operetkowej premiery.

Jako szanujÄcy siÄ kawaler, pan Emil, stale Å&fraq14;adnego wieczoru nie przepÄdzaÅ u siebie w domu. DziÅ zatem równieÅ&fraq14; wybieraÅ siÄ na raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynajÄcy siÄ juÅ&fraq14; o dziesiÄtej.

DziewiÄta wÅaÅnie biÅa na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil wiÄc, znalazÅszy siÄ w gustownie umeblowanej sypialni, przystÄpiÅ natychmiast do tualety swej wieczorowej.

W tym celu wygodnie zasiadÅ na foteliku przed maÅÄ gotowalniÄ, przepeÅnionÄ wytwornymi, w srebrnych pudeÅkach i przykrywkach, przyborami tualetowymi.

Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroiÅ siÄ na raut, marszaÅkowa, po wyjÅciu ostatnich, zapóźnionych, goÅci, przykazawszy pogasiÄ ÅwiatÅa, odpoczywaÅa na kanapce znuÅ&fraq14;ona, po dniu tak peÅnym dla niej zmÄczenia i wysiÅków. OparÅszy gÅowÄ o poduszki mebla, pani Melania, poÅoÅ&fraq14;yÅa siÄ, i wyciÄgnÄwszy wygodnie swe czÅonki, przymknÄÅa powieki, stan zaÅ bÅogi nie krÄpowanego niczem spoczynku owÅadnÄÅ niÄ bezpodzielnie.

Jak szum niknÄcy, daleki, w uszach jej tylko brzmiaÅ jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywaÅy urywki z dali, a przed oczyma majaczyÅy, zmieniajÄc siÄ kolejno, postacie, zaludniajÄce w ciÄgu kilku godzin jej salony...

Ponownie zatem widziaÅa przed sobÄ staruszka w sÄsiednim pokoju tÅum elegancki, rozbawiony...

Mile pieÅciÅ on wzrok wytwornym wdziÄkiem kobiecych tualet, szeleszczÄcych Åagodnie, a zgoÅa nie krzyczÄcych barwÄ i gustownych - nÄciÅ powabem na jednÄ modÅÄ elegancko skrojonych ubiorów mÄskich, pÅawiÅ siÄ caÅy w estetyce ogólnej manier, ukÅonów, w szablonie Åwiatowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raziÅ niczem harmonii, w caÅoÅci swej nie wywoÅujÄc równieÅ&fraq14; wcale faÅszywo brzmiÄcych zgrzytów. I uÅmiech póŠgorzki, póŠsmutny, w zamyÅleniu okoliÅ wÄskie usta marszaÅkowej Warnickiej.

Jak nicoÅci peÅnem bowiem wydaÅo jej siÄ teraz, w oÅwietleniu dzisiejszej zÅoÅliwej ciekawoÅci, to caÅe towarzyskie stado, kryjÄce swÄ przewrotnoÅÄ pod blichtrem i szychem zewnÄtrznych pozorów, jak maÅo godnem Å&fraq14;alu i marnem!

Ach, bo ileÅ&fraq14; schowanej zrÄcznie zÅoÅci, tÅumionych chÄci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego faÅszu kryÅo siÄ w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej Åwiatowych pseudo-przyjacióŠi goÅci!..

MarszaÅkowa czyniÅa dalej w myÅli przeglÄd galeryi osobników, widzianych na dzisiejszem przyjÄciu; we wspomnieniu ich sÅów, wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytaÅa, zda siÄ, ukryte myÅli przybyÅych; moralnie obnaÅ&fraq14;aÅa ich wszystkich, starajÄc siÄ zarazem znaleźÄ, przypomnieÄ choÄ jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwitÅy wÅród tych chwastów obÅudy!..

Nie znalazÅa nic podobnego jednak. ByÅy tam tylko same Åmiecie.

Pani Melania, dumajÄc w ten sposób, miaÅa oczy wciÄÅ&fraq14; przymkniÄte, niebawem znuÅ&fraq14;enie wziÄÅo górÄ nad jej myÅlami, gÅowa staruszki pochyliÅa siÄ na piersi, cichy mrok wieczoru otuliÅ postaÄ marszaÅkowej. ZdrzemnÄÅa siÄ.

W kwandrans moÅ&fraq14;e później, w milczeniu wypoczywajÄcych po najÅciu goÅci apartamentów, rozlegÅ siÄ; silny odgÅos dzwonka... Staruszka rzuciÅa siÄ z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczÄÅa wsÅuchiwaÄ siÄ w mÄcÄcy ciszÄ odgÅos.

W drzwiach buduaru po chwili stanÄÅ lokaj i zaanonsowaÅ:

  • Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, Å&fraq14;e chciaÅby koniecznie widzieÄ siÄ z jaÅnie paniÄ.
  • ProÅ, proÅ natychmiast tutaj! - rzekÅa Å&fraq14;ywa marszaÅkowa i równoczeÅnie powstaÅa z kanapki. Lokaj wyszedÅ.

Zadowolenie, poÅÄczone z ciekawoÅciÄ osiadÅo na twarzy staruszki.

BolesÅaw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszaÅka, a zaprotegowany ongi przez niÄ samÄ na zajmowanÄ dotÄd posadÄ ogólnego i gÅównego zarzÄdcy dóbr pana Januarego, nareszcie wiÄc przynosiÅ jej wiadomoÅÄ o bracie!..

MÅodzieniec, lat dwudziestu oÅmiu, ciemny brunet, ogorzaÅy i przystojny, z dziarsko do góry podkrÄconym wÄsem, stanÄÅ na progu.

  • SÅuga pani marszaÅkowej, moje uszanowanie - przemówiÅ swobodnie, i podbiegÅszy, ucaÅowaÅ z szacunkiem rÄkÄ staruszki.

Ubrany byÅ niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaÅ jego, oraz sposób mówienia, zdradzaÅy czÅowieka, choÄ nie obytego moÅ&fraq14;e zupeÅnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

  • Kochany mój panie BolesÅawie, - zaczÄÅa staruszka, zwracajÄc siÄ dobrotliwie ku przybyÅemu - siadaj, proszÄ, i mów, mów jak najprÄdzej, co sÅychaÄ?..

MÅody czÅowiek, widzÄc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekÅ poÅpiesznie:

  • O, nic zÅego... zupeÅnie nic zÅego, pani marszaÅkowo, ale... i nic równieÅ&fraq14; dobrego - dokoÅczyÅ wahajÄco i ostroÅ&fraq14;nie.
  • Jak to?.. -- zapytaÅa pani Melania. Krasnostawski oczy spuÅciÅ, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, dÅugiemi rzÄsami, mówiÄ czÄÅ zwolna:
  • Pani marszaÅkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknÄÅ pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
  • WiÄc pan juÅ&fraq14; wiesz?.. SkÄd? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia, wyrwaÅo siÄ staruszce, pytanie.

CoÅ niemiÅego snaÄ dla ucha mÅodzieÅca zabrzmiaÅo nagle w tych kilku sÅowach, bo nie podnoszÄc oczu, jakby nie chcÄc onieÅmielaÄ marszaÅkowej swym wzrokiem, spokojnie i powaÅ&fraq14;nie odrzekÅ:

  • Wiem wszystko, bo mi pan January, nie majÄc nikogo, zwierzyÅ siÄ z troski wÅasnej, naturalnie pod sÅowem honoru z mojej strony, Å&fraq14;e sÅówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnÄ...

Krasnostawski zatrzymaÅ siÄ chwilkÄ, i ciÄgnÄÅ dalej:

  • ObowiÄzki, jakie mam dla caÅej rodziny paÅstwa, szacunek i powaÅ&fraq14;anie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowiÄ, chyba doÅÄ trwaÅÄ rÄkojmiÄ, iÅ&fraq14; sÅowa dotrzymam... I... o tem... nikt z paÅstwa, przypuszczam, nie wÄtpi... - dokoÅczyÅ mÅody czÅowiek, podnoszÄc tym razem wzrok, jasny i pytajÄcy na marszaÅkowÄ.
  • AleÅ&fraq14; naturalnie, panie BolesÅawie, naturalnie! - skwapliwie poÅpieszyÅa z odpowiedziÄ staruszka. - Lecz mówÅ&fraq14;e mi pan, co siÄ tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytaÅa niespokojnie.
  • To, pani marszaÅkowo, Å&fraq14;e z panem Gowartowskim jest źle... - i Krasnostawski, spuÅciwszy znów wzrok, ciÄgnÄÅ dalej:
  • PannÄ OlÄ, jak pani marszaÅkowej wiadomo, ojciec kochaÅ bardzo, prawie, Å&fraq14;e baÅwochwalczo; otóÅ&fraq14; skutki wypadków ostatnich bardzo, bardzo silnie odbiÅy siÄ na nim. Nic go juÅ&fraq14; prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wieÅ, ni inne zajÄcia, do sÄsiadów nie jeździ, u siebie nikogo nie przyjmuje - sÅowem obecnie z niego zupeÅnie inny czÅowiek...

Krasnostawski przerwaÅ opowiadanie, jakby namyÅlajÄc siÄ, co mówiÄ dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dóŠspuszczonym, milczaÅa.

Po chwili wahajÄco ciÄgnÄÅ dalej:

  • Wobec tego samotnoÅÄ dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczÄ, koniecznie potrzebuje on nieustajÄcego towarzystwa, jednem sÅowem - potrzebuje obok siebie przyjaciela.

Krasnostawski ponownie zatrzymaÅ siÄ na sekundÄ.

  • Moja osoba nie wystarcza - mówiÅ dalej - zajÄcia liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... tu po twarzy mÅodego czÅowieka przemknÄÅ lekki cieÅ - wszystko skÅada siÄ na to, iÅ&fraq14; pan Gowartowski, choÄ zawsze dla mnie tak samo Åaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...

Z pod oka, przelotnie, spojrzaÅ Krasnostawski na marszaÅkowÄ. Z misyÄ nader delikatnÄ i przykrÄ przybyÅ on tutaj; w kieszeni surduta paliÅ go wÅasnorÄczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, Å&fraq14;ywiÄcy jeszcze do siostry bardzo gÅÄbokÄ urazÄ za speÅnione wypadki, pomimo wszystko, w gÅÄbi duszy posÄdzajÄcy nawet staruszkÄ, iÅ&fraq14; byÅa, moÅ&fraq14;e w tajnej zmowie z jego córkÄ - delikatnie, lecz stanowczo, odmawiaÅ jej goÅcinnoÅci u siebie, wobec zapowiedzianego przez niÄ przyjazdu do Gowartowa.

Krasnostawski o zawartoÅci listu wiedziaÅ, w chwili Å&fraq14;alu bowiem Gowartowski wypowiedziaÅ mu wszystko, ba, poleciÅ jemu nawet, jako protegowanemu i lubianemu przez marszaÅkowÄ, napomknÄÄ jej o tem przed wrÄczeniem listu.

Przerwawszy na chwilÄ opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawiaÅ siÄ wÅaÅnie, czy poruszyÄ w rozmowie, lub nie, temat draÅ&fraq14;liwy. PostanowiÅ jednak nie czyniÄ tego wcale, a natomiast, czujÄc, Å&fraq14;e na ustach domyÅlajÄcej siÄ juÅ&fraq14; czegoÅ: marszaÅkowej, zawisa jakby jakieÅ pytanie, by powstrzymaÄ je, odezwaÅ siÄ poÅpiesznie:

  • I dlatego, pani marszaÅkowo, poleciÅ mi pan January, ÅÄcznie z innymi interesami, powoÅywujÄcymi mnie tutaj, zaprosiÄ do Gowartowa na czas dÅuÅ&fraq14;szy pana ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego, jego bowiem obecnoÅci tylko pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... MuszÄ zatem byÄ dzisiaj u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego niewÄtpliwie znanym jest pani marszaÅkowej?..

SÅowa powyÅ&fraq14;sze i pytanie ostatnie zabrzmiaÅy w ustach mÅodzieÅca pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuÅ chÅód jakby w zachowaniu siÄ staruszki, milczÄcej wciÄÅ&fraq14; od chwili, gdy jej powiedziaÅ, iÅ&fraq14;: wie o wszystkiem. GniewaÅo go to spostrzeÅ&fraq14;enie i raniÅo dotkliwie dumÄ jego.

Wypowiedziana gÅosem miarowym, a wskazujÄca ulicÄ i numer domu, zamieszkaÅego przez pana Emila, zabrzmiaÅa odpowiedź marszaÅkowej.

Krasnostawski zerwaÅ siÄ natychmiast i rzekÅ szybko:

  • DziÄkujÄ stokrotnie pani marszaÅkowej...

Z udanÄ zaÅ swobodÄ, powodowany silnem Å&fraq14;yczeniem wycofania siÄ stÄd co prÄdzej, ciÄgnÄÅ Å&fraq14;ywo dalej:

  • Nie zajmujÄ juÅ&fraq14; wiÄcej czasu pani marszaÅkowej, zapomniaÅem zupeÅnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzieÅ przyjÄÄ - uciekam...
  • Ach, tak... - z uÅmiechem protekcyjnym nieco rzekÅa sÄdziwa matrona. - Ale juÅ&fraq14; po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
  • Tak... tak, prawda, zapomniaÅem - bÄknÄÅ Krasnostawski, siÄgajÄc jednoczeÅnie rÄkÄ do kieszeni. - Przepraszam najmocniej paniÄ marszaÅkowÄ dobrodziejkÄ, cóÅ&fraq14; za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! ByÅbym zapomniaÅ... Mam list od pana Gowartowskiego, sÅuÅ&fraq14;Ä pani marszaÅkowej.

Pani Warnicka schwyciÅa list, Krasnostawski jednak równoczeÅnie pochyliÅ siÄ do rÄki jej, w ukÅonie.

  • Do widzenia, mój panie BolesÅawie, do widzenia! - z roztargnieniem poÅ&fraq14;egnaÅa go staruszka, podajÄc mu rÄkÄ do ucaÅowania, poczem zaÅ gorÄczkowo rozerwaÅa kopertÄ.

MÅody czÅowiek juÅ&fraq14; byÅ na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na marszaÅkowÄ, zdÄÅ&fraq14;yÅ byÅ jeszcze dojrzeÄ na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwitÅy tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. DostrzegÅszy to, mÅody plenipotent, jak szczupak w wodÄ, rzuciÅ siÄ caÅem ciaÅem w ciemnoÅci sÄsiedniego salonu, pobiegÅszy zaÅ na palcach do przedpokoju, chwyciÅ paltot swój i umknÄÅ z mieszkania. Na schodach dopiero odetchnÄÅ.

  • Uf! wyrwaÅem siÄ wreszcie... - szepnÄÅ. - Åadniebym siÄ ubraÅ, gdyby tak przy mnie list czytaÅa!..

W Ålad zatem wypadÅ na miasto, a mijajÄc ulice jednoczeÅnie pogrÄÅ&fraq14;aÅ siÄ w myÅlach.

WywoÅana wspomnieniem apartamentów marszaÅkowej, stanÄÅa mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyÅo jej gÅÄbokie i zalotne spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztÄ, witaÅa i jego, gdy przypadek ÅÄczyÅ ich kiedy na chwilÄ.

Krasnostawski od kilku juÅ&fraq14; lat znaÅ córkÄ pana Januarego; etykietalne utrzymujÄc stosunki z paÅacem Gowartowskim na wsi, widywaÅ jÄ rzadko, najczÄÅciej z daleka, na spacerze, w koÅciele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszaÅkowej w mieÅcie. PodobaÅa mu siÄ piÄkna panna, bo komuÅ&fraq14; zresztÄ nie potrafiÅa ona siÄ przypodobaÄ, peÅna wdziÄku, uprzejma i zalotna?.. PrzedstawiaÅa poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochaÅ siÄ w niej jednak bynajmniej, za trzeźwym byÅ na to; choÄ z upokorzeniem dumy wÅasnej, stanowisko swe podrzÄdne oceniaÄ potrafiÅ, a jednak...

Ździwiony analizÄ duszy wÅasnej, przyznaÄ siÄ sam przed sobÄ musiaÅ, Å&fraq14;e wieÅÄ o ucieczce i Ålubie Oli zabolaÅa go, a raczej, bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewaÅa.

RozmyÅlajÄc w ten sposób, Krasnostawski wszedÅ do kamienicy, wskazanej przez marszaÅkowÄ. Za parÄ chwil znalazÅ siÄ juÅ&fraq14; na pierwszem piÄtrze, ledwie jednak zadzwoniÅ u drzwi apartamentów ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukazaÅ siÄ pan Emil, jak zwykle uÅmiechniÄty ironicznie i z pogodÄ na czole.

  • A!.. pan BolesÅaw, herbu Rawita, powitaÄ, prawico Januarego de Gowartów-Gowartowskiego, powitaÄ!.. - i uÅcisnÄÅ serdecznie wyciÄgniÄtÄ rÄkÄ mÅodzieÅca.
  • Przepraszam, Å&fraq14;e nie proszÄ pana kochanego do siebie, lecz postaciÄ swojÄ do odejÅcia gotowÄ wypÄdzam go raczej, lecz powody waÅ&fraq14;ne... - tu pan Emil uczyniÅ obydwiema rÄkami ruch póÅokrÄgÅy, - skÅaniajÄ mnie do tego! - dokoÅczyÅ, i mówiÄc to, elegancko zamknÄÅ drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uÅmiechnÄwszy siÄ pod wÄsem ciÄgnÄÅ dalej wesoÅo, poufale wsunÄwszy zarazem rÄkÄ pod ramiÄ Krasnostawskiego.
  • Nie gniewasz siÄ na mnie, kochany panie BolesÅawie, wszak prawda?.. SpieszÄ na raut; no, mówÅ&fraq14;e tam, co sÅychaÄ?.. Kochany Januarek cóÅ&fraq14; tam porabia, poluje; weseli siÄ, czy smuci?

Krasnostawski juÅ&fraq14; chciaÅ wypowiedzieÄ, z czem przyszedÅ, gdy ÅadyÅ&fraq14;yÅski znowu odezwaÅ siÄ Å&fraq14;artobliwie:

  • Ale, zaiste, pysznie pan wyglÄdasz, jak rydz w maÅle, powinszowaÄ! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnÄÄ bÄdÄ do pana, jak pszczóÅki do miodu! SÅyszaÅem o paÅskich sprawkach za studenckich czasów, za mÅodu! - tu poklepaÅ z lekka mÅodzieÅca poufale po plecach - sÅyszaÅem - powtórzyÅ - nie bÄdÄ wiÄc wzajemnie nudziÅ pana swojÄ osobÄ, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co ciÄ do mnie sprowadza, a posiedzenie to odbÄdziemy w doroÅ&fraq14;ce. PodwiozÄ pana... Zgoda?
  • AleÅ&fraq14; i owszem, dziÄkujÄ bardzo! - odparÅ Krasnostawski, z poÅpiechem.

Znajdowali siÄ juÅ&fraq14; na ulicy, pan Emil skinÄÅ na stangreta parokonnej doroÅ&fraq14;ki, rzuciÅ adres, i pojechali.

Ruchem codziennym wrzaÅo wkoÅo nich strojne wesoÅe miasto:

  • SÅucham pana - rzekÅ ÅadyÅ&fraq14;yÅski.

MÅody czÅowiek w krótkich sÅowach opowiedziaÅ mu o niepomyÅlnym stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy zaÅ tylko o liÅcie do marszaÅkowej, zakomunikowaÅ zaproszenie do Gowartowa.

SkrzywiÅ siÄ lekko przy ostatnich sÅowach pan Emil i odrzekÅ:

  • Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyÄ drogiego Januarka, ale wÅaÅnie wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;am za granicÄ i przyznaÄ muszÄ, Å&fraq14;e na razie wybraÅ on siÄ z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zresztÄ... Co pan wiesz, - tu spojrzaÅ uwaÅ&fraq14;nie na Krasnostawskiego - o pani Oli i DzierÅ&fraq14;ymirskim?..

Zapytanie to postawionem byÅo bardzo zrÄcznie mówiÅo nic, a pytaÅo wiele. Krasnostawski natychmiast poinformowaÅ krótko i zwiÄźle pana Emila, iÅ&fraq14; wiadomem mu jest wszystko.

  • Aaa!.. - wyrwaÅo siÄ tylko z ust ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego, i dodaÅ ironicznie:
  • No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o pÅaszczu gronostajowym przywiÄzania dziecinnego, szalonej miÅoÅci mÅodzieÅczej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieÅ&fraq14;y codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotkÄ, jednÄ - purpurÄ drugiej; zatem wobec tego, moÅ&fraq14;emy mówiÄ szczerze...
  • Widzi pan - tu ÅadyÅ&fraq14;yÅski spojrzaÅ znów na Krasnostawskiego, jakby pragnÄc siÄ przekonaÄ, czy warto wywnÄtrzaÄ siÄ przed nim - ta caÅa rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywiÄzania do córki i ów od poczÄtku do koÅca poemat "zbolaÅego ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od poczÄtku do koÅca jednym nonsensem. Czy nie miaÅa racyi?

Krasnostawski milczaÅ.

  • PieÅcili dziewczynÄ - ciÄgnÄÅ w tym samym tonie ÅadyÅ&fraq14;yÅski - upodobaÅa sobie DzierÅ&fraq14;ymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, panie, kobiety takÅ&fraq14;e majÄ serca i temperament... ZachciaÅo siÄ Oli Åadnego chÅopca - nie dali jej go - wziÄÅa go sobie sama, a raczej wziÄÄ siÄ pozwoliÅa... Niech Januarek lepiej dziÄkuje i Åpiewa HosannÄ na wysokoÅciach, Å&fraq14;e bez plebana siÄ nie obeszÅo! Lub niechÅ&fraq14;e nawet gniewa siÄ, i wydziedziczy córuniÄ, lecz nie lamentuje, bo to i nie po mÄsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. CóÅ&fraq14; na to pan, panie BolesÅawie, herbu Rawita?..

Krasnostawski zÅ&fraq14;ymnÄÅ siÄ niecierpliwie; denerwowaÅ go zwykle ton rozmowy ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego, dziÅ jeszcze bardziej rozgniewaÅ go przycinek "herbu Rawita", bÄdÄcy widocznÄ alluzyÄ do uÅ&fraq14;ywanych niegdyÅ przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .

PodraÅ&fraq14;niony zatem, silÄc siÄ na spokój, odparÅ zimno:

  • Przepraszam, ale caÅkiem inaczej i zupeÅnie przeciwnie zapatrujÄ siÄ na tÄ sprawÄ, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
  • Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszaÄ, wiedziaÅem tylko, Å&fraq14;e i z kochanego pana takÅ&fraq14;e romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliÅcie siÄ razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoÅa potrzebny nie jestem, doskonale siÄ tam obadwa rozumiecie...
  • Ale, cóÅ&fraq14; znowu! - przerwaÅ Å&fraq14;ywo Krasnostawski, bojÄc siÄ, czy czasem mimo woli nieostroÅ&fraq14;nem sÅowem nie zepsuÅ danego sobie polecenia. - MogÄ byÄ tych samych zapatrywaÅ na tÄ sprawÄ, co i pan Gowartowski i odczuwaÄ jego charakter, lecz przecieÅ&fraq14; w Å&fraq14;adnym razie nie potrafiÄ zastÄpiÄ szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...
  • No tak, tak..., - urwaÅ z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez litoÅci, nic staÅego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miÅoÅci;" to wszystko nader piÄknie brzmi i wyglÄda, lecz mego zdania, ja osobiÅcie nawet dla przyjaźni zmieniaÄ, niestety, nie uwaÅ&fraq14;am za stosowne. Czy zaÅ ono Januarciowi siÄ spodoba - grubo wÄtpiÄ..

DoroÅ&fraq14;ka w tej samej chwili zatrzymaÅa siÄ.

  • No, kochany mój panie BolesÅawie, addio!.. - odezwaÅ siÄ protekcyjnym nieco tonem ÅadyÅ&fraq14;yÅski podajÄc Krasnostawskiemu rÄkÄ.
  • Zakomunikuj pan z Åaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na Gowartowie, a jeÅli potem jeszcze znaÄ mnie bÄdzie chciaÅ - niechÅ&fraq14;e mi napisze, a moÅ&fraq14;e przyjadÄ...

Wysiedli obaj. Pan Emil uchyliÅ cylindra i skierowaÅ siÄ ku bramie, na progu zaÅ jej rzuciÅ jeszcze mÅodemu czÅowiekowi, tym razem jednak przyjaźniej nieco:

  • A trzymaj siÄ tam pan dzielnie, ba pÅeÄ nadobna ma tu na wieÅniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...

ÅadyÅ&fraq14;yÅski znikÅ, Krasnostawski pozostaÅ sam ulicy. RozejrzaÅ siÄ...

ByÅ w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór juÅ&fraq14; rozpoczynaÅ swe panowanie, nadchodziÅa noc, wielki gród Å&fraq14;arzyÅ siÄ setkami ÅwiateÅ; Årodkiem ulicy pÄdziÅy pojazdy, po chodnikach szerokich zwartÄ gromadÄ wymijaÅ go poÅpiesznie tÅum ludzi.

PiÄkne, zgrabne mieszczanki prawie Å&fraq14;e ocieraÅy siÄ o niego, rzucajÄc co chwila zalotne spojrzenia na Åadnego chÅopca. Niewiele jednak z nich szÅo samych, wiÄkszoÅÄ miaÅa juÅ&fraq14; przy sobie czulÄcych siÄ towarzyszy, szepczÄcych im z uÅmiechem sÅodkie sÅówka.

Pod wpÅywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli przejrzaÅ siÄ uwaÅ&fraq14;niej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a zadowolony z przeglÄdu wÅasnej osoby, spojrzaÅ wesoÅo przed siebie. JakieÅ puste pragnienie zabawienia siÄ, oszoÅomienia, podobnie tym wszystkim, snujÄcym siÄ parom, owÅadnÄÅo nim.

PrzeksztaÅcony okolicznoÅciami Å&fraq14;ycia w wieÅniaka mieszczuch przypomniaÅ sobie naraz lata dawne, studenckie, peÅne niefrasobliwego jutra i wesoÅych kawaÅów, a choÄ przeplatane czÄsto biedÄ i gÅodem, bogate jednak w miÅoÅÄ i swobodÄ!

BawiÄc przelotnie w murach miasta, którego kaÅ&fraq14;dy zauÅek znaÅ na pamiÄÄ, a mijajÄcych go mieszkaÅców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie segregowaÅ, jak znawca, - zapragnÄÅ nagle Krasnostawski napiÄ siÄ koniecznie z musujÄcego uciech miÅosnych kielicha.

I mimo woli mÅody czÅowiek poczÄÅ uwaÅ&fraq14;niej przyglÄdaÄ siÄ kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukÅe i zgrabne, mijaÅy go one, ÅmiejÄce siÄ i wesoÅe, uprawiajÄc z zamiÅowaniem flirt uliczny, skrzÄcy siÄ miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na kaÅ&fraq14;de spojrzenie przystojniejszego mÄÅ&fraq14;czyzny, odwzajemniajÄce mu siÄ zalotnem źrenic bÅyÅniÄciem - "oczkiem" i obiecujÄcym nieraz wiele uÅmiechem.

A rozmaitoÅÄ dzisiaj byÅa wielka. Wieczór przedÅwiÄteczny, pogodny, lwiÄ czÄÅÄ wÅaÅcicielek nadobnych twarzyczek wywabiÅ na pierwszorzÄdne ulice - na wspólnÄ arenÄ letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, Åniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne - biaÅe, szatynki, o ruchach omdlewajÄcych, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym, wÅaÅciwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, Å&fraq14;wawe - sunÄÅy przed zachwyconym wzrokiem wieÅniaka.

I od tego rozpÄdzonego, barwnego, poruszanego jakby tajnÄ jakÄÅ sprÄÅ&fraq14;ynÄ tÅumu, biÅ na Krasnostawskiego ÅwieÅ&fraq14;y, bo odzwyczajeniem dÅuÅ&fraq14;szem starty, urok; nozdrza graÄ mu poczÄÅy, wchÅaniaÅ w siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunÄcy jakby ponad gÅowami publicznoÅci, gorÄtszem okiem patrzyÅ w twarz kobietom, swawolnie i niechcÄcy, na pozór, zaglÄdaÅ im prosto w oczy...

Co zaÅ przewaÅ&fraq14;nie czytaÅ w owych czarnych, szarawych, fijoÅkowych i modrych oczach, z natury juÅ&fraq14; swej, zalotnych, bynajmniej nie zraÅ&fraq14;aÅo go do tej; czynnoÅci.

  • Pójdź, pójdź, nie zraÅ&fraq14;aj siÄ pozornie skromnÄ minkÄ, bÄdź odwaÅ&fraq14;nym, ÅmiaÅym, a moÅ&fraq14;e... moÅ&fraq14;e... - szeptaÅy, zda siÄ, cicho wejrzenia nieÅmialsze, gorejÄc ogniem, nieprzeparcie ciÄgnÄc ku sobie; daleko wiÄcej jeszcze mówiÅy spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane ÅmiaÅym wzrokiem mÄÅ&fraq14;czyzny, caÅowaÄ go jakby siÄ zdawaÅy, obiecujÄc miÅoÅÄ-pieszczotÄ!...

RuchliwÄ falÄ w pewnych godzinach przelewajÄcy siÄ przez ulice miasta, a obejmujÄcy sobÄ oddzielnÄ warstwÄ wracajÄcych z zajÄcia pracownic róÅ&fraq14;nej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roiÅ siÄ dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczÄcy Åwiatek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - obejmowaÅ go swym ruchomym uÅciskiem. I mÅody czÅowiek, ulegajÄc stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a zwiÄzanym ÅciÅle z tymÅ&fraq14;e samym Åwiatkiem, zapomniaÅ o wszystkiem.

ZnikÅy mu z pamiÄci Gowartów, pan January, marszaÅkowa, ÅadyÅ&fraq14;yÅski, Ola, a odÅ&fraq14;yÅ w nim tylko dawny Åobuz i baÅamut, Å&fraq14;Ädny swawoli i uÅ&fraq14;ycia.

Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujÄtych maÅÄ rÄczkÄ, a odkrywajÄcych modelowanÄ Ålicznie, zgrabnie obutÄ, w aÅ&fraq14;urowej poÅczoszce, nóÅ&fraq14;kÄ, otarÅa siÄ prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smukÅa, jak gazella, czarnowÅosa, i rzuciÅa mÅodzieÅcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palÄcy , ÅmiaÅy, rzuciÅa mu takie same drugie, uwaÅ&fraq14;niejniejsze jednak, gorÄtsze. Z dwojga par mÅodych oczu posypaÅy siÄ iskry, a panu BolesÅawowi stanÄÅo w tej chwili w mózgu, nieodwoÅalne ultimatum: Ta, lub Å&fraq14;adna!

PuÅciÅ siÄ w pogoÅ za piÄknÄ dziewczynÄ. DognaÅ jÄ niebawem, zajrzaÅ w oczy raz, drugi, trzeci, i poczÄÅ iÅÄ w Ålad za niÄ. Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczÄ skrÄciÅo nagle w bok i znikÅo w bramie domu.

Zawiedziony i zÅy, Krasnostawski obróciÅ siÄ na piÄcie, a wÅoÅ&fraq14;ywszy rÄkÄ w kieszenie od palta, z humorem przystanÄÅ. W oddali zachÄcajÄco zieleniaÅ ogród Åródmiejski, jakby zapraszajÄc goÅcinnie.

MÅodzieniec skierowaÅ siÄ w tÄ stronÄ, i w dziesiÄÄ minut potem wchodziÅ juÅ&fraq14; w bramÄ ogrodu.

O tej wieczornej i spóźnionej juÅ&fraq14; porze cienie jago, tajemnicze i ciche, pochÅonÄÅy Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego doleciaÅy jednoczeÅnie, z pogwarem drzew szumiÄcych splecione, jakieÅ szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...

To przytulone do siebie, tam i ówdzie po Åawkach siedzÄc samotnych, gruchajÄce przeróÅ&fraq14;ne "pary" fabrykowaÅy najczÄÅciej udanÄ, rzadko szczerÄ miÅoÅÄ... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam znów, w kontraÅcie subtelniejszy, miÄkkszy, ten sam flirt brukowy, rdzennie miejscowy, musowaÅ, kipiaÅ po kÄtach ogrodu, przyczajony do tego stopnia, iÅ&fraq14; w niektórych alejach dla uwaÅ&fraq14;nego sÅuchacza graÅa po prostu, zda siÄ, powszechna jakby i wspólnie harmonijna nuta, zÅoÅ&fraq14;ona ze szmeru pocaÅunków, gÅoÅniejszych póÅsÅówek, namiÄtnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego Åmiechu...

OdgÅosy te, drgajÄc w powietrzu, leciaÅy cicho ku wierzchoÅkom drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadaÅ wolno poÅ&fraq14;óÅkÅy liÅÄ wczesnej jesieni, - jakby pragnÄc przypomnieÄ bawiÄcym siÄ tu ludziom, o koÅcu wszystkiego na Åwiecie.

PrzeszedÅszy siÄ po ogrodzie, Krasnostawski usiadÅ na jednej z Åawek. ZmÄczonym byÅ nieco... PrzyjechaÅ kilka godzin temu zaledwie. MarszaÅkowa, ÅadyÅ&fraq14;yÅski, piÄkna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to znuÅ&fraq14;yÅo mÅodzieÅca, przywykÅego od lat paru do ciszy i regularnego wiejskiego Å&fraq14;ycia.

WyjÄwszy papieroÅnicÄ, zapaliÅ papierosa, ziewnÄÅ, a spojrzawszy obojÄtnie na siedzÄcych obok na Åawce sÄsiadów, wpadÅ w mimowolnÄ zadumÄ.

W myÅlach stanÄÅa mu nagle wÅasna przeszÅoÅÄ w tem samem mieÅcie i przed oczyma migaÄ poczÄÅy przeróÅ&fraq14;ne minionych lat obrazy.

UjrzaÅ zatem siebie maleÅkim, u rodziców jeszcze, chÅopcem, potem gimnazistÄ, a nastÄpnie akademikiem. Oblicza rozpierzchÅych gdzieÅ po Åwiecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyÅy mu Å&fraq14;ywo, wspomniaÅ ich przywary, zalety charaktery i serca...

W kalejdoskopie wspomnieÅ odbiÅo siÄ, przesunÄÅo równieÅ&fraq14;, kilka twarzyczek kobiecych, parÄ szaÅów, niepomnych jutra, gorÄczkowych, pieniÄcych siÄ wówczas rozkoszÄ, pÅomieniem uczucia, a dziÅ spopielaÅych juÅ&fraq14; i zagasÅych zupeÅnie.

A wszystko w tem mieÅcie, z którego murami zÅ&fraq14;yÅa siÄ, zrosÅa jego dusza. Dla chleba porzuciÅ kolebkÄ dzieciÅstwa - mÅodoÅci...

  • Cha!... - westchnÄÅ gÅoÅno mÅody plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrzaÅ siÄ wokoÅo, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka uwaÅ&fraq14;nie popatrzyÅ na swoich sÄsiadów.

Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniÄtym na oczy, w wyszarzaÅej kapocie i z rÄkami w kieszeniach, drzemaÅa jakaÅ mÄska figura, z gÅowÄ, wciÅniÄtÄ w ramiona, zgarbiona, o nÄdznej powierzchownoÅci; byÅ to zapewne pijak jaki ululany, lub moÅ&fraq14;e biedak bezdomny; z przeciwlegÅego zaÅ kraÅca Åawki jakiÅ staruszek zbieraÅ siÄ do odejÅcia...

  • Przepraszam pana, która godzina? - zapytaÅ go Krasnostawski, pamiÄtajÄc, iÅ&fraq14; zegarek zostawiÅ przez roztargnienie w hotelu.

Staruszek malutki, siwiuteÅki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknÄÅ przyjaźnie na mÅodego czÅowieka, oczy przymruÅ&fraq14;yÅ i rozeÅmiaÅ siÄ gÅoÅno i dobrotliwie.

  • Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzuciÅ w Ålad za tem - nie przyszÅa... Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaÅmiaÅ siÄ jeszcze do siebie i podreptaÅ dalej, nie odpowiadajÄc na pytanie mÅodzieÅca.
  • A to ci mantyka jakiÅ ! - uÅmiechnÄÅ siÄ Krasnostawski i wzruszyÅ ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyÅliÅ siÄ znowu.

Tymczasem w tej samej wÅaÅnie chwili siadaÅa obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzÄcy staruszek wygÅaszaÅ swÄ sentencyÄ, poÅpiesznie przechodziÅa ona drogÄ, a usÅyszawszy gÅoÅno wyrzeczono sÅowa, zwróciÅa uwagÄ na siedzÄcego mÅodzieÅca i uwaÅ&fraq14;nie spojrzaÅa naÅ; poczem zwolniÅa kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiadÅa na Åawce. Teraz zaÅ, uporczywie z pod oka, patrzyÅa na Krasnostawskiego.

Ten zaÅ poczuÅ snaÄ na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obróciÅ gÅowÄ w jej stronÄ.

Na widok nowej sÄsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbiÅ siÄ na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawaÄ siÄ zdawaÅ piÄknÄ nieznajomÄ sprzed póÅgodziny. Spojrzenia mÅodych skrzyÅ&fraq14;owaÅy siÄ. Z czarnych źrenic Åadnej dziewczyny posypaÅy siÄ iskry, poczem opuÅciÅa na oczy powieki, z rzÄsami dÅugiemi.

Krasnostawski jednak milczaÅ w niepewnoÅci.

  • Nie, to nie ona - myÅlaÅ - tamta, smukÅa gazella, piÄkniejszÄ byÅa, lecz ta znów... tu spojrzaÅ przeciÄgle na dziewczÄ - kto wie, czy nie ponÄtniejsza, milsza?... Bez wÄtpienia... co za oczy!... - dopowiedziaÅ sobie w duchu.

Nie ruszaÅ siÄ jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydaÅa mu siÄ dziwnie nieprzystÄpnÄ - przynajmniej z powierzchownoÅci. Ubrana byÅa z miejskim szykiem, przeciÄtnym wprawdzie, ale nie raÅ&fraq14;Äco bynajmniej, caÅkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakÄÅ nieujÄtÄ jakby dystynkcyÄ.

Tak siÄ zdaÅo Krasnostawskiemu.

W tej samej chwili nieznajoma podniosÅa naÅ znowu oczy. Powoli zdjÄÅa woalkÄ, wciÄÅ&fraq14; palÄc spojrzeniem piÄknych, duÅ&fraq14;ych źrenic i westchnÄÅa cicho...

Krasnostawski instynktownie przysunÄÅ siÄ do dziewczÄcia bliÅ&fraq14;ej. W parÄ jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy siÄ delikatnemu profilowi nieznajomej i przywoÅawszy w pamiÄci caÅe swe znawstwo dawnego "don-juana", zawyrokowaÅ w myÅli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i obojÄtnie zgasÅego zapaliÅ papierosa.

Poza tem, przed godzinÄ peÅen werwy i animuszu, teraz czuÅ siÄ zmÄczonym i spaÄ mu siÄ po prostu chciaÅo, rój myÅli zaÅ, poruszonych niedawno, bezustannie mÄciÅ mu siÄ w gÅowie. ZiewnÄÅ wiÄc przeciÄgle i zamierzaÅ juÅ&fraq14; powstaÄ, gdy oto nagle, proszÄco, posÅyszaÅ wyrzeczone gÅosikiem dźwiÄcznym swej sÄsiadki:

  • Przepraszam pana... ale.... nie mogÄ daÄ sobie sama rady... Czy... nie byÅby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinÄÄ mi parasolkÄ?...

SÅowom tym towarzyszyÅ wyraz twarzy, peÅny milutkiego wdziÄku i przybranej okolicznoÅciowo zaambarasowanej niby nieÅmiaÅoÅci; zatrzymaÅa siÄ pytajÄco...

WidzÄc jednak na obliczu mÅodego czÅowieka uÅmiech i wyciÄgniÄtÄ juÅ&fraq14; rÄkÄ po parasolkÄ, dokoÅczyÅa zalotnie, podajÄc mu jÄ:

  • Tylko... tak Åadnie... cieniutko...
  • Pan siÄ dziwi, zapewne - dygnÄÅa juÅ&fraq14; ÅmiaÅo, lecz z tym samym nieokreÅlonym nieco twarzy wyrazem, - Å&fraq14;e ja, nie znajÄc pana, oÅmielam siÄ, pomimo to, trudziÄ go... ale...
  • Boli rÄczka? - podchwyciÅ Krasnostawski Åpiesznie i pochyliÅ siÄ ku dziewczÄciu, z uÅmiechem.

W oczach dziewczyny zapaliÅy siÄ skry, nerwowo zadrÅ&fraq14;aÅy jej wiÅniowe usta i rozchyliÅy siÄ kuszÄco... ZaÅmiaÅa siÄ...

  • Tak, mam reumatyzm w prawej dÅoni... - odparÅa z powÅóczystem spojrzeniem.

I rozmowa w Ålad zatem potoczyÅa siÄ gÅadko... Krasnostawski poczuÅ siÄ w swoim Å&fraq14;ywiole, wpadÅ w zapaÅ, dowcipkowaÅ, ÅmiaÅ siÄ, opowiadaÅ. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinaÅa mu siÄ dowcipnie, podtrzymywaÅa rozmowÄ...

Gwar dwojga mÅodych odbijaÅ siÄ echem po coraz to pustszym ogrodzie; ÅpiÄcy dotÄd spokojnie na Åawce sÄsiad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zaklÄÅ z cicha i bez ceremonyi poÅoÅ&fraq14;yÅ siÄ na Åawce, jak dÅugi.

WespóŠz towarzyszem rozeÅmiaÅo siÄ piÄkne dziewczÄ. Powstali.

PobÅÄdziwszy zaÅ samotnie po alejach ogrodu, w póŠgodziny później wychodzili z niego, ochoczo i Å&fraq14;wawo, na pustÄ ulicÄ, trzymajÄc siÄ pod rÄce, po przyjacielsku juÅ&fraq14; zupeÅnie. MÅody pan plenipotent gowartowski skinÄÅ na stojÄce opodal "gumy", kazaÅ stangretowi podnieÅÄ budÄ, wsiadÅ do powozu razem z piÄknÄ nowÄ znajomÄ, rzuciÅ adres - i pojechali...

Gdy w ten sposób odÅ&fraq14;yÅy w wieÅniaku Åobuz zabawiaÅ siÄ swobodnie w wesoÅym grodzie - na Ukrainie, w paÅacu gowartowskim, który zaledwie opuÅciÅ byÅ dwa dni temu, w tÄ samÄ noc wrzeÅniowÄ, pomimo spóźnionej juÅ&fraq14; wielce pory, paliÅy siÄ, jeszcze ÅwiatÅa.

Po obszernych komnatach duÅ&fraq14;ego piÄtrowego domu, otoczonego cienistym parkiem, przechadzaÅ siÄ, zamyÅlony, pan January Gowartowski, z rÄkami zaÅoÅ&fraq14;onemi na piersiach. KÅaÅÄ siÄ na spoczynek wcale nie miaÅ ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomoÅci o Ålubie Oli, sen, wypÅoszony cierpieniem i myÅlami, bezpowrotnie, zda siÄ, uleciaÅ od powiek starca.

Pan January juÅ&fraq14; od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, nie sypiaÅ wcale. ChodziÅ po pustych komnatach, myÅlaÅ, czytaÅ, czasami wychodziÅ na przechadzkÄ, bÅÄkaÅ siÄ po polach, z rzadka bardzo polujÄc do Åwita na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddajÄc siÄ teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechÄceniem.

By sobie zaÅ te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaiciÄ, pan January wziÄÅ siÄ do pisania wÅasnych pamiÄtników, a sunÄc piórem po papierze i godzinami zapeÅniajÄc go swem drobnem pismem, nieraz potem, znuÅ&fraq14;ony, zasypiaÅ przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawaÅ lokaj. W ciÄgu dnia zaÅ wyraźnie nudziÅ siÄ coraz bardziej; czasami odwetowaÅ sobie dÅugie biaÅe noce ciÄÅ&fraq14;kim snem po obiedzie; poza tem nie wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÅ nigdzie, ani do sÄsiadów, ani nawet do koÅcioÅa, nikogo równieÅ&fraq14; nie przyjmujÄc.

W paÅacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiÄc siÄ stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie byÅ iÅcie raÅ&fraq14;Äcym. Poprzednio, wesoÅy, uÅmiechniÄty, rzeźki, nad wiek swój Å&fraq14;ywy, biorÄcy udziaÅ we wszystkich sprawach wiejskich, interesujÄcy siÄ najdrobniejszym niemal szczegóÅem, obecnie zmieniÅ siÄ rzeczywiÅcie do niepoznania.

Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadÅ pan January w trwajÄcy dotÄd stan apatyi, zniechÄcenia i nudy, a powiÄkszajÄcy siÄ ciÄgle i coraz bardziej. Z maÅÅ&fraq14;eÅstwem Oli pogodziÅ siÄ, bo zgodziÄ siÄ na nie musiaÅ, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyÅlnÄ rÄkÄ córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiÅa siÄ bynajmniej. Pan January zamknÄÅ siÄ w sobie i przeÅ&fraq14;uwaÅ cierpienie wÅasne, nie mogÄc o niem zapomnieÄ.

I czyÅ&fraq14; nawet moÅ&fraq14;na byÅo dziwiÄ siÄ temu? KaÅ&fraq14;dy kÄt, kaÅ&fraq14;da ÅcieÅ&fraq14;ka i sprzÄt w paÅacu nasuwaÅy biednemu ojcu na pamiÄÄ jedynaczkÄ, martwota zaÅ i cisza komnat, oraz ich gÅucha pustka przypominaÅy stale nieobecnoÅÄ jej bezpowrotnÄ.

Gdy Krasnostawski, zamieszkaÅy w pobliskim folwarku, Tomaszówce, wpadaÅ tu czasem w interesach i sprawach majÄtkowych, - oÅ&fraq14;ywiaÅ nieco obecnoÅciÄ swÄ te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej dÅuÅ&fraq14;yÅy siÄ panu Januaremu.

Na stole w jadalni gowartowskiego paÅacu leÅ&fraq14;aÅo kilka ksiÄÅ&fraq14;ek, obok w salonie i buduarze widniaÅy porzucone pisma ÅwieÅ&fraq14;e - na biurku w gabinecie przylegÅym bielaÅy rozÅoÅ&fraq14;one arkusze, zapeÅnionego pismem papieru. Pan January przed chwilÄ przestaÅ byÅ czytaÄ, oraz pisaÄ teraz zamierzaÅ, a przechadzajÄc siÄ tymczasem poprzez szereg czterech leÅ&fraq14;Äcych obok siebie, otwartych, pooÅwietlanych pokoi, myÅlaÅ.

W ciszy uÅpionego juÅ&fraq14; od dawna domu wybiÅa godzina druga...

Monotonny odgÅos zegara zbudziÅ Gowartowskiego z zadumy. PoruszyÅ siÄ szybciej, sam pogasiÅ ÅwiatÅa w czterech sÄsiednich komnatach, poczem, westchnÄwszy cicho, przetarÅ dÅoniÄ czoÅo i usiadÅ przy biurku przed rozÅoÅ&fraq14;onemi Äwiartkami papieru.

Nie wziÄÅ jednak pióra do rÄki... MyÅl leniwa odbiec na rozkaz nie chciaÅa, podparÅ wiÄc pan January dÅoÅmi gÅowÄ i zamyÅliÅ siÄ znowu.

WokoÅo, z umilkÅem echem jego miarowych kroków, zapanowaÅa niezamÄcona niczem cisza, i trwale doÅÄ dÅugo, nie przerywana zgoÅa niczem.

Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósÅ gÅowÄ dziedzic Gowartowa, siÄgnÄÅ po pióro i zaczÄÅ pisaÄ szybko. Jedne po drugich wypeÅniaÅy siÄ jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt zaÅ stalki w milczeniu gÅuchem donoÅnie rozbrzmiewaÅ po pokoju. W ten sposób minÄÅa godzina, a moÅ&fraq14;e i wiÄcej...

PrzestaÅ wreszcie pisaÄ ojciec Oli, odÅoÅ&fraq14;yÅ pióro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka - powstaÅ.

WywoÅany zazwyczaj umysÅowem znuÅ&fraq14;eniem, sen nie kleiÅ jednak dzisiaj powiek jego.

Przeciwnie. Zmuszony przed chwilÄ jeszcze, oderwawszy siÄ od teraźniejszoÅci, zanurzyÄ w przeszÅoÅÄ wÅasnego Å&fraq14;ycia, którÄ opisywaÅ - pan January orzeźwionym byÅ jakby, a wyraz melancholyi smutnej znikÅ z oblicza jego, oczy patrzaÅy jaÅniej jakoÅ, zapatrzone, zda siÄ, w odlegÅe dawne wspomnienia...

I wyparte tÄ chwilÄ obecnÄ, cierpienie pierzchÅo na chwilÄ, ojciec Oli zaÅ, spragniony snaÄ powietrza, otworzyÅ okno, wychodzÄce na ogród.

DotykajÄc szyb, zaszeleÅciÅy cicho gaÅÄzie pnÄcego siÄ wysoko po murze winogradu, i powiew balsamiczny, ÅwieÅ&fraq14;y, wpÅynÄÅ do pokoju.

PaÅac gowartowski górowaÅ nad okolicÄ. Do stóp jego, poza parkiem i stawem, w póÅkole, tuliÅa siÄ wioska, a dalej widniaÅy uprawne pola, odcinaÅ siÄ na widnokrÄgu sinawy pas lasów, wÅród rozlegÅych zaÅ, jak okiem siÄgnÄÄ, pÅaskich obszarów - majaczyÅo kilka dalekich sióŠi futorów...

W chwili, gdy pan January stanÄÅ w oknie gabinetu, z którego krajobraz ten caÅy, jak na dÅoni, moÅ&fraq14;na byÅo objÄÄ okiem - nad otaczajÄcemi Gowartów wkoÅo równinami, peÅnemi nieujÄtego jakby smutku i niewysÅowionej dziwnej tÄsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi Åanami i bielejÄcymi szerokimi traktami - z wolna gasÅa wÅaÅnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknÄc, pierzchaÅy ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgÅy przedporanne bÅÄkaÅy siÄ tam i ówdzie, póÅmrok zaÅ szarawy przedÅwitu, walczÄcy z cieniami nocy, coraz bardziej zwyciÄski, hardy, panoszyÅ siÄ juÅ&fraq14; dokoÅa.

Gowartowski staÅ nieruchomo w oknie, a odczuwajÄc gÅÄboko nieujÄty czar, pÅynÄcy ku niemu sennÄ falÄ z ziemi rodzinnej, jednoczeÅnie uczuwaÅ w duszy chÄÄ koniecznÄ wyrwania siÄ, choÄ na krótko z tych ciasnych ram pokoju.

W tej samej chwili ciszÄ drzemiÄcÄ przerwaÅ nagle pojedynczy dźwiÄk, rytmiczny i daleki. WplótÅszy siÄ melodyjnym akordem w ogólne milczenie, szedÅ coraz donioÅlejszy... bliÅ&fraq14;szy...

Przez perlÄce siÄ jeszcze nocnÄ rosÄ Åany zboÅ&fraq14;a i ÅÄki, zagony buraków i jary, leciaÅo monotonne echo dzwonka, Å&fraq14;aÅosne sobÄ i jakby smÄtne, bÅÄkajÄc siÄ po uÅpionych jeszcze obszarach, budzÄc drzemiÄce ptactwo, leniwo i niechÄtnie zrywajÄce siÄ gdzieniegdzie do lotu.

  • Telegram! MoÅ&fraq14;e do mnie, pójdÄ i zobaczÄ... mruknÄÅ do siebie póÅgÅosem pan January, i odstÄpiwszy od okna, siÄgnÄÅ kapelusz.

W tej samej chwili wzrok jego przesunÄÅ siÄ po Åcianie, na której wisiaÅa strzelba i przybory myÅliwskie. Gowartowski spojrzaÅ mimo woli na swój ubiór.

ByÅ w butach wysokich z cholewami, których dobÄ caÅÄ nie zmieniÅ, peÅen apatyi.

Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziÄÅ strzelbÄ, torbÄ, naboje i wyszedÅ przez balkon do ogrodu. CzuÅ potrzebÄ ruchu, powietrza i postanowiÅ zapolowaÄ na dzikie kaczki. DrzemiÄca Å&fraq14;yÅka myÅliwska przebudziÅa siÄ w Gowartowskim, a odnalazÅszy ulubieÅca swego, legawca, ÅpiÄcego w Åadnej budce, wyruszyÅ przez park na pola.

MyÅl jego byÅa jakby wolniejsza, wzrok zaÅ uporczywie ÅcigaÅ krajobraz, niejako wsÅuchujÄc siÄ w bliski juÅ&fraq14; teraz zupeÅnie odgÅos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunÄÅa mu bezpodstawne przypuszczenie, iÅ&fraq14; moÅ&fraq14;e ten oto znajomy dźwiÄk, zwiastujÄcy telegraficznego posÅaÅca, przyniesie mu jakÄÅ dobrÄ, a niespodzianÄ od Oli wiadomoÅÄ.

RzeczywistoÅÄ, jak zwykle, rozwiaÅa chwilowe zÅudzenie. Spokojnie i równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyÅ&fraq14;u drewnianym, przesunÄÅa siÄ sennie, w jednego konia, dwukoÅowa bida, z siedzÄcÄ na niej skulonÄ postaciÄ, i brzÄczÄc dzwonkiem, zginÄÅa w mgÅach porannych.

Dziedzic Gowartowa westchnÄÅ, i minÄwszy park oraz wioskÄ, bocznÄ ÅcieÅ&fraq14;ynÄ skierowaÅ siÄ ku polom. Poprzedzany krÄcÄcym siÄ wesoÅo, caÅym czarnym, z biaÅemi Åapami, legawcem, w pól godziny potem spuszczaÅ siÄ w jar gÅÄboki.

Otulony ciszÄ przedÅwitu, drzemaÅ tu staw obszerny, caÅy zarosÅy sitowiem - siedziba kaczek dzikich; maÅy mÅynek drewniany, cichutko szemrzÄc przelewajÄcÄ siÄ wodÄ, odpoczywaÅ, przyparty do wÄzkiej grobelki; w jej pobliÅ&fraq14;a maleÅka, garbata chatynka mÅynarza dopeÅniaÅa krajobrazu.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poddaÅ siÄ pan January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o drÄczÄcem go cierpieniu. StÄpajÄc ostroÅ&fraq14;nie i cicho po zroszonej trawie, szedÅ wzdÅuÅ&fraq14; stawu, nad jego brzegiem, rozglÄdajÄc siÄ bystro dokoÅa.

Milczenie i spokój panowaÅy niepodzielnie w tym zakÄtku. Czasem tylko zaÅopotaÅo coÅ w sitowiach i zaraz zcichÅo; tuÅ&fraq14; ponad sennÄ taflÄ wód przeleciaÅ wolno koÅo idÄcego myÅliwca jastrzÄb wodny, kulik, zniknÄwszy niebawem z oczu...

I melancholijna szaroÅÄ, jeszcze na wpóŠpogrÄÅ&fraq14;ona we Ånie, cicha, królowaÅa dalej znowu, skupiona w sobie, niezamÄcona niczem, chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.

Nagle pan January przystanÄÅ:

  • Wara! do nogi! - syknÄÅ cicho na psa. Legawiec, podniósÅszy lewÄ ÅapÄ i wyprostowawszy ogon sprÄÅ&fraq14;yÅcie, znieruchomiaÅ.

Na czystÄ taflÄ wód stawu, rzecz rzadka, wypÅywaÅy powaÅ&fraq14;nie dwie kaczki dzikie i koÅyszÄc siÄ niedostrzegalnie, zbliÅ&fraq14;aÅy siÄ, ufne, z wolna pÅynÄc, na odlegÅoÅÄ strzaÅu. MyÅliwiec odwiódÅ kurka u strzelby, jak mógÅ najciszej, i przyÅoÅ&fraq14;yÅ broÅ do ramienia.

PrzeczekaÅ chwilÄ jeszcze, i pociÄgnÄÅ za cyngiel...

Odbity w milczeniu dziesiÄciokrotnem echem huknÄÅ w ciszy pierwszy strzaÅ!... DosiÄgÅ on jednoczeÅnie obie kaczki, poÅoÅ&fraq14;yÅ je trupem, i zbudziÅ zarazem ÅpiÄcÄ w sitowiach zwierzynÄ.

ZagotowaÅo siÄ tam teraz wszÄdzie; tÅumione szelesty rozlegÅy siÄ na wsze strony; kurki wodne, kaczÄta, kaczki nawoÅywaÅy siÄ wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwaÅo siÄ nawet hen, w perspektywie, na drugim kraÅcu stawu... daleko. Jedna zaÅ, wynurzywszy skÄdÅ, z charakterystycznym poÅwistem skrzydeÅ, przeleciaÅa: wysoko prostopadle ponad gÅowÄ myÅliwego.

PosÅuszny legawiec jednoczeÅnie przynosiÅ panu w zÄbach zabitÄ zwierzynÄ; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesiÅ je u torby i poszedÅ dalej.

Powoli, stopniowo, rozjaÅniaÅo siÄ tymczasem.. Na wschodzie, gdzieÅ w oddali, widnokrÄg zaróÅ&fraq14;awiaÅ siÄ, niedostrzegalnie, leciutko...

Ojciec Oli DzierÅ&fraq14;ymirskiej, ze spuszczonÄ gÅowÄ, postÄpowaÅ wciÄÅ&fraq14; brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwaÅo siÄ trwoÅ&fraq14;liwie, myÅliwiec jednak nie zadawaÅ sobie trudu strzelaÄ do nich, bo oto znowu, wywoÅane na pozór drobnostkÄ, pochÅonÄÅy bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.

Rok temu, podobnie jak dziÅ, polowaÅ on tutaj.

Razem z OlÄ wyjechali o drugiej, nocÄ, i przybyli nad staw przy ksiÄÅ&fraq14;ycu jeszcze. Tak samo cisza uÅpienia panowaÅa dokoÅa, tak samo, jak przed chwilÄ, na toÅ czystÄ, lÅniÄcÄ siÄ tylko w dogorywajÄcych, drÅ&fraq14;Äcych promieniach miesiÄca - wypÅynÄÅa zwierzyna...

PamiÄta, jak dziÅ, owÄ chwilÄ, radoÅÄ córki z tej przejaÅ&fraq14;dÅ&fraq14;ki i jej ciekawoÅÄ asystowania przy polowaniu. Stoi mu Å&fraq14;ywo przed oczyma twarzyczka jej zarumieniona, Åadniutka, wzruszona, ciekawie ÅledzÄca wzrokiem kaczki, pÅynÄce po wodach...

PamiÄta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy juÅ&fraq14; cyngla dÅoniÄ dotykaÅ, szczebiot jej wesoÅy spÅoszyÅ zwierzynÄ, i jak wówczas Ola tego sobie darowaÄ nie mogÅa...

Westchnienie ciche podniosÅo pierÅ Gowartowskiego, brwi zmarszczyÅ i zatopiÅ siÄ w myÅlach niepomny zupeÅnie otoczenia swego.

Tymczasem zwierzyna co chwila podrywaÅa siÄ tam i ówdzie, przelatujÄc blisko idÄcego machinalnie naprzód myÅliwego.

Legawiec, krÄcÄc ogonem, wierciÅ siÄ na wszystkie strony, skamlaÅ nieÅmiaÅo, z cicha, goniÅ uciekajÄce kaczki i powracaÅ, podnoszÄc rozumny swój wzrok na zamyÅlonego pana, z wyrazem zdziwienia, iÅ&fraq14; nie sÅyszy juÅ&fraq14; strzaÅów - wyraźnie zgorszony postÄpowaniem jego.

Staw tymczasem juÅ&fraq14; siÄ koÅczyÅ..

W pobliÅ&fraq14;u, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem bÅotnistych moczarów, widniaÅ taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i sitowiem zaroÅniÄty caÅy.

ZnajÄc snaÄ dobrze drogÄ ku niemu, pan January nie zatrzymaÅ siÄ, a tylko ciÄgle tak samo zadumany, ruszyÅ w drogÄ dalej, prosto przez bagno, stawiajÄc powoli stopy na trzÄsÄcych siÄ kÄpkach zielonych.

Pod ciÄÅ&fraq14;arem ciaÅa idÄcego myÅliwca grunt uginaÅ sie, koÅysaÅ niedostrzegalnie, a pod nim chlupotaÅa woda i poruszaÅ siÄ krÄg caÅy wodnistej ziemi.

Pan January nie zwracaÅ jednak na to Å&fraq14;adnej uwagi; w myÅlach rozpamiÄtywaÅ coÅ ciÄgle, w oczach zaÅ uporczywie majaczyÅa mu wywoÅana przypomnieniem twarz i postaÄ Oli, przesÅaniajÄc sylwetkÄ swÄ wzrok jego zamglony.

Roztargniony jakby, tu, gdzie siÄ znajdowaÅ, zgoÅa nieobecny, Gowartowski szedÅ przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga niespodzianie obsunÄÅa mu siÄ na maÅej kÄpce, i maÅo, maÅo, Å&fraq14;e nie straciÅ równowagi...

Tymczasem poza nim, w dal roztwieraÅy siÄ niby widnokrÄgu podwoje...

Stopniowo, wÄskie pasmo skrytego jeszcze sÅonecznego ÅwiatÅa, rosÅo na niebiosach. Z pod biaÅych puchów posÅania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u ÅoÅ&fraq14;a zasÅon - zarumieniona, wstydliwa wychylaÄ siÄ poczÄÅa jutrzenka róÅ&fraq14;ana, przeciÄgajÄc siÄ lubieÅ&fraq14;nie jeszcze poza przejrzystÄ oponÄ obÅoków bladych...

Ponad stawem lataÅy teraz ciÄgle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego snaÄ legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciÄgnÄÅo tutaj caÅe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrzÄb krÄÅ&fraq14;yÅ majestatycznie nad Åanem zboÅ&fraq14;a...

Ostatnie wreszcie cienie przedÅwitu pierzchÅy nagle... Pierwszy promieÅ sÅoÅca wyjrzaÅ nieÅmiaÅo, bÅysnÄÅ po biaÅych Åcianach chatynki i blaszanym dachu starego mÅyna, dotknÄÅ siÄ tafli stawu, zamigotaÅ w mÄtnych bÅotach moczarów i musnÄÅ pieszczotliwie odwróconÄ sylwetÄ idÄcego mÄÅ&fraq14;czyzny.

Na bÅyszczÄcej lufie przeÅoÅ&fraq14;onej przez plecy strzelby zapaliÅ siÄ blaskiem. MinÄÅa chwila... i juÅ&fraq14; tryumfalnie zajaÅniaÅ on, objÄwszy pÅomieniem ÅwiateÅ liÅcie kilkunastu drzew, rosnÄcych wÅród bagien. PostaÄ kroczÄcego miarowo po moczarach czÅowieka na zakrÄcie, czy teÅ&fraq14; w drzew cieniu, znikÅa nagle w mgnieniu oka...

Po chwili w dali rozlegÅo siÄ tylko gÅoÅne szczekanie psa.

UmilkÅo...

Nad ziemiÄ w tej samej chwili wstaÅ dzieÅ nowy, peÅen nadziei, z radoÅciÄ na promienistem czole.


Na platformie kawiarni, poÅoÅ&fraq14;onej na szczycie góry "Gűtsch," wznoszÄcej swój cypel wyniosÅy ponad wdziÄcznie rozrzuconÄ u jej stóp LucernÄ, roiÅo siÄ od turystów, siedzÄcych przy stolikach.

Szmery prowadzonych rozmów ÅÄczyÅy siÄ w akord wspólny z grajÄcÄ smÄtnie i cicho orkiestrÄ, wzrok zaÅ wypoczywajÄcych goÅci pieÅciÅ widok cudny i wspaniaÅy na miasto, tulÄce siÄ zacisznie do brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe gÅÄbie, w których lustrzanej toni milczÄco przyglÄdaÅy siÄ równieÅ&fraq14; zadumane wierzchoÅki gór.

ZamykaÅy one ÅaÅcuchem swym caÅy widnokrÄg naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowaÅy na prawo krÄtÄ szyjÄ wód jego, pÅynÄcych cicho w dal...

OzÅociwszy purpurÄ i zÅotem ÅnieÅ&fraq14;ne szczyty ginÄcych we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na biaÅych frontach nadbrzeÅ&fraq14;nych hoteli, spiczastych wieÅ&fraq14;ach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, wÅaÅnie przed chwilÄ zgasÅ ostatni promyk sÅoÅca...

Natomiast zmierzch szary juÅ&fraq14; obecnie wychylaÅ siÄ skÄdÅ nieÅmiaÅo, ÅlizgaÅ siÄ po gÅadkiej tafli jeziora, przechadzaÅ po dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, staroÅ&fraq14;ytnych i wÄskich, a omraczajÄc szeÅciokÄtny czubek, poÅoÅ&fraq14;onej tuÅ&fraq14; przy jednym z nich, oryginalnej wodnej wieÅ&fraq14;ycy, swawolnie zdawaÅ siÄ zatapiaÄ jÄ, jedynaczkÄ, sterczÄcÄ zabawnie poÅród wód szafiru.

A tymczasem, pod wpÅywem idÄcego wieczora, cichÅo jakby jeszcze bardziej wszystko dokoÅa... Senny spokój pÅynÄÄ siÄ zdawaÅ od Lucerny, która, choÄ przepeÅniona goÅÄmi z caÅego Åwiata, tÄtniÄ poczynajÄca wÅaÅnie o tej porze muzykÄ i gwarem - obserwowana jednak stÄd, z "Gűtsch" wierzchoÅka, wydawaÅa siÄ tak spokojnÄ - tak cichÄ, jakby nie byÅa zgoÅa punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw Åmietanki, ale tylko - oazÄ wytchnienia i swobody.

W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy, przy stoliku, siedziaÅo piÄÄ osób.

Towarzystwo to skÅadali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córkÄ i powaÅ&fraq14;nym jegomoÅciem, ojcem zapewne rodziny - mÅody, Å&fraq14;wawy, przystojny Francuz i DzierÅ&fraq14;ymirscy.

OÅ&fraq14;ywiona, niemilknÄca rozmowa, podtrzymywana gÅównie przez OlÄ i mÅodego Francuza, panowaÅa przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomoÅÄ ÅmiaÅ siÄ co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów mÅodzieÅca, panienka równieÅ&fraq14; rozmawiaÅa wesoÅo i jeden tylko DzierÅ&fraq14;ymirski stanowiÅ w tym akordzie dobranym kontrast aÅ&fraq14; nadto wyraźny, zachowanie siÄ zaÅ jego milczÄce i bierny, li tylko konieczny, udziaÅ w rozmowie, ÅwiadczyÅy dobitnie, Å&fraq14;e to wszystko nudzi go nad wyraz.

Oczy DzierÅ&fraq14;ymirskiego, peÅne zamyÅlenia, prawie bezustannie spoczywaÅy na krajobrazie u podnóÅ&fraq14;a góry, z rzadka przenoszÄc siÄ, obojÄtne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywaÅ siÄ gÅównie na Oli. Zaduma smÄtna, od otoczenia daleka, znikaÅa wówczas na chwilÄ z jego oblicza, źrenice zaÅ czarne Romana, ciemniejszemi stawaÅy siÄ, badawcze... Nader korzystnie zaÅ dnia tego wyglÄdaÅa pani Ola. Ubrana w zgrabnÄ sukniÄ, z jasnej materyi, czyniÅa wraÅ&fraq14;enie wytworne i eleganckie; obnaÅ&fraq14;one zaÅ doÅÄ gÅÄboko, z okazyi niby gorÄca, pierÅ, szyja i ramiona, przykryte tylko aÅ&fraq14;urowÄ koronkÄ, stanowiÄcÄ caÅoÅÄ z sukniÄ - podnosiÅy jeszcze wdziÄk jej postaci. SiedzÄc obok mÅodego Francuza, rozmawiali z nim przewaÅ&fraq14;nie, ÅmiejÄc siÄ, dowcipkujÄc, i bezwiednie zapewne tylko, rzucajÄc mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.

TrwaÅo tak dosyÄ dÅugo. Po niejakim czasie jednak Ola zauwaÅ&fraq14;yÅa snaÄ dziwne trochÄ zachowanie siÄ mÄÅ&fraq14;a, bo, skorzystawszy z ogólnego powstania, spowodowanego czyjÄÅ uwagÄ o krajobrazie, zbliÅ&fraq14;yÅa siÄ do DzierÅ&fraq14;ymirskiego, i przytuliwszy siÄ, otarÅszy, jak kociÄ, swÄ rozkwitÅÄ kibiciÄ o niego, miÄkko i czule zapytaÅa:

  • CoÅ taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odparÅ krótko DzierÅ&fraq14;ymirski i dorzuciÅ po chwili:

  • Ale, a propos, ja ciÄ tu zostawiÄ, bo sam wpaÅÄ jeszcze muszÄ na pocztÄ, tam, na dole...
  • Koniecznie chcesz tam iÅÄ? To moÅ&fraq14;e jedźmy juÅ&fraq14; razem?..

DzierÅ&fraq14;ymirski odczuÅ niechÄÄ lekkÄ w gÅosie Å&fraq14;ony; cieÅ ledwie dostrzegalnego niezadowolenia, przemknÄÅ mu po twarzy, odezwaÅ siÄ jednak szybko:

  • Nie, nie, zostaÅ, ma chère, proszÄ ciÄ... Spotkamy siÄ później w alei nadbrzeÅ&fraq14;nej, bÄdÄ czekaÅ na ciebie... au revoir...

DzierÅ&fraq14;ymirski ÅcisnÄÅ zlekka rÄczkÄ Å&fraq14;ony i zrÄcznie wycofaÅ siÄ z platformy, zdÄÅ&fraq14;ajÄc po schodkach na dóÅ, do stacyi kolejki zÄbatej, zwanej "funiculaire," a ÅÄczÄcej w piÄciu minutach czasu górÄ z miastem.

ZajÄte lornetowaniem krajobrazu - którego wdziÄk teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdoÅaÅ przemówiÄ do ich poczucia piÄkna. Towarzystwo nie zauwaÅ&fraq14;yÅo nawet odejÅcia Romana. Ten ostatni spuszczaÅ siÄ powoli po schodkach i zasiadÅ niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ruszyÄ majÄcej do Lucerny.

  • A to mnie znudzili - mruknÄÅ - zakazane towarzystwo...

W tej samej chwili rozlegÅ siÄ sygnaÅ odjazdowy, wagoniki poruszyÅy siÄ z chrzÄstem, i hamowane, powoli w dóŠspuszczaÄ siÄ zaczÄÅy.

Roman obejrzaÅ siÄ; w wagonie, dziwnym zbiegiem okolicznoÅci, znajdowaÅ siÄ zupeÅnie sam.

Wygodnie wyciÄgnÄÅ nogi, rozparÅ siÄ i patrzyÅ w dóÅ.

Przed nim czerniaÅa stromo idÄca para szyn kolei, z poÅoÅ&fraq14;onym poÅrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemaÅo jezioro - wierzchoÅki gór stopiÅy siÄ w zmierzchu, zlaÅy jakby z chmurami niebios, w ciemnoÅciach zaÅ, coraz to wiÄkszych, wystÄpowaÅy teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki bÅÄdne, zapalaÅy siÄ co chwila tu i tam ÅwiateÅka.

Roman nagle przymknÄÅ oczy.

Bo oto jemu - wpatrzonemu ciÄgle w dóÅ, w stromÄ pochyÅoÅÄ i powietrznÄ próÅ&fraq14;niÄ, dzielÄcÄ jeszcze kolejkÄ od jeziora i, miasta - zakrÄciÅo siÄ w gÅowie, w wirze zaÅ tym wyÅoniÅa nagle siÄ jedyna szalona myÅl, spowodowana jakimÅ jednoczesnym, nic nie znaczÄcym wagonów haÅasem. Mianowicie zdaÅo mu siÄ po prostu, Å&fraq14;e oberwany pociÄg leci w dóÅ, coraz szybciej, i... Å&fraq14;e juÅ&fraq14;... juÅ&fraq14; oto w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie siÄ on niebawem szklistej toni wód...

Po krótkiej atoli chwilce DzierÅ&fraq14;ymirski otworzyÅ oczy i rozeÅmiaÅ siÄ gÅoÅno.

Nic wokoÅo nie zmieniÅo poprzedniego wyglÄdu. Wolno i ostroÅ&fraq14;nie staczaÅa siÄ kolejka dalej, jezioro byÅe juÅ&fraq14; tylko znacznie bliÅ&fraq14;ej, u brzegu jego mrugaÅa, iskrzÄca siÄ dziesiÄtkami ÅwiateÅek, Lucerna; wagony, brzÄczÄc, spuszczaÅy siÄ ciÄgle, zawieszone nad miastem.

Roman wzruszyÅ ramionami.

  • Co mi dziÅ jest! sarn nie wiem! - mruknÄÅ.

W istocie byÅ nie swój od samego rana. W silnej mierze niewÄtpliwie przyczyniÅo siÄ do tego postÄpowanie Å&fraq14;ony.

Zapoznawszy siÄ sama z kilkoma osobami, o natrÄtnej manji zaznajamiania siÄ, zanudzaÅa go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecnoÅciÄ bezustannÄ, bawiÄc siÄ wszakÅ&fraq14;e sama znakomicie. I to wÅaÅnie ostatnie najbardziej irytowaÅo Romana. Tak unikaÅ dotÄd ludzi, tak uciekaÅ od nich, by byÄ samym tylko z OlÄ, by bez zamÄcenia niczem piÄ szczÄÅcie chwili i tÄ miÅoÅciÄ w sobie wszystko zagÅuszyÄ!..

OminÄÅ wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, gdzie pochowanÄ byÅa na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza tem posiadaÅ jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu unikniÄcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...

A tu tymczasem ona sama wyszukiwaÅa sobie jakieÅ zakazane figury!..

Roman przy tej ostatniej myÅli, wyrzuciwszy z ust dogasajÄcego papierosa, Å&fraq14;achnÄÅ siÄ niecierpliwie.

Bo na przykÅad ten Francuz, czyÅ&fraq14; nie wzbudzaÅ w nim sÅusznego gniewu? MÅodzik nieznoÅny, z bezmyÅlnym, banalnym wiecznie na ustach uÅmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze siÄ ÅmiaÅa...

  • Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówiÅ sobie dalej Roman, - w Wenecyi przecieÅ&fraq14; byÅo daleko gorÄcej, nie ubieraÅa ona jednak gorsu swego tak przejrzyÅcie, a tu chÅód w porównaniu...
  • Dla tego osÅa z ParyÅ&fraq14;a niewÄtpliwie, by mógÅ cynicznie i lubieÅ&fraq14;nie napawaÄ siÄ ksztaÅtem i ciaÅem jej kibici! - póÅgÅosem dopowiedziaÅ podraÅ&fraq14;niony DzierÅ&fraq14;ymirski.
  • Å»e teÅ&fraq14; te kobiety bez wabienia mÄÅ&fraq14;czyzny po prostu Å&fraq14;yÄ nie mogÄ!.. - wyrwaÅo mu, siÄ jeszcze.

SpostrzeÅ&fraq14;enie powyÅ&fraq14;sze, a tyczÄce siÄ w danym wypadku wÅasnej Å&fraq14;ony, gniewaÅo go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwujÄc OlÄ, dostrzegÅ cechÄ w charakterze jej, nieznanÄ mu dotÄd: chÄÄ zalotnÄ przypodobania siÄ innemu mÄÅ&fraq14;czyźnie - nie jemu... JÄtrzyÅo go to bardzo, choÄ pragnÄÅ pozornie traktowaÄ fakt ów lekko.

Wagoniki stanÄÅy wÅaÅnie. Roman wyskoczyÅ szybko i skierowaÅ siÄ ku gmachowi poczty, poÅoÅ&fraq14;onemu koÅo gÅównego mostu, tuÅ&fraq14; przy dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysÅaÅ list do kraju, do jednego ze swych dobrych znajomych. PowiadamiaÅ go o swoim Ålubie i zarazem prosiÅ usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieÅcie mówiÄ o jego maÅÅ&fraq14;eÅstwie i co porabia January Gowartowski.

DzierÅ&fraq14;ymirski najbardziej byÅ ciekawym tej ostatniej wiadomoÅci, ze wzglÄdu na OlÄ i smutek, od niedawna, stopniowo Å&fraq14;ÅobiÄcy, coraz czÄÅciej jej twarzyczkÄ.

PodaÅ adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazÅ siÄ juÅ&fraq14; przy wÅaÅciwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. Åpiesznie powiedziaÅ urzÄdnikowi swe imiÄ i nazwisko.

Grymas pocieszny wykrzywiÅ twarz tego ostatniego, i wykrztusiÅ z trudnoÅciÄ:

  • Dziez-Dzier... Cornment? Ãcrivez, monsieur, sil vous plait! - podaÅ kartkÄ DzierÅ&fraq14;ymirskiemu.

Roman posÅusznie napisaÅ swe nazwisko.

UrzÄdnik wziÄÅ papier do rÄki, skrzywiÅ siÄ raz jeszcze, poczem wzruszyÅ wymownie ramionami, a po chwili dopiero podaÅ cudzoziemcowi list.

Roman chwyciÅ go Åpiesznie i wybiegÅ na ulicÄ.

Przy Åwietle latarni rozerwaÅ kopertÄ i czytaÄ poczÄÅ zapeÅnionÄ bitem pismem ÄwiartkÄ. Twarz jego wyraÅ&fraq14;aÅa niepokój i zaciekawienie widoczne, które po chwili dopiero ustÄpiÅy wraÅ&fraq14;eniom, otrzymanym bezpoÅrednio z lektury pisma.

List ten, donoszÄcy o towarzyskiem Å&fraq14;yciu w rodzinnem mieÅcie, o ostatniem przyjÄciu u marszaÅkowej, i pogÅoskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie zatrwaÅ&fraq14;ajÄcego nie miaÅ.

"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeÅli chcesz koniecznie mieÄ dokÅadne wiadomoÅci o wszystkiem, tyczÄcem siÄ Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosÄ ci szczegóÅowo.." opiewaÅ koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...

Uspokojony, DzierÅ&fraq14;ymirski zÅoÅ&fraq14;yÅ list i schowaÅ go do kieszeni; pod wpÅywem jednak ostatnich sÅów pisma, zawróciÅ, przestÄpiÅ raz jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkÄ z widokiem, napisaÅ szybko, odrÄcznie, przyjacielowi swemu kilka sÅów szczerego podziÄkowania, z proÅbÄ o dalsze wiadomoÅci, podawszy adres "Vevey", dokÄd zamierzaÅ z OlÄ udaÄ siÄ nazajutrz. Poczem wyszedÅ Åpiesznie i wrzuciwszy kartÄ, skierowaÅ siÄ przez szeroki most ku nadbrzeÅ&fraq14;nej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, peÅnemu w obecnej chwili publicznoÅci, rozbrzmiewajÄcemu muzykÄ, wesoÅoÅciÄ i gwarem.

MinÄwszy most, Roman wkrótce znalazÅ siÄ w cieniu drzew i uszedÅszy parÄset kroków, siadÅ na samotnej Åaweczce, kapelusz zdjÄÅ i poÅoÅ&fraq14;yÅ obok siebie.

WpóÅobróciwszy siÄ jednoczeÅnie, ujrzaÅ stragan z owocami. PoczuÅ nagle pragnienie, i skinÄÅ, kazawszy sobie przynieÅÄ parÄ gruszek i brzoskwiÅ.

Gdy usÅuÅ&fraq14;ny szwajcar podawaÅ mu je, z ugrzecznieniem, DzierÅ&fraq14;ymirski siÄgnÄÅ do kieszeni, a wyjÄta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzyÅa siÄ, i zawartoÅÄ jej caÅa wysypaÅa siÄ szeroko i z brzÄkiem na ziemiÄ.

Roman, widzÄc to, machinalnie schylaÅ siÄ juÅ&fraq14;, by zebraÄ leÅ&fraq14;Äce na Å&fraq14;wirze alei kilkaset moÅ&fraq14;e franków, w zÅocie i srebrze, gdy oto jakaÅ refleksja nagÅa powstrzymaÅa go w póŠruchu. WyprostowaÅ siÄ.

Rzuciwszy zaÅ oczekujÄcemu na zapÅatÄ przekupniowi po francusku, niedbale: "Ramassez Ãa.! - odwróciÅ siÄ obojÄtnie na pozór w drugÄ stronÄ, i utkwiÅ wzrok w jezioro.

Po chwili, w póÅobrocie gÅowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na zoranÄ bruzdami, opalonÄ twarz szwajcara, zbierajÄcego juÅ&fraq14; rozsypany pieniÄdz - zamyÅliÅ siÄ...

O, jakÅ&fraq14;e on pragnÄÅ w tej chwili, by z garÅci tych oto pieniÄdzy, które mu wrÄczonemi bÄdÄ za parÄ minut , zabrakÅo piÄciofrankówki choÄ jednej!...

PodarowaÅby on jÄ ÅmiaÅkowi temu, a biedakowi zapewne, z pewnoÅciÄ!... Bo czyÅ&fraq14;?... CzyÅ&fraq14; godziÅoby siÄ "jemu" rzucaÄ na niego kamieniem?...

Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorÄczkowo, niecierpliwie oczekiwaÅ rezultatu swej próby.

  • Weźmie, z pewnoÅciÄ weźmie! - mówiÅ sobie równoczeÅnie w duszy i gÅos jakiÅ cyniczny, drwiÄ co woÅaÅ w nim szyderski.
  • "UczciwoÅÄ ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana, wzorzysta zewnÄtrznie kraszanka, wewnÄtrz zaÅ skrycie cuchnÄca!..."

Przed DzierÅ&fraq14;ymirskim roztaczaÅ siÄ tymczasem krajobraz wdziÄczny nad wyraz. W drÅ&fraq14;Äcych wiÄc oto gÅÄbiach jeziora, na prawo, przeglÄdaÅo siÄ tysiÄcem ÅwiateÅek miasto... pÅynÄce wody, o kilka kroków od alei, skrÄcaÅy w bok, toczÄc swe ciemne fale, jak rozpiÄta nad niemi wrzeÅniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po powierzchni jeziora bÅÄkaÅy siÄ Åódki i maÅe stateczki, przy kaÅ&fraq14;dym zaÅ bÅyszczaÅa czerwona, duÅ&fraq14;a, okrÄgÅa latarka, krwawym Åladem, ÅcieÅ&fraq14;ynÄ purpury znaczÄc gÅÄboko swe przejÅcie w przezroczej toni.

I ogniki owe, ÅÄcznie ze swem odbiciem, drÅ&fraq14;aÅy tak bezustannie po jeziorze, sunÄÅy z wolna, zmieniaÅy miejsce - wreszcie malaÅy, utoÅ&fraq14;samiajÄc siÄ jakby w dali latajÄcym gdzieÅ ÅwiÄtojaÅskim robaczkom...

Na lewo zaÅ, tuÅ&fraq14; przy brzegu, u przystani statków parowych, inne znów ognie dotrzymywaÅy tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spacerujÄcych goÅci puszczano tam fajerwerki; krÄciÅy siÄ zatem mÅyÅce, pÄkaÅy rzymskie Åwiece, strzelaÅy wysoko barwne rakiety - spadaÅy snopami iskier, ginÄÅy w ciemnych falach jeziora.

DzierÅ&fraq14;ymirski, wpatrzony poczÄtkowo bezmyÅlnie, poczÄÅ siÄ teraz wÅaÅnie przyglÄdaÄ uwaÅ&fraq14;niej, ujÄty wdziÄkiem widoku, gdy nagle posÅyszaÅ gÅoÅno wyrzeczone koÅo siebie sÅowa:

  • S'il vous plait, monsieur!

Roman odwróciÅ siÄ szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniÄdze, oddawaÅ mu sakiewkÄ.

  • To dobrze, macie za owoce i fatygÄ! - poÅpiesznie odparÅ DzierÅ&fraq14;ymirski i wrÄczyÅ przekupniowi dwa franki, w srebrze.
  • Merci, monsieur! - akcentujÄc przeciÄgle ostatniÄ sylabÄ u wyrazu: pan, odparÅ zadowolony Szwajcar, skÅoniÅ siÄ, bez uniÅ&fraq14;onoÅci jednak, i odszedÅ.

DzierÅ&fraq14;ymirski wstaÅ i skierowaÅ siÄ ku innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej równieÅ&fraq14; Åawce. WychodzÄc z domu, dziwnym trafem okolicznoÅci, przerachowaÅ wÅaÅnie pieniÄdze i wiedziaÅ co do grosza, ile ich znajdowaÅo siÄ w portmonetce. OdtrÄciwszy w myÅli wydanych kilkanaÅcie franków, poczÄÅ gorÄczkowo liczyÄ zÅoto i srebro.

Nie brakowaÅo ani jednego centa.

Widoczne rozczarowanie odbiÅo siÄ na twarzy DzierÅ&fraq14;ymirskiego. PochyliÅ siÄ na siedzeniu, oparÅ Åokcie na kolanach i ukryÅ twarz w dÅonie.

  • WiÄc ludzi uczciwych na Åwiecie nie brak... Uczciwym byÄ potrafi nawet czÅek prosty, wiÄc tylko ty... ty!.. - huczaÅo mu bezlitoÅnie w gÅowie, i rumieniec wstydu paliÅ policzki.

Nie mogÄc usiedzieÄ, Roman zerwaÅ siÄ po chwili z Åawki i skierowaÅ przed siebie nadbrzeÅ&fraq14;nÄ alejÄ.

MinÄÅ niebawem jeden z pierwszorzÄdnych hoteli, przed którym co wieczór stale grywaÅa orkiestra, dotarÅ aÅ&fraq14; do poÅoÅ&fraq14;onego na koÅcu "quai" - kursalu, - zawróciÅ, wciÄÅ&fraq14; opanowany jednÄ i tÄ samÄ myÅlÄ.

W okoÅo niego roiÅo siÄ teraz od eleganckiej, wytwornej publicznoÅci; piÄkne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urzÄdzonym z wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie kóÅka siedziaÅy grupami na bambusowych fotelach - bawiono siÄ wesoÅo; wykwintnych goÅci peÅno byÅo równieÅ&fraq14; i wewnÄtrz hotelu, we wspaniaÅych salach na dole; przez otwarte na ÅcieÅ&fraq14;aj okna dochodziÅy dźwiÄki walca - taÅczono.

Kosmopolityczny próÅ&fraq14;niaczy high-life, zjechawszy siÄ tutaj, uÅ&fraq14;ywaÅ do woli wywczasu i przyjemnoÅci, starajÄc siÄ zarazem opróÅ&fraq14;niÄ kieszenie z niepotrzebnego zÅota, oraz zabiÄ czas miÅo i poÅknÄÄ trawiÄcÄ nudÄ.

  • A moÅ&fraq14;e miÄdzy nimi znajduje siÄ on "wÅaÅciciel", "on", wówczas, przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - draÅ&fraq14;niÄc Romana uporczywie, myÅl dziwaczna mÄczyÄ go nagle poczÄÅa. WstrzÄsnÄÅ siÄ i skrzywiÅ boleÅnie...

W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciaÅ ÅwieÅ&fraq14;y, jÄdrny gÅos kobiecy.

PieÅÅ wÅoska, namiÄtna, jak krew i miÅoÅÄ dzieci poÅudnia, drÅ&fraq14;Äca uczuciem, pomknÄÅa po drÅ&fraq14;Äcej fali jeziora, ponad gÅowy przechadzajÄcych siÄ goÅci, odbiÅa siÄ o echo gór...

KtoÅ z pÅci nadobnej ÅpiewaÅ artystycznie i piÄknie w jednej z sal "National'u"; DzierÅ&fraq14;ymirski podszedÅ bliÅ&fraq14;ej i sÅuchaÄ poczÄÅ, zniewolony piÄknoÅciÄ gÅosu.

I powoli, rozpÄdzona czarem pieÅni, w jego duszy równoczeÅnie uspakajaÅa siÄ burza.

Gdy Åpiew ustaÅ, Roman juÅ&fraq14; myÅlÄ byÅ gdzie indziej; jak wpÅyw zewnÄtrzny Å&fraq14;ycia przed chwilÄ poruszyÅ byÅ dotkliwie struny duszy jego - tak samo, uÅagodziwszy je teraz, przeniósÅ naraz myÅl Romana do chwili obecnej.

DzierÅ&fraq14;ymirski przypomniaÅ sobie Å&fraq14;onÄ, spojrzaÅ na zegarek i skierowaÅ siÄ drogÄ powrotnÄ do mostu; zaniepokojony raptem, Å&fraq14;e dotÄd nie ma jeszcze Oli. IdÄc zaÅ, przesuwaÅ wzrok uwaÅ&fraq14;ny po twarzach przechodniów.

Nagle brwi zmarszczyÅ. Bo oto o kroków kilkanaÅcie przed sobÄ ujrzaÅ OlÄ, ale samÄ i w towarzystwie tylko mÅodego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, snaÄ nie swojej, gdyÅ&fraq14; Å&fraq14;adnej podobnej ze sobÄ nie miaÅa.

Roman uÅmiechnÄÅ siÄ ironicznie:

  • ZmarzÅa, biedaczka! - mruknÄÅ z zadowoleniem. - PrzyÅpieszyÅ kroku, a znalazÅszy siÄ tuÅ&fraq14; przy idÄcej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwaÅ siÄ po francusku:
  • A, powitaÄ !. . CóÅ&fraq14; to, Ola w poÅ&fraq14;yczanych szatach?...

Urwawszy w póŠzdania rozmowÄ, idÄcy podnieÅli jednoczeÅnie gÅowy, Ola zaÅ zarumieniÅa siÄ nieco i odparÅa:

  • A tak. PoÅ&fraq14;yczyÅam okrycia u panny K... po zachodzie sÅoÅca tak chÅodno...
  • MoÅ&fraq14;na siÄ byÅo z góry tego spodziewaÄ; bardzoŠźle zrobiÅa, wyletniajÄc siÄ, a z odsyÅaniem znów owych zarzutek kÅopot tylko bÄdzie! - rzuciÅ Roman opryskliwie.
  • Wiesz przecie, Å&fraq14;e jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzieÅ&fraq14;?...

Dwa ostatnie zdania wymówiÅ DzierÅ&fraq14;ymirski po polsku tym samym, niezadowolonym wciÄÅ&fraq14; gÅosem.

  • WstÄpiÅy po drodze do znajomych - odparÅa Ola, onieÅmielona nieco tonem mÄÅ&fraq14;a.
  • A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydowaÅ DzierÅ&fraq14;ymirski w tymÅ&fraq14;e, co poprzednio jÄzyku, i odwróciÅ siÄ szybko, pragnÄc w duszy co prÄdzej pozbyÄ siÄ towarzysza Å&fraq14;ony.
  • PrzecieÅ&fraq14; juÅ&fraq14; Ola nigdy tego cymbaÅa nie ujrzy! - dodaÅ w myÅli zarazem.
  • PaÅstwo jadÄ jutro? O której? - pytaÅ tymczasem wÅaÅnie mÅodzieniec.

WidzÄc, iÅ&fraq14; Ola pragnie poinformowaÄ Francuza, Roman rzekÅ Åpiesznie.

  • O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciÄgnÄÅ rÄkÄ...
  • Ach, wiÄc juÅ&fraq14; moÅ&fraq14;e nie bÄdÄ miaÅ szczÄÅcia oglÄdaÄ paÅstwa? Doprawdy, jakÅ&fraq14;e mi przykro! - rzekÅ mÅody Francuzik, ÅciskajÄc podanÄ dÅoÅ; nie odchodzÄc jednak, wciÄÅ&fraq14; szedÅ obok Oli.
  • PaÅstwo w którÄ stronÄ? - zagadnÄÅ uprzejmie. - Tak maÅo miaÅem sposobnoÅci rozmawiaÄ dziÅ z panem... - sÅodziutko ciÄgnÄÅ dalej, zwracajÄc siÄ do DzierÅ&fraq14;ymirskiego - umknÄÅ nam pan tak prÄdko...

Bawidamek z nad Sekwany umilkÅ nagle pod drwiÄcem spojrzeniem Romana.

  • PaÅstwo... w roku przyszÅym zapewne przyjadÄ tu równieÅ&fraq14;? - jÄknÄÅ jeszcze, podtrzymujÄc rozmowÄ.
  • A pan ?.... - sÅodko i uprzejmie zapytaÅ DzierÅ&fraq14;ymirski.
  • O, naturalnie, iÅ&fraq14; bÄdÄ! - poÅpieszyÅ z odpowiedziÄ mÅodzieniec.
  • No, to my - nie! - odparÅ z przyciskiem, caÅkiem seryo Roman, lodowatym gÅosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinÄÅ na tramwaj elektryczny, by stanÄÅ.
  • Wsiadamy! - rzuciÅ krótko Å&fraq14;onie.
  • PrzecieÅ&fraq14; ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwnÄ stronÄ?! - zauwaÅ&fraq14;yÅa zdziwiona Ola.
  • Nic nie szkodzi. PozbÄdziemy siÄ tego kulfona!- odrzekÅ po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzuciÅ gniewnie do ociÄgajÄcej siÄ Å&fraq14;ony, i pchnÄÅ jÄ z lekka do czekajÄcego na nich tramwaju.

W sekundÄ później DzierÅ&fraq14;ymirscy ruszyli; wehikuÅ elektryczny pomknÄÅ i znikÅ, odprowadzony osÅupiaÅym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku chwilÄ, caÅy, jak burak, czerwony, ruszyÅ w drogÄ, i zginÄÅ niebawem w róÅ&fraq14;nobarwnym tÅumie.

Gdy w Lucernie odbywaÅ siÄ ten drobny epizod, jednoczeÅnie prawie, szerokim ukraiÅskim traktem, w bezgwiezdnÄ i ciemnÄ noc wrzeÅniowÄ, pÄdziÅ konno na oklep wyrostek, w burej Åwitce, trzymajÄc w rÄku smolne Åuczywo, tak zwany kaganiec.

Krwawy blask jego rozÅwietlaÅ panujÄce wokoÅo nieprzejrzane ciemnoÅci, torujÄc w ten sposób w Ålad za jeźdźcem drogÄ maÅemu koczykowi, zaprzÄÅ&fraq14;onemu w cztery buÅane Å&fraq14;wawe koniki. W powoziku siedziaÅ BolesÅaw Krasnostawski, otulony burkÄ i obÅoÅ&fraq14;ony pakunkami. JechaÅ wÅaÅnie od kolei, a powracaÅ z podróÅ&fraq14;y swej do miasta.

Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesiÄÄ, dziÅ dopiero poÅpieszaÅ do swoich obowiÄzków, przez caÅÄ drogÄ ÅamiÄc sobie wÅaÅnie gÅowÄ, jak upozorowaÄ przed starym Gowartowskim swÄ przydÅuÅ&fraq14;onÄ trochÄ nieobecnoÅÄ.

Bo zgoÅa nie interesy sÅuÅ&fraq14;by przytrzymaÅy pana BolesÅawa w wielkim mieÅcie; o, bynajmniej! MÅody pan plenipotent wracaÅ goÅy, jak ÅwiÄty turecki. CaÅkowitÄ, naturalnie Å&fraq14;e tylko wÅasnÄ, zarobionÄ gotowiznÄ przehulaÅ bowiem tam doszczÄtnie.

A teraz na ostatek, jadÄc w swoim koczyku, rozpamiÄtywaÅ on jeszcze miÅo, na odlegÅoÅÄ nawet nÄcÄce chwile, w wesoÅym grodzie spÄdzone... MyÅlÄc zaÅ jednoczeÅnie o swym chlebodawcy, jedna szczególniej rzecz dziwiÅa go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzymaÅ on dotÄd wcale Å&fraq14;adnej, naglÄcej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej choÄby jakiego listu ?... Bo Å&fraq14;e on nie dawaÅ znaku Å&fraq14;ycia - nie byÅo w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, byÅo caÅkiem niezrozumiaÅem...

I analizujÄc fakt ten, po raz nie wiadomo juÅ&fraq14; który, Krasnostawski ziewnÄÅ przeciÄgle i roztworzyÅ oczy, przymkniÄte dotÄd, usiÅowaÅ bowiem zdrzemnÄÄ siÄ w powozie.

PatrzaÅ teraz wokoÅo nieco bezmyÅlnie, doÅÄ szybko wzglÄdnie wÅród ciemnoÅci jadÄc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kagaÅca ÅlizgaÅ siÄ szerokiem koÅem po obu stronach drogi i zapalaÅ siÄ kolejno na zÅ&fraq14;Ätych rÅ&fraq14;yskach, zaoranych polach, lub majaczyÅ po grzÄdach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzaÅ do rowu, musnÄÅ kurhan, z pochylonym krzyÅ&fraq14;em, oÅwietliÅ przydroÅ&fraq14;ne samotne drzewo...

  • Å»eby siÄ tylko stary na mnie nie zaciÄÅ i za nieposÅuszeÅstwo nie wymówiÅ miejsca, hm... hm!.. - chrzÄkajÄc niespokojnie, wymówiÅ do siebie pan plenipotent, póÅgÅosem. - E, chyba Å&fraq14;e nie... zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludowaÅ gÅoÅno.

Nagle wytÄÅ&fraq14;yÅ wzrok, bo oto zdaÅo mu siÄ, Å&fraq14;e w ciemnoÅciach, w oddali, na prawo, rysujÄ siÄ jakieÅ cienie, a tuÅ&fraq14;, niedaleko, Årodkiem pola, jak gdyby drogÄ, posuwajÄ siÄ z wolna, zbliÅ&fraq14;ajÄ, dwa inne migocÄce maÅe ÅwiateÅka, eskortowane z przodu krÄgiem, czerwonÄ plamÄ ÅwiatÅa.

  • Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknÄÅ na furmana. [*) SÅyszysz.]

CzÅowiek, siedzÄcy na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwróciÅ siÄ leniwie. Krasnostawski wskazaÅ rÄkÄ na prawo.

  • Co to takiego? - zapytaÅ.
  • KtoÅ z kahaÅcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokowaÅ stanowczo woźnica. [**)KtoÅ z kagaÅcem jedzie od Gowartowa - i juÅ&fraq14;.]
  • To juÅ&fraq14; Gowartów? - zdziwiÅ siÄ Krasnostawski.

JadÄc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, przejeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÅo siÄ pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o póŠwiorsty.

Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzÄsiony, klekotaÅ po drodze, konie szÅy raźno, wyciÄgniÄtym kÅusem, czujÄc snaÄ w pobliÅ&fraq14;u juÅ&fraq14; domowÄ stajniÄ. Krasnostawski zapaliÅ zapaÅkÄ i spojrzaÅ na zegarek: dochodziÅa druga po póÅnocy.

  • Hm... hm!.. Stary znów nie Åpi, bo widocznie to we dworze siÄ pali
  • ponownie mruknÄÅ, wpatrzony w gorejÄce w oddali podÅuÅ&fraq14;ne wstÄgi ÅwiateÅ.
  • KoÅo hresta - stanesz! - rozkazaÅ, zwracajÄc siÄ do furmana, zaciekawiony naraz, kto moÅ&fraq14;e jechaÄ z Gowartowa o tak późnej porze?

Furman hukniÄciem donoÅnem zakomunikowaÅ rozkaz wyrostkowi z kagaÅcem.

Na rozdroÅ&fraq14;u stanÄli. Ramiona stojÄcego tu, omszaÅego starego krzyÅ&fraq14;a, zabarwiÅy siÄ od Åuczywa purpurÄ. Czekali.

W nocnej ciszy dochodziÅ juÅ&fraq14; turkot powozu, tÄtent koni i dźwiÄk jazd zbliÅ&fraq14;aÅ siÄ szybko.

  • Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy siÄ ku Krasnostawskiemu z kozÅa, furman pospieszyÅ z informacyÄ.

Pierwszy pod krzyÅ&fraq14;em zjawiÅ siÄ na rosÅym stajennym kasztanie parobek, z kagaÅcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchyliÅ pokornie czapki.

  • Kto to jide? - rzuciÅ pytanie Krasnostawski.
  • Pan dochtór! - brzmiaÅa odpowiedź.

Pod krzyÅ&fraq14; nadjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÅa zaprzÄÅ&fraq14;ona w parÄ rasowych gniadoszów nejtyczanka, powoÅ&fraq14;ona przez wÄsatego i porzÄdnie ubranego stangreta.

Krasnostawski wychyliÅ siÄ ze swego kocza, poczÄÅ machaÄ kapeluszem i krzyknÄÅ donoÅnie:

  • A!... pan konsyliarz kochany!... PowitaÄ, witaÄ! Stój, Semenie!...

Nejtyczanka zatrzymaÅa siÄ posÅusznie i w podwójnem migocÄcem Åwietle kagaÅców u rozstajnego drzemiÄcego krzyÅ&fraq14;a, zeszÅo siÄ dwóch mÄÅ&fraq14;czyzn.

  • To pan? - Nie poznaÅem... - odezwaÅ siÄ nazwany przez Krasnostawskiego konsyliarzem.
  • Dobry wieczór, a raczej dzieÅ dobry! - pozdrowiÅ mÅody czÅowiek przybyÅego - bo to juÅ&fraq14; dobrze po póÅnocy - dorzuciÅ. - Czy szanowny pan z Gowartowa? CóÅ&fraq14; to tak późno, ktoÅ chory, broÅ BoÅ&fraq14;e, a moÅ&fraq14;e tylko z wincika?....

Z pod czapki spojrzaÅa uwaÅ&fraq14;nie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz doktora, okolona dÅugÄ brodÄ.

  • Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytaÅ.
  • Wracam z podróÅ&fraq14;y... - objaÅniÅ Krasnostawski.
  • Aaa! nic nie wiedziaÅem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinÄÅ siÄ tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztÄ juÅ&fraq14; lepiej... moÅ&fraq14;e Bóg da... doktór zatrzymaÅ siÄ.
  • Ale, nie mówiÄ panu, od czego siÄ to wszystko zaczÄÅo - dorzuciÅ informujÄco.- JuÅ&fraq14; byÅ pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadÅ, polujÄc na moczarach, w wodÄ po szyjÄ i zaziÄbiÅ siÄ...
  • Nikt mi znaÄ nie daÅ, mój BoÅ&fraq14;e! - szczerze zasmuciÅ siÄ Krasnostawski. - WiÄc pan mówisz, Å&fraq14;e dziÅ lepiej?...
  • O tyle, o ile!.. teraz Åpi po lekarstwie, gorÄczka spadÅa nieco, lecz wczoraj byÅo źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w caÅym domu nikogo nie ma przy sobie...
  • MoÅ&fraq14;ebym ja pojechaÅ tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzekÅ Krasnostawski, na dobre zmartwiony.

Doktór przyjaźnie spojrzaÅ na mÅodzieÅca, uÅmiechnÄÅ siÄ z dobrociÄ i rzekÅ:

  • No, zmÄczony jesteÅ, kochany panie, podróÅ&fraq14;, moÅci dobrodzieju, wspomnienia po niej miÅe zapewne, panie tego - tu poklepaÅ Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciÄgnÄÅ dalej seryo - wyÅpij siÄ pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztÄ, mówiÄc miÄdzy nami, przeszkadzaÄ tam tylko bÄdziesz... Niech Åpi sobie, nieborak, klucznica i sÅuÅ&fraq14;ba przypilnujÄ go. Ba ! Å&fraq14;eby to tylko zawsze tak byÅo, jak dziÅ....
  • Jak to? wiÄc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów gÅosem zapytaÅ Krasnostawski.
  • Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźniÅ szorstko doktór i widocznie nadrabiajÄc minÄ, dorzuciÅ. - Wam wszystkim siÄ zdaje, Å&fraq14;e doktór to prorok!... Naturalnie, Å&fraq14;e jest!... Czy ja wiem zresztÄ - wszystko w rÄku NajwyÅ&fraq14;szego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyciÄgnÄÅ rÄkÄ na poÅ&fraq14;egnanie.

Krasnostawskiemu twarz spochmurniaÅa, i niepokój wyraźny odbiÅ siÄ na niej; odczuÅ nerwami, czego nie byÅo w sÅowach doktora i co on usiÅowaÅ widocznie pokryÄ przed nim na razie, i posmutniaÅ jeszcze bardziej.

JednoczeÅnie jakiÅ jakby wyrzut sumienia wezbraÅ mimo woli w jego duszy, iÅ&fraq14; on tak dÅugo pozostawiÅ starca w samotnoÅci, bez opieki, sam bawiÄc siÄ wesoÅo. PoÅ&fraq14;egnawszy lekarza, pomógÅ mu wsiÄÅÄ do bryczki.

  • JakÅ&fraq14;e tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, Å&fraq14;ony, dzieci?...
  • bÄknÄÅ, aby coÅ powiedzieÄ.
  • Dobrze, dobrze, serdecznie, dziÄkujÄ, dobranoc!
  • Dobranoc! - powtórzyÅ, jak echo, Krasnostawski, i ruszyÅ do swego pojazdu.
  • CzohoÅ meni ne skazaÅ, szczo pan sÅabujut - rzuciÅ wymówkÄ furmanowi.

TenÅ&fraq14;e odparÅ lakonicznie:

  • ZabuÅ, pane!
  • Do Tomaszówki! - rozkazaÅ Krasnostawski.

Powozik ruszyÅ w dalszÄ drogÄ. Turkot jego w milczeniu nocy poÅÄczyÅ siÄ z cichnÄcym coraz bardziej odgÅosem kóŠi dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kagaÅce, w dwie przeciwne strony, rzuciÅy znowu ruchome swe krÄgi krwawe w pasmo uÅpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. OddalajÄc siÄ od siebie, dÅugo tak na horyzoncie, malejÄc coraz bardziej, ÅwieciÅy ich Åuczywa, aÅ&fraq14; wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiÅ purpurowymi punkcikami na niezmierzonych pÅaszczyznach - speÅzÅy caÅkiem na widnokrÄgu, znikÅszy, zlawszy siÄ z ciemnoÅciÄ, która wchÅonÄÅa je w siebie.

Turkot na trakcie ucichÅ. Szeroka taÅma ukraiÅskiego szlaku, rozjaÅniona na chwilÄ, znikÅa i czarnoÅÄ jeszcze wiÄksza zawisÅa nad polami, stepami i krzyÅ&fraq14;ami kurhanów.

W milczeniu nocy, peÅnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko dokoÅa zapadÅo w sen twardy i cichy.


  • Bo ty nie wiesz, nie czujesz moÅ&fraq14;e i nie przypuszczasz nawet, jak ja ciÄ kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroÅ&fraq14;szy, ty moje Å&fraq14;ycie, me wszystko!... - szeptaÅ gorÄco DzierÅ&fraq14;ymirski, nachyliwszy siÄ ku Oli i tulÄc jÄ do siebie.
  • Ty zdaÄ sobie sprawy nie potrafisz - ciÄgnÄÅ dalej, zapalajÄc siÄ coraz bardziej do sÅów wÅasnych - ile ja gotów jestem rzeczy najdroÅ&fraq14;szych nawet - poÅwiÄciÄ dla ciebie, co dla ciÄ zdolnym stÅumiÄ, przecierpieÄ!... Ja gdybym byÅ ciÄ nie posiadÅ - podeptaÅbym bez namysÅu wszelkie prawa ludzkie, jeÅliby one stanÄÄ mi ÅmiaÅy wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...

Roman, pobladÅszy, umilkÅ. Chmura osiadÅa mu na czole, skrzywienie bolesne zadrgaÅo w ust kÄcikach. PochyliÅ na moment gÅowÄ.

Och, czemuÅ&fraq14; nie mógÅ, czemuÅ&fraq14;, powiedzieÄ jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu drÅ&fraq14;aÅo, przemocÄ prawie wyrywaÅo siÄ z nich wyznanie przeszÅoÅci, zdusiÅ je jednak, wtÅumiÅ w siebie, z obawy, by te piÄkne lica ukochane nie odwróciÅy siÄ odeÅ z pogardÄ. Po chwili znów mówiÅ:

  • Tak, ty obszaru, ty gÅÄbi uczucia, które wre we mnie, które dla ciebie niejednÄ juÅ&fraq14; tamÄ zerwaÅo, nie oceniasz, nie rozumiesz...

DzierÅ&fraq14;ymirski silniej przycisnÄÅ do siebie kibiÄ Å&fraq14;ony, a pochwyciwszy jej rÄce, przywarÅ do nich ustami, i pocaÅunkami okrywaÄ je poczÄÅ.

  • Ty... moja... moja! - szeptaÅ w kóÅko namiÄtnie, coraz czulej... ciszej...
  • Ty moja!... Ja za nic w Åwiecie nikomu ciÄ nie oddam, wydrzeÄ sobie nie pozwolÄ!...

A uspokoiwszy siÄ stopniowo, ciÄgnÄÅ:

  • I czyÅ&fraq14; wobec tego zatem dziwiÄ siÄ nawet moÅ&fraq14;esz zÅemu humorowi memu, owego wieczora, pamiÄtasz, w Lucernie!... To nie byÅ gniew, opryskliwoÅÄ, jak to nazwaÅaÅ, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To byÅa, wywoÅana cierpieniem tylko - zazdroÅÄ i Å&fraq14;al duszy, Å&fraq14;e komu innemu pozwalasz choÄ czÄÅciÄ wdziÄków twych siÄ napawaÄ, Å&fraq14;e na nie patrzy, roÅciÄ sobie moÅ&fraq14;e jakieÅ urojone, choÄby imaginacyjne do nich prawa - mÄÅ&fraq14;czyzna inny - niźli... ja...

Roman mówiÄ przestaÅ wzburzony i wzruszony.

  • Rozumiesz wiÄc teraz, kochanie ty moje? rzekÅ znowu po chwili miÄkko, Åagodnie, i spojrzawszy proszÄco w oczy sÅuchajÄcej go w milczeniu Oli, rzuciÅ pytajÄco: -Przebaczasz?..
  • AleÅ&fraq14; przebaczam... przebaczam!... - rzekÅa, uÅmiechem, pieszczotliwie Ola, a Å&fraq14;e nikogo podówczas wÅaÅnie w pobliÅ&fraq14;u nie byÅo - siedzieli w cieniu alei nadbrzeÅ&fraq14;nej nad Lemanem - zarzuciÅa na szyjÄ Romana swe dÅugie biaÅe rÄce, i przytuliwszy siÄ doÅ, poczÄÅa mu z kolei szeptaÄ:
  • Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzÄ na ciebie i rosnÄ w duszy, takiÅ szlachetny, rozumny, piÄkny... PiÄkny!... - powtórzyÅa z zalotnoÅciÄ, namiÄtnie i przymilajÄco siÄ musnÄÅa wargami ÅniadÄ twarz DzierÅ&fraq14;ymirskiego.
  • Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zÅy, brzydki!...- przekomarzaÅa siÄ z wdziÄkiem - ale taki zakochany... wielki!...

I Ola czulej jeszcze przycisnÄÅa siÄ do Romana, zbliÅ&fraq14;yÅa swe wargi ÅwieÅ&fraq14;e do jego ust zmysÅowych, i mówiÄ poczÄÅa gÅuchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotÄ, peÅnym tÄtniÄcych w nim mÅodych pragnieÅ:

  • Kocham ciÄ!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotÄd... nigdy, nigdy!... - szept przy tem mÅodej kobiety zadrÅ&fraq14;aÅ namiÄtniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak ciÄ kocham, uwielbiam !...
  • Wszak dla ciebie porzuciÅam ojca, Gowartów, rodzinÄ! StÅumiÅam, zgniotÅam uczucia inne!... PoÅpieszyÅam na twe woÅanie, pobiegÅam za tobÄ, w twe objÄcia, podeptaÅam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zarówno wydrzeÄ ciebie nie daÅa - tyÅ takÅ&fraq14;e mój!... mój!...

I szept mÅodej kobiety ÅaszÄcy siÄ, palÄcy, zawrotny - skonaÅ...

ZbliÅ&fraq14;one usta mÅodych silnie zwarÅy siÄ w pocaÅunku. Na chwilÄ, minut parÄ, znikÅo im z oczu wszystko, przesÅoniÄte mgÅÄ jakby, z której jedna jedyna wyÅoniÅa siÄ tylko - miÅoÅÄ.

WokoÅo zaÅ wciÄÅ&fraq14; nie byÅo nikogo. W cieniu drzew tonÄÅ w mroku tajemniczym, cisz zadumanych peÅnym "quai Perdonnet," nadbrzeÅ&fraq14;na aleja w Vevey, wijÄc siÄ brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze szwajcarskiego miasta.

Nad "Lac Leman" drÅ&fraq14;aÅ ksiÄÅ&fraq14;yc w peÅni; przeglÄdaÅ siÄ w gÅÄbokich jego toniach, z pieszczotÄ ÅlizgaÅ swe promienie po ciemno-modrych falach...

I w blasku miesiÄcznego ÅwiatÅa tchnÄÅ krajobraz caÅy jakimÅ czarem dziwnym...

A wiÄc, poza jeziorem, hen, gdzieÅ, w perspektywie, niewyraźnie srebrzyÅ siÄ mglisto Alpejski szczyt wyniosÅy - w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbijaÅy siÄ gwiazdy, topiÅ w nich swe wierzchoÅki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadÅubów miejscami zaciemniaÅy jezioro, a w ciemniach tych, odbijajÄcych raÅ&fraq14;Äco na obszarach wód od fali, tych oÅwietlonych taÅm jasnych, bÅÄkaÅy - siÄ jakieÅ mary i cienie, ze ÅnieÅ&fraq14;nym Å&fraq14;aglem sunÄÅa cicho zgrabna, wysmukÅa barka...

KsiÄÅ&fraq14;yc tymczasem wzbijaÅ siÄ coraz bardziej i wyÅ&fraq14;ej, malaÅ, stawaÅ siÄ jaÅniejszym, przezroczym - milczenie wzrastaÅo... Fala u stóp DzierÅ&fraq14;ymirskich szemraÅa teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór podnóÅ&fraq14;a, na przestrzenie wód Lemanu, skrzÄce siÄ pyÅem srebrzystych promieni, marzÄco, niepokalana, biaÅa, spokojnie wypÅywaÅa z wolna ta sama Åódź Å&fraq14;aglista...

Oderwawszy usta od gorÄcych pocaÅunków, Roman i Ola patrzyli w zachwycie.

Do dusz ich, na piÄkno czuÅych, wÅlizgiwaÅ siÄ czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy, studziÅ krew rozigranÄ swym bezmiernym, majestatycznym spokojem, poniÅ&fraq14;aÅ, równaÅ z zerem ich troski ziemskie ogromem i potÄgÄ przyrody - podnosiÅ, wzmacniaÅ ducha, dodawaÅ mu skrzydeÅ, lecÄcych w zaÅwiaty...

Pierwszy z nastroju tego ocknÄÅ siÄ DzierÅ&fraq14;ymirski i spojrzaÅ na zegarek. - O, juÅ&fraq14; mija dwunasta! Chodźmy, moje Å&fraq14;ycie! - odezwaÅ siÄ do Oli.

Powstali.

  • Ach, jakÅ&fraq14;e noc dzisiejsza jest piÄknÄ - jak piÄknÄ!.. - z zachwytem szepnÄÅa Ola - nie zapomnÄ jej chyba nigdy.
  • Ani ja równieÅ&fraq14;! - potwierdziÅ Roman w zadumie.

WziÄÅ pod ramiÄ Å&fraq14;onÄ i ruszyli z miejsca, kierujÄc siÄ pod górÄ, ku rozsianym willom miasta.

Milczeli. W gÅowie Romana huczaÅ chaos róÅ&fraq14;norodnych myÅli. Z nich zaÅ jedna, najuporczywsza, wyÅoniÅa siÄ zwyciÄska.

  • MiÅoÅÄ, miÅoÅÄ raz jeszcze, i miÅoÅÄ tylko, jedyna, wielka! - krzyczaÅ w nim gÅos podnieconego mózgu - ocaliÄ ciÄ jest w stanie! W niej tylko znajdziesz zapomnienie, niÄ siÄ upijesz, przy jej pomocy zmatujesz bolesnÄ ranÄ przeszÅoÅci, zdusisz sumienia wyrzuty !..
  • Bo miÅoÅÄ, to haszysz - woÅaÅ ten sam gÅos dalej - bo miÅoÅÄ, to szczÄÅcie na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na Åwiecie, dla której warto moÅ&fraq14;e walczyÄ i trudziÄ siÄ, by jÄ zdobyÄ! - Ona czÄstokroÄ cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileÅ&fraq14; razy bólów Å&fraq14;ycia nagrodÄ - jego zapomnieniem!..

DzierÅ&fraq14;ymirski zdjÄÅ kapelusz z gÅowy, pod wpÅywem zaÅ myÅli ostatnich, opiekuÅczo i czule objÄÅ silnem ramieniem kibiÄ Å&fraq14;ony.

PostÄpowali krokiem raźnym, idÄc pustemi, cichemi uliczkami bezustannie pod górÄ. Roman odezwaÅ siÄ po chwili:

  • Zostaniemy dÅuÅ&fraq14;ej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od ludzi, od Åwiata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóÅ&fraq14; ty na to?
  • pytajÄco nachyliÅ siÄ ku mÅodej kobiecie.
  • AleÅ&fraq14; i owszem, mój ty samotniku - odparÅa z uÅmiechem Ola - a zresztÄ, wszak nie zwiedziliÅmy jeszcze wszystkiego...
  • Ach tak, prawda... moje Å&fraq14;ycie, prawda... Koniecznie zobaczyÄ musimy wszystko! - mówiÅ Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myÅlach.

Od parodniowego pobytu swego w maÅem nadlemaÅskiem miasteczku, DzierÅ&fraq14;ymirscy prowadzili Å&fraq14;ywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziÅ, zwiedzili pobliskie Montreux i sÅawny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnÄtrz dokÅadnie, jego staroÅ&fraq14;ytne , sale i wieÅ&fraq14;yce, miejsca kaźni - ponure wiÄzienia, z zachowanÄ dotÄd tak zwanÄ "oubliette," nad trzystumetrowÄ gÅÄbiÄ Lemanu.

WÅród narodowych Åpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszÄcego im w kolejce, zwiedzili oni równieÅ&fraq14; przed paru godzinami górÄ "Soim-Pèlerin," majÄc ÅwieÅ&fraq14;o jeszcze w pamiÄci cudny z wierzchoÅka jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podnóÅ&fraq14;a gór - zadumane, peÅne melancholyi i cichego smutku...

  • Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwaÅ siÄ nagle do Å&fraq14;ony Roman, gdy, mijajÄc wÅaÅnie wysokie, gotyckie wieÅ&fraq14;yce piÄknego koÅcioÅa katolickiego, zagÅÄbiali siÄ w alejÄ, poprzez drzew liÅcie, rozjaÅnionÄ tajemniczo cieniami ksiÄÅ&fraq14;ycowego ÅwiatÅa...
  • OtóÅ&fraq14; - ciÄgnÄÅ po przelotnej chwilce wahania - Å&fraq14;e napisaÅem do jednego z dawnych znajomych, by donosiÅ mi, co siÄ dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...
  • Ty zrobiÅeÅ to? O, mój drogi, najdroÅ&fraq14;szy, jakiÅ ty dobry, poczciwy, zÅoty! - wykrzyknÄÅa szczerze uradowana Ola i przytuliwszy siÄ do Romana, uÅciskaÅa go serdecznie.
  • A tak, ja, we wÅasnej osobie, tak czÄsto bowiem smutnÄ bywaÅaÅ...
  • potwierdziÅ DzierÅ&fraq14;ymirski, i urwaÅ nagle.

Przyjemnego a jednoczeÅnie i przykrego doznaÅ on wraÅ&fraq14;enia. MiÅÄ byÅa mu myÅl, Å&fraq14;e odgadÅszy utrapienie Å&fraq14;ony, ulÅ&fraq14;yÅ jej. Smutno nieco, widzÄc bowiem na twarzy Å&fraq14;ony tak pogodnÄ radoÅÄ, poczuÅ, iÅ&fraq14; o odebranym juÅ&fraq14; liÅcie wspomnieÄ nie mógÅ. Ten, choÄ nie wesoÅy, nie wiózÅ jednak jeszcze ze sobÄ zÅych wiadomoÅci, gdy natomiast nastÄpne - kto wie?

  • Ha, trudno, - powiedziaÅ sobie w duszy DzierÅ&fraq14;ymirski - niech cieszy siÄ! Nie zatrujÄ ja jej tej chwilki zadowolenia.
  • I dotÄd niema Å&fraq14;adnej odpowiedzi? - skwapliwie pytaÅa tymczasem Ola.
  • Nie, kochanie - skÅamaÅ gÅadko Roman - ale nadejdzie niebawem, podaÅem adres Vevey...
  • PodaÅeÅ? - ucieszyÅa siÄ znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli bijÄ siÄ z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myÅlÄ o mnie, czy potÄpiajÄ bardzo, czy gniewajÄ siÄ, czy smucÄ?..

Ola ucichÅa i cieÅ smutku przemknÄÅ po jej twarzy.

  • No, no, cóÅ&fraq14; to znów za niepokoje? - podchwyciÅ Roman, korzystajÄc zaÅ, iÅ&fraq14; na ulicy nikogo nie byÅo, poÅpieszyÅ z pocieszeniem, pieszczÄc czule mÅodÄ kobietÄ.

I znowu zagraÅa w nim nienasycona miÅoÅÄ namiÄtna, ogarnÄÅa, zdeptaÅa wspomnienia - zakrólowaÅa sama!..

Niebawem DzierÅ&fraq14;ymirscy odszukali swÄ willÄ, juÅ&fraq14; ciemnÄ caÅkiem i uÅpionÄ, a bÅÄdzÄc chwilÄ po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do duÅ&fraq14;ego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piÄtrze.

Kroki zapóźnionych przybyszów zmÄciÅy ciszÄ willi, skrzyp drzwi zgrzytnÄÅ faÅszywym dźwiÄkiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.

W pokoju okna byÅy otwarte, i panowaÅo w nim powietrze rzeźkie, ÅwieÅ&fraq14;e, od gór pÅynÄce. WchÅaniajÄc je z luboÅciÄ, DzierÅ&fraq14;ymirscy poczÄli gospodarzyÄ u siebie. Roman po chwili wziÄÅ siÄ do zamykania okien, Ola zaÅ, zapaliwszy ÅwiatÅo, zdjÄÅa kapelusz i wolno poczÄÅa siÄ rozbieraÄ.

Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupeÅnej bowiem ciszy uÅpionego domu, tuÅ&fraq14; po za ÅcianÄ sÄsiedniego pokoju, rozlegÅy siÄ silne uderzenia. KtoÅ bez ceremonii waliÅ w mur piÄÅciami, chcÄc widocznie zamanifestowaÄ swojÄ tam obecnoÅÄ, a zarówno i fakt Å&fraq14;e, haÅasujÄc, spaÄ mu przeszkadzano.

Wkrótce jednak rozjÄtrzone uderzenia ustaÅy i posypaÅa siÄ garÅÄ nieestetycznych, wyraÅ&fraq14;onych gÅoÅno i ze zÅoÅciÄ epitetów.

Tyle byÅo bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym gÅosie, zaspanym jeszcze, Å&fraq14;e DzierÅ&fraq14;ymirscy rozeÅmieli siÄ wspólnie i szczerze.

  • To ta sÅodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzaÅa, pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koÅo nas - objaÅniÅa póÅgÅosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions," obiadujÄ wszyscy razem).
  • Tak?.. - zdziwiÅ siÄ Roman - nie wiedziaÅem... A to oryginaÅ baba, naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iÅ&fraq14; my tu mieszkamy... ZÅapaÅa siÄ... Jak to jednak i pozory faÅszywej ukÅadnoÅci zdradzajÄ czÄstokroÄ to zwierzÄ, ukryte w czÅowieku - filozoficznie dorzuciÅ.
  • Ale, ale... - ciÄgnÄÅ dalej, z uÅmiechem - wyobraź sobie, Oluniu... ZapomniaÅem ci powiedzieÄ. Tu, na górze nad nami - wskazaÅ sufit palcem i rozeÅmiaÅ siÄ - mieszka drugie dziwadÅo: PamiÄtasz... ta maÅa, nasze vis-a-vis, Å&fraq14;óÅta stara panna... OtóÅ&fraq14; wynajmuje ona aÅ&fraq14; piÄÄ pokoi próÅ&fraq14;nych naokoÅo siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi gÅoÅniej jeszcze parsknÄÅ Åmiechem. - Å»eby jej w nocy nie haÅasowano! MÄdrzejsza od naszej sÄsiadki, co?...

Ola zaÅmiaÅa siÄ z kolei srebrzyÅcie. SÅuchajÄc mÄÅ&fraq14;a, zdjÄÅa wÅaÅnie przed chwilÄ sukniÄ, i siadaÅa obecnie przed lustrem, z obnaÅ&fraq14;onÄ szyjÄ i ramionami. PragnÄc rozczesaÄ wÅosy, przechyliÅa siÄ w tyÅ i poczÄÅa rozwiÄzywaÄ je leniwym ruchem rÄk.

  • Poczekaj - rzuciÅ Å&fraq14;ywo DzierÅ&fraq14;ymirscy - damy tej babie odpowiedź muzykÄ caÅusów!.. Przypomni sobie moÅ&fraq14;e luba rozwódka maÅÅ&fraq14;onka!.. Ha-haha, a to siÄ wÅciekaÄ dopiero bÄdzie!..

I swawolnie, ze Åmiechem, Roman przylgnÄÅ wargami do ramion Oli, i poczÄÅ caÅowaÄ je gÅoÅno, cmokajÄc z luboÅciÄ.

  • Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozlegÅ siÄ po chwili za ÅcianÄ gardÅowy, ÅwiszczÄcy glos, peÅen nienawiÅci i jadu.
  • Buch! buch! buch! - rozlegÅy siÄ znów w pasyi uderzenia o mur wÅciekÅe.

Ola ÅmiaÅa siÄ serdecznie, Roman nie przestawaÅ caÅowaÄ zamaszyÅcie.

  • DosyÄ juÅ&fraq14;, dosyÄ! - szepnÄÅa mÅoda kobieta, z trudnoÅciÄ hamujÄc wesoÅoÅÄ, - proszÄ mi wynosiÄ siÄ teraz - szepnÄÅa w Ålad za tem, z pieszczotÄ w gÅosie. - Idź na balkon! - dodaÅa, i przechyliwszy wysoko giÄtkÄ swÄ szyjÄ na porÄcz krzesÅa, podaÅa Romanowi do pocaÅunku rozchylone swe wargi zalotnie patrzÄc naÅ z pod dÅugich rzÄs...

CudnÄ i wdziÄcznÄ swych linji harmoniÄ, biust kobiecy przemknÄÅ ponÄtnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mÄÅ&fraq14;czyzny.

DotknÄÅ ustami ust i z wezbranÄ miÅoÅciÄ w sercu wyszedÅ na balkon.

Tu zapaliÅ cygaru i znowu wchÅonÄÅ w siebie peÅnym, szerokim oddechem, orzeźwiajÄcÄ atmosferÄ cichej szwajcarskiej nocy. SpojrzaÅ w dóÅ. U stóp jego szkliÅo siÄ w dali tam i ówdzie srebrem rozbÅÄkitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie tuliÅy siÄ jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgieÅki, bÅÄkajÄce siÄ zazwyczaj dzieÅ caÅy, od rana, po Lemanie, i wespóŠz biaÅemi mewami muskajÄce stale grzbiety jego fal.

KsiÄÅ&fraq14;yc juÅ&fraq14; byÅ bardzo wysoko. Snopami ÅwiatÅa dotykaÅ teraz grzbietów gór, mieniÅ siÄ fosforycznie na wierzchoÅkach dalekich ÅnieÅ&fraq14;nych szczytów.

A tam, w dole, zadumane, ciche usypiaÅo miasto... Jedne po drugich, jak iskry dopalajÄcego siÄ pÅomienia, ogniki - gasÅy w domostwach Vevey ÅwiateÅka, kolejno - stopniowo nikÅy...

DzierÅ&fraq14;ymirski, z zadowoleniem, wciÄgaÅ wciÄÅ&fraq14; w piersi zdrowy powiew, pÅynÄcy z dali, wypuszczajÄc zarazem z ust maÅe obÅoczki niebieskawego dymu.

Obecnie - chwilowo, byÅ on zupeÅnie szczÄÅliwym! Tu, w zacisznym gór zakÄtku, czuÅ on podwójnie, jako swojÄ wyÅÄcznÄ wÅasnoÅÄ ubóstwianÄ kobietÄ, kochaÅ jÄ zdwojonym siÅ Å&fraq14;ywotnych zapasem, a czujÄc równoczeÅnie wzajemnoÅÄ jej ku sobie niekÅamanÄ, nurzaÅ siÄ w uczuciu tem, z rozkoszÄ pÅywaka, rzeźko wÅród rozsÅonecznionych wód wesoÅych pÅynÄcego w dal radosnego jutra! Wizye przykre zniknÄÅy zupeÅnie, robak wewnÄtrzny, toczÄcy ducha Romana, przestaÅ go drÄczyÄ na chwilÄ... DawkÄ miÅoÅci ukoÅysane sumienie - spaÅo.

  • Romciu!.. Romeczku!.. - usÅyszaÅ naraz DzierÅ&fraq14;ymirski pieszczot obietnic peÅny, woÅajÄcy go gÅos kobiety.
  • IdÄ... idÄ! - odparÅ poÅpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestÄpiÅ próg balkonu.

ÅwiatÅo w pokoju zgaszonem juÅ&fraq14; byÅo. Tajemnicze natomiast bÅÄkitno-srebrne ksiÄÅ&fraq14;ycowe fale zalewaÅy komnatkÄ, a w póÅÅwietle tem majaczyÅa postaÄ Oli i bielaÅy alabastrowe jej ramiona.

DzierÅ&fraq14;ymirski, wchodzÄc, chciaÅ przymknÄÄ za sobÄ obite szarem suknem balkonowe okiennice.

  • O, nie... nie zamykaj !.. Tak Åadnie ksiÄÅ&fraq14;yc Åwieci, tak Ålicznie!.. - posÅyszaÅ w tejÅ&fraq14;e samej chwili proÅbÄ Oli. Roman usÅuchaÅ, a zamknÄwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierowaÅ siÄ szybko w gÅÄb pokoju.

***

Jeszcze we mgÅach wczesnego poranku drzemaÅy góry, jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju DzierÅ&fraq14;ymirskich zapukaÅ ktoÅ dyskretnie.

Roman, który obserwowaÅ wÅaÅnie przez okna mglisty krajobraz, na ten odgÅos zerwaÅ siÄ poÅpiesznie. Odziawszy siÄ szybko, nie pytajÄc przez drzwi gÅoÅno, kto zacz, by nie zbudziÄ Oli, skierowaÅ siÄ ku wyjÅciu z komnaty... OtworzyÅ drzwi cicho...

  • Bonjour, monsieur! - pozdrowiÅa go, przeciÄgajÄc Åpiewnie, wpóÅubrana, uÅmiechniÄta wstydliwie, mÅoda Szwajcarka, i podaÅa jakiÅ papier.
  • Co to jest? - z cicha pytajÄco rzuciÅ po francusku.
  • Telegram! - brzmiaÅa odpowiedź.
  • A... dziÄkujÄ - odparÅ Roman i zamknÄÅ drzwi. Niepokój wyraźny odbiÅ siÄ na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegÅ na palcach do okna i gorÄczkowo rozwinÄÅ ÄwiartkÄ papieru.

StÅumiony gwaÅtem okrzyk zabrzmiaÅ w pokoju przyciszonem echem, i telegram z rÄki Romana upadÅ mu na posadzkÄ. Poprzez szyby balkonu DzierÅ&fraq14;ymirski spojrzaÅ bÅÄdnym wzrokiem przed siebie.

Tam, gdzieÅ w oddali, poza wierzchoÅkami gór, zaróÅ&fraq14;owiaÅo siÄ coÅ niewyraźnie, pÅoniÅo... W mgÅach tajemniczych zniknÄÅ caÅy wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzieÅ, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodziÅa snaÄ jutrzenka...

Roman, blady jak pÅótno, przeniósÅ wzrok swój w przeciwnÄ stronÄ komnaty. UÅmiechniÄta, cicha spaÅa tam Ola... Z pod lekkiej koÅdry wysunÄÅa siÄ jej gÅówka urocza, rzÄsy dÅugie kÅadÅy swe cienie na rumianÄ twarzyczkÄ, usteczka ponÄtne z koralu marzÄcym, od rzeczywistoÅci dalekim, rozchylaÅy siÄ uÅmiechem...

DzierÅ&fraq14;ymirski patrzyÅ wciÄÅ&fraq14; na niÄ, z czuÅoÅciÄ wspóÅczuciem, bólem...

  • Biedna!.. biedna!.. - wyszeptaÅ - Biedna!.. powtórzyÅ ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknÄÅo mu po ustach, i odwróciwszy twarz, - nieruchomy, oparÅ siÄ w zadumie o szyby okien balkonu.

Babie lato snuÅo swÄ przÄdzÄ... CzepiaÅo siÄ na zagonach poruszonej ÅwieÅ&fraq14;o czarnoziemnej gleby; ÅaskotaÅo nozdrza siwych woÅów, w trzy pary leniwie sunÄcych u pÅugów, obmotywaÅo siÄ swawolnie wokoÅo ich przepysznie rozrosÅych rogów i biegÅo dalej, unoszone wietrzykiem, by przytuliÄ siÄ do rozgorzaÅej w sÅoÅcu czerwieniÄ i zÅotem Åciany borów, do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraiÅskich chatek, a zaglÄdajÄc po drodze w ukoÅysane jesiennÄ ciszÄ jary - ginÄÅo gdzieÅ w stepie dalekim, splatajÄc tam ze sobÄ uÅciskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie - pracowicie przÄdzÄc wszÄdy ustawicznÄ niÄ swÄ biaÅÄ.

DrogÄ do Gowartowa, galopem, co koÅ wyskoczy, pÄdziÅa czwórka koni, unoszÄc w tumanie iskrzÄcej siÄ od sÅoÅca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. PierwszÄ z nich byÅ ksiÄdz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, drugÄ - Krasnostawski.

Jak huragan, minÄwszy pochylonÄ garstkÄ ludzi, kopiÄcych w pobliÅ&fraq14;u Åan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, peÅen uroku - pojazd wpadÅ do sioÅa. Z zagród chÅopskich wyskoczyÅy psy i szczekaÄ poczÄÅy zajadle; wystraszone dzieciaki, o pÅowych, prawie biaÅych, wÅosach, rzuciÅy siÄ, uciekajÄc w popÅochu, a przÄdzÄce konopie wieÅniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawaÅy zdziwione, przeprowadzajÄc migajÄcy pÄdem pojazd niespokojnem okiem.

Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniÅa wreszcie biegu, i stÄpa, wolniutko, ostroÅ&fraq14;nie spuszczaÄ siÄ zaczÄÅa z pagórka na wiejskÄ groblÄ.

  • Czy ksiÄdza dobrodzieja nie znuÅ&fraq14;yÅa nasza tak prÄdka jazda?.. CóÅ&fraq14; robiÄ jednak, kiedy inaczej nie zdÄÅ&fraq14;ylibyÅmy moÅ&fraq14;e... - odezwaÅ siÄ Krasnostawski, korzystajÄc z mniejszego pÄdu powietrza.

Barczysty ksiÄdz, o inteligentnem wejrzeniu duÅ&fraq14;ych czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijajÄcych wyraziÅcie od biaÅych wÅosów, wymykajÄcych mu siÄ spod kapelusza, obruszyÅ siÄ na to pytanie.

  • Ale, cóÅ&fraq14; znowu!.. - odparÅ. - Oby tylko ten zacny pan January doÅ&fraq14;yÅ bÅogosÅawionej chwili i mógÅ pojednaÄ siÄ z Bogiem!..

UmilkÅ ksiÄdz, i niebawem z poboÅ&fraq14;nem westchnieniem, dorzuciÅ:

  • O to ostatnie wÅaÅnie od czasu, gdy jedziemy, myÅl mÄ ku NajwyÅ&fraq14;szemu wznoszÄ... MoÅ&fraq14;e jej usÅuchaÄ raczy!..
  • Doktór mówiÅ, Å&fraq14;e z godzin trzy poÅ&fraq14;yje - odparÅ Krasnostawski, a wyjmujÄc zegarek, rzekÅ jeszcze: - Od chwili tej minÄÅo dwie godziny...
  • Ach, ci lekarze! - machnÄÅ rÄkÄ ksiÄdz stary - cóÅ&fraq14; tam ostatecznie wiedzieÄ oni mogÄ - wszak wszystko w rÄku Stwórcy-Pana! Ja, na przykÅad, pewnego razu byÅem juÅ&fraq14; konajÄcym, a jednak, po przyjÄciu PrzenajÅwiÄtszego Sakramentu i Olejów ÅwiÄtych - wyzdrowiaÅem...

Umilkli. KsiÄdz zaÅ po chwili, widzÄc, Å&fraq14;e furman wciÄÅ&fraq14; jedzie stÄpa, zauwaÅ&fraq14;yÅ:

  • Ale moÅ&fraq14;e byÅmy znów pojechali nieco prÄdzej, nieprawdaÅ&fraq14;?
  • Naturalnie, niech minie tylko most i groblÄ - odrzekÅ Krasnostawski.

U stóp ich szumiaÅo w tej chwili koÅo u mÅyna, pryskajÄca odeÅ wodna piana szeroko rozlewaÅa siÄ na sennÄ taflÄ duÅ&fraq14;ego stawu, w której przeglÄdaÅy siÄ poÅ&fraq14;óÅkÅe szczyty gowartowskiego parku.

Za groblÄ znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminÄwszy jeszcze czÄÅÄ wsi, zajechali przed ganek paÅacu. Na spotkanie wybiegÅ stary lokaj, klucznica i kilku domowników.

W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej czwórki koni, z lÄkiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytaÅ gÅoÅnym szeptem:

  • Å»yje?..
  • Å»yje !.. Å»yje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaÅ natychmiast dorzuciÅ:
  • ChwaÅa Bogu na wysokoÅciach... Pan doktór powiedziaÅ, Å&fraq14;e moÅ&fraq14;e i do jutra rana...
  • A gdzieÅ&fraq14; pan doktór? - pytaÅ dalej Krasnostawski.
  • A ot, tylko co patrzeÄ, jak odjechaÅ.. Pono do Karolówki, bo tam mÅodsza jaÅnie pani niezdrowa...
  • Niezdrowa!.. - obruszyÅ siÄ plenipotent. - Tu przecieÅ&fraq14; konajÄcy w domu, mógÅ chyba zostaÄ jeszcze! - dorzuciÅ gniewnie, zÅy na widocznÄ obojÄtnoÅÄ wiejskiego eskulapa. ObejrzaÅ siÄ.

KsiÄdz z nim przybyÅy wysiadaÅ wÅaÅnie z powozu, poprzedzany towarzyszÄcym mu chÅopaczkiem... RozlegÅ siÄ wkrótce dźwiÄk uroczysty koÅcielnego dzwonka - w progi paÅacu wstÄpowaÅ Syn BoÅ&fraq14;y, utajony w PrzenajÅwiÄtszym Sakramencie...

W parÄ minut później, do pokoju chorego juÅ&fraq14; wchodziÅ ksiÄdz; idÄcy w Ålad za nim Krasnostawski zostaÅ na progu i spojrzaÅ w gÅÄb sypialni chorego.

Na ÅóÅ&fraq14;ku zamajaczyÅa mu blada, juÅ&fraq14; nie z tego prawie Åwiata, sÄdziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamkniÄto jednak w tej chwili - Krasnostawski cofnÄÅ siÄ dyskretnie i poczÄÅ przechadzaÄ siÄ wielkiemi krokami po pokoju.

Od czasu powrotu z podróÅ&fraq14;y swej do miasta, na nim jednym prawie spoczywaÅo wszystko. PrzepÄdzaÅ noce caÅe u chorego, doglÄdaÅ go osobiÅcie, wzywaÅ lekarzy, konsylia.

DziÅ, widzÄc, iÅ&fraq14; juÅ&fraq14; koniec nieodwoÅalny siÄ zbliÅ&fraq14;a, a Åmierci widmo bÅÄka u progów paÅacu, znaglony, pojechaÅ po ksiÄdza, dnia poprzedniego juÅ&fraq14;, ciÄty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczÄÅciu do marszaÅkowej, ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego oraz do dawnego kolegi swego, Tarnopolskiego.

Od tego ostatniego bowiem odebraÅ list iÅcie enigmatyczny, w którym proszono go usilnie, by doniósÅ szczegóÅowo o wszystkiem, co siÄ dzieje w Gowartowie.

Zanadto przyrodzonego sprytu posiadaÅ w sobie Krasnostawski, by nie odgadnÄÄ, Å&fraq14;e poza kolegÄ jego, Tarnopolskim, ukrywa siÄ ktoÅ inny, zainteresowany bardzo. DomyÅliÅ siÄ, iÅ&fraq14; byÅ nim prawdopodobnie dobry znajomy tegoÅ&fraq14;, DzierÅ&fraq14;ymirski, i dlatego nie ominÄÅ wyÅ&fraq14;ej wzmiankowanego Tarnopolskiego, równieÅ&fraq14; donoszÄc mu, Å&fraq14;e Gowartowski umiera.

Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanÄÅ nagle Krasnostawski, posÅyszaÅ bowiem w tej wÅaÅnie chwili gÅosy i szepty w przylegÅej komnacie chorego.

  • Spowiada siÄ... - rzekÅ do siebie, i zbliÅ&fraq14;ywszy siÄ do okna, spojrzaÅ w zadumie.

Tak samo, jak codzieÅ, podlewano dzisiaj pod zbliÅ&fraq14;ajÄcy siÄ wieczór klomby kwiatów, tak samo zniÅ&fraq14;ajÄce siÄ juÅ&fraq14; sÅoÅce sÅaÅo cienie na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie Åawki, na chaty sioÅa, i step w perspektywie.

  • I tak samo bÄdzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo sÅoÅce i wszystko weseliÄ siÄ bÄdzie, nic porzÄdku swego nie zmieni, choÄ dusza tego zakÄtka uleci w zaÅwiaty!.. - szeptaÅ Krasnostawski, i rzuciwszy siÄ na fotel, podparÅ rÄkami gÅowÄ, a myÅli goniÄc siÄ przelatywaÅy mu po gÅowie.
  • O, jakÅ&fraq14;e okrutnÄ jest ÅmierÄ! - myÅlaÅ. - Jak peÅnÄ zagadki niezwalczonej potÄgi, przed którÄ tylko w pokorze chyliÄ musimy milczÄco czoÅa!

I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej nieubÅaganej godzinie przyjÅÄ musi !..

  • Straszne, straszne!.. - szepnÄÅ znów do siebie pochylony mÄÅ&fraq14;czyzna. - Tem straszniejsze, iÅ&fraq14; niezrozumiaÅe, nieujÄte rozumem ludzkim, zawsze, zda siÄ, nowe, choÄ prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedoÅcigÅe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadajÄce sfinksa zagadkÄ...
  • I mnie to kiedyÅ przecie spotka, wszak i ja umrÄ!.. - rzekÅ gÅoÅno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnÄÅ z trwogÄ.

I z pytaniem tem na ustach utkwiÅ wzrok bÅÄdny we drzwi sÄsiedniego pokoju...

Drzwi te tymczasem roztwarÅy siÄ cicho i na progu ukazaÅa siÄ, natchniona w tej chwili jakby twarz ksiÄdza i postaÄ jego wyniosÅa. Krasnostawski, zbudzony ze swych myÅli ponurych, Å&fraq14;ywo podbiegÅ ku niemu.

  • CóÅ&fraq14;, ksiÄÅ&fraq14;e proboszczu? - zapytaÅ.
  • Wszystko dobrze... ZbrataÅa siÄ dusza jego z Panem... - odparÅ tenÅ&fraq14;e z powagÄ.
  • Ale? ale, czy ksiÄdz dobrodziej nie uwaÅ&fraq14;aÅ przypadkiem ?... To jest... - plÄtaÅ siÄ Krasnostawski - powiedzieÄ chciaÅem, czy choremu przypadkiem nie lepiej?...
  • Ha, Bóg wiedzieÄ raczy... Nam pozostaje pogodziÄ siÄ tylko z Jego NajwyÅ&fraq14;szÄ WolÄ!.. - tym samym tonem odrzekÅ sÅuga PaÅski.
  • Zapewne!.. - bÄknÄÅ Krasnostawski. ZapanowaÅo chwilÄ ciÄÅ&fraq14;kie, oÅowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej ksiÄdza dobrodzieja - uprzejmie przerwaÅ pierwszy mÅody czÅowiek - w tej chwili podwieczorek podaÄ kaÅ&fraq14;Ä, ksiÄdz dobrodziej utrudzony drogÄ, gÅodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom siÄ skierowaÅ poÅpiesznie.
  • Nie, dziÄkujÄ ci, panie BolesÅawie! JechaÄ muszÄ...
  • JuÅ&fraq14;? - zdziwiÅ siÄ mÅody plenipotent.
  • A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. KaÅ&fraq14; zaprzÄgaÄ, jeÅli Åaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne odmówiÄ.
  • W tej chwili sÅuÅ&fraq14;Ä ksiÄdzu dobrodziejowi... - rzuciÅ w póÅukÅonie Krasnostawski i znikÅ za drzwiami.

KsiÄdz zajrzaÅ jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece staruszki-klucznicy, z pogodÄ na obliczu swem dziwnÄ leÅ&fraq14;aÅ on spokojnie.

WidzÄc to, proboszcz wyszedÅ.

Z dobry kwadrans migaÅa wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliÅ&fraq14;u modlÄcego siÄ w skupieniu ksiÄdza pojawiÅ siÄ Krasnostawski.

ZaturkotaÅo jednoczeÅnie... Z uszanowaniem przez wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiadÅ niebawem do powozu. W parÄ minut później pojazd, unoszÄcy go, znikÅ za wjazdowÄ bramÄ paÅacu...

StojÄcy na ganku Krasnostawski poruszyÅ siÄ machinalnie i przez milczÄce paÅacowe komnaty skierowaÅ do pokoju pana Januarego.

  • CóÅ&fraq14;? jakÅ&fraq14;e?.. - zapytaÅ zapÅakanej staruszki, siedzÄcej koÅo ÅoÅ&fraq14;a chorego.
  • Teraz... leÅ&fraq14;y niby spokojnie - wyjÄkaÅa cicho.
  • No, to proszÄ iÅÄ odpoczÄÄ, ja zostanÄ i dam znaÄ, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo odezwaÅ siÄ Krasnostawski.

Po opieraniu siÄ dÅuÅ&fraq14;szem, staruszka, znuÅ&fraq14;ona i senna wysunÄÅa siÄ z pokoju, Krasnostawski zaÅ, podszedÅszy do fotelu, stojÄcego przy ÅóÅ&fraq14;ku, usiadÅ ciÄÅ&fraq14;ko.

Cisza martwa zagoÅciÅa w komnacie... Gowartowski, oddychajÄc niepostrzeÅ&fraq14;enie lekko, spokojny, leÅ&fraq14;aÅ wciÄÅ&fraq14; nieruchomo; znuÅ&fraq14;eni domownicy rozpierzchli siÄ, kaÅ&fraq14;dy do swego zakÄtka i odgÅos Å&fraq14;adny nie dochodziÅ tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucaÅo swe jaskrawe blaski zniÅ&fraq14;ajÄce siÄ juÅ&fraq14; sÅoÅce...

Krasnostawski, zmÄczony Å&fraq14;yciem ostatnich dni kilku, zamyÅliÅ siÄ gÅÄboko, fizycznie wypoczywajÄc zarazem.

Od czasu do czasu spojrzenie przenosiÅ na starca, poczem zapadaÅ znów w zadumÄ, poÅÄczonÄ z nieokreÅlonÄ apatyÄ, gniotÄcÄ go swym ciÄÅ&fraq14;arem, z poczuciem bezradnoÅci, w obliczu zbliÅ&fraq14;ajÄcej siÄ nie odwoÅalnie, kroczÄcej ÅmiaÅo Åmierci!

MinÄÅo w ten sposób dwie godziny.

Na ciemne Å&fraq14;aluzye u okien padaÅy teraz prostopadle dogasajÄcÄ czerwonÄ ÅunÄ ostatnie zachodu promienie, majaczyÅy ognikami krwawymi po posadzce i Åcianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie jakieÅ dla ucha dochodziÅy odgÅosy...

To pracowity, znojny koÅczyÅ siÄ gdzieÅ tam, po polach i sioÅach pogodny dzieÅ jesieni; to, ÅpiewajÄc chórem smÄtnÄ ukraiÅskÄ dumkÄ - wracaÅy po pracy dziewczÄta i moÅodycye, z buraczanych Åanów, gromadÄ...

Nagle Krasnostawski, z przymkniÄtymi oczyma w fotelu swym zagÅÄbiony, ocknÄÅ siÄ, drgnÄwszy na caÅem ciele nerwowo. SpojrzaÅ na chorego...

Usta pana Januarego szeptaÅy coÅ niewyraźnie, poruszaÅy siÄ szybko - wreszcie uniósÅ siÄ on na poduszkach i wzrokiem bÅÄdnym spojrzaÅ wokoÅo.

Krasnostawski juÅ&fraq14; byÅ siÄ zerwaÅ i staÅ teraz koÅo ÅóÅ&fraq14;ka blisko.

  • Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptaÅ chory, z trudnoÅciÄ.
  • To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzyÅ dobitnie.
  • A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnÄÅ pÅucami powietrza i po chwili zupeÅnie juÅ&fraq14; przytomnie przemówiÅ Åamanym, cichym gÅosem:

-Mój panie BolesÅawie, odsÅoÅ, proszÄ ciÄ, okno, choÄ jedno... Tak tu ciemno...

Krasnostawski, usÅuchawszy natychmiast zlecenia, podniósÅ roletÄ.

SÅoÅce juÅ&fraq14; byÅo zaszÅo. W pierwszych uÅciskach nadchodzÄcego zmierzchu staÅy cicho póÅobnaÅ&fraq14;one drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwieniÄ, sÅaÅy siÄ aleje Å&fraq14;óÅtawym od opadÅych liÅcie kobiercem - bielaÅy niewyraźnie w dali zagrody sioÅa, ciemniaÅy jego osady, senna i mroczna ÅwieciÅa tafla stawu.

Krasnostawski, odwróciwszy siÄ od okna, spotkaÅ smutny, peÅen tÄsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczajÄcy siÄ poza oknem krajobraz.

Do ÅóÅ&fraq14;ka zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ poÅpiesznie.

  • DziÄkujÄ ci... mój kochany... pani BolesÅawie... dziÄkujÄ - odetchnÄÅ Gowartowski i dokoÅczyÅ ciszej:
  • Ostatni to raz... ostatni widzÄ to wszystko! - uczyniÅ rÄkÄ ruch sÅaby, a wskazujÄcy widok otulonego mrokiem sioÅa i pól szerokich.
  • Dlaczego? - podchwyciÅ szybko Krasnostawski, - uwaÅ&fraq14;am wÅaÅnie, Å&fraq14;e gÅos paÅski ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, bÄdzie lepiej...
  • Och... nie! Nie bÄdzie lepiej - westchnÄÅ pan January - nie bÄdzie... to tylko na chwilÄ...

Znów przestaÅ, i zaczerpnÄwszy powietrza, ciÄgnÄÅ dalej, uczyniwszy jednoczeÅnie prawÄ rÄkÄ ruch zniechÄcenia peÅny.

  • Ja czujÄ, widzÄ, Å&fraq14;e koniec, ÅmierÄ siÄ zbliÅ&fraq14;a... Nic mi juÅ&fraq14; nie pomoÅ&fraq14;e - wola Boska!.. - znów przerwaÅ... w minutÄ zaÅ mówiÅ:
  • WÅaÅnie... wÅaÅnie powiedzieÄ coÅ chciaÅem tobie... kochany panie BolesÅawie... usiÄdź... - i pan January wskazaÅ swÄ woskowo - Å&fraq14;óÅtÄ rÄkÄ taborecik.

Krasnostawski usÅuchaÅ.

  • Poczekaj chwilÄ... odpocznÄ... - wyszeptaÅ osÅabiony bardzo. OparÅ gÅowÄ o poduszki i oddychaÄ poczÄÅ ciÄÅ&fraq14;ko, na bladej zaÅ twarzy jego zakwitÅ i zgasÅ niebawem rumieniec nikÅy.

Krasnostawski wyczekiwaÅ, milczÄc.

  • MoÅ&fraq14;e podaÄ panu co do picia? - zapytaÅ po chwili.

PrzeczÄcy ruch rÄki byÅ caÅÄ odpowiedziÄ pana Januarego. W dziesiÄÄ zaÅ moÅ&fraq14;e minut później gÅosem sÅabym, przerywanym co chwila ciÄÅ&fraq14;kim oddechem, przemówiÅ cicho :

  • TyÅ dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coÅ mnie nie opuÅciÅ... Uczynili to wszyscy: siostra, ÅadyÅ&fraq14;yÅski, córka... - spuÅciÅ gÅowÄ i umilkÅ, a dwie Åzy duÅ&fraq14;e, perliste zabÅysÅy w jego niebieskich, przybladÅych źrenicach i stoczyÅy siÄ z wolna po wychudÅej twarzy. Po chwili ciÄgnÄÅ znowu:
  • Źle uczyniÅa Ola, źle bardzo... Nie poniewiera siÄ tak rodzicem, nie depce siÄ tak przywiÄzania ojca... nie, nie, po stokroÄ razy nie!... - powtórzyÅ z mocÄ w osÅabÅym gÅosie, i z tÄ skargÄ na ustach przeciw dziecku ostatniÄ, upadÅ na poduszki w znuÅ&fraq14;eniu, jak Åciana blady.

Krasnostawski, ze wspóÅczuciem, ujÄÅ rÄkÄ starca w dÅoÅ prawÄ, a gdy Gowartowski ponownie uniósÅ siÄ na posÅaniu, opiekuÅczo i silnie podparÅ, podtrzymaÅ swem lewem ramieniem jego ciaÅo wychudÅe.

  • DziÄkujÄ ci, bardzo dziÄkujÄ!.. - wyszeptaÅ pan January i mówiÄ poczÄÅ dalej, gÅoÅniej nieco, lecz ochrypÅym juÅ&fraq14; od zmÄczenia i wysiÅku gÅosem :
  • Ale nie o tem mówiÄ chciaÅem, nie o tem! Przeciwnie... - znów zamilkÅ sekund kilka.
  • Przeciwnie - powtórzyÅ - ja Oli przebaczam, majÄtek caÅy zapisaÅem jej wyÅÄcznie, tylko... tu zatrzymaÅ siÄ starzec dÅuÅ&fraq14;ej nieco, jakby w ostatnim wysiÅku trudno mu byÅo jasno wyraziÄ myÅl swojÄ - tylko - ciÄgnÄÅ - Å&fraq14;e testamentów jest dwa: jeden u notaryusza, zÅoÅ&fraq14;ony dawno, na korzyÅÄ Oli... drugi... na jej niekorzyÅÄ...

UmilkÅ znów Gowartowski blady i zmÄczony, a po chwili koÅczyÅ:

  • Ten ostatni, późniejszy, napisaÅem w chwili nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... PodrÄ go!..

Tu pan January, oswobodziwszy siÄ od podtrzymujÄcego go ramienia Krasnostawskiego, opadÅ na poduszki wycieÅczony.

  • Czy przynieÅÄ mam ten testament? - poddaÅ Krasnostawski.

Ojciec Oli DzierÅ&fraq14;ymirskiej przyzwalajÄco skinÄÅ gÅowÄ i sÅabym ruchem rÄki poruszyÅ kluczyk od szufladki stojÄcego obok ÅoÅ&fraq14;a stoliczka.

Krasnostawski zrozumiaÅ. WysunÄÅ szybko szufladÄ, wziÄÅ stamtÄd pÄk kluczy i oddaliÅ siÄ cicho.

Blady, oddychajÄc ciÄÅ&fraq14;ko, w oczekiwaniu mÅodego czÅowieka, odpoczywaÅ Gowartowski... W ciszy gÅuchej minÄÅo z dziesiÄÄ minut. Na progu wreszcie ukazaÅ siÄ Krasnostawski, trzymajÄc w rÄku duÅ&fraq14;Ä kopertÄ.

Na jego widok pan January gorÄczkowo, o wÅasnych siÅach, uniósÅ siÄ na posÅaniu i wyciÄgnÄÅ rÄkÄ po testament.

  • DziÄkujÄ... - wyszeptaÅ.

Odebrawszy zaÅ od Krasnostawskiego kopertÄ, otworzyÅ jÄ drÅ&fraq14;ÄcÄ rÄkÄ, wyjÄÅ arkusz papieru, znajdujÄcy siÄ tam i rozerwaÅ zwolna na cztery czÄÅci. Potem wÅoÅ&fraq14;yÅ na powrót do koperty zniszczony test, a zwróciwszy siÄ do Krasnostawskiego, gÅosem dziwnie dźwiÄcznym, stanowczym, wymówiÅ:

  • Oddasz to jej... Oli - i umilkÅ, opadÅszy znowu na poduszki.

MÅody plenipotent machinalnie wziÄÅ kopertÄ schowaÅ jÄ do kieszeni surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igraÅ w tej chwili jakiÅ peÅny dobroci uÅmiech, blady, tkliwy - milczaÅ wzruszony, a dwie Åzy nieposÅuszne zakrÄciÅy mu siÄ w oczach.

GÅosem cichym, jakby dogasajÄcym, mówiÅ tymczasem jeszcze pan January:

  • Nie zapomnij oddaÄ... PamiÄtaj!.. - urwaÅ, a po chwili:
  • Powiedz... takÅ&fraq14;e Oli... Å&fraq14;e przebaczam... jej... i... jemu!..- dokoÅczyÅ z trudnoÅciÄ, w wysiÅku ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilkÅ...

PalÄca siÄ u obrazu Matki Boskiej nad ÅóÅ&fraq14;kiem, z czerwonego szkÅa, lampka rzuciÅa w tej chwili promieÅ jasny na oblicze starca...

W zmierzchu idÄcego wieczora twarz Gowartowskiego zajaÅniaÅa jakimÅ nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski jednoczeÅnie poprawiÅ poduszki u ÅoÅ&fraq14;a i pochyliÅ siÄ nad chorym, zdaÅo mu siÄ bowiem, iÅ&fraq14; tenÅ&fraq14;e porusza ustami.

RzeczywiÅcie. NiedosÅyszalnym, urywanym szeptem mÅody czÅowiek posÅyszaÅ jeszcze:

  • DziÄkujÄ... tyÅ dobry!.. MówiÄ juÅ&fraq14;... wiÄcej... nie... mogÄ...

Poruszony sÅowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstÄpiÅ od ÅóÅ&fraq14;ka Krasnostawski i przygnÄbiony, usiadÅ w fotelu.

MinÄÅo z dziesiÄÄ minut.

WidzÄc, Å&fraq14;e chory leÅ&fraq14;y teraz zupeÅnie juÅ&fraq14; cicho, mÅody czÅowiek po chwili powstaÅ, posÅuchaÅ oddechu jego, poczem wysunÄÅ siÄ cichutko z pokoju. DusiÅo go coÅ w gardle...

W sÄsiednich komnatach pusto byÅo caÅkiem i szaro juÅ&fraq14; zupeÅnie. Mrok wieczora wciskaÅ siÄ do paÅacu coraz natarczywszy, wszÄdzie, samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez haÅasu otworzyÅ podwoje balkonu i wyszedÅ na werandÄ, spragniony odetchnÄÄ ÅwieÅ&fraq14;szem powietrzem...

OparÅ siÄ o balustradÄ, chÅodziÄ poczÄÅ rozpalone czoÅo zimnym powiewem jesiennego wieczora i staÅ tak nieruchomy doÅÄ dÅugo, ogÅupiaÅy jakby na razie, bezmyÅlny...

Nagle milczenie pogrÄÅ&fraq14;ajÄcego siÄ coraz bardziej w mroki domu i parku, przerwaÅ jednostajny donoÅny, odgÅos dzwonu w pobliÅ&fraq14;u. To codziennym, panujÄcym w Gowartowie, zwyczajem, zwoÅywana sÅuÅ&fraq14;bÄ na wieczornÄ kolacyÄ.

Krasnostawski siÄ ocknÄÅ, a jednoczeÅnie poczuÅ pragnienie i gÅód.

WróciÅ do komnaty, zamknÄÅ drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po drodze jakÄÅ pozostawionÄ ÅwiecÄ, zapaliÅ jÄ poÅpiesznie i na palcach skierowaÅ siÄ poprzez kilka komnat do jadalnej sali. DobÄ caÅÄ Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie miaÅ - mÅody organizm dopominaÅ siÄ o swoje prawa.

W kredensie znalazÅ pochowane zimne miÄsiwa i chleb razowy; posiliÅ siÄ, popiÅ wodÄ i przez puste komnaty znowu skierowaÅ siÄ do pokoju Gowartowskiego.

Tu juÅ&fraq14; zupeÅne panowaÅy ciemnoÅci. Krasnostawski zapaliÅ lampkÄ, przykryÅ jÄ abaÅ&fraq14;urem i spojrzaÅ na chorego.

LeÅ&fraq14;aÅ w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychajÄc lekko, cicho, bledszy tylko, Å&fraq14;óÅtszy jakby... I w jednem równieÅ&fraq14; zaszÅa, zmiana nagÅa.

Oto rÄce pana Januarego wykonywaÅy po koÅdrze jakieÅ niewyraźne i dziwne ruchy, jakby szukaÅy czegoÅ, szczypaÅy powierzchniÄ sukna, zatrzymywaly siÄ chwilÄ, i znów rytmiczne poruszaÅy siÄ zwolna, jednostajnie...

Krasnostawski, postawszy czas jakiÅ, zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ do stolika, wziÄwszy do rÄki machinalnie stojÄce tam lekarstwo. SpojrzaÅ na receptÄ. Przeczytawszy zaÅ, westchnÄÅ.

ByÅy to leki zwykle, przepisywane dogorywajÄcym...

  • CzyÅ&fraq14;by naprawdÄ tak źle juÅ&fraq14; byÅo? - szepnÄÅ do siebie mÅodzieniec - tak przytomnym byÅ jednak przed chwilÄ!.. E!.. moÅ&fraq14;e Bóg da... pocieszajÄc siÄ - dokoÅczyÅ gÅoÅno.

Tymczasem zmÄczenie fizyczne i moralne waliÅo wprost z nóg Krasnostawskiego.

ZbliÅ&fraq14;yÅ siÄ chwiejny do fotelu. UsiadÅ i po kilkakrotnie ziewnÄÅ mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrzÄsnÄÅ siÄ...

  • Ooo... jakÅ&fraq14;e mi siÄ spaÄ chce!.. - mruknÄÅ i ponownie ziewnÄÅ przeciÄgle z cicha.
  • Ale nie moÅ&fraq14;na... nie moÅ&fraq14;na!.. - szepnÄÅ znów do siebie przekonywajÄco i siÄgnÄÅ po stojÄcÄ opodal flaszkÄ koloÅskiej wody.

PrzetarÅ sobie skronie, powÄchaÅ, poczem napiÅ siÄ zimnej wody ze szklanki, i jak mu siÄ zdawaÅo, zupeÅnie obecnie rzeźki, zagÅÄbiÅ siÄ w fotelu.

Tymczasem minÄÅo minut dziesiÄÄ zaledwie, gdy mÅody pan plenipotent spaÅ juÅ&fraq14; na dobre, pochrapujÄc nawet z lekka czasami.

Sen zwyciÄÅ&fraq14;yÅ... Milczenie i spokój jakiÅ zÅowrogi zapanowaÅy w komnacie.

A zewnÄtrz paÅacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królowaÄ zaczÄÅa.

Na ciemnem tle nieba zamrugaÅy wkrótce gwiazdy, od pól wionÄÅ wietrzyk i cichym Å&fraq14;óÅkniejÄcych liÅci pogwarem zaszumiaÅ nad domem park stary.

WewnÄtrz zaÅ dworu usnÄli wszyscy... MilczaÅy tu wszystkie kÄty, a w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodziÅ tylko regularny odgÅos staroÅwieckiego zegara, który brzdÄkaÅ i tykaÅ i biÅ przeciÄgle godziny jedna za drugÄ.

Nagle w gÅuchej ciszy sypialni pana Januarego rozlegÅo siÄ poczÄtkowo sÅabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec juÅ&fraq14; konaÅ...

Za ÅoÅ&fraq14;em, w póÅÅwietle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stanÄÅa ÅmierÄ, lepu swego chciwa - jÄki zgÅuszone umierajÄcego dziesiÄciokrotnem echem wstrzÄsnÄÅy ciszÄ domu...

CoÅ zbudziÅo Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedziaÅ na razie. ZerwaÅ siÄ z fotelu, oczy przetarÅ i spojrzaÅ na pogrÄÅ&fraq14;one w cieniu ÅoÅ&fraq14;e. ZdrÄtwiaÅ nagle i wÅosy dÄbem stanÄÅy mu na gÅowie.

Z oczyma, wywróconemi po biaÅka źrenic, postawionemi w sÅup, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zÅ&fraq14;óÅkÅy, zzieleniaÅy - straszny, jÄczaÅ starzec, ÅapaÅ powietrze, stÄkaÅ Å&fraq14;aÅoÅnie - charczaÅ zÅowrogo...

Krasnostawski zrozumiaÅ, lecz znieruchomiaÅ na razie do tego stopnia, Å&fraq14;e nie byÅ w stanie poruszyÄ siÄ z miejsca.. Po raz pierwszy w Å&fraq14;yciu znajdowaÅ siÄ wobec konajÄcego czÅowieka, patrzaÅ wiÄc bezprzytomny prawie i bÅÄdny nieustannie na Gowartowskiego... DrÅ&fraq14;aÅ przy tem na caÅem ciele, chwytaÅo go coÅ za gardÅo, przykuwaÅo do miejsca, do ziemi.

RównoczeÅnie przygnÄbiajÄca cisza gniotÅa mu piersi ciÄÅ&fraq14;arem, konajÄce drgnienia i jÄki umierajÄcego, niby ostrzem ze stali krajaÅy niemiÅosiernie wyprÄÅ&fraq14;one nerwy, a zarazem lÄk niewytÅumaczony, dziwny, zatrzÄsÅ nim.

WiÄc to ÅmierÄ!.. ÅmierÄ idzie juÅ&fraq14;, przybliÅ&fraq14;a siÄ, okropna, bezzÄbna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. ZbliÅ&fraq14;a siÄ teraz obojÄtna do ÅoÅ&fraq14;a... nachyla nad konajÄcym...

  • Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrzÄsa Åcianami pokoju - oto Åmiech jej straszny!.. RzÄÅ&fraq14;enie konajÄcego odpowiada mu echem coraz przeraźliwiej, gÅoÅniej... Ponuro jÄczy on, skarÅ&fraq14;y siÄ, miota !..
  • BoÅ&fraq14;e!.. BoÅ&fraq14;e!.. Co... to? Co... to? - krzyknÄÅ Krasnostawski, schwyciÅ siÄ za gÅowÄ, zadygotaÅ raz jeszcze i porwawszy ze stoÅu dzwonek - wybiegÅ.

W milczeniu powszechnego uÅpienia rozlegÅ siÄ niebawem rozpaczliwy dźwiÄk pokojowego dzwonka, wstrzÄsnÄÅ murami !..

Gowartowski tymczasem czyniÄ poczÄÅ teraz rÄkami jakieÅ szalone ruchy, gwaÅtownie odpÄdzaÅ coÅ, broniÅ siÄ przed kimÅ, jÄczaÅ jeszcze donoÅniej, chwytaÅ powietrze, bezustannie charczaÅ..

Bieganie napeÅniÅo niebawem dom caÅy. Garstka domowników i sÅuÅ&fraq14;by w kilka chwil później napeÅniÅa pokój dogorywajÄcego czÅowieka. Ostatnia przyszÅa staruszka, klucznica, z gromnicÄ w rÄku.

Å»aÅobnÄ ÅwiecÄ zapalono poÅpiesznie i uklÄkli wszyscy. Krasnostawski przy samem ÅoÅ&fraq14;u, trzymajÄc w dÅoni rÄkÄ pana Januarego.

ChÅodÅa mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie, jÄki, równieÅ&fraq14; ustawaÅy, ucichÅy wreszcie...

Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogÄ, przerwaÅ szelest, dla ucha prawie niedosÅyszalny. Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie czÅowiecze ulatywaÅo z piersi starca - mknÄÅo w zaÅwiaty...

  • SkoÅczyÅ... - szepnÄÅ Krasnostawski. WÅród klÄczÄcych rozlegÅ siÄ pÅacz... Gdzieniegdzie pÅomyk zapalonej gromnicy oÅwietliÅ ponuro Å&fraq14;óÅtawÄ plamÄ Åciany, sprzÄty i szyby komnaty, drgaÄ zaczÄÅ bÅyskotliwy po twarzach klÄczÄcych ludzi.

PoczÄto siÄ Å&fraq14;egnaÄ poboÅ&fraq14;nie...

Wspólna, cicha, a peÅna gÅÄbokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wolÄ NajwyÅ&fraq14;szego godzÄca siÄ, pokorna, napeÅniÅa mury pokoju, i aÅ&fraq14; do stóp Stwórcy-Pana uleciaÅa skrzydlata - wzniosÅa siÄ tam, gdzieÅ wysoko, w Ålad za zagadkowÄ drogÄ duszy zmarÅego, jakby mu niebo otworzyÄ pragnÄÅa.


PokraÅniaÅe, czerwono-zÅote dzikiego wina liÅcie, pnÄce siÄ po biaÅych Åcianach gowartowskiego dworu, zaglÄdajÄ przez otwarte okno do maÅego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, koÅyszÄ siÄ w promieniach jesiennego sÅoÅca, powiew zaÅ zefiru delikatnym dreszczem przebiega równieÅ&fraq14; po rzÄdzie Å&fraq14;óÅtawych u Åwiec pÅomyków, palÄcych siÄ wokoÅo katafalku, ginÄcego w zieleni cieplarnianych kwiatów.

ObciÅniÄty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za Å&fraq14;ycia progiem, na podwyÅ&fraq14;szeniu leÅ&fraq14;y January Gowartowski...

ZesztywniaÅe palce jego trzymajÄ kurczowo w dÅoni krucyfiks, zaczesany starannie wÄs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija piÄknie na biaÅem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum peÅna, pogrÄÅ&fraq14;onÄ byÄ tylko siÄ zdaje w gÅÄbokim, cichym Ånie.

Kamienny to sen!.. Sen zaÅwiatów, wiecznoÅci, zagadki bytu i ÅwiadomoÅci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbiÄ siÄ musi rozum ludzki; sen straszny - obojÄtny na wszystko dokoÅa!..

I niczem juÅ&fraq14; sÄ dla niego sprawy tego padoÅu; niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radoÅnie igrajÄce po pokoju sÅoÅce - niczem wreszcie boleÅÄ i smutek klÄczÄcej u stóp katafalku, sÄdziwej kobiety-siostry!..

PrzybyÅa w przeddzieÅ marszaÅkowa Warnicka, drÅ&fraq14;Äcemi, zbielaÅemi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmÄczonych co minut parÄ upada Åza cicha, a wzrok z boleÅciÄ tÅumionÄ wpatruje siÄ w rysy ukochane.

I modli siÄ znów pokorna!..

Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówiÄ zupeÅnie !.. Spokój i martwota nieziemska wyryte sÄ na nich, a pogoda tylko jakaÅ nieuchwytna, cicha, ÅwiadczyÄ siÄ zdaje, Å&fraq14;e nie czuje on juÅ&fraq14; nic, a w kaÅ&fraq14;dym razie, iÅ&fraq14; doczeÅnie na pewno nie cierpi juÅ&fraq14; wcale.

  • Módlcie siÄ, pÅaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w ziemiÄ... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówiÄ sobÄ wyraźnie zesztywniaÅe czÅonki zmarÅego.

A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naroÅ&fraq14;nego pokoju wpadajÄ, igrajÄ coraz radoÅniej promienie sÅoÅca, pÅynÄ jakieÅ dalekie z pól pieÅni, pogwary - oddalone Å&fraq14;yciowe echa...

Babiego lata niÄ wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej czuprynie zmarÅego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykajÄ siÄ ostroÅ&fraq14;nie i do pokoju wsuwa siÄ rosÅy, siwiejÄcy juÅ&fraq14; mÄÅ&fraq14;czyzna...

To ÅadyÅ&fraq14;yÅski. I on, przygnany strasznÄ wieÅciÄ choroby groźnej, podÄÅ&fraq14;yÅ do przyjaciela lat mÅodych, przybywszy jednak - za późno.

Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraÅ&fraq14;a w tej chwili ból niekÅamany. ZbliÅ&fraq14;a siÄ milczÄco, opatruje pÅomyki Åwiec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkÄ - zrzuca z gÅowy Gowartowskiego swawolnÄ niÄ jesieni, i uklÄkÅszy, gÅowÄ opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.

Mija tak dÅuga chwila.

Poczem drzwi skrzypiÄ znowu, na progu ukazuje siÄ dorodna Krasnostawskiego postaÄ. ObjÄwszy wzrokiem pokój i znajdujÄce siÄ w nim osoby, wzdycha ciÄÅ&fraq14;ko, nastÄpnie zaÅ zbliÅ&fraq14;a siÄ do ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego i opiera lekko swÄ rÄkÄ na jego ramieniu. PotrzÄsa niem delikatnie raz, drugi...

Za trzeciem dopiero dotkniÄciem budzi siÄ ÅadyÅ&fraq14;yÅski z bolesnego zamyÅlenia i unosi gÅowÄ..

  • A, to pan? - pyta cicho - cóÅ&fraq14; to?...

Jakby w odpowiedzi jednoczeÅnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony jeszcze nieco dźwiÄk dzwonków, i zgÅuszony gdzieÅ po sioÅa drodze, daleki tÄtent i turkot kóŠpowozu.

I w Ålad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.

  • Ze stacyi konie wracajÄ... O ile wzrok mnie nie myli, ktoÅ jest w faetonie... Zdaje mi siÄ, Å&fraq14;e to - oni...

ÅadyÅ&fraq14;yÅski, sÅuchajÄc go uwaÅ&fraq14;nie, juÅ&fraq14; powoli powstaÅ byÅ z klÄczek.

  • MoÅ&fraq14;e szanowny pan dobrodziej bÄdzie tak Åaskaw wyjÅÄ na ganek - ciÄgnie dalej Krasnostawski. - PaniÄ marszaÅkowÄ - tu zniÅ&fraq14;a gÅos jeszcze bardziej - fatygowaÄ nie wypada... Ja zaÅ pana DzierÅ&fraq14;ymirskiego nie znam... A tu, do wiadomoÅci zgonu...
  • Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idÄ... Ale prawda - zatrzymuje siÄ - trzeba uprzedziÄ marszaÅkowÄ, bo siÄ biedaczka wystraszy.

ÅadyÅ&fraq14;yÅski pochyla siÄ ku klÄczÄcej pani Melanji i szeptem coÅ jej przekÅada.

WpóÅprzytomnie sÅucha go marszaÅkowa Warnicka, po chwili zaÅ wstaje i ze smutkiem bezbrzeÅ&fraq14;nym, wzdycha kilkakrotnie...

JednoczeÅnie dwaj mÄÅ&fraq14;czyźni wychodzÄ szybko, oddalony bowiem przed chwilÄ jeszcze turkot pojazdu wstrzÄsa juÅ&fraq14; oto murami domu i powóz snaÄ zajeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;a Åpiesznie na dziedziniec. OdgÅos dzwonków donoÅnie przerywa martwÄ ciszÄ... Powóz staje.

A nastÄpnie, aÅ&fraq14; tu, popod stopy umarÅego czÅowieka niewyraźne jakieÅ zgÅuszone dochodzÄ gÅosy i szmery...

Nagle, o milczÄce Åciany paÅacu obija siÄ krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz stÅumiony jeszcze oddaleniem jÄk rozpaczliwy. W Ålad za tem rozlegajÄ siÄ kroki, coraz szybsze, bliÅ&fraq14;sze, a później juÅ&fraq14; caÅkiem donoÅnie tym razem, szelest sukni i Åkanie.

Jeszcze chwila...

I cisza pokrytego kirem, tonÄcego w sÅoÅcu i gromnic Åwietle, zakÄtka, sfinksowy, dumny majestat Åmierci brutalnie przerywanym zostaje.

Drzwi roztwierajÄ siÄ nerwowo, ruchem gwaÅtownym, od silniejszego prÄdu powietrza gaÅnie przy katafalku Åwiec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podróÅ&fraq14;ne szaty, pÅaczÄca Ola...

Za niÄ, ukazuje siÄ Åniade spokojne oblicze DzierÅ&fraq14;ymirskiego i wytworna sylwetka jego.

JednoczeÅnie murami komnaty wstrzÄsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem haÅas drugorzÄdny jakiÅ, inny...

To Ola juÅ&fraq14; na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciaÅo rodzica, odtrÄciwszy równoczeÅnie niebacznie przeszkadzajÄce jej wysokie srebrne lichtarze, z chrzÄstem padajÄce w tej samej chwili na ziemiÄ...

KtoÅ schyla siÄ poÅpiesznie i opodal ustawia je ponownie...

Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera siÄ z ust Oli.

  • Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woÅa mÅoda kobieta, pÅaczÄc, wijÄc siÄ z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - koÅczy w Åkaniu, szlochajÄc.

Na dźwiÄk sÅów ostatnich chmura osiada na wyniosÅem czole Romana.

  • TyÅ winien takÅ&fraq14;e!.. ty równieÅ&fraq14;!.. To dzieÅo takÅ&fraq14;e twoje! - szepce mu coÅ w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla siÄ i klÄka po drugiej stronie katafalku.

A Ola Åciska, caÅuje teraz rÄce, twarz i zimne czoÅo starca, oblewa je Åzami, wÅosy ojcowskie pieÅci i tuli swÄ gÅowÄ do serca, co biÄ juÅ&fraq14; na zawsze przestaÅo!..

  • Ty nie umarÅeÅ - szepce - ty Åpisz tylko!.. ty nie umarÅeÅ!.. - powtarza uparcie. - To byÄ nie moÅ&fraq14;e - nie moÅ&fraq14;e!!..

PowstaÅa z klÄczek marszaÅkowa Warnicka podtrzymuje wijÄcÄ siÄ w bólu kobietÄ z jednej strony - z drugiej opiekuÅczo podpiera jÄ ÅadyÅ&fraq14;yÅski.

Wszystkim Åzy krÄcÄ siÄ w oczach, jeden Roman tylko nieczuÅym byÄ siÄ zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ÅciÄgniÄte ÅwiadczÄ, iÅ&fraq14; i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. KlÄczy wciÄÅ&fraq14; nieruchomo, myÅli...

Poza nim, Åwiadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiaÅy.

  • ZÅoty tatuniu !!.. zÅoty !!.. - woÅa znów Ola, proszÄco, bÅagalnie; z przerwami maÅemi, jÄkliwy, przeplatany Åkaniem, odzywa siÄ bezustannie gÅos córki-sieroty, a echo jego pÅynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!..

I za gÅosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnaÅem wspólnym pÅakaÄ, ÅkaÄ oto zdajÄ siÄ stare drzewa parku; szumem swych liÅci drobnych brzoza nad wodÄ wieÅÄ tÄ powtarza dalej, pÅaczÄc sama, a jÄk boleÅci, podchwycony akordami przyrody, pÅynie, pÅynie w dal...

I wszystko, zda siÄ teraz, za panem swym boleje !..

A wiÄc i staw, ÅniÄcy fali swej szmerem, i Åany, i polne kwiecie, i step, strzÄsajÄcy z traw swych niby Åzy Å&fraq14;alu - drobne kropelki rosy...

Jeden tylko umarÅy, jak gÅaz nieczuÅym jest na jÄk, ból swego dziecka.

Lecz czyÅ&fraq14; to zÅudzenie?..

Pod pocaÅunkami przed chwilÄ i ÅzÄ jedynaczki, zdawaÅo siÄ, Å&fraq14;e oto znika z alabastrowego czoÅa starca gÅÄboka, zastygÅa tam zmarszczka, i caÅkiem juÅ&fraq14; teraz pogodne, obojÄtne, Åni ono dalej bez koÅca...

MoÅ&fraq14;e dusza z poza stref Åwiata niewidzialna zabÅÄkaÅa siÄ jeszcze tutaj przed dalszÄ w wiecznoÅÄ zagadkowÄ wÄdrówkÄ?.. A moÅ&fraq14;e trup sÅyszaÅ jeszcze ?

KtóÅ&fraq14; wie? któÅ&fraq14; zgadnie?

  • Ojcze!.. ty Å&fraq14;yjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... nieszczÄÅliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega siÄ dalej u stóp starca woÅanie Oli, w spazmach ÅkaÅ bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
  • Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk mÅodej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioÅa i pól szerokich... póÅomdlaÅÄ i sÅabÄ Å&fraq14;onÄ wynosi poÅpiesznie na rÄkach DzierÅ&fraq14;ymirski z powleczonej kirem komnaty.

Wystraszeni podÄÅ&fraq14;ajÄ za nim wszyscy...

To Å&fraq14;ycie juÅ&fraq14; ze ÅmierciÄ walczyÄ poczynaÅo. PrzepotÄÅ&fraq14;ne w swej sile, nie lubiÄce, by zapominano o niem, odrywaÅo w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczajÄcych go dotÄd ludzi. Troska o Å&fraq14;ywym wziÄÅa górÄ!..

W promieniach radosnych jesiennego sÅoÅca, w ciszy, grajÄcej tylko powaÅ&fraq14;nym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieÅadzie wpóŠprzygasÅych Åwiec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie Åmierci - umarÅy pozostaÅ sam.

***

Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minÄÅo dni kilka.

W pogrÄÅ&fraq14;onym juÅ&fraq14; we Ånie paÅacu w Gowartowie paliÅo siÄ jeszcze ÅwiatÅo w jednym pokoju, rzucajÄc w noc ciemnÄ promieÅ jaskrawy przez okienne szyby.

W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziÅ sypialni nowego dziedzica, DzierÅ&fraq14;ymirskiego, on sam, znuÅ&fraq14;ony dniem minionym, a nader dlaÅ obfitym w niezwykÅe zdarzenia, kÅadÅ siÄ do snu i z wolna rozbieraÅ leniwie.

Na stoliku obok ÅóÅ&fraq14;ka staÅa odkorkowana butelka szampana i kieliszek wysoki, z krysztaÅu, oraz odemkniÄte pudeÅko cygar.

Roman po chwili zapaliÅ jedno z nich, nalaÅ sobie wina i wypiÅ haustem jeden kielich, poczem zmÄczony, wsunÄwszy siÄ pod koÅdrÄ, zgasiÅ ÅwiatÅo.

OdetchnÄÅ parÄ razy gÅoÅno, z ulgÄ, przeciÄgnÄÅ siÄ, aÅ&fraq14; zatrzeszczaÅo staroÅwieckie ÅoÅ&fraq14;e, ziewnÄÅ smakowicie, zaciÄgnÄwszy siÄ zaÅ wyborowem cygarem, myÅleÄ poczÄÅ o ukoÅczonym dniu dzisiejszym, a przeÅomowym w dotychczasowem Å&fraq14;yciu jego.

DziÅ to bowiem odbyÅo siÄ otwarcie testamentu nieboszczyka.

Stosownie do woli zmarÅego, córka jego stawaÅa siÄ jedynÄ spadkobierczyniÄ kilkakroÄstotysiÄcznego majÄtku...

DzierÅ&fraq14;ymirski powtórnie wyciÄgnÄÅ siÄ z luboÅciÄ w szerokiem, szeleszczÄcem poÅcielÄ ÅoÅ&fraq14;u.

  • Tak, kilkakroÄ-stoty-siÄcz-nego... - szepnÄÅ do siebie z zadowoleniem. UÅmiechnÄÅ siÄ... Dwa dni temu jeszcze, jadÄc tu, a przeczuwajÄc zgon ojca Oli, - byÅ pewnym niemal, iÅ&fraq14; on córkÄ za nieposÅuszeÅstwo wydziedziczyÅ.

JuÅ&fraq14; dnia nastÄpnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiaÅy siÄ jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecnoÅci Romana, wrÄczyÅ byÅ Krasnostawski podarty wÅasnorÄcznie przez umierajÄcego ojca testament.

On zaÅ, pomimo to, wÄtpiÅ jeszcze... BaÅ siÄ otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, zÅoÅ&fraq14;onej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawaÅ siÄ przeczuwaÄ podstÄp jakiÅ moÅ&fraq14;e i przykrÄ niespodziankÄ.

DziÅ wreszcie pierzchÅy bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z niÄ uciekaÅ równieÅ&fraq14; strach bliskiego bezpieniÄÅ&fraq14;nego jutra, które czekaÅo naÅ, czyhaÅo z wydaniem ostatnich paru tysiÄcy, pozostaÅych z poprzedniej fortunki, Å&fraq14;yciem nad stan przez lat trzy lekkomyÅlnie wydanej.

Tu DzierÅ&fraq14;ymirski uÅmiechnÄÅ siÄ szydersko.

Nie, stanowczo, pieniÄdz do niego siÄ garnie!.. Ten, który posiadaÅ dotÄd, choÄ wygrany, paliÅ go czÄstokroÄ, pomimo wszystko, przypomnieniem przeszÅoÅci. Sofizmatami wtÅumiaÅ w siebie wspomnienia gryzÄce, lecz jednoczeÅnie i instynktownie jakby rozrzucaÅ, pozbawiaÅ siÄ grosza, tam, gdzieÅ na dnie duszy wÅasnej, choÄ nie przyznawaÅ siÄ pozornie do tego, rad nawet bÄdÄc, iÅ&fraq14; zÅoto wÄtpliwe szÅo - nikÅo...

Jakby otrzÄsajÄc siÄ z tego samopoczucia, DzierÅ&fraq14;ymirski poruszyÅ siÄ niespokojnie i powróciÅ myÅlÄ do teraźniejszoÅci miÅej.

On i Ola - wszak to jedno. DziÅ zatem, pomimo praw miejscowych, de facto, stawaÅ siÄ panem okazaÅej i paÅskiej, wÅasnej fortuny.

I pokryta, stÅumiona waÅ&fraq14;noÅciÄ chwili, smutkiem Oli, oraz caÅego domu - przez dzieÅ caÅy - teraz dopiero, w ciszy uÅpienia paÅacu, w czterech Åcianach sypialni, rozsadzaÄ poczÄÅo DzierÅ&fraq14;ymirskiemu piersi egoistyczne zadowolenie wewnÄtrzne.

Szczerze Å&fraq14;aÅowaÄ zmarÅego Roman w istocie nie mógÅ. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i miÅemi, arystokrata z przekonaÅ, nieprzystÄpny i dumny wzglÄdem tych, których pragnÄÅ trzymaÄ od siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazaÅ siÄ nieÅ&fraq14;yjÄcy pan January, w stosunku do dzisiejszego swego ziÄcia.

DzierÅ&fraq14;ymirski nie bolaÅ wiÄc wcale nad stratÄ teÅcia swego... Teraz zaÅ, powoli palÄc cygaro, myÅl jego, przesunÄwszy siÄ obojÄtnie po wypadkach Åmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymujÄc siÄ przy tych zdarzeniach tylko ze wzglÄdu na boleÅÄ drogiej mu Oli - swobodna, pomykaÅa obecnie chyÅ&fraq14;o w przyszÅoÅÄ.

Od jutra staje siÄ panem!.. BÄdzie administrowaÅ dobra, zbieraÅ dochody...

I Romana upajaÅo to jutro!..

Lat temu parÄ skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle odziany, odÅ&fraq14;ywiany - biedny... Później zrzÄdzeniem losu Ålepego wÅaÅciciel sumki pokaźnej grosza... DziÅ dziedzic, pan caÅÄ, gÄbÄ!..

  • Do dyaska !.. - mruknÄÅ DzierÅ&fraq14;ymirski i uÅmiechnÄwszy siÄ z zadowoleniem, musiaÅ przyznaÄ jednak, Å&fraq14;e Åwiat nie tak zÅy i nic nie wart, jak nazywaÅ go ongi, w pesymizmu chwilach, i Å&fraq14;e Å&fraq14;ycie czasami bywa wcale miÅem.
  • I cóÅ&fraq14; mogÄ o mnie zÅego powiedzieÄ ludzie, Åwiat caÅy? - rezonowaÅ dalej w myÅlach swych Roman.
  • Nic zupeÅnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, kaÅ&fraq14;dy zaÅ znajÄcy mnie przedtem, gdy dziÅ mnie spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradziÅ sobie w Å&fraq14;yciu!..
  • A jak? któÅ&fraq14; o to pytaÄ bÄdzie...

DzierÅ&fraq14;ymirski, poczuwszy znów pragnienie, w póÅÅwietle pokoju odnalazÅ kieliszek i butelkÄ szampana, którÄ, powodowany jakimÅ dziecinnym wprost kaprysem, przyniósÅ sam sobie wieczorem z "wÅasnej" piwnicy; nalawszy wina, napiÅ siÄ chciwie.

RadoÅÄ zaÅ jego wewnÄtrzna, poza egoistycznÄ samowiedzÄ przyszÅego bytu, miaÅa równieÅ&fraq14; na jego obronÄ, przyznaÄ naleÅ&fraq14;y, i szlachetniejszÄ podstawÄ.

  • Teraz bÄdÄ miaÅ na to, by oddaÄ to, co znalazÅem - mówiÅ sobie wÅaÅnie w tej chwili, trzymajÄc machinalnie w rÄku wysoki krysztaÅowy kielich od wina, a w myÅlach bezwiednie i niejasno zarazem ukÅadaÅ juÅ&fraq14; wzglÄdem tego plany na przyszÅoÅÄ.
  • Ukrytym celem Å&fraq14;ycia mego bÄdzie znaleźÄ, odszukaÄ koniecznie zagadkowego wÅaÅciciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysiÄcy - szeptaÅ cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniÄdze, oczyÅciÄ siÄ w ten sposób z plamy przeszÅoÅci!..
  • MuszÄ jÄ zmazaÄ! Czystym byÄ muszÄ!.. - z siÅÄ powtórzyÅ gÅoÅniej. - ChoÄbym miaÅ Åwiat z posad poruszyÄ! - dokoÅczyÅ z mocÄ i umilkÅ, a równoczeÅnie w piersiach jego zapalaÅa siÄ teraz jakaÅ gorÄczka czynu.

Zdawszy zaÅ sobie natychmiast sprawÄ z tego stanu swego, DzierÅ&fraq14;ymirski poruszyÅ siÄ w poÅcieli swej niespokojnie.

  • Tak, ja go znajdÄ! - mówiÅ sobie w myÅli dalej. - ZnajdÄ, dla tego choÄby, iÅ&fraq14; nie unikaÄ bojaźliwie, jak dotÄd, ale ÅmiaÅo szukaÄ go bÄdÄ. Ale... - tu Roman zatrzymaÅ siÄ w myÅlach, - ale, by dopiÄÄ tego - powtórzyÅ - wszak muszÄ wypÅynÄÄ na arenÄ szerszÄ Åwiata!.. Bo przecieÅ&fraq14; tu, choÄ bÄdÄ panem Gowartowa, nic przecie w tym wzglÄdzie uczyniÄ nie zdoÅam!..
  • A wiÄc - gdzie ?.. - drÄczyÄ go, mÄczyÄ poczÄÅo pytanie. DzierÅ&fraq14;ymirski brwi zmarszczyÅ.

Powtórnie, znowu poczuÅ w sobie jakÄÅ nieprzepartÄ chÄÄ czynu, a równoczeÅnie zrozumiaÅ nagle, Å&fraq14;e radoÅÄ jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia majÄtku byÅa sÅomianym tylko ogniem!

Bo, rzeczywiÅcie...

Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojÄta, lecz jedna i ta sama zawsze, która dotÄd pchaÅa go Ålepo naprzód, i teraz, choÄ zostaÅ panem i zdobyÅ, czego pragnÄÅ, ukaÅ&fraq14;e mu niewÄtpliwie inne znów braki obecnego poÅoÅ&fraq14;enia, "iÅÄ" naprzód kaÅ&fraq14;e, wynieÅÄ siÄ ponad drugich zachÄcaÄ bÄdzie - nurtujÄca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!

WziÄwszy zaÅ jeszcze pod uwagÄ uÅpiony wyrzut sumienia i chÄÄ zmazania plamy z wÅasnej uczciwoÅci - przyszÅoÅÄ ta, przed chwilÄ jeszcze wymarzona, idealna... juÅ&fraq14; teraz przed wzrokiem Romana pokrywaÅa siÄ cieniem.

Samowiedza powyÅ&fraq14;sza pokryÅa chmurÄ na chwilÄ piÄkne rysy DzierÅ&fraq14;ymirskiego.

  • Ha!.. zobaczymy!.. - rzekÅ zupeÅnie gÅoÅno, a wypiwszy do koÅca szampaÅskie wino, postawiÅ kielich na stole tak silnie, Å&fraq14;e lejkowaty, delikatny, prysÅ on i szczÄtki krysztaÅu upadÅy z brzÄkiem na ziemiÄ.

Pierwszym ruchem pana na Gowartowie byÅo siÄgniÄcie po zapaÅki, myÅl zaÅ zapalenia Åwiecy, by zebraÄ szkÅo stÅuczone, przemknÄÅa mu przez gÅowÄ.

PowstrzymaÅ siÄ jednak i mruknÄÅ zcicha:

  • Po co? Mam przecie na zawoÅanie kamerdyra i dwóch lokai... SprzÄtnÄ jutro...

Poczem, znuÅ&fraq14;ony myÅlami, przytuliÅ gÅowÄ do poduszki, usiÅujÄc zasnÄÄ.


CZÄÅÄ DRUGA

ByÅa wiosna...

Od opisanych zdarzeÅ piÄta juÅ&fraq14; z kolei tak samo urocza zawsze, uÅmiechniÄta i wesoÅa - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodziÅa ona znowu nad Åwiatem. PeÅna w przyszÅoÅÄ wiary i nadziei krzepiÅa serca, rozjaÅniaÅa umysÅy, siaÅa po twarzach ludzkich uÅmiechy radosne, a rozogniajÄc wyobraźniÄ, zmysÅy - upajajÄc swem tchnieniem, majowem, ÅwieÅ&fraq14;em - szÅa zwyciÄska, królewska, wspaniaÅa...

Przez wpóÅprzymkniÄte okno powiew jej, ÅÄcznie z gÅuchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdzieraÅ siÄ do umeblowanego powaÅ&fraq14;nie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazaÅem, a zarzuconem papierami, listami, ksiÄgami i pismami, siedziaÅ Roman DzierÅ&fraq14;ymirski i sÅuchaÅ mówiÄcego coÅ do niego mÅodego mÄÅ&fraq14;czyzny.

Po chwili tenÅ&fraq14;e umilkÅ, w pokoju zapanowaÅa cisza, zamykajÄca snaÄ powaÅ&fraq14;nÄ i czas dÅuÅ&fraq14;szy toczÄcÄ siÄ rozmowÄ.

Roman zamyÅlony, ujÄwszy w dwa palce jakiÅ papier, zÅoÅ&fraq14;ony we czworo, postukiwaÅ nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz zaÅ milczaÅ, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekaÅ cierpliwie, bawiÄc siÄ tymczasowo trzymanem w rÄku noÅ&fraq14;em do rozcinania.

GoÅÄ nieznajomy byÅ niskiego wzrostu; twarz miaÅ myÅlÄcÄ, ruchliwÄ i zmiennÄ, caÅa zaÅ jego powierzchownoÅÄ, wyraźnie zdradzaÄ siÄ zdawaÅa, kogoÅ ze sfer finansów, lub przemysÅu.

PrzeniósÅszy niebawem wzrok z twarzy DzierÅ&fraq14;ymirskiego na otaczajÄce go sprzÄty w gabinecie, pobieÅ&fraq14;nie przyglÄdaÄ mu siÄ zaczÄÅ.

RzuciÅ wiÄc okiem na stojÄcy opodal stóŠduÅ&fraq14;y, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczajÄce go fotele, skórÄ kryte, na dwie, szafy ksiÄÅ&fraq14;ek, zegar - cacko staroÅ&fraq14;ytne; spojrzaÅ na parÄ konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dÅuÅ&fraq14;szem milczeniem gospodarza, zagadnÄÅ:

  • Zatem... panie prezesie?

DzierÅ&fraq14;ymirski ocknÄÅ siÄ, i juÅ&fraq14; otwieraÅ wÅaÅnie usta, by coÅ odrzec, lecz zatrzymaÅ siÄ nagle, drzwi bowiem skrzypnÄÅy, i wszedÅ lokaj, trzymajÄc duÅ&fraq14;y list na tacy.

  • JakiÅ pan to przyniósÅ, czekaÅ bardzo dÅugo, - objaÅniÅ, - w koÅcu kazaÅ mi list oddaÄ jaÅnie panu, a sam poszedÅ...
  • Przepraszam pana!.. - rzuciÅ Roman goÅciowi swemu - pan pozwoli, nieprawdaÅ&fraq14;? - i rozerwaÅ kopertÄ przyniesionego pisma.

SpojrzaÅ na ÄwiartkÄ papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami podpisów.

Lokaj znikÅ tymczasem, a, jednoczeÅnie DzierÅ&fraq14;ymirski, skoÅczywszy czytanie, ponownie zwróciÅ siÄ do goÅcia swego, lecz i tym razem znowu przeszkodzono mu.

KtoÅ pukaÅ do drzwi dyskretnie.

  • ProszÄ!.. - rzekÅ Roman gÅoÅno.

Drzwi roztworzyÅy siÄ szybko. Do gabinetu wszedÅ mÅodzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o powierzchownoÅci wytwornej i paÅskiej, oraz ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prÄdkich.

Przeprosiwszy poÅpiesznie siedzÄcego przemysÅowca, DzierÅ&fraq14;ymirski zerwaÅ siÄ na widok wchodzÄcego.

  • Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, sÅówko tylko jedno - mówiÅ juÅ&fraq14; tymczasem przybyÅy, a ujrzawszy powstajÄcego instynktownie goÅcia, doÅÄ grzecznie rzuciÅ w jego stronÄ.
  • Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundÄ tylko!.. - ujÄwszy zaÅ ramiÄ DzierÅ&fraq14;ymirskiego, nachyliÅ siÄ ku niemu, odprowadziÅ dalej nieco i póÅgÅosem mówiÄ poczÄÅ coÅ, z Å&fraq14;ywoÅciÄ i gestykulacyÄ, stojÄc z nim razem poÅrodku gabinetu.

Po chwili, odprowadzony aÅ&fraq14; do drzwi, z atencyÄ wyraźnÄ, poÅ&fraq14;egnaÅ siÄ serdecznie z Romanem i zniknÄÅ za portyerÄ i drzwiami.

DzierÅ&fraq14;ymirski tymczasem powracaÅ juÅ&fraq14; do goÅcia swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, dodaÅ na pozór niedbale:

  • To wÅaÅnie ksiÄÅ&fraq14;Ä-ordynat B... nie zna pan?... MiaÅ do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wskazaÅ na otrzymanÄ przed chwilÄ korespondencyÄ, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. DziÅ mam piÄÄ sesyj... - ciÄgnÄÅ dalej w tym samym tonie, - tam - uczyniÅ gÅowÄ niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
  • Wobec tego - zatrzymaÅ siÄ znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówiÅ zwolna - czy przyjÄÄ mogÄ tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogÄ !

CieÅ przeszedÅ po obliczu nieznajomego, chciaÅ coÅ zaprotestowaÄ, lecz DzierÅ&fraq14;ymirski juÅ&fraq14; mówiÅ:

  • Przykro mi tylko, iÅ&fraq14; panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieÄ bÄdÄ... - zatrzymaÅ siÄ chwilÄ i wskazaÅ na trzymanÄ do niedawna, w rÄku odezwÄ jednego z pierwszorzÄdnych akcyjnych towarzystw wÄglowych, w której donoszono mu wÅaÅnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczÄcego w komisyi rewizyjnej.
  • Lecz wyznaÄ muszÄ - ciÄgnÄÅ dalej i uÅmiechnÄÅ siÄ przy tem z lekka, - Å&fraq14;e nawet czynnoÅÄ, proponowana mi przez panów, zastaje mnie caÅkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknÄÅ powtórnie uÅmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokÅadnie i zupeÅnie znanych... Terra incognita... - skÅoniÅ gÅowÄ ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie miaÅem jeszcze dotÄd...

I DzierÅ&fraq14;ymirski zamilkÅ na chwilÄ poczem swobodnie dorzuciÅ:

  • Ale! prawda... ZapomniaÅem jeszcze powiedzieÄ szanownemu panu... Za parÄ dni wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;am na czas dÅuÅ&fraq14;szy za granicÄ, dla wypoczynku.

Roman zatrzymaÅ siÄ i pytajÄco spojrzaÅ na goÅcia swego.

  • O!.. to najmniejsza... - odparÅ szybko przemysÅowiec - czynnoÅÄ komisyi w roku bieÅ&fraq14;Äcym wypada dopiero za miesiÄcy kilka, a odbywa siÄ w ogó1e nieczÄsto... Co zaÅ do pierwszego punktu... rzecz to równieÅ&fraq14; maÅej wagi...
  • Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkÄ tak dalece rutynowanÄ, - przepraszam za wyraÅ&fraq14;enie i mÅody czÅowiek uÅmiechnÄÅ siÄ lekko - lecz o czÅowieka tych wpÅywów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kóŠnaszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyÄ sobie potrafiÅ, i które niewÄtpliwie, rzec moÅ&fraq14;na, posiada obecnie juÅ&fraq14; w zupeÅnoÅci...

DzierÅ&fraq14;ymirski teraz z kolei uÅmiechnÄÅ siÄ na tak jasne postawienie kwestyi.

RzeczywiÅcie, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoÅa jeszcze przybyÅ osiedliÄ siÄ w mieÅcie, czyÅ&fraq14;by ÅniÅo siÄ nawet komu przyjÅÄ doÅ z tego rodzaju propozycyÄ. BÅysk zadowolenia miÅoÅci wÅasnej przemknÄÅ w tej chwili po licach DzierÅ&fraq14;ymirskiego.

  • Nie traciÅeÅ czasu daremnie - mówiÅ mu wewnÄtrzny gÅos i uczucie pychy rozpieraÅo piersi.

Milczeniu zalegÅe przerwaÅ tymczasem gÅos przemysÅowca.

  • Zatem - rzecz zaÅatwiona nieprawdaÅ&fraq14;? Pan prezes - przyjmuje?...

DzierÅ&fraq14;ymirski zawahaÅ siÄ sekundÄ jeszcze, pochlebstwo jednak, podane zrÄcznie, dziaÅaÄ poczynaÅo. ZdecydowaÅ siÄ daÄ odpowiedź przychylnÄ.

  • No... trudno!.. - wycedziÅ z wolna, obojÄtnie i z pozornym przymusem. Pomimo obowiÄzków i odpowiedzialnoÅci, które wkÅadajÄ na mnie czynnoÅci i stanowisko przewodniczÄcego w komisyi, przyjÄÄ juÅ&fraq14; chyba muszÄ!..
  • Wybór panów akcyonaryuszów zresztÄ takiego zwiÄzku, jakiem jest Towarzystwo panów - tu Roman skÅoniÅ siÄ grzecznie w stronÄ goÅcia swego, a bÄdÄcego - ciÄgnÄÅ dalej - bez pochwaÅ i przesady, w rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzÄdnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i DzierÅ&fraq14;ymirski w tem miejscu przemówienia swego pochyliÅ z lekka gÅowÄ. - Co zaÅ do czynnoÅci rewizyjnych, mam nadziejÄ równieÅ&fraq14; - koÅczyÅ - iÅ&fraq14; chyba im podoÅam, tymbardziej - uÅmiechnÄÅ siÄ tym razem nieco dumnie - Å&fraq14;e zajÄÄ bardzo podobnych, choÄ tak róÅ&fraq14;norodnych, piastujÄ od pewnego czasu moc niezliczonÄ...
  • O, naturalnie! - przyÅwiadczyÅ goÅÄ skwapliwie, - zresztÄ przyjemnoÅÄ miaÅem powiedzieÄ juÅ&fraq14; panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, Å&fraq14;e zdaniem jest jednogÅoÅnem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, iÅ&fraq14; w caÅem mieÅcie nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynnoÅÄ wzmiankowanÄ objÄÄ zdoÅaÅ.

DzierÅ&fraq14;ymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochyliÅ tylko gÅowÄ i powstaÅ z siedzenia.

GoÅÄ jednoczeÅnie z krzesÅa zerwaÅ siÄ szybko.

  • DziÄkujÄ i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniÄdz, a przysÅowie to nigdzie chyba lepiej, niÅ&fraq14; tutaj, zastosowanem byÄ nie moÅ&fraq14;e.
  • ProszÄ wyraziÄ tymczasowo moje podziÄkowanie panom z Rady ZarzÄdzajÄcej,- odparÅ uprzejmie DzierÅ&fraq14;ymirski. - W sprawie tej zresztÄ wpadnÄ osobiÅcie do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
  • SÅuga paÅski!.. - rzuciÅ jeszcze przybyÅy w ukÅonie i w Ålad za tem znikÅ za drzwiami. DzierÅ&fraq14;ymirski krokiem miarowym przechadzaÄ siÄ poczÄÅ po pokoju.
  • WiÄc i ta akcyjna spóÅka wÄglowa - myÅlaÅ - obracajÄca kapitaÅami, najpotÄÅ&fraq14;niejszymi moÅ&fraq14;e w kraju, ceniona, znana, wybraÅa go równieÅ&fraq14;! WiÄc i oni doÅ przyszli! WpoÅród siebie nie znaleźli nikogo, godniejszego, by piastowaÄ urzÄd, tak peÅen zaufania!.. - w umyÅle Romana bezustannie nad innemi górowaÅo wraÅ&fraq14;enie wizyty ostatniej.

Duma wciÄÅ&fraq14; rozsadzaÅa mu piersi, uÅmiech zadowolenia bÅÄkaÅ siÄ po ustach; Roman, zamyÅlony, przebiegaÅ ciÄgle swój gabinet wielkimi krokami.

Nagle rozmyÅlanie to, tak wielce dlaÅ miÅe, przerwane zostaÅo wejÅciem lokaja.

  • JakaÅ nieznajoma pani w Å&fraq14;aÅobie chce widzieÄ siÄ z jaÅnie panem
  • zaanonsowaÅ.
  • Jak siÄ nazywa?
  • Oto bilet, jaÅnie panie...

DzierÅ&fraq14;ymirski wziÄÅ z rÄk sÅugi kartkÄ brystolu i przeczytaÅ wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziaÅo mu ono.

  • ProÅ! - rzekÅ krótko.

Lokaj wyszedÅ, a DzierÅ&fraq14;ymirski zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ z wolna do swego biurka i usiadÅ przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leÅ&fraq14;Äce tam porozrzucane papiery.

  • A... prawda!.. - mruknÄÅ póÅgÅosem do siebie i siÄgnÄÅ jednoczeÅnie po papier listowy, oraz kopertÄ.

Przed nim, jako wice - prezesem zakÅadów dobroczynnych, leÅ&fraq14;aÅ list znanego w mieÅcie i wpÅywowego ksiÄcia S., z proÅbÄ o umieszczenie w jednym z przytuÅków jakiegoÅ schorzaÅego biedaka.

Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którÄ dnia poprzedniego sam juÅ&fraq14; zaÅatwiÅ osobiÅcie - nie daÅ jeszcze ksiÄciu; umoczywszy wiÄc pióro, Roman poczÄÅ pisaÄ zamaszyÅcie.

W tej samej chwili do komnaty wsunÄÅa siÄ przysadzista, krÄpa postaÄ czarno ubranej kobiety. MaÅymi kroczkami podeszÅa natychmiast do biurka i przemówiÅa gÅoÅno:

  • Przepraszam bardzo, Å&fraq14;e tak natarczywie...

DzierÅ&fraq14;ymirski, niezadowolony nieco, Å&fraq14;e mu tak z nagÅa przerwano wÄtek listu, spojrzaÅ niechÄtnie z pod oka na nowo przybyÅÄ.

Przed nim staÅa kobieta lat piÄÄdziesiÄciu moÅ&fraq14;e, o znÄkanych rysach, ubrana nieco z staroÅwiecka, doÅÄ zresztÄ poza tem ukÅadnej powierzchownoÅci.

  • Niech pani spocznie, proszÄ... za chwilÄ sÅuÅ&fraq14;Ä! - rzekÅ uprzejmie i poczÄÅ pisaÄ znowu.
  • Doprawdy nie rozumiem sama, jak oÅmieliÅam siÄ przyjÅÄ tutaj, ale szlachetnoÅÄ, zacnoÅÄ szanownego prezesa... - usÅyszaÅ znowu Roman.

Niecierpliwie tym razem wzniósÅ na przybyÅÄ spojrzenie i przerwaÅ jej grzecznie, lecz sucho:

  • Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajÄty jestem... Wszak pani nie pilno?..
  • O, nie... przeciwnie... Tylko...

Roman spuÅciÅ oczy i myÅlÄce czoÅo, oraz poczÄÅ pisaÄ dalej, najspokojniej w Åwiecie. W pokoju zalegÅo milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.

Gdy DzierÅ&fraq14;ymirski list skoÅczyÅ, podniósÅ machinalnie oczy na nieznajomÄ.

UÅmiechnÄÅ siÄ mimo woli; spotkaÅ siÄ bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem zÅem i jakby obraÅ&fraq14;onem, które pod niespodzianym wzrokiem jego zÅagodniaÅo jednak natychmiast, przeistoczyÅo siÄ w sÅodkie i potulne, jak u baranka.

Zaadresowawszy list, DzierÅ&fraq14;ymirski zadzwoniÅ na lokaja. Gdy ten siÄ zjawiÅ, poleciÅ mu odesÅaÄ pismo natychmiast.

  • Czy jest kto? - zapytaÅ.
  • Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiaÅa odpowiedź.
  • Powiedz, Å&fraq14;e przepraszam, i za chwilÄ go proszÄ! - rozkazaÅ Roman, gdy zaÅ lokaj znikÅ za drzwiami, uprzejmie z kolei zwróciÅ siÄ do nieznajomej.
  • SÅucham paniÄ... Czem sÅuÅ&fraq14;yÄ mogÄ?

PrzybyÅa poprawiÅa siÄ na krzeÅle, zrobiÅa minÄ sÅodszÄ jeszcze, i zmieszana nieco przemówiÅa:

  • Mój mÄÅ&fraq14;, znajÄc tak dobrze szanownego pana prezesa, tak czÄsto wspominaÅ mi o jego szlachetnoÅci, zacnoÅci, dobrem sercu, Å&fraq14;e... - tu przerwaÅa na chwilÄ, widzÄc zdumionÄ minÄ DzierÅ&fraq14;ymirskiego, poczem ciÄgnÄÅa znów dalej, straciwszy widocznie wÄtek poprzednich myÅli, bo nie dokoÅczyÅa juÅ&fraq14; poprzedniego zdania:
  • Mój mÄÅ&fraq14;, Nepomucyn, zawsze mawiaÅ mi takich ludzi potrzeba nam wiÄcej, jak prezes DzierÅ&fraq14;ymirski; ludzi hartu, Å&fraq14;elaznej woli, inteligencyi rzutkiej, prawoÅci charakteru... O, mój mÄÅ&fraq14; bardzo, bardzo ceniÅ pana prezesa... - i zawikÅawszy siÄ ponownie w wygÅaszane przez siÄ pochwaÅy, nieznajoma zatrzymaÅa siÄ chwilÄ.

DzierÅ&fraq14;ymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystaÅ skwapliwie z przerwy.

  • Przepraszam paniÄ - spytaÅ grzecznie - jak godnoÅÄ i imiÄ mÄÅ&fraq14;a pani? Czy Å&fraq14;yje?...
  • Nepomucyn Wygrzywalski - odparÅa zapytana - zmarÅ rok temu... ÅwieÄ, Panie, nad jego duszÄ! - westchnÄÅa.

DzierÅ&fraq14;ymirski zmarszczyÅ brwi i zamyÅliÅ siÄ chwilÄ.

  • Nie przypominam sobie, bym miaÅ przyjemnoÅÄ znaÄ osobÄ tego nazwiska... - wycedziÅ z wolna.

Z pod uÅmiechniÄtych sÅodkawo i mile, siÅÄ woli uÅoÅ&fraq14;onych rysów przybyÅej, bÅysÅo ku Romanowi uraÅ&fraq14;one i groźne spojrzenie.

  • Jak to ? - odezwaÅa siÄ obraÅ&fraq14;onym nieco i kwaskowatym jakby tonem.
  • ByÄ nie moÅ&fraq14;e ?.. Pan prezes chyba przypomnieÄ sobie tylko nie raczy...
  • A jak dawno? - Åagodniej nieco przemówiÅ DzierÅ&fraq14;ymirski. - I ile razy - sÅowa ostatnie podkreÅliÅ, uÅmiechnÄwszy siÄ ironicznie - widziaÅ mnie mÄÅ&fraq14; pani?
  • O! kilka razy zaledwie miaÅ sposobnoÅÄ... - poÅpieszyÅa z odpowiedziÄ przybyÅa. - Dwa, trzy moÅ&fraq14;e... Ale widzenie siÄ to byÅo dlaÅ przyjemnem nad wyraz - utkwiÅo mu w pamiÄci...
  • Ach, mÄÅ&fraq14; mówiÅ mi tyle razy - ciÄgnÄÅa dalej sÅodkawo, z wymuszonym okolicznoÅciowym uÅmiechem, - Å&fraq14;e, naturalnie, poza zasÅugami spoÅecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miÅego czÅowieka, jak pan, nie znaÅ byÅ dotÄd, i dla tego teÅ&fraq14; myÅlaÅam, Å&fraq14;e i pan prezes... - tu urwaÅa swe przemówienie pani Wygrzywalska, ÅledzÄc na twarzy Romana wraÅ&fraq14;enie sÅów swoich.

Ten jednakÅ&fraq14;e, zraÅ&fraq14;ony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiÄÅ, ni przyÅataÅ, pochlebstwami juÅ&fraq14; powtórnie, i caÅkiem notabene, niezrÄcznie, odrzekÅ zimno:

  • O, proszÄ pani... Ja widujÄ po trzydzieÅci, czterdzieÅci interesantów dziennie... PoÅowa z nich nieznanÄ mi bywa zazwyczaj - liczbie tych wiÄc znajdowaÅ siÄ zapewne mÄÅ&fraq14; pani... Dlatego teÅ&fraq14; nie przypominam go sobie.

Jak pocisk zjadliwe tym razem i caÅkiem juÅ&fraq14; obraÅ&fraq14;one uderzyÅo w lica DzierÅ&fraq14;ymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.

  • Dziwi mnie to niewymownie, Å&fraq14;e tak uporczywie pan prezes przypomnieÄ sobie mego mÄÅ&fraq14;a nie raczy... - odezwaÅa siÄ uszczypliwie, a w glosie jej czuÄ byÅo ÅmiertelnÄ obrazÄ.
  • PrzecieÅ&fraq14; ostatecznie - mówiÅa w tym samym tonie dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mieÅcie znaÅo duÅ&fraq14;o osób... Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacnoÅci i poczciwoÅci ludzie, z którymi mnie ÅÄczy nawet stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicÄ wczoraj wÅaÅnie... NastÄpnie równieÅ&fraq14; i nieodÅ&fraq14;aÅowanej pamiÄci ksiÄÅ&fraq14;Ä Topór-Toporski Alfred tak Åaskaw byÅ za Å&fraq14;ycia opiekowaÄ siÄ nami... - koÅczyÅa przybyÅa z godnoÅciÄ.
  • Chce zaimponowaÄ mi znajomoÅciÄ z ksiÄÅ&fraq14;Ätami, a to oryginaÅ baba, - przemknÄÅo przez myÅl DzierÅ&fraq14;ymirskiemu i uÅmiechnÄÅ siÄ jednoczeÅnie, zrobiÅ bowiem i innÄ w tej chwili uwagÄ, a mianowicie, Å&fraq14;e jakoÅ za wiele byÅo nieboszczyków w gronie ludzi, na których powoÅywaÅa siÄ siedzÄca przed nim jejmoÅÄ.

ChcÄc przytem przeciÄÄ zarazem zapowiadajÄcÄ siÄ prawdopodobnie znów na dÅugo tyradÄ sÅów, pozbawionych, jak i poprzednie, ÅcisÅej logiki, rzekÅ szybko:

  • Przepraszam bardzo: Nie mogÅa by mnie szanowna pani powiadomiÄ jednak, czemu wÅaÅciwie zawdziÄczam jej wizytÄ?

Na tak jasno postawione ultimatum zmieszaÅa siÄ przybyÅa i wyjÄkaÅa:

  • Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczÄÅliwa, zdobyÅam siÄ na takÄ ÅmiaÅoÅÄ... Ale, przynaglona materyalnem poÅoÅ&fraq14;eniem bez wyjÅcia, ufajÄc w przyjaźÅ, którÄ Å&fraq14;ywiÅ mój mÄÅ&fraq14; nieboszczyk do pana prezesa, chciaÅam prosiÄ o drobnÄ poÅ&fraq14;yczkÄ... - urwaÅa na chwilÄ, poczem gÅosem ÅmiaÅym juÅ&fraq14; teraz i godnoÅci peÅnym, dodaÅa:
  • Co do oddania - nie moÅ&fraq14;e byÄ obawy Å&fraq14;adnej, poniewaÅ&fraq14; ludzie mnie znajÄ... A zresztÄ... - tu uÅmiechnÄÅa siÄ z dumnÄ - pochodzÄ sama z arystokracyi, wiÄc...

To "wiÄc" byÅo wypowiedziane takim tonem, iÅ&fraq14; rozwiewaÄ siÄ zdawaÅo wszelkie co do zwrócenia kwoty wÄtpliwoÅci; jejmoÅÄ nie dokoÅczyÅa zdania, a spojrzaÅa tylko przenikliwie na sÅuchacza swego, jakby pragnÄc odgadnÄÄ, jakie wraÅ&fraq14;enie naÅ uczyniÅo powiedzenie jej ostatnie.

DzierÅ&fraq14;ymirski zaÅ tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, uÅmiechnÄÅ siÄ pod wÄsem nieznacznie.

  • Czy wolno wiedzieÄ - z której? - z kurtuazyÄ zapytaÅ.
  • RodzÄ siÄ z domu kniaziówna RÄrowska - z godnoÅciÄ i namaszczeniem odparÅa dumnie wdowa.

DzierÅ&fraq14;ymirski ponownie uÅmiechnÄÅ siÄ z ironiÄ. Rodzina ta prawie, Å&fraq14;e juÅ&fraq14; caÅkiem wygasÅa, aczkolwiek dawna bardzo, wedÅug heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miaÅa praw do Å&fraq14;adnych w ogóle tytuÅów, prócz kopertowych chyba.

SÅyszÄc zatem wypowiedziane tak czelne kÅamstwo, Roman nie odpowiedziaÅ nic, a tylko wpatrzyÅ siÄ badawczo, z uwagÄ, w twarz siedzÄcej przed nim kobiety.

Od poczÄtku juÅ&fraq14; samego dziwiÅy go jej rozmowa i zachowanie caÅe, teraz wiÄc, gdy wiedziaÅ cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywaÅ siÄ wciÄÅ&fraq14; w rysy przybyÅej. TrwaÅo tak minut parÄ.

I pod spojrzeniem tem nagle spuÅciÅa wzrok kobieta...

Po raz pierwszy od kwadransa spadÅa z twarzy jej obÅudna, faÅszywa i ukÅadna, a przyodziana li tylko w imiÄ pozorów, maska. Zorane policzki wdowy okrasiÅ lekki rumieniec, a pod wpÅywem jakiejÅ myÅli zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignÄÅ na chwilÄ przed oczyma obserwujÄcego mÄÅ&fraq14;czyzny.

I to ocaliÅo nieboraczkÄ. Zniecierpliwiony bowiem dotÄd obecnoÅciÄ jej Roman, i zdecydowany juÅ&fraq14; prawie wyprosiÄ za drzwi kniaziównÄ "de domo", zamyÅliÅ siÄ nagle.

Po chwili zaÅ, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyÅej, byÅ dlaÅ wystarczajÄcym zupeÅnie, spuÅciÅ wzrok.

I snaÄ wiele niekÅamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczÄÅcia prawdziwego moÅ&fraq14;e wyczytaÅ byÅ na tej twarzy goÅcia swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milczÄc, siÄgnÄÅ rÄkÄ klamki drzwiczek wbitej w Åcianie ogniotrwaÅej kasy, i - wyjÄwszy stamtÄd papierek dziesiÄciorublowy, poÅoÅ&fraq14;yÅ go na stole.

PosunÄwszy zaÅ banknot ten z lekka ku siedzÄcej, rzekÅ tylko:

  • SÅuÅ&fraq14;Ä pani!

Poczem, gdy pieniÄdz ów schowaÅa, obsypujÄc ofiarodawcÄ swego potokiem sÅodko przyprawionych komunaÅów, zadzwoniÅ na lokaja:

PosÅuszny, zjawiÅ siÄ sÅuga za chwilÄ.

  • ProÅ pana hrabiego! - rozkazaÅ DzierÅ&fraq14;ymirski.
  • JuÅ&fraq14; wyszedÅ. MówiÅ, Å&fraq14;e wpadnie kiedy indziej, bo czekaÄ wiÄcej nie miaÅ czasu... KazaÅ przeprosiÄ jaÅnie pana, bardzo i zostawiÅ tu bilet swój, na którym coÅ napisaÅ, - i przy tych sÅowach lokaj podaÅ bilet.

Roman rzuciÅ naÅ okiem...

Pani Wygrzywalska jednak przerwaÅa mu czytanie. Do swej roli wracaÅa powtórnie.

  • Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczÄÅa mówiÄ swym poprzednim tonikiem - ale wiedzieÄ chciaÅam wÅaÅnie, jak adresowaÄ mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniaÅomyÅlnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes podobno na dÅugo wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;a?..

Roman na te sÅowa uÅmiechnÄÅ siÄ zÅoÅliwie i odparÅ:

  • O, Åaskawa pani ! Adresem zupeÅnie dostatecznym bÄdÄ dwa sÅowa : "R. DzierÅ&fraq14;ymirski." Å»egnam paniÄ... - tu powstaÅ z siedzenia i skÅoniÅ siÄ z daleka.

PoÅ&fraq14;egnany z kolei ukÅonem sztywnym nieco odchodzÄcej "pseudo-arystokratki", DzierÅ&fraq14;ymirski zwróciÅ siÄ do lokaja:

  • Jest kto? - zapytaÅ.
  • JakiÅ pan powiada, Å&fraq14;e jaÅnie pana zna dawno, chce siÄ widzieÄ koniecznie.
  • Jak wyglÄda?
  • Taki sobie... nie bardzo pokaźny...

Codziennie, od dziewiÄtej do dwunastej z rana, kaÅ&fraq14;dy miaÅ wstÄp wolny do "pana prezesa". DzierÅ&fraq14;ymirski nie odstÄpowaÅ nigdy od powziÄtej raz reguÅy, tym razem wiÄc zarówno rzuciÅ obojÄtnie:

  • ProÅ!..

Sam zaÅ do biurka zasiadÅ, by skoÅczyÄ czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.

MinÄÅo parÄ minut.

Zaczytany, nie spostrzegÅ byÅ Roman, Å&fraq14;e na Årodku pokoju od pewnego juÅ&fraq14; czasu staÅ mÅody czÅowiek, lat okoÅo trzydziestu piÄciu, i patrzyÅ naÅ uporczywie.

Pod siÅÄ tego wzroku podniósÅ oczy DzierÅ&fraq14;ymirski, a ujrzawszy przybysza zbladÅ; poznaÅ go bowiem od razu, nie daÅ jednak poznaÄ tego po sobie, nie podniósÅ siÄ z miejsca nawet, a tylko ruchem rÄki obojÄtnym wskazaÅ krzesÅo.

  • ProszÄ pana... Przepraszam... za chwilÄ... Nieznajomy zarumieniÅ siÄ, nie rzekÅszy nic jednak, usiadÅ pokornie na koniuszczku stoÅka, DzierÅ&fraq14;ymirski zaÅ siÄgnÄÅ po jakieÅ ksiÄgi, leÅ&fraq14;Äce - opodal i zagÅÄbiÅ siÄ w nich, ze skupieniem.

Ale tylko na pozór... W rzeczywistoÅci zaÅ potrzebowaÅ czasu, by ochÅonÄÄ z doznanego przed chwilÄ wraÅ&fraq14;enia.

Przed nim znajdowaÅ siÄ towarzysz, niewidziany juÅ&fraq14; od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi siÄ byÅ zbrataÅ, przyjechawszy niegdyÅ do kraju sam, nieznany i biedny!..

I nagle, wywoÅane przypomnieniem, stanÄÅy mu w myÅli jasno te chwile dawne !.. UkazaÅa mu siÄ Å&fraq14;ywo w wyobraźni straszna noc moralnego przeÅomu jego Å&fraq14;ycia, noc udrÄczeÅ w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwoÅciÄ z jednej strony, a nÄdzÄ, uÅudÄ miÅoÅci, pragnieniem Å&fraq14;ycia - z drugiej!...

Wszak siedzÄcy oto teraz przed nim mÅody czÅowiek byÅ jednym z tych dwóch wÅaÅnie, którzy, gdy on nurzaÅ rÄce w kuszÄcem go swÄ potÄgÄ zÅocie, stukaniem nagÅem we drzwi izdebki wstrzÄsnÄli nim tak silnie...

I Roman, przebiegajÄc spojrzeniem w duchu to wszystko, mówiÅ do siebie jednoczeÅnie:

  • Dziwnem jednak jest to Å&fraq14;ycie nasze... O, jakÅ&fraq14;e dziwnem !.. Gdyby nie to zÅoto, a później Monte Carlo, Ola i ÅmierÄ jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie byÅbym przecie nigdy tem, czem dziÅ jestem!..

Przepastna ironia - koÅo bez wyjÅcia!..

DzierÅ&fraq14;ymirski, pochylony nad grubÄ ksiÄgÄ, której cyfr i kolumn ich nie widziaÅ zgoÅa - pogrÄÅ&fraq14;onym siÄ ciÄgle byÄ zdawaÅ caÅkowicie, w rachunku i pracy.

Milczenie zupeÅne - panowaÅo w pokoju, w ciszy zegar wydzwoniÅ niebawem godzinÄ wpóŠdo dwunastej. Roman siÄ ocknÄÅ; zostawaÅo mu juÅ&fraq14; tylko póŠgodziny czasu. UczyniÅ nad sobÄ wysiÅek i gÅosem spokojnym zupeÅnie przemówiÅ obojÄtnie:

  • Z kim mam przyjemnoÅÄ i czem sÅuÅ&fraq14;yÄ mogÄ?..
  • Herman ZieliÅski. Czy pan.. prezes naprawdÄ mnie sobie nie przypomina? - odparÅ mÅody czÅowiek dobitnie.

DzierÅ&fraq14;ymirski zawahaÅ siÄ chwilÄ.

  • ZieliÅskich znam wielu - rzekÅ z wolna - nazwisko paÅskie ma przedstawicieli tak licznych... ZresztÄ... moÅ&fraq14;e... Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...
  • Ja za to - odpowiedziaÅ mÅodzieniec, akcentujÄc silnie sÅowa - przypominam sobie aÅ&fraq14; nadto dobrze... PoznaliÅmy siÄ przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio ZboiÅski stanowiliÅmy przez czas jakiÅ nierozerwalnÄ nawet trójkÄ. Potem... pan przestaÅeÅ stopniowo nas poznawaÄ... Kolej to zwykÅa rzeczy Åwiata tego, prawo ludzkie - byÄ moÅ&fraq14;e... Pan wznosiÅeÅ siÄ po drabinie spoÅecznej wysoko, my ginÄliÅmy w cieniu... Pan dosiÄgÅeÅ jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zostaÅem u jej podnóÅ&fraq14;a...

ZatrzymaÅ siÄ w przemówieniu swem mÅody czÅowiek, po chwili zaÅ dodaÅ; z goryczÄ:

  • Jednak... myÅlaÅem, Å&fraq14;e pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie przypomnieÄ. CóÅ&fraq14; robiÄ - omyliÅem siÄ!.. - mÅodzieniec powstaÅ, gotów do wyjÅcia.
  • Ale cóÅ&fraq14; znowu !.. - wykrzyknÄÅ sÅuchajÄcy go dotÄd w milczeniu wahajÄcem siÄ DzierÅ&fraq14;ymirski, a zarazem, powstawszy Åpiesznie z miejsca, przyjaźnie wyciÄgnÄÅ rÄkÄ ku przybyÅemu.
  • Witam i przepraszam... PamiÄtam te czasy doskonale, tylko pan zmieniÅeÅ siÄ do niepoznania. CóÅ&fraq14; ZboiÅski, cóÅ&fraq14; pan - porabiacie teraz?.. NiechÅ&fraq14;e pan spocznie, proszÄ bardzo... - dorzuciÅ Roman Åaskawie i swobodnie, teraz bowiem panowaÅ juÅ&fraq14; caÅkiem nad sobÄ.

ZieliÅski, poznany, usiadÅ i oÅmielony odparÅ:

  • Cieszy mnie niewymownie, Å&fraq14;e pan przypominasz sobie lata owe.. Dla mnie, wyznaÄ muszÄ, okres ten caÅy Å&fraq14;ycia mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwaÅ, i uÅmiechnÄwszy siÄ ironicznie, zachowujÄc jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzuciÅ dobitnie:
  • Ba, dawniej przecie my ze ZboiÅskim, we trójkÄ, mówiliÅmy sobie "ty" nawet!
  • CóÅ&fraq14; pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwaÅ DzierÅ&fraq14;ymirski poÅpiesznie, niechcÄcy jakby, puszczajÄc mimo uszu ostatniÄ uwagÄ.
  • Rad jestem niezmiernie z widzenia siÄ naszego, z przyjemnoÅciÄ usÅuÅ&fraq14;Ä, jeÅli bÄdÄ mógÅ to uczyniÄ...- dodaÅ jeszcze, jak mógÅ najprzychylniej.

ChoÄ zmroÅ&fraq14;ony nieco poczÄtkiem zdania, ZieliÅski spojrzaÅ przyjaźnie na Romana, poczem odezwaÅ siÄ:

  • DziÄkujÄ, i zobowiÄzany jestem panu bardzo, bardzo, panie... prezesie!., - uÅmiechnÄÅ siÄ znowu, z goryczÄ - poczÄtkowo jednak winienem w krótkich sÅowach objaÅniÄ go nieco o poÅoÅ&fraq14;eniu mem obecnem.
  • SÅucham - przerwaÅ szybko DzierÅ&fraq14;ymirski i spojrzaÅ na wiszÄcy maÅy zegarek, wskazujÄcy w tej chwili trzy kwadranse na dwunastÄ.

ZieliÅski dostrzegÅ ruch jego.

  • O! to niedÅugo potrwa! - poÅpieszyÅ z zapewnieniem.
  • Nic nie szkodzi, proszÄ bardzo... - odparÅ Roman. - O pierwszej mam waÅ&fraq14;nÄ sesyÄ, a Å&fraq14;e wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;am juÅ&fraq14; za dni parÄ, obecnoÅÄ moja jest tam bez opóźnienia koniecznÄ. Ale... sÅucham pana... - powtórzyÅ znowu uprzejmie.
  • OtóÅ&fraq14; wiÄc, streszczam - rzekÅ ZieliÅski.
  • Å»ycie moje odmiennem potoczyÅo siÄ korytem od Å&fraq14;ycia paÅskiego, a nawet ZboiÅskiego Jana. Pan - nie ma co mówiÄ o tem ; caÅe miasto godzi siÄ jednogÅoÅnie, Å&fraq14;e o zdolniejszego i bardziej wpÅywowego zarazem czÅowieka u nas trudno... ZboiÅski jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu siÄ niezgorzej, a ja... - tu ZieliÅski zatrzymaÅ siÄ chwilÄ - zostaÅem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któÅ&fraq14; odgadnie ?.. ZdawaÅoby siÄ, Å&fraq14;e los nie poskÄpiÅ mi zdolnoÅci; szkoÅy ukoÅczyÅem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie obdarzyÅ mnie szczÄÅciem do Å&fraq14;ycia! - MÅody czÅowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówiÄ przestaÅ.
  • Trzy lata temu - ciÄgnÄÅ dalej niebawem - oÅ&fraq14;eniÅem siÄ z miÅoÅci, bez grosza... - rysy, doÅÄ regularne ZieliÅskiego oÅ&fraq14;ywiÅy siÄ promieniem wewnÄtrznym - kochaÅem jÄ, tÄ mojÄ ManiutÄ, tak, jak kocham jÄ do dziÅ dnia jeszcze, choÄ jak nie miaÅa, tak i nie ma ani szelÄga posagu!.. Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz goÅcia Romana zasÄpiÅa siÄ smutnie, zatrzymaÅ siÄ, jakby trudno mu byÅo wykrztusiÄ resztÄ, czoÅo zaÅ biaÅe pociemniaÅo mu od rumieÅca - jednem sÅowem - dokoÅczyÅ - w domu u mnie - nÄdza!..

UmilkÅ, nie podnoszÄc oczu. Po dÅuÅ&fraq14;szej chwili, ciÄgnÄÅ:

  • Pomny naszej dawnej znajomoÅci, przyszedÅem tu, do pana prezesa, z pokornÄ proÅbÄ o posadÄ, o pracÄ, choÄ byle jakÄ, ale - pÅatnÄ, o zarobek, bo jaÅmuÅ&fraq14;ny nie zwykÅem przyjmowaÄ!.. Byle z gÅodu nie umrzeÄ... byle osÅodziÄ Å&fraq14;ycie tej kobiecie, która mnie kocha, a której doli dotÄd w Å&fraq14;adny sposób ulÅ&fraq14;yÄ nie mogÄ!.. - wyrzuciÅ z siebie z mocÄ.

ZamilkÅ i wstydzÄc siÄ jakby sÅów wÅasnych, nie podnosiÅ juÅ&fraq14; wcale oczu na Romana.

DzierÅ&fraq14;ymirski zaÅ z kolei przez czas ten caÅy ÅledziÅ sÅowa i grÄ fizyonomii ZieliÅskiego, a w myÅlach jego równoczeÅnie stanÄÅ wyraźnie kontrast raÅ&fraq14;Äcy, peÅny ironii, miÄdzy Å&fraq14;yciem jego, a Å&fraq14;yciem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popÅaca byÄ idealistÄ!

OÅ&fraq14;eniÅ siÄ bez majÄtku... No, a gdyby tak on, Roman DzierÅ&fraq14;ymirski, zgrzeszyÅ byÅ idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbyÅ siÄ przed laty nietkniÄtych banknotów i oÅ&fraq14;eniÅ siÄ nastÄpnie z jakÄ dziewczynÄ zupeÅnie biednÄ ?..

  • No, w kaÅ&fraq14;dym bÄdź razie, jakoÅ daÅbym tam sobie radÄ! - odpowiedziaÅo coÅ butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolÄ, rozum, rzutkoÅÄ, dar oryentowania siÄ trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochÄ... gÅupi!
  • Ale czysty ! - ukÅuÅo coÅ, jakby Å&fraq14;ÄdÅem Romana. SpuÅciÅ gÅowÄ i sÅuchajÄc dalej losów kolegi ZieliÅskiego, mówiÅ sobie zarazem:
  • Jednak pomóc trzeba... naleÅ&fraq14;y. Dla wspomnieÅ, no, i dla zasady.

Gdy zaÅ dawny towarzysz mówiÄ juÅ&fraq14; przestaÅ, odezwaÅ siÄ z kolei:

  • WiÄc Å&fraq14;yczyÅby pan sobie otrzymaÄ zapewne miejsce na kolei, gdzie jestem prezesem... Niestety, nie mogÄ, postanowiÅem bowiem podczas caÅego trwania tam moich rzÄdów, od siebie nie narzucaÄ nikogo... Ale mógÅbym pomieÅciÄ pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-PrzemysÅowym, na przykÅad, naleÅ&fraq14;Ä do zarzÄdu... Czy znane sÄ panu: rachunkowoÅÄ kupiecka, buchalterya i jÄzyki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a moÅ&fraq14;e i angielski`?..
    • Niestety, nie! - odparÅ ZieliÅski. - Fachowego wyksztaÅcenia nie posiadam, gimnazya klasyczne zaÅ i wydziaÅ prawny uniwersytetu nie wyszkoliÅy mnie dostatecznie w Å&fraq14;adnym z nowoÅ&fraq14;ytnych jÄzyków europejskich... Co innego grecki i Åacina... Co siÄ zaÅ tyczy rachunkowoÅci, poza arytmetykÄ i matematykÄ wyÅ&fraq14;szÄ, t. j. algebrÄ, geometryÄ, trygonometryÄ, innÄ sÅuÅ&fraq14;yÄ nie mogÄ...

I machnÄwszy przy tych sÅowach rÄkÄ, w zniechÄceniu, mÅodzieniec, westchnÄwszy smutnie, dodaÅ.

  • ZresztÄ, panie prezesie, mówiÄc szczerze caÅkiem, przekonywam siÄ teraz coraz bardziej, iÅ&fraq14; szkoÅy nie daÅy mi zgoÅa Å&fraq14;adnej nauki Å&fraq14;yciowej i praktycznej.
  • Ma pan sÅusznoÅÄ, zapewne... - potwierdziÅ Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieÅcie ludzi fachowych, zajechaÅbyÅ pan ze swym dyplomem, ale nie martw siÄ pan... SpotkaÅeÅ mnie na swej drodze. Ja zaprotegujÄ pana po pierwsze w imiÄ lat dawnych, po drugie, Å&fraq14;e naleÅ&fraq14;ysz pan, jak widzÄ, do prawdziwie potrzebujÄcych pracy! - ostatnie sÅowa silniej zaakcentowaÅ DzierÅ&fraq14;ymirski. - Czy Åadny i czytelny masz pan charakter pisma?
  • Owszem, staranny i czytelny w zupeÅnoÅci! - poÅpieszyÅ z odpowiedziÄ Herman.
  • No, to dobrze - odparÅ Roman, i przy tych sÅowach siÄgnÄÅ do stojÄcego na biurku pudeÅeczka po bilet wizytowy. - NapiszÄ sÅówko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ÅcisÅych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówiÄ - odmówiÄ mi nie moÅ&fraq14;e... Od pierwszego przyszÅego miesiÄca dadzÄ panu posadÄ. Przypuszczam, iÅ&fraq14;... na poczÄtek z jakieÅ 500 rubli... BÄdziesz pan obrachowywaÅ, sprawdzaÅ, a potem przepisywaÅ zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak siÄ pan zaÅ wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobiÄ, iÅ&fraq14; dadzÄ panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan wiÄcej. Zgoda?...
  • AleÅ&fraq14; naturalnie - dziÄkujÄ stokrotnie, dziÄkujÄ po tysiÄc razy! WdziÄcznoÅÄ moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy siÄ z krzesÅa, ZieliÅski, wzruszony i uradowany, uÅcisnÄÅ z przejÄciem dÅoÅ Romana.

Ten ostatni, napisawszy sÅów kilka, zapieczÄtowaÅ list i powstaÅ, a podajÄc go mÅodemu czÅowiekowi, rzekÅ:

  • Å»yczÄ szczÄÅcia i powodzenia!.. Bardzo kontent równieÅ&fraq14; jestem, Å&fraq14;e pan zwróciÅeÅ siÄ bezpoÅrednio do mnie, i Å&fraq14;e znajomoÅÄ naszÄ odnowiliÅmy znowu... Doktorowi ZboiÅskiemu moje ukÅony, gdy go pan zobaczysz!..

I Roman ZieliÅskiemu podaÅ rÄkÄ.

  • DziÄkujÄ... Nie zapomnÄ tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepÅem w gÅosie odparÅ mÅodzieniec, ÅciskajÄc dÅoÅ dawnego swego towarzysza.

DzierÅ&fraq14;ymirski odprowadziÅ go uprzejmie do drzwi, a gdy z ZieliÅskim znikÅo mu z przed oczu przeszÅoÅci widmo, odetchnÄÅ swobodniej, i zadzwoniÅ na, lokaja.

Ten zjawiÅ siÄ natychmiast, niosÄc w rÄku tacÄ z kilkoma biletami.

  • CzekajÄ jeszcze? - zapytaÅ Roman, i spojrzaÅ pobieÅ&fraq14;nie na bilety, a równoczeÅnie wyjÄÅ z kieszeni zegarek, wskazujÄcy juÅ&fraq14; parÄ minut po dwunastej.
  • PrzeproÅ tych panów i powiedz, Å&fraq14;e dziÅ za późno!.. - rzuciÅ czekajÄcemu sÅudze.

Lokaj wyszedÅ, a DzierÅ&fraq14;ymirski przechadzaÄ siÄ poczÄÅ z wolna po pokoju i cygaro zapaliÅ, wypuszczajÄc od niechcenia z ust maÅe kóÅeczka dymu.

CaÅy byÅ jeszcze pod wraÅ&fraq14;eniem ostatniej wizyty, oraz tej odÅ&fraq14;yÅej z niÄ tak nagle ÅwieÅ&fraq14;o minionej przeszÅoÅci.

I DzierÅ&fraq14;ymirskiemu czoÅo pooraÅo siÄ w drobne bruzdy, zamyÅlony wciÄÅ&fraq14; tak samo, nerwowym krokiem przebiegaÅ komnatÄ.

Od lat kilku, gdy oÅ&fraq14;eniÅ siÄ byÅ z OlÄ, nie zmieniÅ siÄ Roman prawie Å&fraq14;e wcale. Ta sama inteligentna i piÄkna twarz poÅudniowca, taÅ&fraq14; sama mÅodzieÅcza szybkoÅÄ ruchów, oraz niezmienna wytwornoÅÄ sylwetki caÅej - cechowaÅy go obecnie tak, jak i przed paru laty.

A ileÅ&fraq14;, ileÅ&fraq14; zdarzeÅ przewinÄÅo siÄ dotÄd w Å&fraq14;yciu jego!

Po odbyciu Å&fraq14;aÅoby na wsi, w Gowartowie, przyjechaÅ z OlÄ do miasta. Tu, dziÄki dziedzictwu pana Januarego, poÅoÅ&fraq14;eniu towarzyskiemu Å&fraq14;ony i, odnowionym wÅasnym stosunkom, zdobyÅ Roman to, co do dziÅ dnia posiadaÅ.

Energiczny, rzutki, giÄtki, sprytny i peÅen ambicyi zaszedÅ wysoko. Ola kochaÅa go dotÄd niezmiennie, ludzie korzyli siÄ przed jego rozumem, stosunkami, wpÅywami, a jednak nie byÅ on zgoÅa szczÄÅliwym!..

I teraz po twarzy jego odgadnÄÄ to równieÅ&fraq14; Åatwe byÅo. CierpiaÅ...

RozpamiÄtujÄc w myÅlach przeszÅoÅÄ wÅasnÄ, zapomniaÅ widaÄ zupeÅnie o teraźniejszoÅci. Niby wczorajsze ÅwieÅ&fraq14;e, we wspomnieniach Å&fraq14;yÅy znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana uÅudna mamiÅy wzrok duszy jego niedoÅcigÅÄ, bo bezpowrotnÄ juÅ&fraq14; dalÄ, rozpierzchaÅy siÄ, nieuchwytne, to znów wracaÅy jawne - Å&fraq14;ywe!

WidziaÅ siÄ wiÄc Roman w poÅlubnym roku miÅoÅci wzajemnej, haszyszów i upojeÅ, z dysonansem Åmierci teÅcia swego na koÅcu i widziaÅ siebie potem lata caÅe w ciÄgÅych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namiÄtnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularnoÅciÄ, wielkoÅciÄ i znaczeniem.

WznieÅÄ siÄ!.. wznieÅÄ ponad drugich, ponad tÅumy - to staÅo siÄ Å&fraq14;ycia jego celem!.. WidzieÄ kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem - pomimo samopoznania w gÅÄbi duszy, Å&fraq14;e na to wszystko nie zasÅuguje siÄ zgoÅa, pomimo gryzÄcej go, jak jad, toczÄcej go, jak robak, samowiedzy, Å&fraq14;e on moralnie nie godzien moÅ&fraq14;e Å&fraq14;adnego z tych, którzy go ponad siebie wynoszÄ!..

Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeÅ, tysiÄce ludzi przemknÄÅy, jak w kalejdoskopie, w Å&fraq14;yciu Romana, a tajemnica jego odlegÅego "wczoraj", pozostaÅa nadal - tajemnicÄ... Nikt jej nie odkryÅ, nikt nie przypomniaÅ. O wÅaÅcicielu dwudziestu siedmiu tysiÄcy gÅucho i cicho byÅo, jakby fakt ten caÅy byÅ li tylko snem strasznym, zaklÄtÄ bajkÄ z tysiÄca i jednej nocy!

A tymczasem Å&fraq14;ycie, toczÄc siÄ wartkiem koÅem, pochÅaniaÅo sobÄ Romana, pochÅaniaÅo go tak dalece, Å&fraq14;e bywaÅy chwile, iÅ&fraq14; zapominaÅ. Ale, niestety, byÅy to tylko... chwile.

Sumienie uparcie czuwaÅo bezustannie. Nie byÅo dnia jednego, by DzierÅ&fraq14;ymirski w cichoÅci ducha nie uchyliÅ gÅowy przed przypomnieniem strasznem; nie mijaÅ miesiÄc, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie byÅ zmuszonym przepÄdziÄ sam na sam ze sobÄ i z wyrzutami sumienia.

O! jakÅ&fraq14;e pragnÄÅ on nieraz oddaÄ to zÅoto cudze, jak pragnÄÅ!..

OddaÄ! Ale komu?.. ZwróciÄ, ale jak, nawet gdyby siÄ i znaÅazÅ wÅaÅciciel zagadkowy, by nie splamiÄ nieskazitelnego poÅysku czci wÅasnej, honoru i opinii czÅowieka, przodujÄcego spoÅeczeÅstwu caÅemu?..

W tym samym, ozdobionym granacikowÄ koronÄ hrabiowskÄ, pugilaresie, leÅ&fraq14;aÅy odÅoÅ&fraq14;one przezeÅ na miejsce, owe dwadzieÅcia siedem tysiÄcy, w banknotach i rulonach zÅota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego wÅaÅciciela - czekaÅy one naÅ tam daremnie.

Bo gdybyÅ&fraq14; przynajmniej, choÄ promykiem maÅym, rozdarÅa siÄ ta tajemnicza ciemnoÅÄ, kryjÄca dotÄd w swych czeluÅciach bezustannej zagadki prawnego pieniÄdzy tych pana!

Och, wtedy, bÄdÄc choÄ trochÄ przygotowanym, niewÄtpliwie daÅby on jakoÅ sobie radÄ! WolaÅby bowiem zobaczyÄ nawet roztwierajÄcÄ siÄ przed nim przepaÅÄ bez wyjÅcia, gdyÅ&fraq14; ufny w swój rozum, znalazÅby je na pewno, niÅ&fraq14; widzieÄ ciÄgle przed sobÄ ten peÅny milczenia sfinksowy spokój, idÄcego przed nim ciemnego, nieodwoÅalnego jutra!.. PrzestraszaÅ go on - przejmowaÅ zgrozÄ...

Bo DzierÅ&fraq14;ymirski poza licznemi zajÄciami swemi spoÅecznej natury, czyniÅ dotÄd niemal bez skutku wszystko, aby zrzuciÄ z siebie, juÅ&fraq14; raz na dobre, gniotÄcy go skrycie ciÄÅ&fraq14;ar wspomnienia!..

PodawaÅ wiÄc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogÅoszenia w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicÄ, w nadziei, iÅ&fraq14; wpadnie na trop wÅaÅciwy.

Sam pozatem odbyÅ kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których wiedziaÅ, Å&fraq14;e zgubili niegdyÅ, bez znalezienia, sumy wiÄksze...

Zbadawszy ich jednak podstÄpnie, z ostroÅ&fraq14;na, wracaÅ zawsze z niczem. Zagadka trwaÅa.

Teraz wreszcie równieÅ&fraq14;, nie dalej, jak za dni juÅ&fraq14; kilka, postanowiÅ Roman raz jeszcze uczyniÄ próbÄ w tym wzglÄdzie i wyjazd za granicÄ, zapowiedziany przezeÅ, dla wypoczynku, "de facto" byÅ zwiÄzanym ÅciÅle z tÄ tylko samÄ, wiecznie jednÄ, sprawÄ.

PrzechadzajÄcy siÄ wciÄÅ&fraq14; szybko po gabinecie DzierÅ&fraq14;ymirski, w chaosie jÄtrzÄcych go myÅli i wspomnieÅ, schwyciÅ siÄ nagle za gÅowÄ i szepnÄÅ do siebie przejmujÄco:

  • Och, czemuÅ&fraq14;, czemuÅ&fraq14;, na Boga, natura obdarzyÅa mnie sumieniem tak czujnem, wraÅ&fraq14;liwem, czemu?.. ByÅbym poÅoÅ&fraq14;enie moje braÅ filozoficzniej, proÅciej... Wszak z pieniÄdzy znalezionych w rzeczy samej korzystaÅem tak maÅo! PrzegraÅem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygraÅem z pieniÄdzy zupeÅnie innych! - sofizmat, niezmiennie ten sam, powracaÅ w umyÅle Romana.

O ile jednak dawniej pocieszaÅ on go chwilami, teraz, dziÅ - nie dziaÅaÅ juÅ&fraq14; bynajmniej.

Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przeksztaÅcony Å&fraq14;ycia szkoÅÄ, patrzÄcy z odlegÅoÅci lat kilku zimniej daleko na uczynek swój wÅasny "przywÅaszczenia", DzierÅ&fraq14;ymirski, nie wyzbywszy siÄ dotÄd wcale wszczepionych silnie w dzieciÅstwie zasad uczciwoÅci, nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiaÅ, iÅ&fraq14;, pomimo pochÅoniÄcia cudzego zÅota przez jaskiniÄ gry i dotychczasowej bezkarnoÅci - zbÅÄdziÅ, i Å&fraq14;e wina jego zgoÅa nie byÅa mniejszÄ. CzuÅ, Å&fraq14;e Å&fraq14;ycie moralne wykoleiÅo go niemiÅosiernie, i cierpiaÅ...

Roman przetarÅ rÄkÄ rozpalonÄ gÅowÄ; atak apatyi nerwowej pesymizmu, Å&fraq14;alu i goryczy, szerokÄ falÄ napÅywaÅ znowu do duszy jego.

W tej samej chwili na Åciennym zegarze wybiÅo wpóŠdo pierwszej. Roman siÄ wstrzÄsnÄÅ.

Sesya, obowiÄzki, przodownictwo spoÅeczne - trzeba byÄ silnym!.. Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parÄ, teraz odwagi!.. spokoju!..

I uczyniwszy nad nerwami swymi i myÅlÄ wysiÅek, DzierÅ&fraq14;ymirski wyprostowaÅ siÄ. Rzuciwszy opodal do poÅowy spopielaÅe, cygaro, poczÄÅ porzÄdkowaÄ Åpiesznie porozrzucane na biurku papiery.

W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnÄÅ i odwróciÅ siÄ. PoznaÅ sposób stukania Å&fraq14;ony, co dzieÅ bowiem, o tej porze, Ola zwykÅa byÅa odwiedzaÄ go po pracy.

  • Entrez!.. - rzuciÅ donoÅnie i czoÅo jego wypogodziÅo siÄ natychmiast.

Ma jÄ przecieÅ&fraq14;, najdroÅ&fraq14;szÄ Å&fraq14;onÄ, podporÄ-kochankÄ i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie posiadajÄ przed sobÄ Å&fraq14;adnych tajemnic, prócz jednej - jedynej!

Przez próg komnaty do gabinetu wchodziÅa juÅ&fraq14; Ola, ubrana do wyjÅcia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczÄcej jedwabiami spódnic.

I ona od lat tych piÄciu nie zmieniÅa siÄ prawie. WypiÄkniaÅa tylko jeszcze bardziej, bujniejszemi staÅy siÄ ksztaÅty i linie jej ciaÅa, ponÄtniejszemi, w caÅym swym czerwcowym rozkwicie, lat juÅ&fraq14; niespeÅna trzydziestu.

Z uÅmiechem, przywitali siÄ maÅÅ&fraq14;onkowie; Roman ucaÅowaÅ Å&fraq14;onÄ w czoÅo i zapytaÅ:

  • DokÄdÅ&fraq14;e to tak moja pani?
  • Na ogólne zebranie paÅ Opieki Å-go Franciszka z AssyÅ&fraq14;u; a ty wychodzisz takÅ&fraq14;e?..
  • A jakÅ&fraq14;e. Na sesyÄ ZwiÄzku Kredytowego.
  • Na którÄ godzinÄ?
  • O pierwszej siÄ rozpoczyna...
  • Pysznie!.. - zawoÅaÅa uradowana Ola.- KazaÅam wÅaÅnie do powozu zaprzÄdz, podwiozÄ ciÄ... A Åniadanie drugie juÅ&fraq14; jadÅeÅ?
  • Nie, kochanie, czasu mi nie starczyÅo. PrzekÄszÄ coÅ nie coÅ na mieÅcie...
  • Mój ty biedaku !.. - i pogÅaskawszy pieszczotliwie mÄÅ&fraq14;a po twarzy, uÅciskaÅa go Ola serdecznie, - taki zajÄty zawsze, Å&fraq14;e nawet prawie nie moÅ&fraq14;na nigdy pomówiÄ z tobÄ swobodnie...
  • A czyja wina? - przekomarzaÅ siÄ wesoÅo DzierÅ&fraq14;ymirski.- Gdy ja do domu wpadnÄ, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Å-go Antoniego, Kalsantego, AmbroÅ&fraq14;ego, - wszystkich ÅwiÄtych jednem sÅowem... To znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytuÅki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w koÅcu wiem i pamiÄtam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..
  • No, no... Bardzo proszÄ, nie wyÅmiewaÄ mi siÄ z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A jakÅ&fraq14;e! Rozmawiacie zgoÅa o czem innem, papierosy palicie, kÅócicie siÄ i rozchodzicie. Ho-ho, juÅ&fraq14; ja wiem dobrze, co mówiÄ!..- odparÅa z przekonaniem obraÅ&fraq14;ona niby Ola.

I w ten sam sposób dÅuÅ&fraq14;ej jeszcze przekomarzaliby siÄ Å&fraq14;artobliwie maÅÅ&fraq14;onkowie, gdyby nie wejÅcie lokaja, który zaanonsowaÅ:

  • ProszÄ jaÅnie paÅstwa, powóz juÅ&fraq14; czeka...
  • Aaa... to dobrze! - rzekÅ Roman Å&fraq14;wawo, daleki juÅ&fraq14; myÅlÄ od drÄczÄcych go do niedawna wspomnieÅ.
  • Nie przebierzesz siÄ Romciu? - zapytaÅa Ola.
  • Ani myÅlÄ, nie mam czasu! Patrz, dochodzi juÅ&fraq14; pierwsza... CóÅ&fraq14; to, moje Å&fraq14;ycie, uwaÅ&fraq14;asz moÅ&fraq14;e, Å&fraq14;e nie po dÅ&fraq14;entlemeÅsku wyglÄdam?... - zapytaÅ lekko.
  • Ale gdzieÅ&fraq14; tam... CóÅ&fraq14; znowu?.. Tego myÅleÄ siÄ nie oÅmielam - rozeÅmiaÅa siÄ Ola. - tylko tak trochÄ... nie ÅwieÅ&fraq14;o... Czekaj, przeczeszÄ ciÄ, poprawimy krawat i oczyszczÄ...

DzierÅ&fraq14;ymirski poddaÅ siÄ pokornie wymaganiom estetycznym Å&fraq14;ony.

  • No, fertig! WyglÄdasz znoÅnie!.. - zadecydowaÅa Ola po chwili.
  • Phi... tylko? To niezbyt pocieszajÄce, - odparÅ, ÅmiejÄc siÄ, Roman - i wyszedÅ z OlÄ do przedpokoju.

W bramie domu czekaÅ juÅ&fraq14; powóz odkryty; DzierÅ&fraq14;ymirscy wsiedli doÅ poÅpiesznie, lokaj wskoczyÅ na kozÅy i ruszyli. Znany w caÅem mieÅcie pojazd "prezesowstwa", zaprzÄÅ&fraq14;ony w dwa rosÅe mieszaÅce, krwi anglo-arabskiej, wytoczyÅ siÄ na ulicÄ i pomknÄÅ chyÅ&fraq14;o.

Co chwila z poÅród idÄcej po szerokich chodnikach publicznoÅci, lub z wymijanych powozów, kÅaniaÅ siÄ ktoÅ uprzejmie DzierÅ&fraq14;ymirskim, a oni, uÅmiechniÄci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukÅony. Po dÅuÅ&fraq14;szej chwili milczenia, odezwaÅ siÄ Roman:

  • Ale, a propos, musisz siÄ tem zajÄÄ, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. DziÅ, lub najdalej jutro, wysyÅamy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobotÄ damy raut poÅ&fraq14;egnalny... J'espere, Å&fraq14;e nic nie masz przeciwko temu, moje Å&fraq14;ycie ?..
  • AleÅ&fraq14;, naturalnie!.. - poÅpieszyÅa z zapewnieniem Ola, - lecz musimy przecieÅ&fraq14; zÅoÅ&fraq14;yÄ wizyty...
  • Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobiÄ musisz, kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztÄ, pas de crainte, stawiÄ siÄ wszyscy...
  • Dlaczego nie chcesz jechaÄ ze mnÄ?
  • Nie nie chcÄ, lecz nie mogÄ. Mam przed wyjazdem jeszcze zajÄcia huk! Nie moÅ&fraq14;esz mieÄ nawet wyobraÅ&fraq14;enia, moja droga, co to znaczy wyrwaÄ siÄ na miesiÄcy kilka, jak tego pragnÄ, z tego koÅamych rozlicznych obowiÄzków - c'est un vrai tour de force!.. - DzierÅ&fraq14;ymirski zamilkÅ na chwilÄ, poczem koÅczyÅ:
  • Bo pomyÅl tylko... Tu znaleÅºÄ na czas ten caÅy zastÄpcÄ, tam znów wycofaÄ siÄ zrÄcznie, by nie obraziÄ nikogo i zaÅatwiÄ wszystkie czynnoÅci juÅ&fraq14; z góry... WiÄc chyba rozumiesz teraz, iÅ&fraq14; w wizyty Åwiatowe bawiÄ siÄ nie mogÄ, najwyÅ&fraq14;ej do kilkunastu wybitniejszych osobistoÅci, i koniec.
  • AleÅ&fraq14; dobrze, juÅ&fraq14; dobrze, nie tÅumacz siÄ, nie broÅ - zrobiÄ wszystko, mój wÅadco i panie! - z uÅmiechem, pocieszyÅa go Ola. - PytaÅam siÄ tak tylko... Czy wracasz dziÅ na obiad ?..
  • Pas possible! - odparÅ DzierÅ&fraq14;ymirski stanowczo. - Akurat o szóstej zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego przedsiÄbiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny ZwiÄzek krajowy... Zjem na mieÅcie.
  • A wieczorem? - pytaÅa dalej Ola.
  • MuszÄ byÄ koniecznie u ksiÄcia Artura, w sprawie budowy nowego koÅcioÅa Åw. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - obiecaÅem.
  • NiemoÅ&fraq14;liwym jesteÅ czÅowiekiem !.. - rozeÅmiaÅa siÄ Ola, - ja juÅ&fraq14; o czwartej wracam do domu.

Umilkli. WkoÅo nich ÅmiaÅo siÄ w sÅoÅcu miasto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny tchnÄÄ potrafiÅa - oddychaÅo siÄ swobodniej, szerzej, ÅwieÅ&fraq14;oÅÄ majowa pieÅciÅa twarze ÅpieszÄcych zewszÄd tÅumów, ÅmiejÄcych siÄ i wesoÅych.

  • StaÅ! - rzuciÅ nagle i rozkaz DzierÅ&fraq14;ymirski, dotykajÄc z lekka laskÄ liberyjnych pleców stangreta. DojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;ali do wspaniaÅego gmachu ZwiÄzku Kredytowego.

Powóz zatrzymaÅ siÄ posÅusznie.

  • A ce soir! - rzekÅ Roman, i lekkiem uÅciÅnieniem rÄki poÅ&fraq14;egnawszy Å&fraq14;onÄ, wyskoczyÅ z ekwipaÅ&fraq14;u. Po kamiennych stopniach kruÅ&fraq14;ganka skierowaÅ siÄ ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim ukÅonie, otwieraÅ juÅ&fraq14; usÅuÅ&fraq14;nie szwajcar miejscowy.

Na progu gmachu DzierÅ&fraq14;ymirski obejrzaÅ siÄ i spotkaÅ ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie poÅ&fraq14;egnali siÄ jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola odwróciÅa siÄ pierwsza, Roman zaÅ, ÅcigajÄc jÄ oczyma, zatrzymaÅ siÄ i uÅmiechnÄÅ...

W oddalajÄcym siÄ powozie, mÅoda kobieta po chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrzaÅa za siebie. DzierÅ&fraq14;ymirski jednoczeÅnie skinÄÅ gÅowÄ i znikÅ za drzwiami, Ola zaÅ odwróciÅa siÄ i niedbale rozpiÄÅa biaÅÄ, koronkami obszytÄ, parasolkÄ. Promienie i blaski majowe zalÅniÅy siÄ jeszcze na jej postaci chwilÄ, i powóz znikÅ, pochÅoniÄty wielkomiejskim wirem.


KaskadÄ ÅwiateÅ i blasków pÅonÄ rzÄsiÅcie apartamenty Romanowstwa DzierÅ&fraq14;ymirskich...

Z póŠotwartych lilii z krysztaÅu, zdobiÄcych gazowe po bocznych Åcianach kinkiety, z Å&fraq14;yrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów Åagodniej, drÅ&fraq14;Ä w dusznej atmosferze salonów pÄki promieni, spadajÄ deszczem na tÅum wesoÅy, elegancki i strojny, grajÄ, zaÅamujÄc siÄ w klejnotach kobiet - pieszczÄ ich nagie gorsy i ramiona, gÅaszczÄ je swym niewidzialnym dotykiem.

Gwar stÅumiony prowadzonych z oÅ&fraq14;ywieniem rozmów, oraz tÅok i ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; czÄÅÄ tylko goÅci siedzi, wiÄkszoÅÄ, wahadÅowym ruchem pÅynÄcej fali, przechadza siÄ bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.

Nie omyliÅ siÄ bowiem w przewidzeniach swych DzierÅ&fraq14;ymirski. CaÅe towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiÅy siÄ na raut poÅ&fraq14;egnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i czÅonka licznych instytucyi -rade i poczuwajÄce siÄ do obowiÄzku obecnoÅciÄ swÄ zÅoÅ&fraq14;yÄ daninÄ grzecznoÅci Åwiatowej temu, kto trzymaÅ obecnie w silnej dÅoni wÄtek ich spraw i interesów - natury spoÅecznej, przemysÅowej, filantropijnej, a czÄsto gÄsto i osobistej nawet.

PeÅni uprzejmoÅci, dystynkcyi i goÅcinnoÅci szczerej, wÅród tÅumu swych goÅci, uwijali siÄ DzierÅ&fraq14;ymirscy, zmieniajÄc siÄ kolejno w pobliÅ&fraq14;u wejÅcia pierwszego salonu, dla witania wchodzÄcych co chwila nowych przybyszów. W koÅcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazaÅ siÄ wprost niemoÅ&fraq14;liwym...

Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszaÄ siÄ z tÅumem rautujÄcych goÅci, ustÄpujÄc sami naporowi Åcisku.

A kwadranse tymczasem mijaÅy szybko. Liczba napÅywajÄcych osób powiÄkszaÅa siÄ coraz bardziej, wÅród szeleszczÄcej zaÅ, barwnej fali goÅci, w liberyi i poÅczochach, ukazywaÄ siÄ poczÄli, posuwajÄc siÄ z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejÅcia zaÅ salonów, wyparta zwiÄkszajÄcÄ siÄ falÄ ludzi, stanÄÅa zwarta gromada mÄÅ&fraq14;czyzn, tamujÄc w ten sposób po prostu komunikacyÄ do przepeÅnionych nad miarÄ apartamentów.

MÅodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o impertynenckiej nieco, choÄ wielkoÅwiatowej powierzchownoÅci, wchodziÅ w tej chwili do mieszkania prezesowstwa DzierÅ&fraq14;ymirskich.

ZnalazÅszy siÄ niebawem poza zbitÄ u drzwi garstkÄ panów, na razie nie mógÅ postÄpiÄ ani kroku naprzód. WidzÄc to, skrzywiÅ swe wÄskie usta, i wspiÄÅ siÄ dyskretnie na palce.

Ponad zbliÅ&fraq14;onemi, wypomadowanemi gÅowami stojÄcych mÄÅ&fraq14;czyzn, ujrzaÅ dokÅadnie koÅyszÄce siÄ morze kobiecyc