(et) Etext
home news faq about

I understand, agree to and accept the "Small Print!" statement.

The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski

Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the copyright laws for your country before downloading or redistributing this or any other Project Gutenberg eBook.

This header should be the first thing seen when viewing this Project Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the header without written permission.

Please read the "legal small print," and other information about the eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is important information about your specific rights and restrictions in how the file may be used. You can also find out about how to make a donation to Project Gutenberg, and how to get involved.

**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**

**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**

*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****

Title: Ironia Pozorow

Author: Maciej hr. Lubienski

Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
[Yes, we are more than one year ahead of schedule] [This file was first posted on September 22, 2002]

Edition: 10

Language: Polish

Character set encoding: Unicode UTF-8

  • START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK

    IRONIA POZOROW ***

Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.

"Ironia Pozorów"

Maciej hr. ÅubieÅski

PROLOG

DniaÅo...

Leniwo, sennie pierzchaÅy mgÅy przezrocze, tulÄce siÄ dotÄd w niemej pieszczocie do Åcian wielkiego grodu i wodnej, pÅynÄcej u stóp jego fali.

Wreszcie - znikÅy...

Na wzgórzu ukazaÅo siÄ miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi gmachami i zÅ&fraq14;óÅkÅÄ zieleniÄ ogrodów przejrzaÅo siÄ dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotaÅ równoczeÅnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego Åwitu.

Na poddaszach krytego cegÅÄ staromiejskiego domku nieprzesÅoniÄte niczem okno jedno zaÅmiaÅo siÄ weselej od innych do matowego porannego ÅwiatÅa. Ciekawie do wnÄtrza facyatki wÅliznÄÅ siÄ brzask smÄtny.

W pokoiku, o paru najniezbÄdniejszych tylko sprzÄtach, na razie nie byÅo nikogo.

PoÅciel nienaruszona bieliÅa siÄ doÅÄ schludnie, wszystko wokoÅo zaÅ wskazywaÅo wyraźnie, iÅ&fraq14; wÅaÅciciela siedziby tej od wczoraj juÅ&fraq14; nie byÅo, puls bowiem kieÅkujÄcej tu jakiegoÅ jednego Å&fraq14;ycia, zastygÅy w panujÄcym wszÄdzie nieporzÄdku, wyraźnie oczekiwaÄ siÄ zdawaÅ cierpliwie na swego pana i wÅadcÄ.

Tymczasem zaÅ tylko po niezamiecionych kÄtach bÅÄkaÅy siÄ pustka i nuda, a nietrudno byÅo domyÅleÄ siÄ, Å&fraq14;e bieda w swej ziemskiej wÄdrówce zaglÄdaÄ tu nieraz musiaÅa...

GoÅcinÄ jej bowiem zdradzaÅo tutaj - wszystko. A wiÄc i uboÅ&fraq14;yzna mebli i atmosfera jakaÅ duszna, wreszcie to coÅ niewidzialnego, nieokreÅlonego, z kÄtów, ze Åcian, zewszÄd, wyzierajÄcego, co, jak widma cieÅ, szeptem jakby, mówi wciÄÅ&fraq14; o sobie i Åzawo siÄ skarÅ&fraq14;y.

W przedziwnie zgodnej, panujÄcej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii i smutku, dźwiÄczaÅa jednak, drgaÅa, niby uÅmieszek radosny, jasny, nuta weselsza. ByÅa zaÅ niÄ stojÄca w rogu pokoju, na komódce staroÅwieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna fotografia gabinetowa mÅodej dziewczyny, ku której z obok stojÄcej szklaneczki maÅej wychylaÅa siÄ pieszczotliwie w rozkwicie swym Åliczna aksamitna pÄsowa ÅwieÅ&fraq14;a róÅ&fraq14;a.

DziewczÄ i róÅ&fraq14;a patrzyÅy na siebie, lecz królowa kwiatów z sÄsiedztwa swego dumnÄ byÄ tylko mogÅa.

Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglÄdaÅa na Åwiat duÅ&fraq14;emi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zaklÄty w rysach i ukÅadzie caÅej postaci nieujÄty jakiÅ wdziÄk - ta siÅa najwiÄksza kobiety, oporna na lata i burze Å&fraq14;ycia, ÅwieÅ&fraq14;a zawsze, jak kwiecie wiosny - szÅa na widza i chwytaÅa go za serce, czarujÄc natychmiast swem sÅabem bÄdź co bÄdź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.

Odosobnienie zaÅ wyraźne rogu izdebki, gdzie staÅa fotografia, od otaczajÄcych i rozrzuconych po pokoju sprzÄtów, oraz pewna czystoÅÄ staranna, cechujÄca to miejsce - ÅwiadczyÅy sobÄ równieÅ&fraq14; aÅ&fraq14; nadto, Å&fraq14;e nieobecny wÅaÅciciel mieszkanka tego dbaÅ wielce o ten zakÄtek, zdradzajÄc przytem, Å&fraq14;e i on w biedzie swej miaÅ moÅ&fraq14;e jakÄÅ chwilkÄ jasnÄ, jakieÅ swoje marzenie!...

Tak, niewÄtpliwie!...

SiÅa bowiem jakby ukryta, a nieujÄta jednoczeÅnie i dziwna, biÅa od tego kÄcika pamiÄtek; zdawaÅ siÄ byÄ on jedynym uÅmiechem smutnego zkÄdinÄd tu bytu i jedyna równieÅ&fraq14; kapliczka, nikÅego zÅudnego zapewne jakiegoÅ szczÄÅcia, ale zawsze - szczÄÅcia.

W szarÄ nÄdzÄ istnienia "pana", zamkniÄtej w tych Åcianach biedy, Å&fraq14;ycie wplÄtaÅo widaÄ jakÄÅ niÄ zÅotÄ, rzuciÅo na osÅodÄ hojnie i litoÅciwie pÄk duchowych promieni!...

Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywaÅo nic zgoÅa... Przez maÅe okienko widaÄ tu byÅo spiÄtrzone dachy z czerwonej cegÅy, kominy; dalej, w dole, srebrzyÅa siÄ rzeka, a Årodkiem niej cicho sunÄÅa wÅaÅnie berlinka, zdÄÅ&fraq14;ajÄc ku miejskiej przystani.

Z wieÅ&fraq14;y którejÅ z poblizkich ÅwiÄtyÅ w ogólnem milczeniu melodyjnie rozlegÅ siÄ niebawem dźwiÄk sygnaturki porannej. Monotonne nieco popÅynÄÅo w dal echo z dzwonu, a zawtórowaÅy mu wkrótce Åwistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, pÅynÄce zewszÄd odgÅosy.

Powolnie budziÅo siÄ juÅ&fraq14; miasto.

KrÄtymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdÄÅ&fraq14;aÅ krokiem równym i szybkim ku opisanej powyÅ&fraq14;ej siedziby swojej mÅody mÄÅ&fraq14;czyzna, rosÅy i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miÄkki kastrowy kapelusz, nadajÄcy Åniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny typ jakby poÅudniowca z Zachodu. SzedÅ on, pogwizdujÄc z cicha, z rÄkami w kieszeniach, zamyÅlony, a po wyminiÄciu kilku przechodniów, skrÄciwszy w uliczkÄ wÄzkÄ i gÅuchÄ, znalazÅ siÄ na niej sam zupeÅnie.

Po chwili jednak z poza wÄgÅa staroÅwieckiego domu, tworzÄcego róg tej ulicy, wysunÄÅa siÄ pewna postaÄ i poczÄÅa iÅÄ w Ålad za nim.

ByÅa to biedna jakaÅ babina, a snaÄ nieco podpita, bo zataczajÄc siÄ z lekka, krzykliwie podÅpiewywaÅa coÅ sobie. MaÅa, krÄpa, okrÄcona czerwonÄ weÅnianÄ chustkÄ i w takiejÅ&fraq14;e spódnicy, koÅysaÅa siÄ ona zabawnie, przystajÄc co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykrÄcajÄc siÄ na jednej nodze.

W swe koÅciste rÄce spódnicÄ ujmowaÅa przytem pociesznym ruchem, a z peÅnÄ komizmu gracyÄ unoszÄc jÄ wyraźniej i gÅoÅniej powtarzaÅa ostatniÄ piosenki zwrotkÄ, i szÅa dalej, aby w parÄ minut ponownie wykonaÄ teÅ&fraq14; same identycznie produkcye.

IdÄcy ulicÄ mÄÅ&fraq14;czyzna przystanÄÅ i patrzaÅ ciekawie na babinÄ, wkrótce jednak, znudzony, obojÄtnie odwróciÅ siÄ i poczÄÅ iÅÄ dalej.

W tej samej chwili posÅyszaÅ za sobÄ woÅanie:

  • Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...

MÅody czÅowiek odwróciÅ siÄ i ujrzaÅ zmierzajÄcÄ ku niemu kobiecinÄ; trzymaÅa coÅ w rÄku i kiwaÅa naÅ. Zdziwiony podszedÅ bliÅ&fraq14;ej i zapytaÅ:

  • CóÅ&fraq14; to, czegóÅ&fraq14; ode mnie chcecie?

Babina zaÅ, podajÄc mu jakiÅ przedmiot, objaÅniÅa:

  • A dyÄ zgubiliÅta to panoczku!... Przez maÅa psewróciÅabym se bez tÄ torbÄ...

Nieznajomy machinalnie ujÄÅ w rÄkÄ, co mu dawano.

TrzymaÅ pugilares duÅ&fraq14;y, ciÄÅ&fraq14;ki i elegancki; byÅ on ze skóry koloru wiÅniowego i mile dotkniÄciem swem pieÅciÅ.

Na ten widok zarumienione od porannego chÅodu oblicze mÅodzieÅca zbladÅo, rÄka mu zadrÅ&fraq14;aÅa nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszyÅy siÄ niedostrzegalnie, zamarÅy, jakby niewypowiedziane jakieÅ sÅowa.

JednoczeÅnie spojrzenie jego duÅ&fraq14;ych ciemnych oczu obrzuciÅo badawczo uliczkÄ: wokóŠnie byÅo nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzyÅy przed siebie martwem okiem - w ciszy uÅpienia jeszcze drzemaÅo tu miasto.

Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczÄÅ z kolei na twarzy stojÄcej przed nim kobieciny, i zatrzymaÅ siÄ na niej dÅugÄ chwilÄ...

ZdawaÅa siÄ ona byÄ ze wsi, a Bogu duszÄ winna, ucieraÅa w tej chwili swój nos zamaszyÅcie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu wÅaÅciwym sposobem, mrugajÄc równoczeÅnie maÅemi, zaszÅemi krwiÄ, jak u królika, oczkami. NiewÄtpliwie byÅa przytem poweselaÅÄ od trunku, a nie pijanÄ przed chwilÄ widaÄ ÅpiewajÄcÄ tylko - tak sobie, gwoli zadoÅÄuczynienia nastrojowi swemu, czy teÅ&fraq14; moÅ&fraq14;e zbytkowi przyrodzonego temperamentu.

  • DziÄkujÄ wam! - Lakonicznie rzuciÅ nagle nieznajomy, prosto w piegowatÄ i czerwonÄ twarz babiny i odwróciwszy siÄ z poÅpiechem, podniósÅ koÅnierz paltota, wtuliÅ w niego gÅowÄ, nasunÄÅ na oczy kapelusz i poczÄÅ iÅÄ bardzo szybko, wkrótce zaÅ puÅciÅ siÄ prawie Å&fraq14;e biegiem.
  • A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemajÄca,
  • zawyrokowaÅa gÅoÅno do siebie, wzruszajÄc ramionami, kobiecina.

Raźno z miejsca ruszyÅa i ÅpiewaÄ znowu poczÄÅa, echo zaÅ jej piosenki, odbiwszy siÄ o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta - pognaÅo za niknÄcym juÅ&fraq14; w gÅÄbi uliczki mÄÅ&fraq14;czyznÄ, ostatniÄ swÄ, dwukrotnie powtórzonÄ, zwrotkÄ:

                  "A kto kocha, ten jest zdrów,
                   A kto kocha -  ten jest zdrów..."

ZgrzytnÄÅ klucz w zamku cichej facyatki, otworzyÅy siÄ gwaÅtownie drzwiczki, i na progu stanÄÅ wÅaÅciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywoÅanego prÄdem powietrza, zadrÅ&fraq14;aÅy firanki u maÅego okienka, ze szklanego zaÅ kielicha pochyliÅa siÄ ku fotografii mÅodej dziewczyny róÅ&fraq14;a aksamitna, jakby pragnÄc z niÄ wspólnie powitaÄ pana swego.

  • Nareszcie!... - wyszeptaÅy z ulgÄ usta przybyÅego i ruchem nerwowym, zamknÄwszy cicho drzwi za sobÄ, przekrÄciÅ klucz w zamku.

Rzecz dziwna - natychmiast w czterech Åcianach smutnej dotÄd izdebki zrobiÅo siÄ jakoÅ weselej i jaÅniej!...

MÅodoÅÄ bowiem i siÅa szÅy, biÅy od mÅodego mieszkaÅca facyatki, i niby brakujÄcy promieÅ ÅwiatÅa, oÅ&fraq14;ywiÅy, zda siÄ, wnÄtrze poddasza.

Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesÅo, mÅodzieniec bacznie rozejrzaÅ siÄ po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coÅ rozwaÅ&fraq14;ajÄc, pozostaÅ w pozycyi stojÄcej dÅuÅ&fraq14;szÄ chwilÄ.

PoruszyÅ siÄ jednak niebawem i podszedÅ do drzwi, nadsÅuchujÄc równoczeÅnie. Postawszy zaÅ tam minut parÄ, zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ nastÄpnie do okna, a wpatrzywszy siÄ w nie przez sekundÄ moÅ&fraq14;e, po krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuÅciÅ roletÄ.

Szarawa ciemnoÅÄ zalegÅa izdebkÄ.

MÅodzieniec podszedÅ do kanapy, przed którÄ staÅ stoliczek mahoniowy, i usiadÅ. Wkrótce w ciszy rozlegÅ siÄ zgrzyt zapaÅki. Po chwili maÅa lampka oÅwietlaÅa juÅ&fraq14; poddasze, mÅody czÅowiek zaÅ, raz jeszcze obejrzawszy siÄ wkoÅo, szybko, siÄgnÄÅ do kieszeni swego ubrania.

Nerwowo, Åpiesznie wydobyÅ stamtÄd wrÄczony niedawno portfel skórzany i, z bÅyskiem ciekawoÅci w oczach roztworzywszy go, poÅoÅ&fraq14;yÅ na stole.

Z szeÅciu, zapiÄtych maÅemi klapkami, przedziaÅów zÅoÅ&fraq14;ony, z wielkÄ spodniÄ, idÄcÄ przez caÅÄ dÅugoÅÄ jego kieszeniÄ, w oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeÄ siÄ zdawaÅ na siedzÄcego mÄÅ&fraq14;czyznÄ...

RÄce jego jednak, dotknÄwszy siÄ tylko pobieÅ&fraq14;nie wypeÅnionych kryjówek, zatrzymaÅy siÄ chwilÄ bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbiÅo zdumienie, poÅÄczone jakby z przestrachem.

  • Jak to, wiÄc tak duÅ&fraq14;o tu czegoÅ? -mówiÅy wyraźnie wielkie, wyrazu peÅne oczy mÅodzieÅca, i jednoczeÅnie pytaÄ siÄ zdawaÅy niepewne: - Czy tylko to aby pieniÄdze?..

I dziwna reakcya odbywaÅa siÄ w duszy jego.

Gdy krÄtemi uliczkami leciaÅ do swego mieszkanka, paliÅa go chÄÄ ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... LÄk oto jakiÅ niewytÅumaczony zawÅadnÄÅ nim nagle.

Przeczucie mówiÅo mu wyraźnie, Å&fraq14;e tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od oczu ludzkich, mieÅciÅ siÄ majÄtek moÅ&fraq14;e, tkwiÅ pieniÄdz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczÄÅcia, drzemaÅa Åwiata tego potÄga - zÅoto...

A jednak nie poruszyÅ on dotÄd wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, które czekaÄ siÄ zdawaÅy tylko dotkniÄcia jego, czuÅ dobrze, zdawaÅ sobie on sprawÄ z czegoÅ innego równieÅ&fraq14;.

To byÅa wÅasnoÅÄ cudza!...

UpomnÄ siÄ o niÄ niewÄtpliwie; on zaÅ, nie wiedzÄc, co siÄ tam znajduje, moÅ&fraq14;eby mógÅ jeszcze, pomimo swej nÄdzy, zwróciÄ wÅaÅcicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy rÄce w zawartoÅci jego?

Z rÄkÄ na portfelu opartÄ mÄÅ&fraq14;czyzna zamyÅliÅ siÄ bardziej jeszcze.

Wszak, choÄ z pozoru wesóŠi syty, nie posiadaÅ on w istocie na razie zÅamanego szelÄga przy duszy. Ostatnie pieniÄdze wydaÅ na bilet kolejowy, który pozwoliÅ mu wróciÄ w Åciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwiÄzanej z nadziejÄ otrzymania posady.

Nie otrzymaÅ jej - wracaÅ z niczem; gÅodne dzisiaj juÅ&fraq14; teraz pytajÄco zaglÄdaÅo mu w oczy zimnem nieubÅaganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

MÅodzieniec zerwaÅ siÄ z kanapki i przebiegÅ pokój kilka razy. Nagle, wytrzymaÄ snadź juÅ&fraq14; nie mogÄc, pochwyciÅ w drÅ&fraq14;Äce rÄce leÅ&fraq14;Äcy portfel i rozpiÄÅ ruchem gwaÅtownym po kolei wszystkie jego kieszonki...

I oto z jednego przedziaÅu natychmiast z przyciszonym brzÄkiem posypaÅy siÄ na wyszarzaÅÄ serwetÄ stolika rulony zÅota, bÅyszczÄce, nowe - zamigotaÅy w niepewnem Åwietle lampy i uÅoÅ&fraq14;yÅy siÄ cicho... W Ålad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypadÅy pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunÄÅy siÄ do poÅowy wielkie kwadraty piÄÄsetrublówek!...

WiÄc nie byÅo to urojeniem, marzeniem, mrzonkÄ!.. RzeczywiÅcie zatem drzemaÅ tu pieniÄdz w swym majestacie!..

MÅody czÅowiek odskoczyÅ od stoÅu i wpatrzyÅ siÄ w nagromadzonÄ kupÄ grosza.

Na twarz jego wystÄpiÅ wyraz chciwoÅci i oszpeciÅ jÄ, oczy gÅÄbokie, duÅ&fraq14;e, przybraÅy poÅysk koci i wpiÅy siÄ uporczywie w banknoty i zÅoto.

Po chwili zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ ponownie do stolika. LubieÅ&fraq14;nym ruchem swej delikatnej rÄki przesunÄÅ po nagromadzonych pieniÄdzach, a po ciele jego równoczeÅnie przeleciaÅ dreszcz.

Jak wÅosy piÄknej kobiety, jak ciaÅo jej zmysÅowe, aksamitne, pieÅciÅy go banknoty... ZanurzyÅ rÄkÄ gÅÄbiej i dotknÄÅ siÄ zÅota.

Z cichym brzÄkiem rozsypaÅo siÄ ono w strumyk bÅyszczÄcy, a nim do gÅÄbi ponownie wstrzÄsnÄÅ dreszcz.

Nigdy w Å&fraq14;yciu swem nie miaÅ tyle pieniÄdzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwracaÅa siÄ od niego, szczÄÅcie dotychczas uciekaÅo odeÅ równieÅ&fraq14;, jak od zapowietrzonego, pieniÄdz zaÅ, drwiÄco unoszÄc siÄ w niedostÄpnych dlaÅ wyÅ&fraq14;ynach, niepochwytny, szyderczy - stroniÅ od niego stale.

MÅodzieniec przesuwaÅ wciÄÅ&fraq14; machinalnie rÄkÄ po storublówkach. Przed oczyma migaÅy mu wizerunki, podpisy na banknotach, zÅote imperyaÅy zimnym dotykiem gÅaskaÅy jego dÅoÅ...

Wyrwawszy rÄkÄ wreszcie z pieszczotliwego uÅcisku zÅota, mÄÅ&fraq14;czyzna pochwyciÅ nagle pliki storublówek i liczyÄ poczÄÅ.

DrÅ&fraq14;Äce rÄce jego braÅy i porzucaÅy co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony dźwiÄk monety zagraÅy w ciszy izdebki, zdziwiÅy te biedne Åciany, tak zdawna odwykÅe od brzÄku pieniÄdzy, wyganiajÄc, zdawaÅo siÄ, biedÄ, przykucÅÄ gdzieÅ w kÄcie, z legowiska swego. I widmo jej w Åachmanach zniknÄÅo przestraszone, wygnane szmerem poddanych ZÅotego Cielca - umknÄÅo, szukajÄc gdzie indziej schronienia.

A mÅody czÅowiek wciÄÅ&fraq14; liczyÅ... Teraz dÅoÅ jego dotykaÅa zwitka piÄÄsetrublówek. ByÅo ich dwadzieÅcia.

Ciemny rumieniec powoli wystÄpowaÅ na ÅniadÄ twarz mÅodzieÅca, oczy zaÅ jego paliÅy siÄ bezustannie chciwoÅci niezdrowym blaskiem.

W papierach i zÅocie, z pewnÄ, drobnÄ tylko róÅ&fraq14;nicÄ, byÅo wszystkiego dwadzieÅcia siedem tysiÄcy.

MÅodzieniec odstÄpiÅ od stoÅu i wolno z rozmysÅem poczÄÅ przechadzaÄ siÄ po izdebce.

  • DwadzieÅcia i siedem tysiÄcy!.. DwadzieÅcia i siedem...

PowtarzajÄc siÄ bezustanku, w gÅowie jego huczaÅa i wracaÅa myÅl jedna, a dziesiÄtki innych ginÄÅy, topiÅy siÄ tylko w niej, jak w chaosie, zanikaÅy - milkÅy...

On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzÄtów wokoÅo, nie posiadaÅ nic na Åwiecie, on - za jednym zamachem mógÅ staÄ siÄ oto wÅaÅcicielem owych, rozsypanych przed nim pieniÄdzy?..

MÅodzieniec zadrÅ&fraq14;aÅ.

  • A moralnoÅÄ? a etyka? To wÅasnoÅÄ nie twoja, to zguba czyjaÅ tylko, ty powinieneÅ pieniÄdz ten zwróciÄ, zwróciÄ, zwróciÄ!.. jak rój owadów nagle zabrzmiaÅy w uszach mÄÅ&fraq14;czyzny jakieÅ szepty i gÅosy.
  • OddaÄ? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwiÅ rozsÄdek zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - ZnalazÅeÅ
  • to twoje! A zresztÄ, gdyby to samo, co ty, znalazÅ byÅ kto inny, czy myÅlisz, Å&fraq14;e postÄpiÅby on inaczej?
  • OddaÅby, oddaÅ na pewno, bo chciaÅby pozostaÄ uczciwym!.. - silny gÅos prawoÅci rozlegÅ siÄ ÅmiaÅo w duszy mÄÅ&fraq14;czyzny.

WstrzÄsnÄÅ siÄ mÅody mieszkaniec facyatki i przetarÅ rÄkÄ czoÅo, po chwili zaÅ zmÄczony usiadÅ na jednym z koszlawych fotelików i, podparÅszy gÅowÄ dÅoniÄ, zadumaÅ siÄ gÅÄboko.

A rozum drwiÅ dalej bezlitoÅnie, zjadliwie, sÄczÄc siÄ kroplami ironii:

  • Nie sÅuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptaÅ. - UczciwoÅÄ - frazesa!.. KtóÅ&fraq14; naprawdÄ uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj siÄ tylko i wpatrz uwaÅ&fraq14;nie w ludzi, walczÄcych o byt obok ciebie. CzyÅ wreszcie, jak chcesz... odtrÄÄ Åaskawy uÅmiech fortuny!..

Los, odbierajÄc moÅ&fraq14;e naumyÅlnie drugiemu, co miaÅ zanadto w swym trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyÄ ciebie, nie chcesz-li?

  • Ha, to bÄdź sobie zatem wspaniaÅomyÅlnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z gÅodu, bÄdź gÅupim!.. Ale pamiÄtaj, Å&fraq14;e gorzkiemi Åzami Å&fraq14;aÅowaÄ kiedyÅ bÄdziesz chwili swojego szaÅu - pamiÄtaj, Å&fraq14;eÅ biednym!

ZaÅmiaÅ siÄ jeszcze rozum szyderczo i umilkÅ, mÄÅ&fraq14;czyzna zaÅ, zadumany, pochyliÅ siÄ na krzeÅle, jakby przygnieciony do ziemi, oparÅszy przytem Åokcie na kolanach, ukryÅ twarz w dÅonie.

Tak, niestety, byÅ on biednym!..

Straciwszy matkÄ lat temu parÄ, uczyÅ siÄ nastÄpnie za granicÄ: w Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wyksztaÅcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydowaÅ siÄ rok temu wÅaÅnie powróciÄ do miasta, gdzie ujrzaÅ byÅ ÅwiatÅo dzienne, by zbliÅ&fraq14;yÄ siÄ do dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nieÅ&fraq14;yjÄcego juÅ&fraq14; ojca.

W mÅodzieÅczej wyobraźni studenta roiÅa siÄ nawet podówczas nadzieja ÅmiaÅa owÅadniÄcia sercem starego bogacza, aby po najdÅuÅ&fraq14;szem Å&fraq14;yciu zapisaÅ mu mienie.

Tembardziej zatem ÅpieszyÅ siÄ z swoim wyjazdem, lecz przybyÅ za późno niestety; stryja swego juÅ&fraq14; nie zastaÅ.

ÅoÅ&fraq14;Äcy tylko z obowiÄzku na studya bratanka, a nie przywiÄzany doÅ zgoÅa innym, serdeczniejszym wÄzÅem, parÄ tygodni temu wÅaÅnie starzec przeniósÅ siÄ byÅ do wiecznoÅci, zapisawszy caÅy majÄtek na dobroczynne cele.

Nie zastawszy wiÄc w mieÅcie nikogo na razie, kto by go znaÅ lub pamiÄtaÅ, odwaÅ&fraq14;nie z biedÄ wziÄÅ siÄ on wówczas za bary.

PrzepisywaÅ referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawaÅ lekcye, czyniÅ, co tylko mógÅ i zdobywaÅ miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj niegoÅcinnym stole...

0 chÅodzie i gÅodzie mijaÅy mu w ten sposób dnie caÅe, gorycz jednak do Å&fraq14;ycia, w walce o byt ciÄgÅej, nie rozgaszczaÅa siÄ w duszy jego, nie majÄcego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorÄczce zarobku analizowaÄ ciemnych stron swego Å&fraq14;ywota. MiesiÄcy parÄ temu dopiero siÅa okolicznoÅci i ludzi, o których ocieraÄ siÄ poczÄÅ, Å&fraq14;al wykluÅ mu siÄ w duszy do Åwiata, sÄczÄc z niej niezadowolenie i gorycz.

Traf Ålepy zrzÄdziÅ pewnego dnia, iÅ&fraq14; spotkaÅ rówieÅnika swego z lat dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, mÅody mieszkaniec poddasza zmarszczyÅ brwi i zamyÅliÅ siÄ jeszcze gÅÄbiej, niÅ&fraq14; przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziÅ bywalec stolicznych salonów, chÅopiec zamoÅ&fraq14;ny, zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ do niego pierwszy wówczas. ByÅo to podczas karnawaÅu, w zimie, w jednej z kawiarÅ, bardziej uczÄszczanych w mieÅcie.

Po dÅuÅ&fraq14;szej gawÄdzie i rozpamiÄtywaniu mÅodzieÅczych lat ubiegÅych, Edumund R-ski rzekÅ mu wtedy:

  • Wiesz co, mój drogi? Dobrze siÄ nazywasz, Åadne masz maniery, które pozostaÅy ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowaÅbym ci coÅ... tylko nie obraź siÄ na mnie przypadkiem... Gdyby ciÄ tak ubraÄ elegancko, bardzo dobry i okazaÅy byÅby z ciebie tancerz... He, cóÅ&fraq14; ty na to? Proszony wÅaÅnie jestem o mÅodzieÅ&fraq14; do paÅstwa W. na bal, pojutrze, chodź ze mnÄ... Siedzisz i marnujesz siÄ gdzieÅ w kÄcie, qui lo sa, przystojnym jesteÅ, a nuÅ&fraq14; podobasz siÄ komu?.. Ja ci pomogÄ i uÅatwiÄ wszystko...

Od sÅowa do sÅowa, daÅ siÄ namówiÄ wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna poÅ&fraq14;yczkÄ, wyekwipowaÅ siÄ i poszedÅ na bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadziÅ rzecz caÅÄ bardzo zrÄcznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie omieszkaÅ przypomnieÄ wszystkim z osobna o stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a takÅ&fraq14;e o rodzicach, ongi, przed laty, zamoÅ&fraq14;nych i wpÅywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i miÅego tancerza zapraszaÄ poczÄto chÄtnie, tembardziej, iÅ&fraq14; powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.

MÅody mieszkaniec skromnego poddasza poruszyÅ siÄ niespokojnie na krzeÅle i spojrzaÅ przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia wÅasne.

Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestÄpiÅ on zaczarowany dlaÅ dotÄd próg salonów i zapamiÄtale bawiÄ siÄ poczÄÅ. Å»ycie, które prowadziÅ, upajaÅo go. Niepomny jutra - szalaÅ.

TrwaÅo to tygodni parÄ, i nagle skoÅczyÅo siÄ wszystko... Edmund R-ski, wezwany telegraficznie do umierajÄcej siostry za granicÄ, wyjechaÅ, pieniÄdze wyczerpaÅy siÄ równoczeÅnie, a zaniedbana czasowo jego wÅasna zarobkowa praca wysunÄÅa mu siÄ z rÄk; ktoÅ inny, takÅ&fraq14;e potrzebujÄcy biedak, zastÄpiÅ go.

W okienko facyatki karnawaÅowicza zajrzaÅ gÅód; po wizytach i balach pozostaÅ w pamiÄci jego tylko chaos ogólny - wraÅ&fraq14;enie chwil rozkosznie jakby przeÅnionych, i jedno wspomnienie trwaÅe.

Oczy mÅodego mÄÅ&fraq14;czyzny zadumane, w tej chwili bÅyszczÄce i jakby tkliwe, skierowaÅy siÄ w róg izdebki, gdzie w póÅÅwietle lampy majaczyÅa fotografia.

NabyÅ jÄ u fotografa i niemal codziennie stroiÅ w kwiaty; przedstawiaÅa zaÅ ona eleganckÄ pannÄ z towarzystwa, córkÄ ukraiÅskiego magnata, bÅyszczÄcÄ ubiegÅego karnawaÅu w salonach piÄknoÅciÄ, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którÄ pokochaÅ uczuciem miÅoÅci pierwszej - prawdziwej.

Dla niej rzuciÅ siÄ w wir czczych zabaw bez Årodków po temu, bez pamiÄci...

OdepchniÄtemu twardÄ rÄkÄ biedy od rydwanu bawiÄcego siÄ Åwiata - przesÅoniÄtego w pamiÄci jego gazÄ uÅudnÄ, mieniÄcego siÄ setkami odcieni i blasków - pozostaÅy tylko wspomnienia drÄczÄce, rozkoszne, kilkunastu rozmów, taÅców, uÅcisków dÅoni, spojrzeÅ... i - nabyta za pieniÄdz wÅasny fotografia piÄknej dziewczyny.

Mydlana baÅka zÅudna - marzenie!..

SiedzÄcy wciÄÅ&fraq14; w zamyÅleniu przed stolikiem mÅodzieniec gÅowÄ pochyliÅ i ponownie ukryÅ jÄ w dÅonie. Niby na jawie, przed oczyma Å&fraq14;ywo stanÄÅ mu bal ostatni... W jarzÄcej siÄ ÅwiateÅ powodzi, wÅród koÅyszÄcych siÄ w takt melodyjnego walca par, sunÄli oni wówczas po szklistej posadzce salonów...

Ona miaÅa spuszczonÄ gÅówkÄ cudnÄ i opieraÅa siÄ z wdziÄkiem na jego ramieniu, on zaÅ, tulÄc nieznacznie tancerkÄ swÄ do piersi, poÅ&fraq14;eraÅ wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyjÄ ksztaÅtnÄ, a dÅugÄ i giÄtka, jak kwiat, o Åodydze wysokiej.

Od czasu do czasu piÄkna panna wznosiÅa na niego swoje gÅÄbokie, mieniÄce siÄ Åºrenice, i spojrzenia ich spotykaÅy siÄ na chwilÄ...

Potem Åliczne dziewczÄ przykrywaÅo znów oczy dÅugiemi rzÄsami; on rzucaÅ sÅówko, przyciskaÅ machinalnie kibiÄ jej do siebie, czekajÄc ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyÅo siÄ w balowej sali...

To muzyka ustaÅa byÅa, a oni walcowali jeszcze, ciÄgle przytuleni do siebie - zroÅli skrytem jakby pragnieniem.

Później odprowadziÅ znuÅ&fraq14;onÄ swÄ tancerkÄ, a ona leciuteÅko, dziÄkczynnie paluszkami drobnemi ÅcisnÄÅa jego dÅoÅ...

MÅodzieniec zerwaÅ siÄ z krzesÅa, potrÄciÅ je gwaÅtownie, i duÅ&fraq14;ymi krokami zaczÄÅ przebiegaÄ szybko swój pokoik. JednoczeÅnie z wyrazem miÅoÅci bezgranicznej spojrzenie jego pobiegÅo do komódki maÅej, gdzie staÅa fotografia z róÅ&fraq14;Ä.

Z krysztaÅowego kielicha delikatnie wychylaÅ siÄ kwiat purpurowy, dotykajÄc warg prawie dziewczyny. Usteczka jej maÅe uÅmiechaÅy siÄ rozkosznie, pocaÅunku zda siÄ spragnione...

MÅody czÅowiek pozostawaÅ chwilÄ w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez siÄ kÄcika izdebki, aÅ&fraq14; wreszcie powoli wzrok swój przeniósÅ w stronÄ stolika, gdzie leÅ&fraq14;aÅy cicho banknoty i zÅoto.

Wyraz marzenia, ekstazy bÅyskawicznie znikÅ z jego oblicza - przypomniaÅ sobie chwilÄ obecnÄ.

Zwolna do stolika zbliÅ&fraq14;aÄ siÄ poczÄÅ; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieniÄdzach, jednoczeÅnie myÅlaÅ:

  • Niemi tylko moÅ&fraq14;e zdobyÄ bym mógÅ swe marzenie, one pozwolÄ mi i uÅatwiÄ zbliÅ&fraq14;enie do ukochanej! A potem...

I mimo woli znowu spojrzaÅ mÅodzieniec w róg pokoiku.

Oczy dziewczyny kuszÄce patrzyÅy zalotnie, paliÅy go, obiecywaÄ siÄ zdawaÅy rozkoszy uÅudÄ, miÅoÅÄ - szczÄÅcie!.. Rumieniec oblaÅ twarz mÄÅ&fraq14;czyzny.

  • Ach, mieÄ jÄ, posiadaÄ, i Å&fraq14;yÄ jej Å&fraq14;yciem, zlaÄ siÄ z niÄ istnieniem i duszÄ!.. - zawirowaÅa mu w gÅowie myÅl uporczywa.
  • PrzecieÅ&fraq14; to córka magnata; ksiÄÅ&fraq14;Äta, hrabiowie ubiegajÄ siÄ o niÄ, czemÅ&fraq14;e ty jesteÅ dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - uspakajaÅa mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, Å&fraq14;e pieniÄdzy tych oto posiÄdziesz wiele... wiele...
  • Z maÅych strumieni tworzÄ siÄ rzeki; weź to, a moÅ&fraq14;e ci wiÄcej przybÄdzie!.. - szepnÄÅ rozum podstÄpnie.

MÅody mieszkaniec facyatki schwyciÅ siÄ nagle za gÅowÄ.

BoÅ&fraq14;e, BoÅ&fraq14;e! - wyszeptaÅ - cóÅ&fraq14; jednak uczyniÅo ze mnie to, tak krótkie zetkniÄcie siÄ z Åwiatem zbytku, to zbratanie siÄ, otarcie z ludźmi szychu i zÅota! JakÅ&fraq14;e innym byÅem dawniej! JakÅ&fraq14;e - lepszym!..

MÄÅ&fraq14;czyzna smutnie zwiesiÅ gÅowÄ.

Teraz, przyjrzawszy siÄ niedawno ludziom bogatym, ich trybowi Å&fraq14;ycia, czuÅ w sobie, poza uczuciem miÅoÅci, dziesiÄtki zwiÄzanych z niem pragnieÅ. ZÅoto, ten boÅ&fraq14;ek dumny i wspaniaÅy, przed którym korzyÅy siÄ miliony, olÅniewaÅ go, mamiÅ... Przedsmak zaÅ moÅ&fraq14;liwych w dalekiej przyszÅoÅci bogactw, uÅ&fraq14;ycia, a kto wie, moÅ&fraq14;e znaczenia i wpÅywów, wespóŠz osiÄgniÄciem najprzód ukochanej kobiety, za pomocÄ tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbieraÅ mu równowagÄ duchowÄ, mieszaÅ myÅli.

PorwaÅ siÄ znowu z miejsca i po pokoju biegaÄ poczÄÅ, niebawem jednak rzuciÅ siÄ na krzesÅo, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy siÄ w fotografie ukochanej.

Od czasu do czasu odrywaÅ wzrok od drogich rysów kobiety i przenosiÅ go z wolna na stos banknotów i zÅota. Później spojrzenie jego, wewnÄtrznej pracy myÅli jakby posÅuszne, wracaÅo powtórnie do lubego wizerunku.

Przy samych wargach dziewczyny drÅ&fraq14;aÅ kwiat purpurowy obecnie - dziewczÄ i róÅ&fraq14;a caÅowaÅy siÄ teraz lubieÅ&fraq14;nie...

A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasaÄ poczÄÅa stopniowo, niepewnem, migocÄcem ÅwiatÅem kÅócÄc siÄ jakby z rÄbkiem radosnego sÅoÅca, poprzez rolety zaglÄdajÄcego co chwila do wnÄtrza facyaty.

I póÅcienie jakieÅ, tajemnicze, mgliste wsunÄÅy siÄ równoczeÅnie na poddasze - zaludniÅy cicho puste, zakurzone kÄty jego...

SiedzÄcy mÅody czÅowiek zrywa siÄ nagle z krzesÅa swego.

Bo oto niespodzianie dwoiÄ mu siÄ w oczach zaczyna...

Rozsypane na stole zÅoto zalewa izdebkÄ caÅÄ, a z komódki starej zstÄpowaÄ zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postaÄ... DotykajÄc stopkami drobnemi zÅota, idzie ku niemu ona, z zalotnym uÅmiechem, piÄkna niewinna - chyli siÄ rozkosznie w jego ramiona!..

MÄÅ&fraq14;czyzna ku zjawisku temu wyciÄga instynktownie rÄce, na wpóŠprzytomnie naprzód pochyla...

Lecz oto nagle czar pryska...

WypeÅniajÄca wnÄtrze izdebki zÅocista przestrzeÅ znika, zjawisko eteryczne zaÅ zaczyna oddalaÄ siÄ coraz bardziej, unosi w górÄ, niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wÄÅ&fraq14; ognisty, wije siÄ struga bÅyszczÄca ÅcieÅ&fraq14;ka, dotyka stóp jego - pomostem zÅota ÅÄczÄc go w ten sposób z uchodzÄcym cieniem ubóstwianej przezeÅ kobiety.

Wreszcie znika wszystko.

MÅody mÄÅ&fraq14;czyzna przeciera dÅoniÄ czoÅo, rozglÄda siÄ...

Niema nikogo!

CóÅ&fraq14; to wiÄc byÅo?

Hallucynacya zapewne naprÄÅ&fraq14;onych nerwów i rozigranej wyobraźni, rzucajÄca mu na ekran póÅcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ciÄgle w duszy dziewczÄcia! WpÅyw to rozprzÄÅ&fraq14;onych wraÅ&fraq14;eÅ i myÅli, skutkiem wysiÅku, szumiÄcego jak potok, nawaÅem zwÄtpieÅ i pytaÅ mózgu. Zapewne...

I mÅodzieniec powtórnie przeciera dÅoniÄ zmÄczone czoÅo, a jednoczeÅnie Å&fraq14;aÅuje jakby, Å&fraq14;e widzenie juÅ&fraq14; pierzchÅo. Przed oczyma stoi mu ciÄgle, jak Å&fraq14;ywy, obraz jej, ukochanej - chÅonie w siebie jej postaÄ wdziÄcznÄ, caÅuje myÅlÄ oczy jej i usta.

W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo juÅ&fraq14; który, wzrok jego dotyka banknotów i zÅota, a w duszy bunt mu siÄ zrywa.

  • Jak to?.. On miaÅby odtrÄciÄ od siebie ten grosz, i w ten sposób straciÄ, na zawsze moÅ&fraq14;e, Årodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. ZniszczyÄ bezpowrotnie pomost zÅocisty, ÅÄczÄcy go z niÄ jakby w widzeniu proroczem?

Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bÄdzie...

PieniÄdz ten potroi, majÄtek zrobi, fortunÄ - zÅotem przeÅamie, zwalczy przeszkody wszelkie.

  • ZrobiÄ majÄtek, czyÅ&fraq14; to tak Åatwo? - na dnie duszy gdzieÅ zatajone zwÄtpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudziÄ pragnÄc przedwczesnÄ radoÅÄ.

Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mÄÅ&fraq14;czyzny.

  • Tak, zaiste, prawda, to nie tak Åatwo. Lecz z potÄgÄ pieniÄdzy w dÅoni tak, czy teÅ&fraq14; inaczej, do wszystkiego zawsze dojÅÄ Åacniej w Å&fraq14;yciu; - klucz zÅoty otwiera wszystkie bramy!..

I ostateczna, przeÅomowa walka odbywaÄ siÄ w tej chwili zdaje w duszy mÄÅ&fraq14;czyzny. Na wysokiem czole naprÄÅ&fraq14;ajÄ mu siÄ Å&fraq14;yÅy, oczy ciemniejÄ, a twarz bledszÄ siÄ staje... Z nÄcÄcÄ pokusÄ zawÅadniÄcia cudzem mieniem, po raz ostatni stajÄ do boju wpojone w mÅodocianych latach jeszcze zasady.

PowrotnÄ falÄ z daleka cicho pÅynÄ i pÅynÄ coraz potÄÅ&fraq14;niejsze, bliÅ&fraq14;sze i zalewajÄ stopniowo umysÅ mÅodzieÅca. SzemrzÄ coraz donoÅniej, silniej...

A z przypÅywem ich jednoczeÅnie miÄknÄÄ poczyna coÅ w duchu mÅodego mÄÅ&fraq14;czyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja siÄ stopniowo. Co myÅli, z rysów twarzy odgadnÄÄ jeszcze trudno, domyÅleÄ siÄ jednak moÅ&fraq14;na, Å&fraq14;e poryw jakiÅ, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywaÄ go - w swoje posiadanie bierze.

Po chwili machinalnie ujmuje on w rÄce porzucony na stoliku obok pieniÄdzy pugilares i milczÄc, zgarniaÄ poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.

Przy czynnoÅci zaÅ tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamyÅlony mÅodzieniec odwraca niebawem w dÅoni trzymany portfel, a równoczeÅnie spojrzenie jego pada na coÅ, czego nie zauwaÅ&fraq14;yÅ dotÄd wcale.

W rogu pugilaresu, u góry, maleÅka, dziewiÄciopaÅkowa rzuca mu siÄ w oczy korona hrabiowska; wdziÄcznie granacikami oprawionemi w zÅoto mieni siÄ ona, szyderczo zda siÄ patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchajÄ nagle z rysów mÄÅ&fraq14;czyzny, i rzuca siÄ w tyÅ gwaÅtownie.

Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyÅleniem, zÅowrogim teraz bÅyszczÄ ogniem, a jednoczeÅnie w duszy nastÄpuje momentalnie przewrót nagÅy.

Znowu poczyna biegaÄ po pokoju wzdÅuÅ&fraq14; i wszerz...

I jak kÄpa drzew gdzieÅ w polu samotna, co ugina siÄ pod gwaÅtownym naporem wichru ku ziemi, zwyciÄÅ&fraq14;ona, pokorna - tak duch mÅodzieÅca, miotany ponownie burzÄ myÅli, koÅysaÄ i giÄÄ siÄ poczyna.

Gdy ujrzaÅ on bowiem emblement ludzi utytuÅowanych, Å&fraq14;ywo stanÄÅy mu przed oczyma salony, których miesiÄcy temu parÄ byÅ goÅciem i sylwetki hrabiczów, krÄcÄcych siÄ koÅo jego ukochanej.

Widzi ich jak na dÅoni, wszystkich, niby na jawie!..

Widzi dumnego ojca piÄknej dziewczyny, zazwyczaj traktujÄcego go z góry - dla nich, potomków staroÅ&fraq14;ytnych rodów, chociaÅ&fraq14; czÄstokroÄ biednych - peÅnym uprzejmoÅci wyrafinowanej i uniÅ&fraq14;onej niemal grzecznoÅci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obraÅ&fraq14;anym przez tychÅ&fraq14;e arystokratów, lecz tak zrÄcznie, Å&fraq14;e na pozór nieraz nie moÅ&fraq14;na zda siÄ byÅo winiÄ ich, czynili to bowiem oni, z tÄ subtelnoÅciÄ, oraz jubilerskiem jakby wykoÅczeniem, jak dotknÄÄ potrafiÄ tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."

I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec maÅej izdebki, wzdryga siÄ i wyrzuca szeptem:

  • Jak to? te dwadzieÅcia parÄ tysiÄcy naleÅ&fraq14;y do jakiegoÅ hrabiego? Zatem los Ålepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rÄce czÄÅÄ mienia jednego z tych wÅaÅnie, którym tak czÄsto zazdroÅciÅem bogactwa, znaczenia i tytuÅów!..

I ja, wobec jednostki takiej, miaÅbym graÄ rolÄ szlachetnego, zwracaÄ mu to, co dlaÅ moÅ&fraq14;e kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawÄ?

  • Ha-ha-ha!.. - rozlega siÄ po pokoiku szyderczy, szataÅski prawie Åmiech mÄÅ&fraq14;czyzny, i odbija od Åcian niemiÅem dla ucha brzmieniem.
  • Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej póÅgÅosem, a krew w Å&fraq14;yÅach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.

I z duszy jego jednoczeÅnie pierzchajÄ bezpowrotnie, zda siÄ, niknÄ, jak uÅuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania pomiÄdzy prawami uczciwoÅci i ich pogwaÅceniem.

ZwyciÄzka, jedyna, jedna rozgaszcza siÄ tam nienawiÅÄ tylko do kasty uprzywilejowanej i wyróÅ&fraq14;nianej w spoÅeczeÅstwie. WypielÄgnowana cierpieniem i biedÄ, wysubtelniona wyksztaÅceniem, a szczególniej przestawaniem jeszcze za granicÄ w koÅach róÅ&fraq14;nych zapalonych gÅów, o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie nadczuÅoÅciÄ nerwowÄ w zbliÅ&fraq14;eniu siÄ i czasowem powierzchownem zÅ&fraq14;yciu z przedstawicielami tej sfery - buchaÅa obecnie gorÄcym pÅomieniem, wszystko sobÄ przewyÅ&fraq14;szajÄc i tÅumiÄc.

  • Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptaÅy znów cicho usta mÄÅ&fraq14;czyzny - za moje cierpienia i biedÄ - za to, Å&fraq14;e ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i zÅota - mam Å&fraq14;ycie caÅe w nÄdzy cierpieÄ, i to, gdy los sprawiedliwie bez wÄtpienia, odbiera ci czÄstkÄ mienia, przypadkiem, i mnie niÄ w zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Å»ydowi, cyganowi, wrogowi - kaÅ&fraq14;demu bym zwróciÅ moÅ&fraq14;e, lecz tobie - nigdy!..

Ostatnie sÅowa mieszkaniec poddasza wymówiÅ w zapamiÄtaniu gÅoÅno caÅkiem i z mocÄ jakÄÅ dziwnÄ. Twarz zaÅ jego dziko po prostu wyglÄdaÅa w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnÄtrznego ognia, demonicznie piÄkna i strasznÄ zarazem byÅa ona, a zajadÅy pÅomieÅ szczerej nienawiÅci do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zajaÅniaÅ na niej peÅnym blaskiem.

Odruchem nagÅym zbliÅ&fraq14;yÅ siÄ do stoÅu i obie dÅonie poÅoÅ&fraq14;yÅ na plikach banknotów i zÅocie. Czego nie zdoÅaÅy stanowczo uczyniÄ okolicznoÅci inne, sprawiÅa chÄÄ dokuczenia w czemkolwiek wyÅ&fraq14;ej postawionej spoÅecznej jednostce, jedna chwilka nienawiÅci i szaÅu.

  • Moje, moje!.. - wyszeptaÅy usta mÄÅ&fraq14;czyzny zwyciÄzko, jakby z mimowolnÄ, ukrytÄ w sobie radoÅci nutÄ, a echo sÅów tych, urywanych, cichych, dziwnÄ mocÄ rozbrzmiaÅo w martwem milczeniu facyatki.

Cisza nastaÅa znowu.

Tylko w piersiach mieszkaÅca poddasza przelÄknione jakby swym czynem serce poczÄÅo biÄ przyciszonym tÄtnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahadÅo, mierzyÄ siÄ zdawaÅo te chwile przeÅomowÄ w duszy czÅowieka, depczÄcego uczciwoÅÄ prawÄ dla miÅoÅci, nienawiÅci i zÅota!..

Nagle martwotÄ pokoju przerwaÅo coÅ gwaÅtownie. ByÅy to czyjeÅ kroki silne, przyÅpieszone, idÄce po schodach, a coraz wyraźniejsze, bliÅ&fraq14;sze... Niebawem rozlegÅy siÄ tuÅ&fraq14; za drzwiami, ucichÅy, i jakaÅ rÄka wstrzÄsnÄÅa lekko klamkÄ, w Ålad zatem zaÅ rozlegÅo siÄ trzykrotne pukanie.

Gdyby w kataklizmie niespodzianym runÄÅa ziemia, zapadajÄc siÄ gdzie w niezmierzone gÅÄbie wszechÅwiata - mniejsze to chyba uczyniÅoby wraÅ&fraq14;enie na stojÄcym przed stoÅem mÄÅ&fraq14;czyźnie, niÅ&fraq14; chwila obecna...

Nogi zadrÅ&fraq14;aÅy mu, a bojaźliwa trwoga ÅciÄÅa krew w Å&fraq14;yÅach, coÅ zaÅ, niby gad obÅlizÅy, przemknÄÅo po krzyÅ&fraq14;ach i za kark chwyciÅo despotycznie, zaparÅszy dech w piersiach.

W póÅÅwiatÅach dogorywajÄcego wÅaÅnie pÅomyka lampy twarz pochylonego nad pieniÄdzmi mÅodzieÅca nabraÅa strasznego, a zarazem dojmujÄco trupio-bladego wyrazu, rÄce zaÅ, jak kleszcze, wpiÅy siÄ w leÅ&fraq14;Äce pod niemi banknoty.

  • Nie oddam was, nie zwrócÄ za nic w Åwiecie! - mówiÄ siÄ zdawaÅy wyraźnie kurczowo zaciÅniÄte palce, drÅ&fraq14;Äce w zwojach papierów i zÅocie.

Z ekranu izdebki, majaczÄcego coraz bledszymi cieniami, ÅwiatÅo w tej samej chwili znikÅo; zapanowaÅa tu szarawa ciemnoÅÄ, a w Ålad zatem rozlegÅo siÄ powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami zaÅ jednoczeÅnie daÅy siÄ sÅyszeÄ sÅowa, wyrzeczone gÅosem mÄskim, dźwiÄcznym i mÅodym.

  • WidaÄ, Å&fraq14;e Åpi, lub go nie ma...
  • Ale to oryginalne - zauwaÅ&fraq14;yÅ ktoÅ drugi, ciszej nieco. - ZarÄczam ci, iÅ&fraq14; przed chwilÄ paliÅa siÄ wewnÄtrz pokoju lampa, przez szpary u drzwi ÅlizgaÅo siÄ ÅwiatÅo! - sÅowo!
  • Ha, jeÅli tak, to moÅ&fraq14;e Romanek ma u siebie jakÄÅ dyskretnÄ, a wesoÅÄ wizytkÄ - snaÄ z rozmysÅem donoÅnie rozlegÅ siÄ gÅos pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..
  • WesoÅej zabawy! - krzyknÄÅ ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy siÄ do drzwi, zapewne blizko, bo echo gÅosu jego wstrzÄsnÄÅo Åcianami poddasza, poczem kroki przybyÅych oddalaÄ siÄ zaczÄÅy.

Westchnienie ulgi podniosÅo pierÅ mÄÅ&fraq14;czyzny.

Kilka kropel zimnego potu upadÅo mu na rozpostarte dÅonie; zbudzony tem jakby, odstÄpiÅ od stoÅu i rzuciÅ siÄ w wycieÅczeniu na kanapkÄ.

PoznaÅ po gÅosie tych dwóch, dobijajÄcych siÄ doÅ przed chwilÄ, poczciwych studentów uniwersytetu - widziaÅ w wyobraźni swej teraz niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i spÅowiaÅych od sÅót i sÅoÅca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni chÅopcy!

Przypadkowo zaprzyjaźniÅ siÄ z nimi, jak tylko przybyÅ tu, do miasta - oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastrÄczyli mu zarobkowÄ pracÄ...

Dawno juÅ&fraq14; nie widziaÅ ich. Ba, parÄ razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego Åwiatowego szaÅu, spotykajÄc ich na ulicy, a bÄdÄc w towarzystwie eleganckich karnawaÅowiczów, mimo woli powstydziÅ siÄ ich i udaÅ, Å&fraq14;e nie dostrzega. Nie pamiÄtali mu tego - przyszli.

Mieszkaniec poddasza w zamyÅleniu przesunÄÅ dÅoniÄ po jedwabistych swych wÅosach.

  • GdybyÅ&fraq14; oni wiedzieli i czytaÄ mogli w duszy jego?

Rumieniec palÄcego wstydu i upokorzenia zakwitÅ na twarzy mÅodzieÅca, a wyraz cierpienia i wewnÄtrznego bólu rylcem swym Å&fraq14;ÅobiÄ mu poczÄÅ rysy wyrazistego oblicza.

DÅugo jeszcze przesiedziaÅ tak w zadumie...

A gdy po niejakim czasie sÅoÅce zajrzaÅo znów do poddasza, nie byÅo juÅ&fraq14; zÅota na stole; schowane - znikÅo, mÅody zaÅ czÅowiek, Åmiertelnie znuÅ&fraq14;ony moralnÄ walkÄ, na wpóŠubrany, cicho zdawaÅ siÄ drzemaÄ na ÅóÅ&fraq14;ku.

Niebawem zasnÄÅ.....

I sen oto, przed wewnÄtrznym wzrokiem duszy mÅodzieÅca, w tem tajemniczem jej Å&fraq14;yciu marzeÅ i rojeÅ, snuÄ mu zaczÄÅ przedziwne obrazy...

A wiÄc najprzód zdaÅo siÄ ÅpiÄcemu, iÅ&fraq14; leci on w przestrzeÅ bez koÅca, ciemnÄ i mrocznÄ, unoszony niewidzialnÄ jakÄÅ siÅÄ...

Tuli w objÄciach swych przytem jakÄÅ powiewnÄ kobiecÄ postaÄ... PodobnÄ, choÄ nie identycznie i caÅkiem, jest ona do ukochanej przezeÅ dziewczyny, a objÄwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak zawisÅa, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaÅ, jak z kielicha pieniÄce siÄ, musujÄce wino, pije nektar warg tych wilgotnych, tonÄc w pocaÅunku ciÄgÅym, nieustannym, zda siÄ - wiecznym.

UpajajÄcy wreszcie jednak zawrót gÅowy i osÅabienie omdlewajÄce jakieÅ i dziwne z wolna poczyna go ogarniaÄ.

Za wiele, zanadto upajajÄcej, oszaÅamiajÄcej sÅodyczy dajÄ mu juÅ&fraq14; te kobiece usta, jak pieczÄÄ do warg jego bez koÅca przylgniÄte.

Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoÅa i siÅ swoich nie czuje juÅ&fraq14; prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w przestrzeÅ, niczego niepomny i nic zgoÅa w okrÄg siebie nie widzÄc.

Trwa tak doÅÄ dÅugo...

Wreszcie, wypoczÄwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czujÄc juÅ&fraq14; ani ciÄÅ&fraq14;aru zwisÅej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia... otwiera oczy...

Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchÅy; obecnie znajduje siÄ zupeÅnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykajÄ jakiejÅ kamienistej pÅaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodzÄcego sÅoÅca zÅocÄ jÄ i krwawiÄ swym dogasajÄcym, zamierajÄcym blaskiem...

On zaÅ nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.

Nagle promienie gasnÄ... Mrok szary pokrywa pÅaszczem swym wszystko dokoÅa, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptaÄ i ruszaÄ siÄ coÅ poczyna.

Z rumowisk i kamienistych szczelin podstÄpnie wypeÅzÅy oto jakieÅ postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchajÄ siÄ po równinie, z przytÅumionym szelestem. Nad gÅowami ich lecÄ wielkie czarne zÅowróÅ&fraq14;bne ptaki, szumem swych skrzydeÅ mÄcÄc martwotÄ rozlanej wokoÅo pustki i ciszy.

On, nic zgoÅa nie pojmujÄc, spoglÄda wciÄÅ&fraq14;, przelÄkÅy, zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje siÄ rozumieÄ...

To - posÅuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecÄ tak zapewne Å&fraq14;erowaÄ na padóŠziemski - wyrzuty sumienia!...

Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochÅania ich postacie - niknÄ.

On z ulgÄ oddycha i instynktownie postÄpuje parÄ kroków naprzód.

Nagle wyrywa mu siÄ z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego gÅowÄ wiszÄc, chwieje siÄ ptak czarnopióry, a zniÅ&fraq14;ywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach, niemiÅosiernie wpiwszy w nie swe szpony, równoczeÅnie zaÅ w gÅowie uczuwa uderzenia miarowe.

To ptak ów straszny i wielki, niby dziÄcioÅ w pieÅ drzewa, stuka jemu tak w czaszkÄ jednostajnie...

W Ålad za tem jedna z pierzchajÄcych wokoÅo postaci zjawia siÄ przed nim blizko. Ubrana w Åachmany, czarna i brudna, przyskakuje doÅ obcesowo, drapieÅ&fraq14;na, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palÄce Å&fraq14;arem, pÅomienne, dzikie źrenice, nachyla siÄ bardziej jeszcze i plwaÄ mu w samÄ twarz poczyna.

Z ust jej, wykrzywionych, wstrÄtnych, lejÄ siÄ strumienie lawy zÅotej i palÄ, bolÄ...

A jednoczeÅnie taÅczÄ oto w krÄg, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. DwojÄc siÄ, trojÄc w oczach, przybierajÄ one fantastyczne ksztaÅty, a niektóre, przedzierzgniÄte jakby w jakieÅ karÅy zÅowrogie, szponami drobnemi rwÄ mu ciaÅo bez litoÅci. Inne znowu, z gÅowami wÄÅ&fraq14;ów obrzydliwych, syczÄc, kÄsajÄ go zewszÄd.

Napastowany, nieprzytomny, opÄdzajÄc siÄ rozpaczliwie, rÄkami, nogami - ciÄgle, tarzajÄc siÄ nawet od jakiegoÅ czasu po kamienistych zrÄbach - uciekaÄ w koÅcu zaczyna równinÄ, jak szalony. Potyka siÄ co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredÄ karÅów i olbrzymików, o gÅowach, szyjach gadów, z bÅyszczÄcemi Å&fraq14;ÄdÅami ze zÅota.

Nad gÅowÄ, z ramion przemocÄ spÄdzony, wisi wciÄÅ&fraq14; ptak olbrzymi, a postaÄ gÅówna, mglista, leci z nim wespóŠw mrocznÄ dal...

Nagle, niewiadomo jak, skÄd i kiedy zjawia siÄ znowu poprzednia kobieca postaÄ.

ÅpiÄcy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysÅowionÄ radoÅÄ; a ona, podawszy swÄ rÄczkÄ drobnÄ, z uÅmiechem zalotnym na Ålicznie wykrojonych usteczkach, towarzyszyÄ mu zaczyna.

Razem bezustannie biegnÄ teraz po kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mÄÅ&fraq14;czyźnie, i nie widzi roju przeÅladowców jego.

DziewczÄ to, czy kobieta, ubrana caÅa w bieli, zasypana kwieciem róÅ&fraq14; i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykajÄc siÄ zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad gÅówkÄ jej, jakby w przeciwieÅstwie ptakiem czarnym, lecÄcym obok - chwieje siÄ duÅ&fraq14;y ptak biaÅy...

Zjawisko ÅnieÅ&fraq14;nego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w swÄ towarzyszkÄ, zdaje siÄ nagle, Å&fraq14;e pióra u skrzydeÅ tych mlecznych z lekka szarzeÄ poczynajÄ, stopniowo ciemniejszÄ przybierajÄc barwÄ...

WytÄÅ&fraq14;a wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoÅo, nawet przeÅladujÄcych go mar, rozpoznaÄ nie jest w stanie.

Noc czarna, despotyczna, rozpinaÄ wÅaÅnie poczyna nad pÅaszczyzna ponurÄ swÄ oponÄ.

Naraz znika wszystko...

On równoczeÅnie czuje, Å&fraq14;e leci w przepaÅÄ bez dna, treÅci, oraz w chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coÅ caÅem ciaÅem.

SpoglÄda...

Przed nim obecnie wznosi siÄ sfinks olbrzymi; o niego to w rozpÄdzie uderzyÅ siÄ przed chwila. W jasnoÅciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, uÅmiechajÄc siÄ zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na tuÅowiu - obliczu, wszÄdzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, wijÄ siÄ, ruszajÄ miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodzÄ siÄ tu z uÅmiechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanoszÄ; ci walczÄ, depczÄ po sobie, zabijajÄ siÄ, wzajem w przepaÅcie spychajÄ - tamci w ramionach drugich pijÄ miÅoÅci rozkosze, a tam znów inni jeszcze gÅodne twarze i rÄce wynÄdzniaÅe wyciÄgajÄ po datek, sÄsiadujÄc z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzajÄ siÄ po uszy, lub grzÄznÄ ciaÅem w rozpuÅcie, jak w bÅocie.

A Årodkiem - rozbite na tysiÄce strumieni, na kropel miliony rozprysÅe, pÅynie, faluje zÅoto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed ÅwiÄtoÅciÄ - korzy siÄ pokornie, sÅuÅ&fraq14;alczo, wszystko dokoÅa.

CzoÅem lilipucie bijÄ przed nim miryady - to teÅ&fraq14; ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia gÅowa sfinksa ujrzaÅa snaÄ nowego przybysza.

Usta jego, wyniosÅe i dumne, rozchylajÄ siÄ szerzej, i miast zwykÅego uÅmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrzÄsa przestrzeniami Åmiech.

Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks Åmieje siÄ - Åmieje szataÅsko i zwyciÄzko jakby - wynioÅle - strasznie!...

............................................

GÅuchy jÄk wyrwaÅ siÄ z piersi uÅpionego czÅowieka. WstrzÄsnÄÅ on murami pogrÄÅ&fraq14;onej w ciszy izdebki, krajÄc zali serce swem echem smutnem, cichÅ i gasÅ, zamierajÄc powoli...

............................................

ObudziÅ siÄ ÅpiÄcy.

WylÄkÅym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzyÅ zaspany wokoÅo siebie bezprzytomnie i niebawem przymknÄÅ na powrót ociÄÅ&fraq14;aÅe powieki, obróciwszy siÄ równoczeÅnie do Åciany.

W kilka zaÅ minut później, blada twarz mieszkaÅca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywaÅa na poduszce, pogrÄÅ&fraq14;ona w twardem uÅpieniu. Dusza tym razem zdrzemnÄÅa siÄ w nim zapewne równieÅ&fraq14;, oddech bowiem ÅpiÄcego miarowy rozlegaÅ siÄ juÅ&fraq14; swobodnie caÅkiem w samotnej, cichej izdebce.

CZÄÅÄ PIERWSZA.

ZdÄÅ&fraq14;ajÄc do poblizkiej Wenecyi, wpadÅ pociÄg kuryerski w morze, i huczÄc, leciaÅ, pÅynÄÅ niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej klasy byÅo tylko dwoje ludzi. Kobieta mÅoda, ubrana w strój lekki, dystyngowany, z szarego materyaÅu, drzemaÅa, czy spaÅa, wciÅniÄta w gÅÄb, z gÅówkÄ opartÄ o poduszkÄ bocznÄ - mÄÅ&fraq14;czyzna zaÅ, siedzÄcy naprzeciw, trzymaÅ delikatnie w dÅoniach pozostawionÄ w uÅcisku jej rÄczkÄ drobnÄ, i pochylony z lekka, patrzyÅ z miÅoÅciÄ w znuÅ&fraq14;one rysy i bladÄ twarzyczkÄ kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywaÅ siÄ od oblicza towarzyszki, biegÅ poprzez otwarte okno, ÅcigajÄc, zda siÄ, pogrÄÅ&fraq14;one w ciemnoÅciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuÅ&fraq14; poza mknÄcym pociÄgiem Adryatyku fale.

I wtedy, za kaÅ&fraq14;dym razem przesuwaÅa siÄ chmurka jakby po czole jego, osiadaÅ tam jakiÅ cieÅ niepochwytny, a usta jednoczeÅnie drgaÅy skrzywieniem goryczy, czy bólu peÅnem.

Gdy jednak wzrok zniÅ&fraq14;aÅ ponownie, to w zetkniÄciu siÄ z obliczem mÅodej kobiety, pogrÄÅ&fraq14;onem w cichem uÅpieniu - oczy smutkiem zamglone ÅagodniaÅy mu prawie natychmiast, a choÄ pomimo woli i bezustannie myÅl rozpamiÄtywaÄ siÄ coÅ zdawaÅa - z ust momentalnie znikaÅo zagiÄcie cierpienia i powoli przeistaczaÅo siÄ w uÅmiech, oraz zapatrzenie siÄ w ukochane rysy.

SiedzÄcy tak w zamyÅleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podróÅ&fraq14;ny posiadaÅ cechy zewnÄtrzne doÅÄ interesujÄce.

ByÅ to przede wszystkiem mÄÅ&fraq14;czyzna piÄkny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej powierzchownoÅci i ukÅadzie, charakterystycznej owalnej gÅowie i czole wypukÅem, upiÄkszonem Åukiem brwi czarnych, wÄziutkich i regularnych, miaÅ on pociÄgÅÄ, ÅniadÄ twarz, okolonÄ Åredniej wielkoÅci brodÄ. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyraźnie zdradzaÅy przytem pochodzenie poÅudniowe, zarówno jak i piÄkne, duÅ&fraq14;e oczy, patrzÄce na Åwiat gorÄco, z rozmarzeniem nieokreÅlonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniekÄd rzeczywiÅcie dÄÅ&fraq14;yÅ tak lat trzydzieÅci zaledwie majÄcy mÅody czÅowiek.

NoszÄcy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman DzierÅ&fraq14;ymirski, byÅ synem nieÅ&fraq14;yjÄcego juÅ&fraq14;, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich koÅach wÅasnego kraju, Oskara DzierÅ&fraq14;ymirskiego, oraz Å&fraq14;ony jego, rodem WÅoszki, a byÅej przed swoim Ålubem Åpiewaczki.

Pochodzenia pono wÄtpliwego bardzo, choÄ niezwykÅej urody i wdziÄku, byÅa ta matka DzierÅ&fraq14;ymirskiego Romana, bÄdÄca, jak mówili jedni, dzieckiem miÅoÅci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mÄtów spoÅecznych dzisiejszej Romy, wychowanem i uposaÅ&fraq14;onem przez tegoÅ&fraq14; przemysÅowca wÅoskiego.

Po niej piÄknoÅÄ odziedziczyÅ syn, po ojcu zaÅ niewÄtpliwie tÄ wytwornoÅÄ, która cechowaÅa najmniejsze nawet poruszenie siedzÄcego podróÅ&fraq14;nika, i postawÄ jakby paÅskÄ, mimo woli nieco wyniosÅÄ.

Roman DzierÅ&fraq14;ymirski jechaÅ wÅaÅnie z maÅÅ&fraq14;onkÄ swÄ w podróÅ&fraq14; poÅlubnÄ, a raczej z kraju uciekaÅ, ojciec bowiem ÅpiÄcej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o Ålicznych rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówiÅ byÅ jemu jej rÄki...

Lecz miÅoÅÄ namiÄtna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdobyÅ swÄ Å&fraq14;onÄ dzisiejszÄ, porwawszy jÄ za jej zgodÄ. Ålub ich tajemny, w maÅej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbyÅ siÄ wÅaÅnie dwa dni temu...

PrzyszÅo mu to wszystko z ÅatwoÅciÄ. Ola kochaÅa go, ubóstwiaÅa, nic zgoÅa nie widzÄc poza nim, na stronÄ materyalna zaÅ i koszta, wynikÅe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracaÄ on uwagi nie miaÅ potrzeby.

W rodzinnem mieÅcie wiadomem byÅo powszechnie, iÅ&fraq14; rok, czy dwa lata temu odziedziczyÅ Roman DzierÅ&fraq14;ymirski fortunkÄ w kapitale, po dalekim krewnym, osiadÅym i zmarÅym w Stanach Zjednoczonych.

JechaÅ zatem dziÅ mÅody i ostatni potomek dogasajÄcej juÅ&fraq14; w nim rodziny DzierÅ&fraq14;ymirskich, ze skarbem swym, drogÄ sercu maÅÅ&fraq14;onkÄ, do WÅoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, bÅÄkajÄcy siÄ bezustannie pomiÄdzy twarzÄ Å&fraq14;ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, myÅlÄcy, w dalszym ciÄgu wspominaÄ siÄ coÅ zdawaÅ.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemraÅy wciÄÅ&fraq14; cicho, w dali zaÅ, na czarnem tle widnokrÄgu, stopniowo, coraz bliÅ&fraq14;sze, bÅyszczaÅy juÅ&fraq14; ÅwiateÅka Wenecyi.

  • Oto tam - mówiÅy niejako marzÄce oczy mÄÅ&fraq14;czyzny - za godzin kilka czekajÄ mnie uÅmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczÄÅcia w objÄciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak dawna, oczekuje na mnie raj wÅasny uÅudnego podziaÅu wzajemnego uczucia, w zupeÅnem oddaniu siÄ niepokalanego niczem dotÄd kwiatu - niewinnego dziewczÄcia...

Wzrok Romana z zachwytem spoczÄÅ na twarzy ÅpiÄcej kobiety. RównoczeÅnie pociÄg, pozostawiwszy morze za sobÄ, wpadÅ w jakieÅ gaje, brzÄczÄce rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpadaÅa uporczywie w uszy podróÅ&fraq14;nego, a on, caÅy zasÅuchany, spojrzeniem swem znowu ogarnÄÅ ciemnÄ przestrzeÅ poza oknem wagonu.

  • Co, zagadkowa przyszÅoÅci, niesiesz mi w darze?.. Czy zapÅacisz mi za to, com przebyÅ dotÄd, przecierpiaÅ, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytaÄ siÄ zdawaÅy czarnej nocnej dali posmutniaÅe nagle chwilowo oczy mÄÅ&fraq14;czyzny.

I ponownie w kÄciku warg jego pojawiÅo siÄ bolesne, przelotne zagiÄcie ust, a snaÄ usiÅujÄc odpÄdziÄ myÅl przykrÄ, DzierÅ&fraq14;ymirski powstaÅ ostroÅ&fraq14;nie, nie wypuszczajÄc wciÄÅ&fraq14; z dÅoni rÄczki uÅpionej swej towarzyszki. WychyliÅ przez otwarte okno gÅowÄ... Na tle ciemnoÅci poÅyskiwaÅy juÅ&fraq14; teraz rzÄsiÅcie ÅwiatÅa - pociÄg wjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÅ wÅaÅnie na stacyÄ. W sekundÄ, z nagÅa szarpniÄte, gwaÅtownie zatrzymaÅy siÄ wagony.

DzierÅ&fraq14;ymirski o maÅo nie upadÅ, straciwszy na razie równowagÄ, i pociÄgnÄÅ za sobÄ rÄczkÄ Å&fraq14;ony, ÅciskajÄcÄ jego dÅoÅ lewÄ - prawa zaÅ oparÅ siÄ silnie o ramÄ okna.

  • Ach!.. ach!.. - z trwogÄ, wyrwaÅo siÄ z ust mÅodej kobiety, i otworzyÅa szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochyliÅ siÄ ku niej i przemówiÅ miÄkko:

  • Przepraszam ciÄ, kochanie, przestraszyÅaÅ siÄ, prawda?.. Ale to wina nie moja - wagony szarpnÄÅy tak silnie...
  • To ty... Romanie!.. - szepnÄÅa kobieta i zarzuciwszy w Ålad za tem, z niewysÅowionym wdziÄkiem, obie rÄce na szyjÄ mÄÅ&fraq14;czyzny, przytuliÅa siÄ doÅ czule, skÅadajÄc równoczeÅnie pocaÅunek na piÄknem czole.
  • WysiÄdziemy, zÅotko, juÅ&fraq14; Wenecya! - rzekÅ Roman, wysuwajÄc siÄ delikatnie z objÄÄ mÅodej Å&fraq14;ony uniósÅszy jÄ w ramionach, postawiÅ na równe nogi.
  • Nareszcie!... - wykrzyknÄÅa Ola radoÅnie, oprzytomniawszy caÅkiem na widok jaÅniejÄcego dworca.
  • We-ne-cya! - zabrzmiaÅo donoÅnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazaÅa siÄ kÄdzierzawa gÅowa i ÅmiejÄca twarz konduktora.
  • Statione Ve-ne-tia!.. - przeciÄgle, Åpiewnie odpowiedziaÅ gÅosowi pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginÄÅ.

PociÄg, którym jechali DzierÅ&fraq14;ymirscy, zatrzymujac siÄ tylko kilka minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - naleÅ&fraq14;aÅo siÄ ÅpieszyÄ...

Roman pobiegÅ do przeciwlegÅego okna, otworzyÅ gwaÅtownie drzwiczki od wagonu, i poczÄÅ woÅaÄ donoÅnie:

  • Facchino!.. facchino!.. *) [*) Po wÅosku tragarz.]

Za mÄÅ&fraq14;em zrÄcznie wyskoczyÅa z wagonu Ola DzierÅ&fraq14;ymirska. Niebawem zjawiÅ siÄ poÅ&fraq14;Ädany tragarz i ruszono z bagaÅ&fraq14;em do dworca. Tu obstÄpiono przyjezdnych.

CaÅy rój przeróÅ&fraq14;nych figur haÅaÅliwie ofiarowywaÄ im poczÄÅ swoje usÅugi, rzÄd zaÅ sÅuÅ&fraq14;by hotelowej, w galonach, z oÅ&fraq14;ywieniem i gestykulacyÄ namawiaÅ ich kaÅ&fraq14;dy z osobna do siebie. GadatliwoÅÄ WÅochów oszoÅomiÅa na razie DzierÅ&fraq14;ymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znajÄcy kilka wÅoskich wyrazów, zdoÅaÅ siÄ porozumieÄ i wybrawszy hotel, kazaÅ siÄ prowadziÄ do przystani.

Niebawem mÅoda para podróÅ&fraq14;nych sadowiÅa siÄ juÅ&fraq14; w wygodnej, na czarno pomalowanej gondoli, obsÅugiwana z natarczywoÅciÄ przez róÅ&fraq14;norodnych oberwaÅców i gapiów, stojÄcych w pobliÅ&fraq14;u.

  • Pysznie siÄ siedzi! - zawyrokowaÅa gÅoÅno Ola, wyciÄgnÄwszy siÄ na miÄkkiem, czarnÄ skórÄ obitem, siedzeniu.

Roman usiadÅ przy niej - gondola zakoÅysaÅa siÄ lekko...

Powoli odpychano juÅ&fraq14; jÄ od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyciÄgnÄÅy siÄ ku majÄcym odjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;aÄ proszÄce dÅonie z kapeluszami, i chórem zabrzmiaÅa proÅba o datek. "Soldo, soldo!" choÄ uniÅ&fraq14;enie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegaÅo siÄ dokoÅa ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.

  • A to zÅodzieje!.. - mruknÄÅ DzierÅ&fraq14;ymirski; zmuszony jednak wyjÄÄ z kieszeni portmonetkÄ, rzuciÅ tam i ówdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszyÅa juÅ&fraq14; - pÅynÄli...

MÅodÄ kobietÄ zabawiÅa ta scena. Perlisty Åmieszek jej, wesoÅy, rozlegaÅ siÄ wokoÅo, gdy oto nagle, jakby czemÅ zmroÅ&fraq14;ony, ucichÅ. I Ola, objÄwszy wzrokiem roztaczajÄcy siÄ przed niÄ krajobraz, ruchem wdziÄcznym przytuliÅa siÄ do mÄÅ&fraq14;a.

  • Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaÅ&fraq14;? - szepnÄÅa.

DzierÅ&fraq14;ymirski, milczÄc, opiekuÅczo objÄÅ ramieniem kibiÄ Å&fraq14;ony i przycisnÄÅ jÄ miÄkko do piersi, rozejrzawszy siÄ zarazem.

RzeczywiÅcie, czarno tu byÅo.

Wenecya juÅ&fraq14; spaÅa. SkÅÄbione chmurami niebo odbijaÅo siÄ w mÄtnej wodzie kanaÅów i powlekaÅo je kirem ciemnoÅci, po którym tylko bÅÄdnym ognikiem przeÅwiecaÅo, wiÅo siÄ czerwone ÅwiateÅko latarni, umieszczonej u spiczastego, zÄbatego koÅca gondoli.

PÅynÄli przez Canale Grande*).
[*) Po wÅosku : KanaÅ Wielki.]

Jak gdyby ÅniÄc o swej dawnej potÄdze i chwale, wokoÅo nich zadumane, ciche staÅy wynioÅle rzÄdem weneckie paÅace. W Å&fraq14;adnem oknie nie paliÅo siÄ juÅ&fraq14; ÅwiatÅo, otulaÅo je milczenie zupeÅne.

Gondola, koÅyszÄc siÄ z lekka, unoszÄc co chwila swe przednie i tylne dzioby, pÅynÄÅa spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseÅ i szmerem rozstÄpujÄcej siÄ pod niÄ fali.

Przytuleni do siebie, dÅuÅ&fraq14;szÄ chwilÄ z ciekawoÅciÄ patrzyli DzierÅ&fraq14;ymirscy wokoÅo. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypaÅy siÄ rozliczne uwagi.

  • Patrz, patrz, Romanie! - woÅaÅa ona co chwila, wskazujÄc z zajÄciem na wznoszÄce siÄ zewszÄd budowle.

DzierÅ&fraq14;ymirski potakiwaÅ Å&fraq14;onie, objaÅniaÅ, i póÅgÅosem prowadzona swobodna pomiÄdzy jadÄcymi rozmowa zbudziÅa milczenie ÅniÄce - rozniosÅa siÄ echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kanaÅu kolejno przesuwaÅy siÄ, jak w kalejdoskopie, cudne swÄ archaicznÄ strukturÄ paÅace.

A wiÄc, najpiÄkniejszy moÅ&fraq14;e z prywatnych siedzib Wenecyi, wÅasnoÅÄ ksiÄÅ&fraq14;Ät della Grazia, wychylaÅ siÄ z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu poczÄtkowego odrodzenia; z nim sÄsiadowaÅ skromny, siÄgajÄcy XV wieku, paÅac "Erizzo" - dalej zwracaÅ znów uwagÄ inny, z pozÅacanym niegdyÅ frontem, do dziÅ dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo piÄkny wznosiÅ siÄ majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, paÅac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie ujrzaÅa Åwiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.

Wkrótce, tuÅ&fraq14; poza dzisiejszÄ pocztÄ w Wenecyi, zajmujÄcÄ dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczyÅ olbrzymi most "Ponte di Rialto", w ksztaÅcie murowanego Åuku wzniesiony.

WsunÄwszy siÄ pod jego arkady, gondola DzierÅ&fraq14;ymirskich cichutko przeÅliznÄÅa siÄ tamtÄdy i skrÄciÅa wkrótce na lewo, w wÄzki kanalik, stanowiÄcy arteryÄ bocznÄ "Canale Grando". Szeroka taÅma wielkiego kanaÅu znikÅa wkrótce z oczu i jadÄca barka, zagÅÄbiajÄc siÄ coraz bardziej w szyjÄ wodnej uliczki, wymijaÄ poczÄÅa coraz ciaÅniejsze i wÄÅ&fraq14;sze zauÅki. Åciany domów odrapane, ponure, szÅy, zdawaÅo siÄ, na pÅynÄcych w gondoli, a ÅcieÅniajÄc siÄ coraz bardziej, pragnÄÅy pochÅonÄÄ, gubiÄ jÄ niejako w swym labiryncie.

CiemnoÅci nocne panowaÅy tu jeszcze wiÄksze. Gdzieniegdzie tylko lÅniÅa zóÅtawo mdÅym ÅwiatÅem latarnia - Å&fraq14;ywego ducha zaÅ nigdzie dopatrzeÄ siÄ nie moÅ&fraq14;na byÅo.

UmilkÅa od paru minut Ola trwoÅ&fraq14;nie przylgnÄÅa gÅówkÄ do ramienia Romana.

  • Brr! straszno tu jakoÅ... - szepnÄÅa.
  • Nic, kochanie - odparÅ DzierÅ&fraq14;ymirski, musnÄwszy pocaÅunkiem jej wÅosy - zaraz dojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;amy.

NieprawdaÅ&fraq14;, Å&fraq14;e juÅ&fraq14; blizko? - zwróciÅ siÄ do gondoliera Åamanem wÅoskiem narzeczem.

  • Si, signore. - odparÅ Å&fraq14;ywo zapytany, a nudzÄc siÄ znaÄ, bo z cudzoziemcem gawÄdziÄ nie mógÅ, zanuciÅ póÅgÅosem jakÄÅ smÄtnÄ piosenkÄ.

Ubrany caÅkiem biaÅo, wahadÅowym ruchem przechylajÄc siÄ bezustannie przy wiosÅowaniu w prawo i lewo, na tle otaczajÄcych ciemnoÅci, czyniÅ on wraÅ&fraq14;enie fantastycznego zjawiska, gÅos zaÅ jego monotonny bÅÄkaÅ siÄ po kÄtach i odbijaÅ dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym Ånie zaklÄtych jakby domów. Roman milczaÅ.

UjmujÄc dÅoÅ i tulÄc miÄkko w objÄciu OlÄ, wsÅuchiwaÅ siÄ w ten Åpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawaÅ wraÅ&fraq14;enia. ZdawaÅo mu siÄ mianowicie, Å&fraq14;e on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiegoÅ zbójeckiego z zamierzchÅej przeszÅoÅci dojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;a grodu; Å&fraq14;e ucieka, kryje siÄ tu ze swym porwanym, czy teÅ&fraq14; skradzionym Åupem... Oto z ciemnych zauÅków i kÄtów ÅpiÄcej Wenecyi wysuwajÄ siÄ po prostu jakby wyraźne jakieÅ cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwaÅtów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...

  • A òel! *) - rozlegÅ siÄ nagle tuÅ&fraq14; za DzierÅ&fraq14;ymirskim krzykliwy gÅos gondoliera, i Åódź jednoczeÅnie zboczyÅa w zauÅek ciemny. [*) Uwaga!]
  • Sia-stali! *) - przeciÄgle odpowiedziaÅ ktoÅ z innej gondoli. [*) Na prawo!] Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadpÅywajÄcej weneckiej barce siedziaÅ mÄÅ&fraq14;czyzna czarno ubrany, w biaÅym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otarÅszy siÄ prawie o napotkanÄ ÅódkÄ, przeÅliznÄÅa siÄ cicho - znowu byli sami.

  • Patrz, tam siÄ Åwieci, co siÄ staÅo?... - rzekÅa póÅgÅosem Ola, krÄcÄc gÅówkÄ i wskazujÄc piÄtro jednego z domów.

Roman spojrzaÅ.

  • A, rzeczywiÅcie - odparÅ - przecieÅ&fraq14; choÄ jeden jakiÅ znak Å&fraq14;ycia...

Na brudnÄ wodÄ kanaÅu, porysowanÄ ÅcianÄ i koÅyszÄcy siÄ kadÅub pustej gondoli, przywiÄzanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, kÅadÅo siÄ cieniem przyÄmione czerwonawe ÅwiatÅo, idÄce z okna oÅwietlonej komnaty. JednoczeÅnie pÅynÄÅy melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane znaÄ miÄkka kobiecÄ rÄczkÄ. WtórowaÅ im nieÅmiaÅy brzÄk mandoliny.

RozpÅywajÄc siÄ powoli, w milczeniu, muzyczne tony ÅÄczyÅy siÄ zgodnie co parÄ minut ze Åpiewem, mÄskim, silnym tenorem, i szÅy ponad dachy, kanaÅy, leciaÅy daleko, drÅ&fraq14;Äce...

Poruszony muzykÄ i Åpiewem, DzierÅ&fraq14;ymirski silniej przycisnÄÅ do siebie OlÄ. WsÅuchani w melodyÄ miÅosnej pieÅni poÅudnia, zbliÅ&fraq14;yli siÄ oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyliÅy siÄ.

PocaÅunek gorÄcy zÅÄczyÅ usta mÄÅ&fraq14;czyzny i kobiety; nie odrywajÄc warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wÅród deszczu spadajÄcych, jak drobne krople rosy, dźwiÄków - przepÅynÄli DzierÅ&fraq14;ymirscy pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniÅy ich, powodziÄ zalewaÅy jeszcze czas jakiÅ, aÅ&fraq14; umilkÅy.

Gondola w tej samej wÅaÅnie chwili wjechaÅa na kanaÅ Å-go Marka; plac tejÅ&fraq14;e nazwy, gdzie w caÅej peÅni ogniskowaÅo siÄ jeszcze Å&fraq14;ycie miasta, zamigotaÅ rzÄsiÅcie w oddali dziesiÄtkami niebieskawych i Å&fraq14;óÅtych ÅwiateÅ - przewoźnik oznajmiÅ gÅoÅno podróÅ&fraq14;nym, Å&fraq14;e sÄ juÅ&fraq14; na miejscu.

  • DojeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;amy, Oluniu! - poinformowaÅ Roman i z uÅmiechem wpatrzyÅ siÄ namiÄtnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemnoÅciach nawet nocy, widoczny rumieniec objÄÅ pÅomieniem twarz kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuÅciÅa przed palÄcem spojrzeniem mÄÅ&fraq14;czyzny, które zapewne swym blaskiem mówiÅo coÅ nad wyraz ÅmiaÅego.

W tej chwili wÅaÅnie przedni dziób gondoli stuknÄÅ o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w parÄ minut później Roman i Ola znajdowali siÄ juÅ&fraq14; w obszernym, o marmurowych Åcianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewajÄcym w ciszy stÅumionem, gÅuchem brzÄczeniem mustyków.

Odprawiwszy natarczywego sÅugÄ, proponujÄcego im przysÅaÄ natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco, bazyliki i paÅacu DoÅ&fraq14;ów -DzierÅ&fraq14;ymirscy wkrótce pozostali zupeÅnie sami.....

W Wenecyi wszÄdzie pogasÅy juÅ&fraq14; ÅwiatÅa. Noc zupeÅna, czarna, zawisÅa chwilowo nad grodem. Nie trwaÅo to jednak dÅugo; stopniowo chmury na niebie rozstÄpowaÄ siÄ poczÄÅy i rÄbek ksiÄÅ&fraq14;yca nieÅmiaÅo wychyliÅ siÄ z poza nich.

ZamigotaÅ na wieÅ&fraq14;ycach koÅcioÅa Å-go Marka, zÅotawym brÄzie czterech rumaków, królujÄcych na szczycie tej katedry - musnÄÅ swym blaskiem Åciany paÅacu DoÅ&fraq14;ów, a przeszedÅszy siÄ po jego galeryach ponurych, zajrzaÅ w zakratowane okna wiszÄcego mostu, ÅÄczÄcego paÅac z dawnem wiÄzieniem, a znanego powszechnie pod nazwÄ "Mostu WestchnieÅ".

Wyjrzawszy zaÅ juÅ&fraq14; odwaÅ&fraq14;niej nieco, trÄciÅ srebrzysty lÅniÄcÄ taflÄ laguny, zadrgaÅ sieciÄ ÅwiatÅa na powierzchni wód, a niebieskawÄ ÅcieÅ&fraq14;ynÄ dotknÄwszy siÄ ich pieszczotliwie, otworzyÅ nagle perspektywÄ dalekÄ, hen! aÅ&fraq14; ku Lido-na morze...

W niezamÄconej niczem ciszy, staroÅ&fraq14;ytne zegary licznych koÅcielnych i klasztornych wieÅ&fraq14;ycach wybijaÄ poczÄÅy rytmicznie którÄÅ godzinÄ. Jedne z nich brzmiaÅy basem, inne kwiliÅy wiolinem, lub brzÄczaÅy melodyjnie, ÅÄczÄc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijÄc w ten sposób, zdawaÅy siÄ mierzyÄ w milczeniu chwile czyjegoÅ moÅ&fraq14;e szczÄÅcia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiÄÅ&fraq14;yca zaszkliÅy siÄ jasnem ÅwiatÅem na taflach szyb hotelowych, dawnego paÅacu Dandolo. ZatrzymaÅy zda siÄ dÅuÅ&fraq14;ej przy jednem oknie i pomknÄÅy znowu obojÄtne w dal...

A posÄgowo uÅmiechniÄte, wiecznie tak samo szerokie oblicze ksiÄÅ&fraq14;yca nie zmieniÅo wcale wyrazu.

Bo cóÅ&fraq14; go zaiste, obchodziÄ mogÅo tych dwoje ludzi, którzy przybyli aÅ&fraq14; tutaj po uÅudÄ rozkoszy? CóÅ&fraq14; znaczyÅy dlaÅ dwa serca, zrywajÄce wspólnie kwiat miÅoÅci i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem Å&fraq14;yciu prawiecznem widziaÅ podobnych zdarzeÅ aÅ&fraq14; nadto wiele; on znaÅ nicoÅÄ tych chwil, umiaÅ na pamiÄÄ kochanków zaklÄcia i ich nieraz sÅomiane zapaÅy, gasnÄce za Å&fraq14;ycia podmuchem - pod rzeczywistoÅci bezlitosnÄ rÄkÄ. WiedziaÅ równieÅ&fraq14;, Å&fraq14;e zapaÅy te same, odegrzane czÄstokroÄ i oÅ&fraq14;yÅe, kiedyÅ, w przyszÅoÅci, obosiecznem ciÄciem raniÄ moÅ&fraq14;e bÄdÄ tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno ÅaknÄcych uczucia i uÅ&fraq14;ycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliÅa siÄ do twarzy ksiÄÅ&fraq14;yca i przesÅoniÅa go leciutko, kaskada zaÅ miesiÄcznych promieni, zbladÅszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalaÅa uÅpionÄ WenecyÄ.

W tej samej chwili dwie jakieÅ postacie, zbliÅ&fraq14;one do siebie, zamajaczyÅy poza taflÄ jednego z okien hotelowych, i dwie gÅowy, dotykajÄc siÄ wzajemnie, zapatrzyÅy siÄ we wdziÄczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo póÅÅwiatÅem, oraz cieniami ksiÄÅ&fraq14;yca.

I postawszy tak dÅugÄ chwilÄ, jakby rozmarzone, znikÅy niebawem, splecione w uÅcisku, niezdolne napawaÄ siÄ dÅugo poza sobÄ niczem, nawet piÄknem przyrody...

W Ålad prawie zatem nastaÅa ciemnoÅÄ nieprzejrzana i zapanowaÅa nad miastem pamiÄtek.


Zadumany i jakby tÄskny tuliÅ siÄ zmierzch szary do Åcian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspaniaÅych sklepów jego, peÅzaÅ u podnóÅ&fraq14;y pomników, ÅcieraÅ kontury gmachów koÅcioÅów - wszystko dokoÅa pogrÄÅ&fraq14;aÅ w mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziaÅa na fotelu Melania, marszaÅkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli DzierÅ&fraq14;ymirskiej, a dotychczasowa od dzieciÅstwa prawie opiekunka tej ostatniej.

Przez otwarte okno, ÅÄcznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskaÅ siÄ tutaj wolno zmrok, a ÅciemniajÄc siÄ stopniowo coraz bardziej, pocieszajÄco jakby wygÅadzaÄ siÄ staraÅ zmarszczone wysokie czoÅo wiekowej juÅ&fraq14; matrony, Åagodnie muskaÅ jej siwe wÅosy, i zaglÄdajÄc jednoczeÅnie nieÅmiaÅo w oczy rozumne, wyraźnie zdawaÅ siÄ wspóÅczuÄ smutnemu jej zamyÅleniu.

Na maÅym stoliku przed marszaÅkowÄ leÅ&fraq14;aÅ otwarty telegram. OpiewaÅ on zaÅ lakonicznie: "Przewidzenia sÅuszne. Ola juÅ&fraq14; po Ålubie z DzierÅ&fraq14;ymirskim. PrzyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;am. ÅadyÅ&fraq14;yÅski."

JuÅ&fraq14; moÅ&fraq14;e póŠgodziny po przeczytaniu powyÅ&fraq14;szej wiadomoÅci, nieruchomo w swym fotelu siedziaÅa pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknÄÅa z domu swej ciotki, by wiÄcej nie wróciÄ - marszaÅkowa Warnicka z niepokoju postarzaÅa siÄ byÅa o lat co najmniej kilkanaÅcie.

PoczÄtkowo nie mogÅa zrozumieÄ postÄpku swej siostrzenicy; tak dobrze byÅo jej u niej, moÅ&fraq14;e zatem powróci ona lada chwila - niewÄtpliwie.

MusiaÅa wyjechaÄ z miasta na parÄ godzin, znaglona interesem waÅ&fraq14;nym... mówiÅa sobie, perswadowaÅa staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy Å&fraq14;adnej o Oli nie byÅo wieÅci, obawa kochajÄcej dziewczÄ ciotki wzrosÅa o niÄ do tego stopnia, iÅ&fraq14; myÅlaÅa, Å&fraq14;e zwaryuje. Dom caÅy byÅ przeraÅ&fraq14;ony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po mieÅcie, na chybiÅ trafiÅ - wszÄdzie, oczekujÄc zarazem z trwogÄ wiszÄcej zda siÄ w powietrzu katastrofy - wiadomoÅci jakiej strasznej, o nieszczÄÅciu, lub nawet o Åmierci.

ZbawcÄ peÅnej niepokoju marszaÅkowej okazaÅ siÄ wówczas Emil ÅadyÅ&fraq14;yÅski, przyjaciel caÅego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem czÅowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy naprÄdce wskazówek tu i ówdzie, wpadÅ od razu na trop wÅaÅciwy. DomysÅy jego byÅy trafne.

  • A ja powiadam pani marszaÅkowej, Å&fraq14;e panna Ola uÅ&fraq14;ywa juÅ&fraq14; miodowych miesiÄcy! MÅodoÅÄ nie Å&fraq14;artuje, gdy kocha... byÅy to ostatnie sÅowa jego i sprawdziÅy siÄ, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradziÅ sobie.

MarszaÅkowa w zadumie westchnÄÅa cicho, ciÄÅ&fraq14;kie bowiem, zaiste, czekaÅy jÄ niebawem przejÅcia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedzÄc, powiadomiÅa, wzywajÄc go, natychmiast po znikniÄciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...

CóÅ&fraq14; ona, na Boga, powie ubóstwiajÄcemu córkÄ ojcu, jak siÄ potrafi wytÅumaczyÄ przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawiÅ on byÅ, wyjeÅ&fraq14;dÅ&fraq14;ajÄc, jedyne swe dzieciÄ...

Lecz czyÅ&fraq14; mogÅa przewidzieÄ podobne rozwiÄzanie sprawy?

Przenigdy!...

I marszaÅkowa Warnicka niÅ&fraq14;ej jeszcze pochyliÅa na piersi gÅowÄ swÄ siwÄ, a czoÅo jej pooraÅy zmarszczki, znaczÄc jakby Ålad mÄczÄcych ÅcigajÄcych siÄ myÅli.

  • A jÄ, OlÄ, to dzieciÄ, które wespóŠz bratem i ona kochaÅa caÅÄ siÅÄ swej duszy, czyÅ&fraq14; tak znów dalece winiÄ moÅ&fraq14;na byÅo?...

Zapewne...

Nie porzuca siÄ od razu wszystkiego, nie ucieka chyÅkiem, choÄby nawet w ramiona ukochanego mÄÅ&fraq14;czyzny, gdy sprzeciwia siÄ temu wola rodzica, gdy...

Pani Melania przetarÅa czoÅo pomarszczonÄ dÅoniÄ. "MÅodoÅÄ nie Å&fraq14;artuje, gdy kocha!" zabrzmiaÅy jej w uszach sÅowa Emila ÅadyÅ&fraq14;yÅskiego. MiaÅ sÅusznoÅÄ...

I nagle, z poczÄtku nieokreÅlone, później coraz gÅoÅniejsze, Åmielsze, zakieÅkowaÅy w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyÅ&fraq14; doprawdy, Ola nieszczÄÅliwa tak bardzo byÅa winna?... MiÅoÅÄ oszoÅomiÅa jÄ, porwaÅa, a reszty niewÄtpliwie dokonaÅo wychowanie mÅodej panny, kapryÅnej pieszczotki ojca, ulubienicy równieÅ&fraq14; jej, marszaÅkowej, zawsze dlaÅ pobÅaÅ&fraq14;liwej i sÅabej.

I pani Melania znów zadawaÅa sobie dalej w myÅli pytania...

  • Czy Ola posiadaÅa w duszy swej to, coby jÄ od popeÅnionego kroku wstrzymaÄ mogÅo? Czy wpajano w niÄ te zasady mÅodych, takie na przykÅad, jakiemi jÄ karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych wyrosÅo?... MarszaÅkowa w zadumie spuÅciÅa nisko gÅowÄ.
  • Nie, nie! - odpowiadaÅo coÅ skrycie na dnie jej duszy.

Ola zasad takich nie miaÅa, a z czyjejÅ&fraq14;e to byÅo winy?

Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastÄpnie i jej przecie, zastÄpujÄcÄ Oli odeszÅÄ z tej ziemi matkÄ.

I z szarÄ godzinÄ, coraz bardziej rozgaszczajÄ siÄ po buduarze - z mrokiem, peÅnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradajÄce siÄ do duszy marszaÅkowej wyrzuty potÄÅ&fraq14;niaÅy, rosÅy... Samokrytyka zaÅ wÅasnego postÄpowania zgryźliwie szarpaÄ poczÄÅa jej mózg, coraz to nowemi pytaniami jÄ zasypujÄc:

  • Czy staraÅaÅ siÄ wniknÄÄ do duszy mÅodego dziewczÄcia, a potem, zbadawszy jÄ, formowaÄ i uksztaÅcaÄ? - mówiÅa ona. - Czy wtedy - pytaÅa dalej - gdy po niewinnem dzieciÅstwie i mÅodocianych leciech po raz pierwszy wstÄpiÅa Ola, juÅ&fraq14; jako dorosÅa panna, na ÅliskÄ arenÄ salonów i Åwiatowego Å&fraq14;ycia, daÅaÅ ty jej, prócz wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, gÅÄbszej, powaÅ&fraq14;niejszej natury?...

A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawÄ, flirtami i taÅcem, z pobudzonymi zmysÅami i wyobraźniÄ, wracaÅa ona do domu z towarzyskich balów i zebraÅ - czy zastanowiliÅcie siÄ wy kiedyÅ, ty i brat twój, January nad tem, co przechodziÅo tam przez owÄ mÅodÄ gÅówkÄ, co zapalaÅo wyobraźniÄ jej i w bezsennych nocach moÅ&fraq14;e marzeniem uÅudnem na skrzydÅach niezdrowych fantazyj nie pozwalaÅo zamknÄÄ Åºrenic do snu cichego?...

UczyniliÅcie wy to wszystko? ZastÄpiliÅcieÅ&fraq14; dziewczÄciu temu matkÄ, wykonywujÄc wspólnie ten naÅoÅ&fraq14;ony na was obowiÄzek, z tÄ koniecznÄ drobiazgowoÅciÄ, z którÄ w istocie czÄstokroÄ nie rachujÄ siÄ rodzicielki same?...

Oblicze zadumanej marszaÅkowej wyraÅ&fraq14;aÅo teraz ciche cierpienie, Å&fraq14;al jakby i skruchÄ, w tym bowiem wewnÄtrznym, milczÄcym rachunku sumienia coraz ciÄÅ&fraq14;sze odczuwaÅa winy po swojej i brata stronie.

A raz poruszone sumienie znów pytaÅo dalej nielitoÅciwie: - Czy pochwyciÅaÅ ty równieÅ&fraq14; te chwile, gdy do krysztalnej mÅodej dotÄd jeszcze duszy zapukaÅa miÅoÅÄ, wkradÅa siÄ tam, i rozkwitÅa bujnie? CzuwaÅaÅ&fraq14;eÅ razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem sÅowem, uwagÄ gÅÄbokÄ, ksztaÅciliÅcieÅ&fraq14; je? hodowali, strzegÄc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? MyÅleliÅcieÅ&fraq14; wy o tem, iÅ&fraq14; tam, zamiast skromnego, piÄknego pÄczka, o barwie Åagodnej, moÅ&fraq14;e wzroÅÄ ukrycie i bezksztaÅtnÄ zajaÅnieÄ purpurÄ kwiat namiÄtnoÅci cichy, wszystko dokoÅa duszÄcy swÄ woniÄ?..

Czy uczyniliÅcie wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya wÄtpliwoÅci wszelkich, szarpnÄÅo pytanie ostatnie duszÄ marszaÅkowej.

PrzygnÄbiona oparÅa znuÅ&fraq14;onÄ gÅowÄ o poduszkÄ staroÅwieckiego mebla.

OdpowiedzieÄ nie mogÅa obronÄ na zarzuty, powstaÅe w jej myÅlach za podszeptem sumienia - milczaÅa zatem.

  • Nie! - szyderczo odpowiedziaÅ z kolei rozum!... WypieÅciliÅcie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiÅcie mu niczego - osypywaliÅcie wszystkiem, czego zapragnÄÅo, znoszÄc nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ustÄpujÄc woli, którÄ rozumnie powinniÅcie byli ksztaÅciÄ; sÅuchajÄc - a nie rozkazujÄc!
  • O, wy! wychowawcy mÅodego pokolenia, jakÅ&fraq14;e daleko jesteÅcie od powinnoÅci swoich!.. zaÅmiaÅ siÄ w koÅcu rozum z goryczÄ.

MarszaÅkowa Warnicka, nie ruszajÄc siÄ z miejsca, przymknÄÅa powieki, chwilÄ dÅuÅ&fraq14;szÄ w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstaÅa ociÄÅ&fraq14;ale z miejsca swego i powoli zbliÅ&fraq14;yÅa siÄ ku oknu.

Zapalono juÅ&fraq14; latarnie w mieÅcie. Po szerokich - trotuarach pierwszorzÄdnej ulicy snuÅy siÄ tÅumy. Pani Melania wpatrzyÅa siÄ w nie, a w jej myÅlach jednoczeÅnie szumiaÅo:

  • Uderz siÄ w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boÅ winna, bardzo winna!

ZamigotaÅ, zabÅysÅ snopem promieni i iskier miÅoÅci pÅomyk, i dziewczyna wyciÄgnÄÅa ku niemu pragnÄce ramiona, jak Åódź bez steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którÄ wychowaÅaÅ - zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglÄdajÄc siÄ nawet za ich bÅogosÅawieÅstwem!

  • Zbieracie, coÅcie zasiali! - gÅos jakiÅ w uszach marszaÅkowej rozbrzmiewaÅ i rósÅ, peÅen potÄgi.

Nagle staruszka cofnÄÅa siÄ wstecz caÅem ciaÅem i drgnÄÅa nerwowo. W ciszy apartamentów rozlegÅ siÄ w tej chwili pokilkakroÄ silnie dzwonek.

To byÅ January Gowartowski. MarszaÅkowa przeczuciem juÅ&fraq14; zgadywaÅa przybycie brata, a przetarÅszy czoÅo rÄkÄ, z gÅÄbokiem westchnieniem odstÄpiÅa od okna.

W sÄsiednim salonie, na odgÅos dzwonka, zapalaÅ wÅaÅnie maÅy lokajczyk ÅwiatÅo, w przedpokoju rozbieraÅ siÄ ktoÅ i rozmawiaÅ ze sÅuÅ&fraq14;Äcym.

Pani Melania, wsÅuchawszy siÄ pilnie, poznaÅa gÅos brata. WysiÅkiem woli rozpogodziwszy, jak umiaÅa, oblicze, przestÄpiÅa próg buduaru, i weszÅa powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukazaÅ siÄ przybyÅy.

ByÅ to mÄÅ&fraq14;czyzna, lat koÅo szeÅÄdziesiÄciu moÅ&fraq14;e, chudy, wysoki, i pomimo wieku, trzymajÄcy siÄ jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o wyglÄdzie i ukÅadzie delikatnym, zrÄcznym i dystyngowanym. Twarz January Gowartowski miaÅ wygolonÄ starannie, gÅowÄ piÄknÄ, z przyprószonym nieco wÅosem, a wÄs sumiasty, biaÅy, okalaÅ mu wargi, wygiÄte nieco dumnie - oblicze zaÅ jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosÅoÅci, nerwowe, zmienne, znamionowaÅo czÅowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wraÅ&fraq14;liwego i uczuciowego moÅ&fraq14;e nad miarÄ.

Ujrzawszy siostrÄ, podbiegÅ ku niej szybko i zÅoÅ&fraq14;yÅ w milczeniu na jej rÄce peÅen uszanowania pocaÅunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spoczÄÅo na jej twarzy pytajÄco, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, widzÄc marszaÅkowÄ nieco zmieszanÄ, odezwaÅ siÄ pierwszy:

  • OdebraÅem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnaÅ miÄ tu natychmiast... Ola wyjechaÅa podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko jej co zÅego siÄ nie staÅo? moÅ&fraq14;e ona chora, groźnie, broÅ BoÅ&fraq14;e?.. Powiedz, Melanio, szczerÄ prawdÄ, mów prÄdzej, bo wytrzymaÄ z niepokoju nie mogÄ!.. - drÅ&fraq14;Äco wymówiÅ pan January sÅowa ostatnie, z akcentem proÅby, gÅosem peÅnym obawy, i z troskÄ na wyrazistej twarzy czekaÅ na odpowiedź.

Tymczasem zmieszanie marszaÅkowej rosÅo. UnikajÄc spojrzenia brata, rzekÅa:

  • AleÅ&fraq14; uspokój siÄ, mój drogi, cóÅ&fraq14; znowu?.. Upewniam ciÄ, iÅ&fraq14; Ola najzdrowsza siÄ czuje i Å&fraq14;e zgoÅa nic zÅego jej nie grozi...

Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziÅa siÄ i westchnienie ulgi podniosÅo pierÅ jego, odczuÅ bowiem szczeroÅÄ w sÅowach siostry.

Rzuciwszy opodal kapelusz i podróÅ&fraq14;na torebkÄ, usiadÅ wygodnie na fotelu i spokojnym juÅ&fraq14; zupeÅnie gÅosem zapytaÅ:

  • No, wiÄc cóÅ&fraq14;, na Boga, staÅo siÄ z OlÄ? wyjechaÅa - dokÄd?...
  • ZmÄczonym pewnie jesteÅ i gÅodnym - przerwaÅa bratu Melania - moÅ&fraq14;e kazaÄ daÄ ci herbaty, przekÄski?... - i mówiÄc to, przycisnÄÅa guzik elektrycznego dzwonka.
  • AleÅ&fraq14;, ma chère, - Å&fraq14;achnÄÅ siÄ trochÄ niecierpliwie Gowartowski
  • to wszystko zrobimy później, po cóÅ&fraq14; te ze mnÄ ceremonie; co ci siÄ dzisiaj staÅo, taka nienaturalna jakaÅ jesteÅ? - zatrzymaÅ siÄ pan January i spojrzaÅ siostrze badawczo w oczy.
  • Nakarmisz mnie potem - dorzuciÅ po chwili, z uÅmiechem - lecz opowiedz mi najprzód, co siÄ tutaj staÅo?...

MarszaÅkowa i na to nic zupeÅnie nie odpowiedziaÅa, bo w tej wÅaÅnie chwili na progu salonu ukazaÅ siÄ przywoÅany lokaj. Wszystko, co dotÄd czyniÅa, miaÅo za cel zyskaÄ tylko na czasie, po prostu bowiem nie wiedziaÅa, w jaki sposób podaÄ bratu smutnÄ i wstrzÄsajÄcÄ odpowiedź i w jakiej uczyniÄ to formie. ZwróciÅa siÄ do sÅuÅ&fraq14;Äcego.

  • Zapal lampÄ w buduarze, a gdyby kto tam przyszedÅ, to powiedz, Å&fraq14;em cierpiÄca, i nie przyjmujÄ...
  • Wszak prawda - z kolei pytajÄco na pozór skierowaÅa siÄ do brata - i ty zapewne nie masz dziÅ ochoty widzieÄ goÅci?...

Za caÅÄ odpowiedź Gowartowski wzruszyÅ z lekka ramionami, jednoczeÅnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzaÅ na siostrÄ, a z twarzy jego pierzchÅa pogoda.

CoÅ poza kulisami dziaÅo siÄ w tym domu niedobrego, czul to pan January nerwami, wiÄc czoÅo zasÄpiÅo mu siÄ i brwi przelotnie zmarszczyÅy. PowstaÅ gorÄczkowo z siedzenia, nieobecny myÅlÄ, szukajÄcy zagadki, nie rozumiejÄc sÅów siostry, znajdujÄcej siÄ juÅ&fraq14; w oÅwietlonym buduarze i mówiÄcej coÅ do niego.

  • Co mówisz? nie sÅyszÄ... - rzuciÅ po chwili. - MoÅ&fraq14;e tu przejdziesz, bÄdzie nam wygodniej rozmawiaÄ... - powtórzyÅa gÅoÅniej tym razem marszaÅkowa.

Gowartowski posÅusznie podszedÅ ku drzwiom i przestÄpiÅ próg buduaru.

Zamknij drzwi za sobÄ, mój kochany, i siadaj, proszÄ ciÄ! - bezdźwiÄcznym gÅosem odezwaÅa siÄ pani Melania, sama zaÅ skierowaÅa siÄ, by przymknÄÄ drzwi do pokoju jeszcze jedne.

Pan January tymczasem usiadÅ i ze wzrastajÄcym coraz bardziej niepokojem ÅledziÅ ruchy swej siostry. Teraz byÅ juÅ&fraq14; pewnym, Å&fraq14;e czeka go coÅ niezwykÅego, i zÅego, tak bowiem ostroÅ&fraq14;nej i dziwnie postÄpujÄcej siostry dawno juÅ&fraq14; nie oglÄdaÅ.

MarszaÅkowa zbliÅ&fraq14;aÅa siÄ wÅaÅnie ku niemu, a usadowiwszy siÄ obok, na kanapie, ujÄÅa w obie dÅonie rÄce brata. PostanowiÅa w myÅli zaraz od razu przeciÄÄ draÅ&fraq14;niÄce pÄta wstÄpnej rozmowy, rzekÅa zatem Åagodnie i serdecznie, wpatrzywszy siÄ rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.

  • Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, Å&fraq14;e nie zanadto zmartwisz siÄ tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomoÅÄ bardzo smutnÄ, co ci zakomunikowaÄ muszÄ - prawdziwie po mÄsku...
  • AleÅ&fraq14; dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-Å&fraq14;e mi nareszcie, o co chodzi, bo siedzÄ, jak na rozÅ&fraq14;arzonych wÄglach, i po gÅowie latajÄ mi wprost niemoÅ&fraq14;liwe przypuszczenia!.. Mów prÄdzej, bÅagam - cóÅ&fraq14; z OlÄ siÄ staÅo?.. - wybuchnÄÅ Gowartowski, ostatnie zaÅ sÅowa jego drgaÅy wymówkÄ i proÅbÄ.

Wyraz wspóÅczucia przemknÄÅ po twarzy matrony siwej, i objÄwszy rÄkami gÅowÄ brata, ucaÅowaÅa jÄ czule.

  • Ola... juÅ&fraq14; po Ålubie... - rzekÅa równoczeÅnie szeptem.

Gowartowski, jak podrzucony, zerwaÅ siÄ z fotelu, i wzrokiem bÅÄdnym na marszaÅkowÄ spojrzaÅ. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknÄÅ w pierwszej chwili. - To byÄ nie moÅ&fraq14;e!... - dorzuciÅ i urwaÅ... Wpatrzywszy siÄ bowiem uwaÅ&fraq14;niej w twarz siostry, poznaÅ, iÅ&fraq14; ona mówi prawdÄ, po chwili jÄknÄÅ wiÄc tylko cicho:

  • Z kim?... i caÅy, zdawaÅo siÄ, zawisÅ na ustach pani Melanii... GÅos zadrÅ&fraq14;aÅ marszaÅkowej, gdy, jak mogÅa najspokojniej, panujÄc nad wÅasnem wzruszeniem, odpowiedziaÅa wolno:
  • Z Romanem DzierÅ&fraq14;ymirskim...
  • Z DzierÅ&fraq14;ymirskim... z tym hoÅyszem... synem tej... tej WÅoszki, Åpiewaczki!... - gÅos zaÅamaÅ siÄ panu Januaremu, i schwyciÅ siÄ on obiema rÄkami za gÅowÄ. - I bez... bez... - tu gÅos Gowartowskiego przeszedÅ w chrypkÄ, snaÄ wstrzÄsajÄca nowina zatamowaÅa mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... bÅogosÅawieÅstwa!... - wykrztusiÅ; dokoÅczyÅ nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znÄkanego otrzymanÄ wiadomoÅciÄ ojca, dotÄd blada bardzo, zakwitÅa nagle ceglastym rumieÅcem, nogi zaÅ widocznie zachwiaÅy siÄ pod nim, gdyÅ&fraq14; ciÄÅ&fraq14;ko, bezsilnie, upadÅ na pobliski gÅÄboki fotel.

Powtórnie, z macierzyÅskÄ iÅcie troskliwoÅciÄ, objÄÅa gÅowÄ stroskanego brata marszaÅkowa Warnicka, jakby ta czuÅa pieszczota siostrzana ukoiÄ pragnÄÅa, choÄ chwilowo, cios, przed chwilÄ sÅowami przez niÄ zadany.

Lecz Gowartowski odtrÄciÅ jÄ prawie Å&fraq14;e brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w dÅoni rÄkÄ siostry, przemówiÅ zapalczywie, urywanym gÅosem.

  • Jak to? I ty, Melanio, pozwoliÅaÅ na to? ty, na opiece której, niby matki rodzonej, zostawiÅem moje dzieciÄ? Ty daÅaÅ zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem?

I pan January ponownie z miejsca swego siÄ zerwaÅ, i wykrzyknÄÅ wzburzony:

  • WiedzÄc, Å&fraq14;e temu mÅokosowi, awanturnikowi odmówiÅem dawniej, naumyÅlnie usypialiÅcie czujnoÅÄ mojÄ, by mnie podejÅÄ, oszukaÄ, i myÅleliÅcie moÅ&fraq14;e, iÅ&fraq14; ja to przyjmÄ post factum, "tak sobie!"
  • AleÅ&fraq14; zmiÅuj siÄ, uspokój ! - pospiesznie przerwaÅa marszaÅkowa.
  • Nic jeszcze nie wiesz dokÅadnie, a juÅ&fraq14; obwiniasz innych na chybiÅ-trafiÅ. ProszÄ ciÄ, bardzo proszÄ, cierpliwoÅci trochÄ, spokoju, aÅ&fraq14; opowiem ci wszystko, - dodaÅa bÅagalnie.

Pan January mimo woli ucichÅ i spojrzaÅ pytajÄco na siostrÄ.

  • Serce-Å&fraq14; ty moje, posÅuchaj, a nie martw siÄ tak okrutnie - drÅ&fraq14;Äcym od wzruszenia gÅosem, ze wspóÅczuciem, przemówiÅa znowu pani Melania, w nagÅem rozczuleniu zatrÄcajÄc przytem wyraźnie rodzonym ukraiÅskim akcentem, od którego odzwyczaiÅa siÄ byÅa swÄ ciÄgÅÄ bytnoÅciÄ w mieÅcie. - PosÅuchaj, jak siÄ rzecz miaÅa - zaczÄÅa marszaÅkowa, i ciÄgnÄÅa tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy juÅ&fraq14; tak boleÅnie dotknÄÅeÅ miÄ przypuszczeniem, Å&fraq14;e byÅam w zmowie przeciwko tobie, wytÅumaczyÄ siÄ winnam... Tak nie byÅo wcale, jak sÄdzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoÅa nie wiedziaÅam...

Jak to? - przerwaÅ siostrze zdumiony Gowartowski.

  • Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupeÅnie nie wiedziaÅam - powtórzyÅa marszaÅkowa, z widocznym Å&fraq14;alem w gÅosie - a dlaczego? Dlatego, Å&fraq14;e oni poradzili sobie bez nas... Roman porwaÅ OlÄ i natychmiast wyjechali razem za granicÄ.

I pani Melania umilkÅa, wszystko najgorsze juÅ&fraq14; byÅo bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyliÅa siÄ gÅowa mÄÅ&fraq14;czyzny, i odbiÅo siÄ na niej jeszcze boleÅniejsze cierpienie.

  • Olu!... Olu!... dziecko moje!.. JakÅ&fraq14;e zawiodÅem siÄ na, tobie! - z ciÄÅ&fraq14;kiem westchnieniem wymknÄÅo siÄ z ust biednego ojca.

MarszaÅkowa spoglÄdaÅa wzruszona na brata. Gniewu jego nie baÅa siÄ ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lÄkaÅa siÄ dotÄd najbardziej, to tej rany wÅaÅnie, zadanej kochajÄcemu sercu ojcowskiemu przez córkÄ, depczÄcÄ przywiÄzanie do niej silne i bez upamiÄtania - dla uÅudnej fatamorgany zmysÅowych ro