(et) Etext
home news faq about

I understand, agree to and accept the "Small Print!" statement.

The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski

Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the copyright laws for your country before downloading or redistributing this or any other Project Gutenberg eBook.

This header should be the first thing seen when viewing this Project Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the header without written permission.

Please read the "legal small print," and other information about the eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is important information about your specific rights and restrictions in how the file may be used. You can also find out about how to make a donation to Project Gutenberg, and how to get involved.

**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**

**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**

*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****

Title: Ironia Pozorow

Author: Maciej hr. Lubienski

Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
[Yes, we are more than one year ahead of schedule] [This file was first posted on September 22, 2002]

Edition: 10

Language: Polish

Character set encoding: ISO-8859-2

  • START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK

    IRONIA POZOROW ***

Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.

Title: "Ironia Pozorów"

Author: Maciej hr. £ubieñski

PROLOG

Dnia³o...

Leniwo, sennie pierzcha³y mg³y przezrocze, tul±ce siê dot±d w niemej pieszczocie do ¶cian wielkiego grodu i wodnej, p³yn±cej u stóp jego fali.

Wreszcie - znik³y...

Na wzgórzu ukaza³o siê miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi gmachami i z¿ó³k³± zieleni± ogrodów przejrza³o siê dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigota³ równocze¶nie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego ¶witu.

Na poddaszach krytego ceg³± staromiejskiego domku nieprzes³oniête niczem okno jedno za¶mia³o siê weselej od innych do matowego porannego ¶wiat³a. Ciekawie do wnêtrza facyatki w¶lizn±³ siê brzask smêtny.

W pokoiku, o paru najniezbêdniejszych tylko sprzêtach, na razie nie by³o nikogo.

Po¶ciel nienaruszona bieli³a siê do¶æ schludnie, wszystko woko³o za¶ wskazywa³o wyra&fraq14;nie, i¿ w³a¶ciciela siedziby tej od wczoraj ju¿ nie by³o, puls bowiem kie³kuj±cej tu jakiego¶ jednego ¿ycia, zastyg³y w panuj±cym wszêdzie nieporz±dku, wyra&fraq14;nie oczekiwaæ siê zdawa³ cierpliwie na swego pana i w³adcê.

Tymczasem za¶ tylko po niezamiecionych k±tach b³±ka³y siê pustka i nuda, a nietrudno by³o domy¶leæ siê, ¿e bieda w swej ziemskiej wêdrówce zagl±daæ tu nieraz musia³a...

Go¶cinê jej bowiem zdradza³o tutaj - wszystko. A wiêc i ubo¿yzna mebli i atmosfera jaka¶ duszna, wreszcie to co¶ niewidzialnego, nieokre¶lonego, z k±tów, ze ¶cian, zewsz±d, wyzieraj±cego, co, jak widma cieñ, szeptem jakby, mówi wci±¿ o sobie i ³zawo siê skar¿y.

W przedziwnie zgodnej, panuj±cej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii i smutku, d&fraq14;wiêcza³a jednak, drga³a, niby u¶mieszek radosny, jasny, nuta weselsza. By³a za¶ ni± stoj±ca w rogu pokoju, na komódce staro¶wieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna fotografia gabinetowa m³odej dziewczyny, ku której z obok stoj±cej szklaneczki ma³ej wychyla³a siê pieszczotliwie w rozkwicie swym ¶liczna aksamitna p±sowa ¶wie¿a ró¿a.

Dziewczê i ró¿a patrzy³y na siebie, lecz królowa kwiatów z s±siedztwa swego dumn± byæ tylko mog³a.

Z martwej bowiem kartki kartonu, spogl±da³a na ¶wiat du¿emi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zaklêty w rysach i uk³adzie ca³ej postaci nieujêty jaki¶ wdziêk - ta si³a najwiêksza kobiety, oporna na lata i burze ¿ycia, ¶wie¿a zawsze, jak kwiecie wiosny - sz³a na widza i chwyta³a go za serce, czaruj±c natychmiast swem s³abem b±d&fraq14; co b±d&fraq14; tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.

Odosobnienie za¶ wyra&fraq14;ne rogu izdebki, gdzie sta³a fotografia, od otaczaj±cych i rozrzuconych po pokoju sprzêtów, oraz pewna czysto¶æ staranna, cechuj±ca to miejsce - ¶wiadczy³y sob± równie¿ a¿ nadto, ¿e nieobecny w³a¶ciciel mieszkanka tego dba³ wielce o ten zak±tek, zdradzaj±c przytem, ¿e i on w biedzie swej mia³ mo¿e jak±¶ chwilkê jasn±, jakie¶ swoje marzenie!...

Tak, niew±tpliwie!...

Si³a bowiem jakby ukryta, a nieujêta jednocze¶nie i dziwna, bi³a od tego k±cika pami±tek; zdawa³ siê byæ on jedynym u¶miechem smutnego zk±din±d tu bytu i jedyna równie¿ kapliczka, nik³ego z³udnego zapewne jakiego¶ szczê¶cia, ale zawsze - szczê¶cia.

W szar± nêdzê istnienia "pana", zamkniêtej w tych ¶cianach biedy, ¿ycie wpl±ta³o widaæ jak±¶ niæ z³ot±, rzuci³o na os³odê hojnie i lito¶ciwie pêk duchowych promieni!...

Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywa³o nic zgo³a... Przez ma³e okienko widaæ tu by³o spiêtrzone dachy z czerwonej ceg³y, kominy; dalej, w dole, srebrzy³a siê rzeka, a ¶rodkiem niej cicho sunê³a w³a¶nie berlinka, zd±¿aj±c ku miejskiej przystani.

Z wie¿y której¶ z poblizkich ¶wi±tyñ w ogólnem milczeniu melodyjnie rozleg³ siê niebawem d&fraq14;wiêk sygnaturki porannej. Monotonne nieco pop³ynê³o w dal echo z dzwonu, a zawtórowa³y mu wkrótce ¶wistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, p³yn±ce zewsz±d odg³osy.

Powolnie budzi³o siê ju¿ miasto.

Krêtymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zd±¿a³ krokiem równym i szybkim ku opisanej powy¿ej siedziby swojej m³ody mê¿czyzna, ros³y i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miêkki kastrowy kapelusz, nadaj±cy ¶niademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyra&fraq14;ny typ jakby po³udniowca z Zachodu. Szed³ on, pogwizduj±c z cicha, z rêkami w kieszeniach, zamy¶lony, a po wyminiêciu kilku przechodniów, skrêciwszy w uliczkê w±zk± i g³uch±, znalaz³ siê na niej sam zupe³nie.

Po chwili jednak z poza wêg³a staro¶wieckiego domu, tworz±cego róg tej ulicy, wysunê³a siê pewna postaæ i poczê³a i¶æ w ¶lad za nim.

By³a to biedna jaka¶ babina, a snaæ nieco podpita, bo zataczaj±c siê z lekka, krzykliwie pod¶piewywa³a co¶ sobie. Ma³a, krêpa, okrêcona czerwon± we³nian± chustk± i w takiej¿e spódnicy, ko³ysa³a siê ona zabawnie, przystaj±c co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykrêcaj±c siê na jednej nodze.

W swe ko¶ciste rêce spódnicê ujmowa³a przytem pociesznym ruchem, a z pe³n± komizmu gracy± unosz±c j± wyra&fraq14;niej i g³o¶niej powtarza³a ostatni± piosenki zwrotkê, i sz³a dalej, aby w parê minut ponownie wykonaæ te¿ same identycznie produkcye.

Id±cy ulic± mê¿czyzna przystan±³ i patrza³ ciekawie na babinê, wkrótce jednak, znudzony, obojêtnie odwróci³ siê i pocz±³ i¶æ dalej.

W tej samej chwili pos³ysza³ za sob± wo³anie:

  • Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...

M³ody cz³owiek odwróci³ siê i ujrza³ zmierzaj±c± ku niemu kobiecinê; trzyma³a co¶ w rêku i kiwa³a nañ. Zdziwiony podszed³ bli¿ej i zapyta³:

  • Có¿ to, czegó¿ ode mnie chcecie?

Babina za¶, podaj±c mu jaki¶ przedmiot, obja¶ni³a:

  • A dyæ zgubili¶ta to panoczku!... Przez ma³a psewróci³abym se bez tê torbê...

Nieznajomy machinalnie uj±³ w rêkê, co mu dawano.

Trzyma³ pugilares du¿y, ciê¿ki i elegancki; by³ on ze skóry koloru wi¶niowego i mile dotkniêciem swem pie¶ci³.

Na ten widok zarumienione od porannego ch³odu oblicze m³odzieñca zblad³o, rêka mu zadr¿a³a nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszy³y siê niedostrzegalnie, zamar³y, jakby niewypowiedziane jakie¶ s³owa.

Jednocze¶nie spojrzenie jego du¿ych ciemnych oczu obrzuci³o badawczo uliczkê: wokó³ nie by³o nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzy³y przed siebie martwem okiem - w ciszy u¶pienia jeszcze drzema³o tu miasto.

Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spocz±³ z kolei na twarzy stoj±cej przed nim kobieciny, i zatrzyma³ siê na niej d³ug± chwilê...

Zdawa³a siê ona byæ ze wsi, a Bogu duszê winna, uciera³a w tej chwili swój nos zamaszy¶cie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu w³a¶ciwym sposobem, mrugaj±c równocze¶nie ma³emi, zasz³emi krwi±, jak u królika, oczkami. Niew±tpliwie by³a przytem powesela³± od trunku, a nie pijan± przed chwil± widaæ ¶piewaj±c± tylko - tak sobie, gwoli zado¶æuczynienia nastrojowi swemu, czy te¿ mo¿e zbytkowi przyrodzonego temperamentu.

  • Dziêkujê wam! - Lakonicznie rzuci³ nagle nieznajomy, prosto w piegowat± i czerwon± twarz babiny i odwróciwszy siê z po¶piechem, podniós³ ko³nierz paltota, wtuli³ w niego g³owê, nasun±³ na oczy kapelusz i pocz±³ i¶æ bardzo szybko, wkrótce za¶ pu¶ci³ siê prawie ¿e biegiem.
  • A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemaj±ca, - zawyrokowa³a g³o¶no do siebie, wzruszaj±c ramionami, kobiecina.

Ra&fraq14;no z miejsca ruszy³a i ¶piewaæ znowu poczê³a, echo za¶ jej piosenki, odbiwszy siê o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta - pogna³o za nikn±cym ju¿ w g³êbi uliczki mê¿czyzn±, ostatni± sw±, dwukrotnie powtórzon±, zwrotk±:

                    "A kto kocha, ten jest zdrów,
                     A kto kocha -  ten jest zdrów..."

Zgrzytn±³ klucz w zamku cichej facyatki, otworzy³y siê gwa³townie drzwiczki, i na progu stan±³ w³a¶ciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywo³anego pr±dem powietrza, zadr¿a³y firanki u ma³ego okienka, ze szklanego za¶ kielicha pochyli³a siê ku fotografii m³odej dziewczyny ró¿a aksamitna, jakby pragn±c z ni± wspólnie powitaæ pana swego.

  • Nareszcie!... - wyszepta³y z ulg± usta przyby³ego i ruchem nerwowym, zamkn±wszy cicho drzwi za sob±, przekrêci³ klucz w zamku.

Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ¶cianach smutnej dot±d izdebki zrobi³o siê jako¶ weselej i ja¶niej!...

M³odo¶æ bowiem i si³a sz³y, bi³y od m³odego mieszkañca facyatki, i niby brakuj±cy promieñ ¶wiat³a, o¿ywi³y, zda siê, wnêtrze poddasza.

Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzes³o, m³odzieniec bacznie rozejrza³ siê po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby co¶ rozwa¿aj±c, pozosta³ w pozycyi stoj±cej d³u¿sz± chwilê.

Poruszy³ siê jednak niebawem i podszed³ do drzwi, nads³uchuj±c równocze¶nie. Postawszy za¶ tam minut parê, zbli¿y³ siê nastêpnie do okna, a wpatrzywszy siê w nie przez sekundê mo¿e, po krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spu¶ci³ roletê.

Szarawa ciemno¶æ zaleg³a izdebkê.

M³odzieniec podszed³ do kanapy, przed któr± sta³ stoliczek mahoniowy, i usiad³. Wkrótce w ciszy rozleg³ siê zgrzyt zapa³ki. Po chwili ma³a lampka o¶wietla³a ju¿ poddasze, m³ody cz³owiek za¶, raz jeszcze obejrzawszy siê wko³o, szybko, siêgn±³ do kieszeni swego ubrania.

Nerwowo, ¶piesznie wydoby³ stamt±d wrêczony niedawno portfel skórzany i, z b³yskiem ciekawo¶ci w oczach roztworzywszy go, po³o¿y³ na stole.

Z sze¶ciu, zapiêtych ma³emi klapkami, przedzia³ów z³o¿ony, z wielk± spodni±, id±c± przez ca³± d³ugo¶æ jego kieszeni±, w oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeæ siê zdawa³ na siedz±cego mê¿czyznê...

Rêce jego jednak, dotkn±wszy siê tylko pobie¿nie wype³nionych kryjówek, zatrzyma³y siê chwilê bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbi³o zdumienie, po³±czone jakby z przestrachem.

  • Jak to, wiêc tak du¿o tu czego¶? -mówi³y wyra&fraq14;nie wielkie, wyrazu pe³ne oczy m³odzieñca, i jednocze¶nie pytaæ siê zdawa³y niepewne: - Czy tylko to aby pieni±dze?..

I dziwna reakcya odbywa³a siê w duszy jego.

Gdy krêtemi uliczkami lecia³ do swego mieszkanka, pali³a go chêæ ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lêk oto jaki¶ niewyt³umaczony zaw³adn±³ nim nagle.

Przeczucie mówi³o mu wyra&fraq14;nie, ¿e tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od oczu ludzkich, mie¶ci³ siê maj±tek mo¿e, tkwi³ pieni±dz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczê¶cia, drzema³a ¶wiata tego potêga - z³oto...

A jednak nie poruszy³ on dot±d wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, które czekaæ siê zdawa³y tylko dotkniêcia jego, czu³ dobrze, zdawa³ sobie on sprawê z czego¶ innego równie¿.

To by³a w³asno¶æ cudza!...

Upomn± siê o ni± niew±tpliwie; on za¶, nie wiedz±c, co siê tam znajduje, mo¿eby móg³ jeszcze, pomimo swej nêdzy, zwróciæ w³a¶cicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy rêce w zawarto¶ci jego?

Z rêk± na portfelu opart± mê¿czyzna zamy¶li³ siê bardziej jeszcze.

Wszak, choæ z pozoru wesó³ i syty, nie posiada³ on w istocie na razie z³amanego szel±ga przy duszy. Ostatnie pieni±dze wyda³ na bilet kolejowy, który pozwoli³ mu wróciæ w ¶ciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwi±zanej z nadziej± otrzymania posady.

Nie otrzyma³ jej - wraca³ z niczem; g³odne dzisiaj ju¿ teraz pytaj±co zagl±da³o mu w oczy zimnem nieub³aganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

M³odzieniec zerwa³ siê z kanapki i przebieg³ pokój kilka razy. Nagle, wytrzymaæ snad&fraq14; ju¿ nie mog±c, pochwyci³ w dr¿±ce rêce le¿±cy portfel i rozpi±³ ruchem gwa³townym po kolei wszystkie jego kieszonki...

I oto z jednego przedzia³u natychmiast z przyciszonym brzêkiem posypa³y siê na wyszarza³± serwetê stolika rulony z³ota, b³yszcz±ce, nowe - zamigota³y w niepewnem ¶wietle lampy i u³o¿y³y siê cicho... W ¶lad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypad³y pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunê³y siê do po³owy wielkie kwadraty piêæsetrublówek!...

Wiêc nie by³o to urojeniem, marzeniem, mrzonk±!.. Rzeczywi¶cie zatem drzema³ tu pieni±dz w swym majestacie!..

M³ody cz³owiek odskoczy³ od sto³u i wpatrzy³ siê w nagromadzon± kupê grosza.

Na twarz jego wyst±pi³ wyraz chciwo¶ci i oszpeci³ j±, oczy g³êbokie, du¿e, przybra³y po³ysk koci i wpi³y siê uporczywie w banknoty i z³oto.

Po chwili zbli¿y³ siê ponownie do stolika. Lubie¿nym ruchem swej delikatnej rêki przesun±³ po nagromadzonych pieni±dzach, a po ciele jego równocze¶nie przelecia³ dreszcz.

Jak w³osy piêknej kobiety, jak cia³o jej zmys³owe, aksamitne, pie¶ci³y go banknoty... Zanurzy³ rêkê g³êbiej i dotkn±³ siê z³ota.

Z cichym brzêkiem rozsypa³o siê ono w strumyk b³yszcz±cy, a nim do g³êbi ponownie wstrz±sn±³ dreszcz.

Nigdy w ¿yciu swem nie mia³ tyle pieniêdzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwraca³a siê od niego, szczê¶cie dotychczas ucieka³o odeñ równie¿, jak od zapowietrzonego, pieni±dz za¶, drwi±co unosz±c siê w niedostêpnych dlañ wy¿ynach, niepochwytny, szyderczy - stroni³ od niego stale.

M³odzieniec przesuwa³ wci±¿ machinalnie rêk± po storublówkach. Przed oczyma miga³y mu wizerunki, podpisy na banknotach, z³ote imperya³y zimnym dotykiem g³aska³y jego d³oñ...

Wyrwawszy rêkê wreszcie z pieszczotliwego u¶cisku z³ota, mê¿czyzna pochwyci³ nagle pliki storublówek i liczyæ pocz±³.

Dr¿±ce rêce jego bra³y i porzuca³y co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony d&fraq14;wiêk monety zagra³y w ciszy izdebki, zdziwi³y te biedne ¶ciany, tak zdawna odwyk³e od brzêku pieniêdzy, wyganiaj±c, zdawa³o siê, biedê, przykuc³± gdzie¶ w k±cie, z legowiska swego. I widmo jej w ³achmanach zniknê³o przestraszone, wygnane szmerem poddanych Z³otego Cielca - umknê³o, szukaj±c gdzie indziej schronienia.

A m³ody cz³owiek wci±¿ liczy³... Teraz d³oñ jego dotyka³a zwitka piêæsetrublówek. By³o ich dwadzie¶cia.

Ciemny rumieniec powoli wystêpowa³ na ¶niad± twarz m³odzieñca, oczy za¶ jego pali³y siê bezustannie chciwo¶ci niezdrowym blaskiem.

W papierach i z³ocie, z pewn±, drobn± tylko ró¿nic±, by³o wszystkiego dwadzie¶cia siedem tysiêcy.

M³odzieniec odst±pi³ od sto³u i wolno z rozmys³em pocz±³ przechadzaæ siê po izdebce.

  • Dwadzie¶cia i siedem tysiêcy!.. Dwadzie¶cia i siedem...

Powtarzaj±c siê bezustanku, w g³owie jego hucza³a i wraca³a my¶l jedna, a dziesi±tki innych ginê³y, topi³y siê tylko w niej, jak w chaosie, zanika³y - milk³y...

On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzêtów woko³o, nie posiada³ nic na ¶wiecie, on - za jednym zamachem móg³ staæ siê oto w³a¶cicielem owych, rozsypanych przed nim pieniêdzy?..

M³odzieniec zadr¿a³.

  • A moralno¶æ? a etyka? To w³asno¶æ nie twoja, to zguba czyja¶ tylko, ty powiniene¶ pieni±dz ten zwróciæ, zwróciæ, zwróciæ!.. jak rój owadów nagle zabrzmia³y w uszach mê¿czyzny jakie¶ szepty i g³osy.
  • Oddaæ? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwi³ rozs±dek zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalaz³e¶ - to twoje! A zreszt±, gdyby to samo, co ty, znalaz³ by³ kto inny, czy my¶lisz, ¿e post±pi³by on inaczej?
  • Odda³by, odda³ na pewno, bo chcia³by pozostaæ uczciwym!.. - silny g³os prawo¶ci rozleg³ siê ¶mia³o w duszy mê¿czyzny.

Wstrz±sn±³ siê m³ody mieszkaniec facyatki i przetar³ rêk± czo³o, po chwili za¶ zmêczony usiad³ na jednym z koszlawych fotelików i, podpar³szy g³owê d³oni±, zaduma³ siê g³êboko.

A rozum drwi³ dalej bezlito¶nie, zjadliwie, s±cz±c siê kroplami ironii:

  • Nie s³uchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szepta³. - Uczciwo¶æ - frazesa!.. Któ¿ naprawdê uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj siê tylko i wpatrz uwa¿nie w ludzi, walcz±cych o byt obok ciebie. Czyñ wreszcie, jak chcesz... odtr±æ ³askawy u¶miech fortuny!..

Los, odbieraj±c mo¿e naumy¶lnie drugiemu, co mia³ zanadto w swym trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyæ ciebie, nie chcesz-li?

  • Ha, to b±d&fraq14; sobie zatem wspania³omy¶lnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z g³odu, b±d&fraq14; g³upim!.. Ale pamiêtaj, ¿e gorzkiemi ³zami ¿a³owaæ kiedy¶ bêdziesz chwili swojego sza³u - pamiêtaj, ¿e¶ biednym!

Za¶mia³ siê jeszcze rozum szyderczo i umilk³, mê¿czyzna za¶, zadumany, pochyli³ siê na krze¶le, jakby przygnieciony do ziemi, opar³szy przytem ³okcie na kolanach, ukry³ twarz w d³onie.

Tak, niestety, by³ on biednym!..

Straciwszy matkê lat temu parê, uczy³ siê nastêpnie za granic±: w Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykszta³cenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydowa³ siê rok temu w³a¶nie powróciæ do miasta, gdzie ujrza³ by³ ¶wiat³o dzienne, by zbli¿yæ siê do dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nie¿yj±cego ju¿ ojca.

W m³odzieñczej wyobra&fraq14;ni studenta roi³a siê nawet podówczas nadzieja ¶mia³a ow³adniêcia sercem starego bogacza, aby po najd³u¿szem ¿yciu zapisa³ mu mienie.

Tembardziej zatem ¶pieszy³ siê z swoim wyjazdem, lecz przyby³ za pó&fraq14;no niestety; stryja swego ju¿ nie zasta³.

£o¿±cy tylko z obowi±zku na studya bratanka, a nie przywi±zany doñ zgo³a innym, serdeczniejszym wêz³em, parê tygodni temu w³a¶nie starzec przeniós³ siê by³ do wieczno¶ci, zapisawszy ca³y maj±tek na dobroczynne cele.

Nie zastawszy wiêc w mie¶cie nikogo na razie, kto by go zna³ lub pamiêta³, odwa¿nie z bied± wzi±³ siê on wówczas za bary.

Przepisywa³ referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawa³ lekcye, czyni³, co tylko móg³ i zdobywa³ miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj niego¶cinnym stole...

0 ch³odzie i g³odzie mija³y mu w ten sposób dnie ca³e, gorycz jednak do ¿ycia, w walce o byt ci±g³ej, nie rozgaszcza³a siê w duszy jego, nie maj±cego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gor±czce zarobku analizowaæ ciemnych stron swego ¿ywota. Miesiêcy parê temu dopiero si³a okoliczno¶ci i ludzi, o których ocieraæ siê pocz±³, ¿al wyklu³ mu siê w duszy do ¶wiata, s±cz±c z niej niezadowolenie i gorycz.

Traf ¶lepy zrz±dzi³ pewnego dnia, i¿ spotka³ rówie¶nika swego z lat dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, m³ody mieszkaniec poddasza zmarszczy³ brwi i zamy¶li³ siê jeszcze g³êbiej, ni¿ przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dzi¶ bywalec stolicznych salonów, ch³opiec zamo¿ny, zbli¿y³ siê do niego pierwszy wówczas. By³o to podczas karnawa³u, w zimie, w jednej z kawiarñ, bardziej uczêszczanych w mie¶cie.

Po d³u¿szej gawêdzie i rozpamiêtywaniu m³odzieñczych lat ubieg³ych, Edumund R-ski rzek³ mu wtedy:

  • Wiesz co, mój drogi? Dobrze siê nazywasz, ³adne masz maniery, które pozosta³y ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowa³bym ci co¶... tylko nie obra&fraq14; siê na mnie przypadkiem... Gdyby ciê tak ubraæ elegancko, bardzo dobry i okaza³y by³by z ciebie tancerz... He, có¿ ty na to? Proszony w³a¶nie jestem o m³odzie¿ do pañstwa W. na bal, pojutrze, chod&fraq14; ze mn±... Siedzisz i marnujesz siê gdzie¶ w k±cie, qui lo sa, przystojnym jeste¶, a nu¿ podobasz siê komu?.. Ja ci pomogê i u³atwiê wszystko...

Od s³owa do s³owa, da³ siê namówiæ wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna po¿yczkê, wyekwipowa³ siê i poszed³ na bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadzi³ rzecz ca³± bardzo zrêcznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie omieszka³ przypomnieæ wszystkim z osobna o stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a tak¿e o rodzicach, ongi, przed laty, zamo¿nych i wp³ywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i mi³ego tancerza zapraszaæ poczêto chêtnie, tembardziej, i¿ powszechnie wiedziano o przyja&fraq14;ni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.

M³ody mieszkaniec skromnego poddasza poruszy³ siê niespokojnie na krze¶le i spojrza³ przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia w³asne.

Wówczas to, po owym pierwszym balu, przest±pi³ on zaczarowany dlañ dot±d próg salonów i zapamiêtale bawiæ siê pocz±³. &hibar;ycie, które prowadzi³, upaja³o go. Niepomny jutra - szala³.

Trwa³o to tygodni parê, i nagle skoñczy³o siê wszystko... Edmund R-ski, wezwany telegraficznie do umieraj±cej siostry za granicê, wyjecha³, pieni±dze wyczerpa³y siê równocze¶nie, a zaniedbana czasowo jego w³asna zarobkowa praca wysunê³a mu siê z r±k; kto¶ inny, tak¿e potrzebuj±cy biedak, zast±pi³ go.

W okienko facyatki karnawa³owicza zajrza³ g³ód; po wizytach i balach pozosta³ w pamiêci jego tylko chaos ogólny - wra¿enie chwil rozkosznie jakby prze¶nionych, i jedno wspomnienie trwa³e.

Oczy m³odego mê¿czyzny zadumane, w tej chwili b³yszcz±ce i jakby tkliwe, skierowa³y siê w róg izdebki, gdzie w pó³¶wietle lampy majaczy³a fotografia.

Naby³ j± u fotografa i niemal codziennie stroi³ w kwiaty; przedstawia³a za¶ ona eleganck± pannê z towarzystwa, córkê ukraiñskiego magnata, b³yszcz±c± ubieg³ego karnawa³u w salonach piêkno¶ci±, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a któr± pokocha³ uczuciem mi³o¶ci pierwszej - prawdziwej.

Dla niej rzuci³ siê w wir czczych zabaw bez ¶rodków po temu, bez pamiêci...

Odepchniêtemu tward± rêk± biedy od rydwanu bawi±cego siê ¶wiata - przes³oniêtego w pamiêci jego gaz± u³udn±, mieni±cego siê setkami odcieni i blasków - pozosta³y tylko wspomnienia drêcz±ce, rozkoszne, kilkunastu rozmów, tañców, u¶cisków d³oni, spojrzeñ... i - nabyta za pieni±dz w³asny fotografia piêknej dziewczyny.

Mydlana bañka z³udna - marzenie!..

Siedz±cy wci±¿ w zamy¶leniu przed stolikiem m³odzieniec g³owê pochyli³ i ponownie ukry³ j± w d³onie. Niby na jawie, przed oczyma ¿ywo stan±³ mu bal ostatni... W jarz±cej siê ¶wiate³ powodzi, w¶ród ko³ysz±cych siê w takt melodyjnego walca par, sunêli oni wówczas po szklistej posadzce salonów...

Ona mia³a spuszczon± g³ówkê cudn± i opiera³a siê z wdziêkiem na jego ramieniu, on za¶, tul±c nieznacznie tancerkê sw± do piersi, po¿era³ wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyjê kszta³tn±, a d³ug± i giêtka, jak kwiat, o ³odydze wysokiej.

Od czasu do czasu piêkna panna wznosi³a na niego swoje g³êbokie, mieni±ce siê &fraq14;renice, i spojrzenia ich spotyka³y siê na chwilê...

Potem ¶liczne dziewczê przykrywa³o znów oczy d³ugiemi rzêsami; on rzuca³ s³ówko, przyciska³ machinalnie kibiæ jej do siebie, czekaj±c ponownie niemej &fraq14;renic rozmowy. Nagle uciszy³o siê w balowej sali...

To muzyka usta³a by³a, a oni walcowali jeszcze, ci±gle przytuleni do siebie - zro¶li skrytem jakby pragnieniem.

Pó&fraq14;niej odprowadzi³ znu¿on± sw± tancerkê, a ona leciuteñko, dziêkczynnie paluszkami drobnemi ¶cisnê³a jego d³oñ...

M³odzieniec zerwa³ siê z krzes³a, potr±ci³ je gwa³townie, i du¿ymi krokami zacz±³ przebiegaæ szybko swój pokoik. Jednocze¶nie z wyrazem mi³o¶ci bezgranicznej spojrzenie jego pobieg³o do komódki ma³ej, gdzie sta³a fotografia z ró¿±.

Z kryszta³owego kielicha delikatnie wychyla³ siê kwiat purpurowy, dotykaj±c warg prawie dziewczyny. Usteczka jej ma³e u¶miecha³y siê rozkosznie, poca³unku zda siê spragnione...

M³ody cz³owiek pozostawa³ chwilê w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez siê k±cika izdebki, a¿ wreszcie powoli wzrok swój przeniós³ w stronê stolika, gdzie le¿a³y cicho banknoty i z³oto.

Wyraz marzenia, ekstazy b³yskawicznie znik³ z jego oblicza - przypomnia³ sobie chwilê obecn±.

Zwolna do stolika zbli¿aæ siê pocz±³; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieni±dzach, jednocze¶nie my¶la³:

  • Niemi tylko mo¿e zdobyæ bym móg³ swe marzenie, one pozwol± mi i u³atwi± zbli¿enie do ukochanej! A potem...

I mimo woli znowu spojrza³ m³odzieniec w róg pokoiku.

Oczy dziewczyny kusz±ce patrzy³y zalotnie, pali³y go, obiecywaæ siê zdawa³y rozkoszy u³udê, mi³o¶æ - szczê¶cie!.. Rumieniec obla³ twarz mê¿czyzny.

  • Ach, mieæ j±, posiadaæ, i ¿yæ jej ¿yciem, zlaæ siê z ni± istnieniem i dusz±!.. - zawirowa³a mu w g³owie my¶l uporczywa.
  • Przecie¿ to córka magnata; ksi±¿êta, hrabiowie ubiegaj± siê o ni±, czem¿e ty jeste¶ dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - uspakaja³a mózg, nerwy wzburzone, trze&fraq14;wa, zimna logika. - Chyba, ¿e pieniêdzy tych oto posi±dziesz wiele... wiele...
  • Z ma³ych strumieni tworz± siê rzeki; we&fraq14; to, a mo¿e ci wiêcej przybêdzie!.. - szepn±³ rozum podstêpnie.

M³ody mieszkaniec facyatki schwyci³ siê nagle za g³owê.

Bo¿e, Bo¿e! - wyszepta³ - có¿ jednak uczyni³o ze mnie to, tak krótkie zetkniêcie siê z ¶wiatem zbytku, to zbratanie siê, otarcie z lud&fraq14;mi szychu i z³ota! Jak¿e innym by³em dawniej! Jak¿e - lepszym!..

Mê¿czyzna smutnie zwiesi³ g³owê.

Teraz, przyjrzawszy siê niedawno ludziom bogatym, ich trybowi ¿ycia, czu³ w sobie, poza uczuciem mi³o¶ci, dziesi±tki zwi±zanych z niem pragnieñ. Z³oto, ten bo¿ek dumny i wspania³y, przed którym korzy³y siê miliony, ol¶niewa³ go, mami³... Przedsmak za¶ mo¿liwych w dalekiej przysz³o¶ci bogactw, u¿ycia, a kto wie, mo¿e znaczenia i wp³ywów, wespó³ z osi±gniêciem najprzód ukochanej kobiety, za pomoc± tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbiera³ mu równowagê duchow±, miesza³ my¶li.

Porwa³ siê znowu z miejsca i po pokoju biegaæ pocz±³, niebawem jednak rzuci³ siê na krzes³o, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy siê w fotografie ukochanej.

Od czasu do czasu odrywa³ wzrok od drogich rysów kobiety i przenosi³ go z wolna na stos banknotów i z³ota. Pó&fraq14;niej spojrzenie jego, wewnêtrznej pracy my¶li jakby pos³uszne, wraca³o powtórnie do lubego wizerunku.

Przy samych wargach dziewczyny dr¿a³ kwiat purpurowy obecnie - dziewczê i ró¿a ca³owa³y siê teraz lubie¿nie...

A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasaæ poczê³a stopniowo, niepewnem, migoc±cem ¶wiat³em k³óc±c siê jakby z r±bkiem radosnego s³oñca, poprzez rolety zagl±daj±cego co chwila do wnêtrza facyaty.

I pó³cienie jakie¶, tajemnicze, mgliste wsunê³y siê równocze¶nie na poddasze - zaludni³y cicho puste, zakurzone k±ty jego...

Siedz±cy m³ody cz³owiek zrywa siê nagle z krzes³a swego.

Bo oto niespodzianie dwoiæ mu siê w oczach zaczyna...

Rozsypane na stole z³oto zalewa izdebkê ca³±, a z komódki starej zstêpowaæ zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postaæ... Dotykaj±c stopkami drobnemi z³ota, idzie ku niemu ona, z zalotnym u¶miechem, piêkna niewinna - chyli siê rozkosznie w jego ramiona!..

Mê¿czyzna ku zjawisku temu wyci±ga instynktownie rêce, na wpó³ przytomnie naprzód pochyla...

Lecz oto nagle czar pryska...

Wype³niaj±ca wnêtrze izdebki z³ocista przestrzeñ znika, zjawisko eteryczne za¶ zaczyna oddalaæ siê coraz bardziej, unosi w górê, niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak w±¿ ognisty, wije siê struga b³yszcz±ca ¶cie¿ka, dotyka stóp jego - pomostem z³ota ³±cz±c go w ten sposób z uchodz±cym cieniem ubóstwianej przezeñ kobiety.

Wreszcie znika wszystko.

M³ody mê¿czyzna przeciera d³oni± czo³o, rozgl±da siê...

Niema nikogo!

Có¿ to wiêc by³o?

Hallucynacya zapewne naprê¿onych nerwów i rozigranej wyobra&fraq14;ni, rzucaj±ca mu na ekran pó³cieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ci±gle w duszy dziewczêcia! Wp³yw to rozprzê¿onych wra¿eñ i my¶li, skutkiem wysi³ku, szumi±cego jak potok, nawa³em zw±tpieñ i pytañ mózgu. Zapewne...

I m³odzieniec powtórnie przeciera d³oni± zmêczone czo³o, a jednocze¶nie ¿a³uje jakby, ¿e widzenie ju¿ pierzch³o. Przed oczyma stoi mu ci±gle, jak ¿ywy, obraz jej, ukochanej - ch³onie w siebie jej postaæ wdziêczn±, ca³uje my¶l± oczy jej i usta.

W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo ju¿ który, wzrok jego dotyka banknotów i z³ota, a w duszy bunt mu siê zrywa.

  • Jak to?.. On mia³by odtr±ciæ od siebie ten grosz, i w ten sposób straciæ, na zawsze mo¿e, ¶rodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. Zniszczyæ bezpowrotnie pomost z³ocisty, ³±cz±cy go z ni± jakby w widzeniu proroczem?

Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bêdzie...

Pieni±dz ten potroi, maj±tek zrobi, fortunê - z³otem prze³amie, zwalczy przeszkody wszelkie.

  • Zrobiæ maj±tek, czy¿ to tak ³atwo? - na dnie duszy gdzie¶ zatajone zw±tpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudziæ pragn±c przedwczesn± rado¶æ.

Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mê¿czyzny.

  • Tak, zaiste, prawda, to nie tak ³atwo. Lecz z potêg± pieniêdzy w d³oni tak, czy te¿ inaczej, do wszystkiego zawsze doj¶æ ³acniej w ¿yciu; - klucz z³oty otwiera wszystkie bramy!..

I ostateczna, prze³omowa walka odbywaæ siê w tej chwili zdaje w duszy mê¿czyzny. Na wysokiem czole naprê¿aj± mu siê ¿y³y, oczy ciemniej±, a twarz bledsz± siê staje... Z nêc±c± pokus± zaw³adniêcia cudzem mieniem, po raz ostatni staj± do boju wpojone w m³odocianych latach jeszcze zasady.

Powrotn± fal± z daleka cicho p³yn± i p³yn± coraz potê¿niejsze, bli¿sze i zalewaj± stopniowo umys³ m³odzieñca. Szemrz± coraz dono¶niej, silniej...

A z przyp³ywem ich jednocze¶nie miêkn±æ poczyna co¶ w duchu m³odego mê¿czyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja siê stopniowo. Co my¶li, z rysów twarzy odgadn±æ jeszcze trudno, domy¶leæ siê jednak mo¿na, ¿e poryw jaki¶, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywaæ go - w swoje posiadanie bierze.

Po chwili machinalnie ujmuje on w rêce porzucony na stoliku obok pieniêdzy pugilares i milcz±c, zgarniaæ poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.

Przy czynno¶ci za¶ tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamy¶lony m³odzieniec odwraca niebawem w d³oni trzymany portfel, a równocze¶nie spojrzenie jego pada na co¶, czego nie zauwa¿y³ dot±d wcale.

W rogu pugilaresu, u góry, maleñka, dziewiêciopa³kowa rzuca mu siê w oczy korona hrabiowska; wdziêcznie granacikami oprawionemi w z³oto mieni siê ona, szyderczo zda siê patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchaj± nagle z rysów mê¿czyzny, i rzuca siê w ty³ gwa³townie.

¬renice jego, zmatowane dotychczas cichem zamy¶leniem, z³owrogim teraz b³yszcz± ogniem, a jednocze¶nie w duszy nastêpuje momentalnie przewrót nag³y.

Znowu poczyna biegaæ po pokoju wzd³u¿ i wszerz...

I jak kêpa drzew gdzie¶ w polu samotna, co ugina siê pod gwa³townym naporem wichru ku ziemi, zwyciê¿ona, pokorna - tak duch m³odzieñca, miotany ponownie burz± my¶li, ko³ysaæ i gi±æ siê poczyna.

Gdy ujrza³ on bowiem emblement ludzi utytu³owanych, ¿ywo stanê³y mu przed oczyma salony, których miesiêcy temu parê by³ go¶ciem i sylwetki hrabiczów, krêc±cych siê ko³o jego ukochanej.

Widzi ich jak na d³oni, wszystkich, niby na jawie!..

Widzi dumnego ojca piêknej dziewczyny, zazwyczaj traktuj±cego go z góry - dla nich, potomków staro¿ytnych rodów, chocia¿ czêstokroæ biednych - pe³nym uprzejmo¶ci wyrafinowanej i uni¿onej niemal grzeczno¶ci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obra¿anym przez tych¿e arystokratów, lecz tak zrêcznie, ¿e na pozór nieraz nie mo¿na zda siê by³o winiæ ich, czynili to bowiem oni, z t± subtelno¶ci±, oraz jubilerskiem jakby wykoñczeniem, jak dotkn±æ potrafi± tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."

I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec ma³ej izdebki, wzdryga siê i wyrzuca szeptem:

  • Jak to? te dwadzie¶cia parê tysiêcy nale¿y do jakiego¶ hrabiego? Zatem los ¶lepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rêce czê¶æ mienia jednego z tych w³a¶nie, którym tak czêsto zazdro¶ci³em bogactwa, znaczenia i tytu³ów!..

I ja, wobec jednostki takiej, mia³bym graæ rolê szlachetnego, zwracaæ mu to, co dlañ mo¿e kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawê?

  • Ha-ha-ha!.. - rozlega siê po pokoiku szyderczy, szatañski prawie ¶miech mê¿czyzny, i odbija od ¶cian niemi³em dla ucha brzmieniem.
  • Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej pó³g³osem, a krew w ¿y³ach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.

I z duszy jego jednocze¶nie pierzchaj± bezpowrotnie, zda siê, nikn±, jak u³uda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania pomiêdzy prawami uczciwo¶ci i ich pogwa³ceniem.

Zwyciêzka, jedyna, jedna rozgaszcza siê tam nienawi¶æ tylko do kasty uprzywilejowanej i wyró¿nianej w spo³eczeñstwie. Wypielêgnowana cierpieniem i bied±, wysubtelniona wykszta³ceniem, a szczególniej przestawaniem jeszcze za granic± w ko³ach ró¿nych zapalonych g³ów, o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie nadczu³o¶ci± nerwow± w zbli¿eniu siê i czasowem powierzchownem z¿yciu z przedstawicielami tej sfery - bucha³a obecnie gor±cym p³omieniem, wszystko sob± przewy¿szaj±c i t³umi±c.

  • Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszepta³y znów cicho usta mê¿czyzny - za moje cierpienia i biedê - za to, ¿e ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i z³ota - mam ¿ycie ca³e w nêdzy cierpieæ, i to, gdy los sprawiedliwie bez w±tpienia, odbiera ci cz±stkê mienia, przypadkiem, i mnie ni± w zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. &hibar;ydowi, cyganowi, wrogowi - ka¿demu bym zwróci³ mo¿e, lecz tobie - nigdy!..

Ostatnie s³owa mieszkaniec poddasza wymówi³ w zapamiêtaniu g³o¶no ca³kiem i z moc± jak±¶ dziwn±. Twarz za¶ jego dziko po prostu wygl±da³a w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnêtrznego ognia, demonicznie piêkna i straszn± zarazem by³a ona, a zajad³y p³omieñ szczerej nienawi¶ci do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zaja¶nia³ na niej pe³nym blaskiem.

Odruchem nag³ym zbli¿y³ siê do sto³u i obie d³onie po³o¿y³ na plikach banknotów i z³ocie. Czego nie zdo³a³y stanowczo uczyniæ okoliczno¶ci inne, sprawi³a chêæ dokuczenia w czemkolwiek wy¿ej postawionej spo³ecznej jednostce, jedna chwilka nienawi¶ci i sza³u.

  • Moje, moje!.. - wyszepta³y usta mê¿czyzny zwyciêzko, jakby z mimowoln±, ukryt± w sobie rado¶ci nut±, a echo s³ów tych, urywanych, cichych, dziwn± moc± rozbrzmia³o w martwem milczeniu facyatki.

Cisza nasta³a znowu.

Tylko w piersiach mieszkañca poddasza przelêknione jakby swym czynem serce poczê³o biæ przyciszonym têtnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahad³o, mierzyæ siê zdawa³o te chwile prze³omow± w duszy cz³owieka, depcz±cego uczciwo¶æ praw± dla mi³o¶ci, nienawi¶ci i z³ota!..

Nagle martwotê pokoju przerwa³o co¶ gwa³townie. By³y to czyje¶ kroki silne, przy¶pieszone, id±ce po schodach, a coraz wyra&fraq14;niejsze, bli¿sze... Niebawem rozleg³y siê tu¿ za drzwiami, ucich³y, i jaka¶ rêka wstrz±snê³a lekko klamk±, w ¶lad zatem za¶ rozleg³o siê trzykrotne pukanie.

Gdyby w kataklizmie niespodzianym runê³a ziemia, zapadaj±c siê gdzie w niezmierzone g³êbie wszech¶wiata - mniejsze to chyba uczyni³oby wra¿enie na stoj±cym przed sto³em mê¿czy&fraq14;nie, ni¿ chwila obecna...

Nogi zadr¿a³y mu, a boja&fraq14;liwa trwoga ¶ciê³a krew w ¿y³ach, co¶ za¶, niby gad ob¶liz³y, przemknê³o po krzy¿ach i za kark chwyci³o despotycznie, zapar³szy dech w piersiach.

W pó³¶wiat³ach dogorywaj±cego w³a¶nie p³omyka lampy twarz pochylonego nad pieniêdzmi m³odzieñca nabra³a strasznego, a zarazem dojmuj±co trupio-bladego wyrazu, rêce za¶, jak kleszcze, wpi³y siê w le¿±ce pod niemi banknoty.

  • Nie oddam was, nie zwrócê za nic w ¶wiecie! - mówiæ siê zdawa³y wyra&fraq14;nie kurczowo zaci¶niête palce, dr¿±ce w zwojach papierów i z³ocie.

Z ekranu izdebki, majacz±cego coraz bledszymi cieniami, ¶wiat³o w tej samej chwili znik³o; zapanowa³a tu szarawa ciemno¶æ, a w ¶lad zatem rozleg³o siê powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami za¶ jednocze¶nie da³y siê s³yszeæ s³owa, wyrzeczone g³osem mêskim, d&fraq14;wiêcznym i m³odym.

  • Widaæ, ¿e ¶pi, lub go nie ma...
  • Ale to oryginalne - zauwa¿y³ kto¶ drugi, ciszej nieco. - Zarêczam ci, i¿ przed chwil± pali³a siê wewn±trz pokoju lampa, przez szpary u drzwi ¶lizga³o siê ¶wiat³o! - s³owo!
  • Ha, je¶li tak, to mo¿e Romanek ma u siebie jak±¶ dyskretn±, a weso³± wizytkê - snaæ z rozmys³em dono¶nie rozleg³ siê g³os pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chod&fraq14;, Hermanie!..
  • Weso³ej zabawy! - krzykn±³ ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy siê do drzwi, zapewne blizko, bo echo g³osu jego wstrz±snê³o ¶cianami poddasza, poczem kroki przyby³ych oddalaæ siê zaczê³y.

Westchnienie ulgi podnios³o pier¶ mê¿czyzny.

Kilka kropel zimnego potu upad³o mu na rozpostarte d³onie; zbudzony tem jakby, odst±pi³ od sto³u i rzuci³ siê w wycieñczeniu na kanapkê.

Pozna³ po g³osie tych dwóch, dobijaj±cych siê doñ przed chwil±, poczciwych studentów uniwersytetu - widzia³ w wyobra&fraq14;ni swej teraz niemal obok siebie wyra&fraq14;ne postacie ich, w wytartych mundurach i sp³owia³ych od s³ót i s³oñca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni ch³opcy!

Przypadkowo zaprzyja&fraq14;ni³ siê z nimi, jak tylko przyby³ tu, do miasta - oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastrêczyli mu zarobkow± pracê...

Dawno ju¿ nie widzia³ ich. Ba, parê razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego ¶wiatowego sza³u, spotykaj±c ich na ulicy, a bêd±c w towarzystwie eleganckich karnawa³owiczów, mimo woli powstydzi³ siê ich i uda³, ¿e nie dostrzega. Nie pamiêtali mu tego - przyszli.

Mieszkaniec poddasza w zamy¶leniu przesun±³ d³oni± po jedwabistych swych w³osach.

  • Gdyby¿ oni wiedzieli i czytaæ mogli w duszy jego?

Rumieniec pal±cego wstydu i upokorzenia zakwit³ na twarzy m³odzieñca, a wyraz cierpienia i wewnêtrznego bólu rylcem swym ¿³obiæ mu pocz±³ rysy wyrazistego oblicza.

D³ugo jeszcze przesiedzia³ tak w zadumie...

A gdy po niejakim czasie s³oñce zajrza³o znów do poddasza, nie by³o ju¿ z³ota na stole; schowane - znik³o, m³ody za¶ cz³owiek, ¶miertelnie znu¿ony moraln± walk±, na wpó³ ubrany, cicho zdawa³ siê drzemaæ na ³ó¿ku.

Niebawem zasn±³.....

I sen oto, przed wewnêtrznym wzrokiem duszy m³odzieñca, w tem tajemniczem jej ¿yciu marzeñ i rojeñ, snuæ mu zacz±³ przedziwne obrazy...

A wiêc najprzód zda³o siê ¶pi±cemu, i¿ leci on w przestrzeñ bez koñca, ciemn± i mroczn±, unoszony niewidzialn± jak±¶ si³±...

Tuli w objêciach swych przytem jak±¶ powiewn± kobiec± postaæ... Podobn±, choæ nie identycznie i ca³kiem, jest ona do ukochanej przezeñ dziewczyny, a obj±wszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak zawis³a, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on za¶, jak z kielicha pieni±ce siê, musuj±ce wino, pije nektar warg tych wilgotnych, ton±c w poca³unku ci±g³ym, nieustannym, zda siê - wiecznym.

Upajaj±cy wreszcie jednak zawrót g³owy i os³abienie omdlewaj±ce jakie¶ i dziwne z wolna poczyna go ogarniaæ.

Za wiele, zanadto upajaj±cej, osza³amiaj±cej s³odyczy daj± mu ju¿ te kobiece usta, jak pieczêæ do warg jego bez koñca przylgniête.

Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko doko³a i si³ swoich nie czuje ju¿ prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w przestrzeñ, niczego niepomny i nic zgo³a w okr±g siebie nie widz±c.

Trwa tak do¶æ d³ugo...

Wreszcie, wypocz±wszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czuj±c ju¿ ani ciê¿aru zwis³ej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia... otwiera oczy...

Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzch³y; obecnie znajduje siê zupe³nie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykaj± jakiej¶ kamienistej p³aszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodz±cego s³oñca z³oc± j± i krwawi± swym dogasaj±cym, zamieraj±cym blaskiem...

On za¶ nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.

Nagle promienie gasn±... Mrok szary pokrywa p³aszczem swym wszystko doko³a, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptaæ i ruszaæ siê co¶ poczyna.

Z rumowisk i kamienistych szczelin podstêpnie wype³z³y oto jakie¶ postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchaj± siê po równinie, z przyt³umionym szelestem. Nad g³owami ich lec± wielkie czarne z³owró¿bne ptaki, szumem swych skrzyde³ m±c±c martwotê rozlanej woko³o pustki i ciszy.

On, nic zgo³a nie pojmuj±c, spogl±da wci±¿, przelêk³y, zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje siê rozumieæ...

To - pos³uszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lec± tak zapewne ¿erowaæ na padó³ ziemski - wyrzuty sumienia!...

Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch poch³ania ich postacie - nikn±.

On z ulg± oddycha i instynktownie postêpuje parê kroków naprzód.

Nagle wyrywa mu siê z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego g³ow± wisz±c, chwieje siê ptak czarnopióry, a zni¿ywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach, niemi³osiernie wpiwszy w nie swe szpony, równocze¶nie za¶ w g³owie uczuwa uderzenia miarowe.

To ptak ów straszny i wielki, niby dziêcio³ w pieñ drzewa, stuka jemu tak w czaszkê jednostajnie...

W ¶lad za tem jedna z pierzchaj±cych woko³o postaci zjawia siê przed nim blizko. Ubrana w ³achmany, czarna i brudna, przyskakuje doñ obcesowo, drapie¿na, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej pal±ce ¿arem, p³omienne, dzikie &fraq14;renice, nachyla siê bardziej jeszcze i plwaæ mu w sam± twarz poczyna.

Z ust jej, wykrzywionych, wstrêtnych, lej± siê strumienie lawy z³otej i pal±, bol±...

A jednocze¶nie tañcz± oto w kr±g, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwoj±c siê, troj±c w oczach, przybieraj± one fantastyczne kszta³ty, a niektóre, przedzierzgniête jakby w jakie¶ kar³y z³owrogie, szponami drobnemi rw± mu cia³o bez lito¶ci. Inne znowu, z g³owami wê¿ów obrzydliwych, sycz±c, k±saj± go zewsz±d.

Napastowany, nieprzytomny, opêdzaj±c siê rozpaczliwie, rêkami, nogami - ci±gle, tarzaj±c siê nawet od jakiego¶ czasu po kamienistych zrêbach - uciekaæ w koñcu zaczyna równin±, jak szalony. Potyka siê co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czered± kar³ów i olbrzymików, o g³owach, szyjach gadów, z b³yszcz±cemi ¿±d³ami ze z³ota.

Nad g³ow±, z ramion przemoc± spêdzony, wisi wci±¿ ptak olbrzymi, a postaæ g³ówna, mglista, leci z nim wespó³ w mroczn± dal...

Nagle, niewiadomo jak, sk±d i kiedy zjawia siê znowu poprzednia kobieca postaæ.

¦pi±cy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewys³owion± rado¶æ; a ona, podawszy sw± r±czkê drobn±, z u¶miechem zalotnym na ¶licznie wykrojonych usteczkach, towarzyszyæ mu zaczyna.

Razem bezustannie biegn± teraz po kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mê¿czy&fraq14;nie, i nie widzi roju prze¶ladowców jego.

Dziewczê to, czy kobieta, ubrana ca³a w bieli, zasypana kwieciem ró¿ i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykaj±c siê zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad g³ówk± jej, jakby w przeciwieñstwie ptakiem czarnym, lec±cym obok - chwieje siê du¿y ptak bia³y...

Zjawisko ¶nie¿nego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w sw± towarzyszkê, zdaje siê nagle, ¿e pióra u skrzyde³ tych mlecznych z lekka szarzeæ poczynaj±, stopniowo ciemniejsz± przybieraj±c barwê...

Wytê¿a wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic woko³o, nawet prze¶laduj±cych go mar, rozpoznaæ nie jest w stanie.

Noc czarna, despotyczna, rozpinaæ w³a¶nie poczyna nad p³aszczyzna ponur± sw± oponê.

Naraz znika wszystko...

On równocze¶nie czuje, ¿e leci w przepa¶æ bez dna, tre¶ci, oraz w chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o co¶ ca³em cia³em.

Spogl±da...

Przed nim obecnie wznosi siê sfinks olbrzymi; o niego to w rozpêdzie uderzy³ siê przed chwila. W jasno¶ciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, u¶miechaj±c siê zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na tu³owiu - obliczu, wszêdzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, wij± siê, ruszaj± miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodz± siê tu z u¶miechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanosz±; ci walcz±, depcz± po sobie, zabijaj± siê, wzajem w przepa¶cie spychaj± - tamci w ramionach drugich pij± mi³o¶ci rozkosze, a tam znów inni jeszcze g³odne twarze i rêce wynêdznia³e wyci±gaj± po datek, s±siaduj±c z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzaj± siê po uszy, lub grzêzn± cia³em w rozpu¶cie, jak w b³ocie.

A ¶rodkiem - rozbite na tysi±ce strumieni, na kropel miliony rozprys³e, p³ynie, faluje z³oto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed ¶wiêto¶ci± - korzy siê pokornie, s³u¿alczo, wszystko doko³a.

Czo³em lilipucie bij± przed nim miryady - to te¿ ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia g³owa sfinksa ujrza³a snaæ nowego przybysza.

Usta jego, wynios³e i dumne, rozchylaj± siê szerzej, i miast zwyk³ego u¶miechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrz±sa przestrzeniami ¶miech.

Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks ¶mieje siê - ¶mieje szatañsko i zwyciêzko jakby - wynio¶le - strasznie!...

............................................

G³uchy jêk wyrwa³ siê z piersi u¶pionego cz³owieka. Wstrz±sn±³ on murami pogr±¿onej w ciszy izdebki, kraj±c zali serce swem echem smutnem, cich³ i gas³, zamieraj±c powoli...

............................................

Obudzi³ siê ¶pi±cy.

Wylêk³ym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzy³ zaspany woko³o siebie bezprzytomnie i niebawem przymkn±³ na powrót ociê¿a³e powieki, obróciwszy siê równocze¶nie do ¶ciany.

W kilka za¶ minut pó&fraq14;niej, blada twarz mieszkañca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywa³a na poduszce, pogr±¿ona w twardem u¶pieniu. Dusza tym razem zdrzemnê³a siê w nim zapewne równie¿, oddech bowiem ¶pi±cego miarowy rozlega³ siê ju¿ swobodnie ca³kiem w samotnej, cichej izdebce.

CZÊ¦Æ PIERWSZA.

Zd±¿aj±c do poblizkiej Wenecyi, wpad³ poci±g kuryerski w morze, i hucz±c, lecia³, p³yn±³ niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej klasy by³o tylko dwoje ludzi. Kobieta m³oda, ubrana w strój lekki, dystyngowany, z szarego materya³u, drzema³a, czy spa³a, wci¶niêta w g³±b, z g³ówk± opart± o poduszkê boczn± - mê¿czyzna za¶, siedz±cy naprzeciw, trzyma³ delikatnie w d³oniach pozostawion± w u¶cisku jej r±czkê drobn±, i pochylony z lekka, patrzy³ z mi³o¶ci± w znu¿one rysy i blad± twarzyczkê kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywa³ siê od oblicza towarzyszki, bieg³ poprzez otwarte okno, ¶cigaj±c, zda siê, pogr±¿one w ciemno¶ciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tu¿ poza mkn±cym poci±giem Adryatyku fale.

I wtedy, za ka¿dym razem przesuwa³a siê chmurka jakby po czole jego, osiada³ tam jaki¶ cieñ niepochwytny, a usta jednocze¶nie drga³y skrzywieniem goryczy, czy bólu pe³nem.

Gdy jednak wzrok zni¿a³ ponownie, to w zetkniêciu siê z obliczem m³odej kobiety, pogr±¿onem w cichem u¶pieniu - oczy smutkiem zamglone ³agodnia³y mu prawie natychmiast, a choæ pomimo woli i bezustannie my¶l rozpamiêtywaæ siê co¶ zdawa³a - z ust momentalnie znika³o zagiêcie cierpienia i powoli przeistacza³o siê w u¶miech, oraz zapatrzenie siê w ukochane rysy.

Siedz±cy tak w zamy¶leniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podró¿ny posiada³ cechy zewnêtrzne do¶æ interesuj±ce.

By³ to przede wszystkiem mê¿czyzna piêkny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej powierzchowno¶ci i uk³adzie, charakterystycznej owalnej g³owie i czole wypuk³em, upiêkszonem ³ukiem brwi czarnych, w±ziutkich i regularnych, mia³ on poci±g³±, ¶niad± twarz, okolon± ¶redniej wielko¶ci brod±. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyra&fraq14;nie zdradza³y przytem pochodzenie po³udniowe, zarówno jak i piêkne, du¿e oczy, patrz±ce na ¶wiat gor±co, z rozmarzeniem nieokre¶lonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniek±d rzeczywi¶cie d±¿y³ tak lat trzydzie¶ci zaledwie maj±cy m³ody cz³owiek.

Nosz±cy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzier¿ymirski, by³ synem nie¿yj±cego ju¿, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich ko³ach w³asnego kraju, Oskara Dzier¿ymirskiego, oraz ¿ony jego, rodem W³oszki, a by³ej przed swoim ¶lubem ¶piewaczki.

Pochodzenia pono w±tpliwego bardzo, choæ niezwyk³ej urody i wdziêku, by³a ta matka Dzier¿ymirskiego Romana, bêd±ca, jak mówili jedni, dzieckiem mi³o¶ci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mêtów spo³ecznych dzisiejszej Romy, wychowanem i uposa¿onem przez tego¿ przemys³owca w³oskiego.

Po niej piêkno¶æ odziedziczy³ syn, po ojcu za¶ niew±tpliwie tê wytworno¶æ, która cechowa³a najmniejsze nawet poruszenie siedz±cego podró¿nika, i postawê jakby pañsk±, mimo woli nieco wynios³±.

Roman Dzier¿ymirski jecha³ w³a¶nie z ma³¿onk± sw± w podró¿ po¶lubn±, a raczej z kraju ucieka³, ojciec bowiem ¶pi±cej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ¶licznych rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówi³ by³ jemu jej rêki...

Lecz mi³o¶æ namiêtna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdoby³ sw± ¿onê dzisiejsz±, porwawszy j± za jej zgod±. ¦lub ich tajemny, w ma³ej wioseczce, w zaciszu Karpat - odby³ siê w³a¶nie dwa dni temu...

Przysz³o mu to wszystko z ³atwo¶ci±. Ola kocha³a go, ubóstwia³a, nic zgo³a nie widz±c poza nim, na stronê materyalna za¶ i koszta, wynik³e z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracaæ on uwagi nie mia³ potrzeby.

W rodzinnem mie¶cie wiadomem by³o powszechnie, i¿ rok, czy dwa lata temu odziedziczy³ Roman Dzier¿ymirski fortunkê w kapitale, po dalekim krewnym, osiad³ym i zmar³ym w Stanach Zjednoczonych.

Jecha³ zatem dzi¶ m³ody i ostatni potomek dogasaj±cej ju¿ w nim rodziny Dzier¿ymirskich, ze skarbem swym, drog± sercu ma³¿onk±, do W³och, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, b³±kaj±cy siê bezustannie pomiêdzy twarz± ¿ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, my¶l±cy, w dalszym ci±gu wspominaæ siê co¶ zdawa³.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemra³y wci±¿ cicho, w dali za¶, na czarnem tle widnokrêgu, stopniowo, coraz bli¿sze, b³yszcza³y ju¿ ¶wiate³ka Wenecyi.

  • Oto tam - mówi³y niejako marz±ce oczy mê¿czyzny - za godzin kilka czekaj± mnie u¶miechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczê¶cia w objêciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak dawna, oczekuje na mnie raj w³asny u³udnego podzia³u wzajemnego uczucia, w zupe³nem oddaniu siê niepokalanego niczem dot±d kwiatu - niewinnego dziewczêcia...

Wzrok Romana z zachwytem spocz±³ na twarzy ¶pi±cej kobiety. Równocze¶nie poci±g, pozostawiwszy morze za sob±, wpad³ w jakie¶ gaje, brzêcz±ce rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpada³a uporczywie w uszy podró¿nego, a on, ca³y zas³uchany, spojrzeniem swem znowu ogarn±³ ciemn± przestrzeñ poza oknem wagonu.

  • Co, zagadkowa przysz³o¶ci, niesiesz mi w darze?.. Czy zap³acisz mi za to, com przeby³ dot±d, przecierpia³, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytaæ siê zdawa³y czarnej nocnej dali posmutnia³e nagle chwilowo oczy mê¿czyzny.

I ponownie w k±ciku warg jego pojawi³o siê bolesne, przelotne zagiêcie ust, a snaæ usi³uj±c odpêdziæ my¶l przykr±, Dzier¿ymirski powsta³ ostro¿nie, nie wypuszczaj±c wci±¿ z d³oni r±czki u¶pionej swej towarzyszki. Wychyli³ przez otwarte okno g³owê... Na tle ciemno¶ci po³yskiwa³y ju¿ teraz rzêsi¶cie ¶wiat³a - poci±g wje¿d¿a³ w³a¶nie na stacyê. W sekundê, z nag³a szarpniête, gwa³townie zatrzyma³y siê wagony.

Dzier¿ymirski o ma³o nie upad³, straciwszy na razie równowagê, i poci±gn±³ za sob± r±czkê ¿ony, ¶ciskaj±c± jego d³oñ lew± - prawa za¶ opar³ siê silnie o ramê okna.

  • Ach!.. ach!.. - z trwog±, wyrwa³o siê z ust m³odej kobiety, i otworzy³a szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochyli³ siê ku niej i przemówi³ miêkko:

  • Przepraszam ciê, kochanie, przestraszy³a¶ siê, prawda?.. Ale to wina nie moja - wagony szarpnê³y tak silnie...
  • To ty... Romanie!.. - szepnê³a kobieta i zarzuciwszy w ¶lad za tem, z niewys³owionym wdziêkiem, obie rêce na szyjê mê¿czyzny, przytuli³a siê doñ czule, sk³adaj±c równocze¶nie poca³unek na piêknem czole.
  • Wysi±dziemy, z³otko, ju¿ Wenecya! - rzek³ Roman, wysuwaj±c siê delikatnie z objêæ m³odej ¿ony uniós³szy j± w ramionach, postawi³ na równe nogi.
  • Nareszcie!... - wykrzyknê³a Ola rado¶nie, oprzytomniawszy ca³kiem na widok ja¶niej±cego dworca.
  • We-ne-cya! - zabrzmia³o dono¶nie pod samem oknem wagonu, gdzie ukaza³a siê kêdzierzawa g³owa i ¶miej±ca twarz konduktora.
  • Statione Ve-ne-tia!.. - przeci±gle, ¶piewnie odpowiedzia³ g³osowi pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zgin±³.

Poci±g, którym jechali Dzier¿ymirscy, zatrzymujac siê tylko kilka minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - nale¿a³o siê ¶pieszyæ...

Roman pobieg³ do przeciwleg³ego okna, otworzy³ gwa³townie drzwiczki od wagonu, i pocz±³ wo³aæ dono¶nie:

  • Facchino!.. facchino!.. *) [*) Po w³osku tragarz.]

Za mê¿em zrêcznie wyskoczy³a z wagonu Ola Dzier¿ymirska. Niebawem zjawi³ siê po¿±dany tragarz i ruszono z baga¿em do dworca. Tu obst±piono przyjezdnych.

Ca³y rój przeró¿nych figur ha³a¶liwie ofiarowywaæ im pocz±³ swoje us³ugi, rz±d za¶ s³u¿by hotelowej, w galonach, z o¿ywieniem i gestykulacy± namawia³ ich ka¿dy z osobna do siebie. Gadatliwo¶æ W³ochów oszo³omi³a na razie Dzier¿ymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znaj±cy kilka w³oskich wyrazów, zdo³a³ siê porozumieæ i wybrawszy hotel, kaza³ siê prowadziæ do przystani.

Niebawem m³oda para podró¿nych sadowi³a siê ju¿ w wygodnej, na czarno pomalowanej gondoli, obs³ugiwana z natarczywo¶ci± przez ró¿norodnych oberwañców i gapiów, stoj±cych w pobli¿u.

  • Pysznie siê siedzi! - zawyrokowa³a g³o¶no Ola, wyci±gn±wszy siê na miêkkiem, czarn± skór± obitem, siedzeniu.

Roman usiad³ przy niej - gondola zako³ysa³a siê lekko...

Powoli odpychano ju¿ j± od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyci±gnê³y siê ku maj±cym odje¿d¿aæ prosz±ce d³onie z kapeluszami, i chórem zabrzmia³a pro¶ba o datek. "Soldo, soldo!" choæ uni¿enie, lecz z odcieniem lekkiej jakby gro&fraq14;by, rozlega³o siê doko³a ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.

  • A to z³odzieje!.. - mrukn±³ Dzier¿ymirski; zmuszony jednak wyj±æ z kieszeni portmonetkê, rzuci³ tam i ówdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszy³a ju¿ - p³ynêli...

M³od± kobietê zabawi³a ta scena. Perlisty ¶mieszek jej, weso³y, rozlega³ siê woko³o, gdy oto nagle, jakby czem¶ zmro¿ony, ucich³. I Ola, obj±wszy wzrokiem roztaczaj±cy siê przed ni± krajobraz, ruchem wdziêcznym przytuli³a siê do mê¿a.

  • Jak tu czarno, Romanie, nieprawda¿? - szepnê³a.

Dzier¿ymirski, milcz±c, opiekuñczo obj±³ ramieniem kibiæ ¿ony i przycisn±³ j± miêkko do piersi, rozejrzawszy siê zarazem.

Rzeczywi¶cie, czarno tu by³o.

Wenecya ju¿ spa³a. Sk³êbione chmurami niebo odbija³o siê w mêtnej wodzie kana³ów i powleka³o je kirem ciemno¶ci, po którym tylko b³êdnym ognikiem prze¶wieca³o, wi³o siê czerwone ¶wiate³ko latarni, umieszczonej u spiczastego, zêbatego koñca gondoli.

P³ynêli przez Canale Grande*).
[*) Po w³osku : Kana³ Wielki.]

Jak gdyby ¶ni±c o swej dawnej potêdze i chwale, woko³o nich zadumane, ciche sta³y wynio¶le rzêdem weneckie pa³ace. W ¿adnem oknie nie pali³o siê ju¿ ¶wiat³o, otula³o je milczenie zupe³ne.

Gondola, ko³ysz±c siê z lekka, unosz±c co chwila swe przednie i tylne dzioby, p³ynê³a spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiose³ i szmerem rozstêpuj±cej siê pod ni± fali.

Przytuleni do siebie, d³u¿sz± chwilê z ciekawo¶ci± patrzyli Dzier¿ymirscy woko³o. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypa³y siê rozliczne uwagi.

  • Patrz, patrz, Romanie! - wo³a³a ona co chwila, wskazuj±c z zajêciem na wznosz±ce siê zewsz±d budowle.

Dzier¿ymirski potakiwa³ ¿onie, obja¶nia³, i pó³g³osem prowadzona swobodna pomiêdzy jad±cymi rozmowa zbudzi³a milczenie ¶ni±ce - roznios³a siê echem wyra&fraq14;nem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kana³u kolejno przesuwa³y siê, jak w kalejdoskopie, cudne sw± archaiczn± struktur± pa³ace.

A wiêc, najpiêkniejszy mo¿e z prywatnych siedzib Wenecyi, w³asno¶æ ksi±¿±t della Grazia, wychyla³ siê z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu pocz±tkowego odrodzenia; z nim s±siadowa³ skromny, siêgaj±cy XV wieku, pa³ac "Erizzo" - dalej zwraca³ znów uwagê inny, z poz³acanym niegdy¶ frontem, do dzi¶ dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo piêkny wznosi³ siê majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, pa³ac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie ujrza³a ¶wiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.

Wkrótce, tu¿ poza dzisiejsz± poczt± w Wenecyi, zajmuj±c± dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczy³ olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kszta³cie murowanego ³uku wzniesiony.

Wsun±wszy siê pod jego arkady, gondola Dzier¿ymirskich cichutko prze¶liznê³a siê tamtêdy i skrêci³a wkrótce na lewo, w w±zki kanalik, stanowi±cy arteryê boczn± "Canale Grando". Szeroka ta¶ma wielkiego kana³u znik³a wkrótce z oczu i jad±ca barka, zag³êbiaj±c siê coraz bardziej w szyjê wodnej uliczki, wymijaæ poczê³a coraz cia¶niejsze i wê¿sze zau³ki. ¦ciany domów odrapane, ponure, sz³y, zdawa³o siê, na p³yn±cych w gondoli, a ¶cie¶niaj±c siê coraz bardziej, pragnê³y poch³on±æ, gubiæ j± niejako w swym labiryncie.

Ciemno¶ci nocne panowa³y tu jeszcze wiêksze. Gdzieniegdzie tylko l¶ni³a zó³tawo md³ym ¶wiat³em latarnia - ¿ywego ducha za¶ nigdzie dopatrzeæ siê nie mo¿na by³o.

Umilk³a od paru minut Ola trwo¿nie przylgnê³a g³ówk± do ramienia Romana.

  • Brr! straszno tu jako¶... - szepnê³a.
  • Nic, kochanie - odpar³ Dzier¿ymirski, musn±wszy poca³unkiem jej w³osy
  • zaraz doje¿d¿amy.

Nieprawda¿, ¿e ju¿ blizko? - zwróci³ siê do gondoliera ³amanem w³oskiem narzeczem.

  • Si, signore. - odpar³ ¿ywo zapytany, a nudz±c siê znaæ, bo z cudzoziemcem gawêdziæ nie móg³, zanuci³ pó³g³osem jak±¶ smêtn± piosenkê.

Ubrany ca³kiem bia³o, wahad³owym ruchem przechylaj±c siê bezustannie przy wios³owaniu w prawo i lewo, na tle otaczaj±cych ciemno¶ci, czyni³ on wra¿enie fantastycznego zjawiska, g³os za¶ jego monotonny b³±ka³ siê po k±tach i odbija³ dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym ¶nie zaklêtych jakby domów. Roman milcza³.

Ujmuj±c d³oñ i tul±c miêkko w objêciu Olê, ws³uchiwa³ siê w ten ¶piew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawa³ wra¿enia. Zdawa³o mu siê mianowicie, ¿e on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiego¶ zbójeckiego z zamierzch³ej przesz³o¶ci doje¿d¿a grodu; ¿e ucieka, kryje siê tu ze swym porwanym, czy te¿ skradzionym ³upem... Oto z ciemnych zau³ków i k±tów ¶pi±cej Wenecyi wysuwaj± siê po prostu jakby wyra&fraq14;ne jakie¶ cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwa³tów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...

  • A òel! *) - rozleg³ siê nagle tu¿ za Dzier¿ymirskim krzykliwy g³os gondoliera, i ³ód&fraq14; jednocze¶nie zboczy³a w zau³ek ciemny. [*) Uwaga!]
  • Sia-stali! *) - przeci±gle odpowiedzia³ kto¶ z innej gondoli. [*) Na prawo!] Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadp³ywaj±cej weneckiej barce siedzia³ mê¿czyzna czarno ubrany, w bia³ym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otar³szy siê prawie o napotkan± ³ódkê, prze¶liznê³a siê cicho - znowu byli sami.

  • Patrz, tam siê ¶wieci, co siê sta³o?... - rzek³a pó³g³osem Ola, krêc±c g³ówk± i wskazuj±c piêtro jednego z domów.

Roman spojrza³.

  • A, rzeczywi¶cie - odpar³ - przecie¿ choæ jeden jaki¶ znak ¿ycia...

Na brudn± wodê kana³u, porysowan± ¶cianê i ko³ysz±cy siê kad³ub pustej gondoli, przywi±zanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, k³ad³o siê cieniem przyæmione czerwonawe ¶wiat³o, id±ce z okna o¶wietlonej komnaty. Jednocze¶nie p³ynê³y melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane znaæ miêkka kobiec± r±czk±. Wtórowa³ im nie¶mia³y brzêk mandoliny.

Rozp³ywaj±c siê powoli, w milczeniu, muzyczne tony ³±czy³y siê zgodnie co parê minut ze ¶piewem, mêskim, silnym tenorem, i sz³y ponad dachy, kana³y, lecia³y daleko, dr¿±ce...

Poruszony muzyk± i ¶piewem, Dzier¿ymirski silniej przycisn±³ do siebie Olê. Ws³uchani w melodyê mi³osnej pie¶ni po³udnia, zbli¿yli siê oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyli³y siê.

Poca³unek gor±cy z³±czy³ usta mê¿czyzny i kobiety; nie odrywaj±c warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, w¶ród deszczu spadaj±cych, jak drobne krople rosy, d&fraq14;wiêków - przep³ynêli Dzier¿ymirscy pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goni³y ich, powodzi± zalewa³y jeszcze czas jaki¶, a¿ umilk³y.

Gondola w tej samej w³a¶nie chwili wjecha³a na kana³ ¶-go Marka; plac tej¿e nazwy, gdzie w ca³ej pe³ni ogniskowa³o siê jeszcze ¿ycie miasta, zamigota³ rzêsi¶cie w oddali dziesi±tkami niebieskawych i ¿ó³tych ¶wiate³ - przewo&fraq14;nik oznajmi³ g³o¶no podró¿nym, ¿e s± ju¿ na miejscu.

  • Doje¿d¿amy, Oluniu! - poinformowa³ Roman i z u¶miechem wpatrzy³ siê namiêtnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemno¶ciach nawet nocy, widoczny rumieniec obj±³ p³omieniem twarz kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spu¶ci³a przed pal±cem spojrzeniem mê¿czyzny, które zapewne swym blaskiem mówi³o co¶ nad wyraz ¶mia³ego.

W tej chwili w³a¶nie przedni dziób gondoli stukn±³ o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w parê minut pó&fraq14;niej Roman i Ola znajdowali siê ju¿ w obszernym, o marmurowych ¶cianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewaj±cym w ciszy st³umionem, g³uchem brzêczeniem mustyków.

Odprawiwszy natarczywego s³ugê, proponuj±cego im przys³aæ natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco, bazyliki i pa³acu Do¿ów -Dzier¿ymirscy wkrótce pozostali zupe³nie sami.....

W Wenecyi wszêdzie pogas³y ju¿ ¶wiat³a. Noc zupe³na, czarna, zawis³a chwilowo nad grodem. Nie trwa³o to jednak d³ugo; stopniowo chmury na niebie rozstêpowaæ siê poczê³y i r±bek ksiê¿yca nie¶mia³o wychyli³ siê z poza nich.

Zamigota³ na wie¿ycach ko¶cio³a ¶-go Marka, z³otawym br±zie czterech rumaków, króluj±cych na szczycie tej katedry - musn±³ swym blaskiem ¶ciany pa³acu Do¿ów, a przeszed³szy siê po jego galeryach ponurych, zajrza³ w zakratowane okna wisz±cego mostu, ³±cz±cego pa³ac z dawnem wiêzieniem, a znanego powszechnie pod nazw± "Mostu Westchnieñ".

Wyjrzawszy za¶ ju¿ odwa¿niej nieco, tr±ci³ srebrzysty l¶ni±c± taflê laguny, zadrga³ sieci± ¶wiat³a na powierzchni wód, a niebieskaw± ¶cie¿yn± dotkn±wszy siê ich pieszczotliwie, otworzy³ nagle perspektywê dalek±, hen! a¿ ku Lido-na morze...

W niezam±conej niczem ciszy, staro¿ytne zegary licznych ko¶cielnych i klasztornych wie¿ycach wybijaæ poczê³y rytmicznie któr±¶ godzinê. Jedne z nich brzmia³y basem, inne kwili³y wiolinem, lub brzêcza³y melodyjnie, ³±cz±c w sobie te dwa melodyjne klucze, a bij±c w ten sposób, zdawa³y siê mierzyæ w milczeniu chwile czyjego¶ mo¿e szczê¶cia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiê¿yca zaszkli³y siê jasnem ¶wiat³em na taflach szyb hotelowych, dawnego pa³acu Dandolo. Zatrzyma³y zda siê d³u¿ej przy jednem oknie i pomknê³y znowu obojêtne w dal...

A pos±gowo u¶miechniête, wiecznie tak samo szerokie oblicze ksiê¿yca nie zmieni³o wcale wyrazu.

Bo có¿ go zaiste, obchodziæ mog³o tych dwoje ludzi, którzy przybyli a¿ tutaj po u³udê rozkoszy? Có¿ znaczy³y dlañ dwa serca, zrywaj±ce wspólnie kwiat mi³o¶ci i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem ¿yciu prawiecznem widzia³ podobnych zdarzeñ a¿ nadto wiele; on zna³ nico¶æ tych chwil, umia³ na pamiêæ kochanków zaklêcia i ich nieraz s³omiane zapa³y, gasn±ce za ¿ycia podmuchem - pod rzeczywisto¶ci bezlitosn± rêk±. Wiedzia³ równie¿, ¿e zapa³y te same, odegrzane czêstokroæ i o¿y³e, kiedy¶, w przysz³o¶ci, obosiecznem ciêciem raniæ mo¿e bêd± tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno ³akn±cych uczucia i u¿ycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuli³a siê do twarzy ksiê¿yca i przes³oni³a go leciutko, kaskada za¶ miesiêcznych promieni, zblad³szy, niepewnym, migotliwym blaskiem zala³a u¶pion± Wenecyê.

W tej samej chwili dwie jakie¶ postacie, zbli¿one do siebie, zamajaczy³y poza tafl± jednego z okien hotelowych, i dwie g³owy, dotykaj±c siê wzajemnie, zapatrzy³y siê we wdziêczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo pó³¶wiat³em, oraz cieniami ksiê¿yca.

I postawszy tak d³ug± chwilê, jakby rozmarzone, znik³y niebawem, splecione w u¶cisku, niezdolne napawaæ siê d³ugo poza sob± niczem, nawet piêknem przyrody...

W ¶lad prawie zatem nasta³a ciemno¶æ nieprzejrzana i zapanowa³a nad miastem pami±tek.


Zadumany i jakby têskny tuli³ siê zmierzch szary do ¶cian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspania³ych sklepów jego, pe³za³ u podnó¿y pomników, ¶ciera³ kontury gmachów ko¶cio³ów - wszystko doko³a pogr±¿a³ w mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedzia³a na fotelu Melania, marsza³kowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli Dzier¿ymirskiej, a dotychczasowa od dzieciñstwa prawie opiekunka tej ostatniej.

Przez otwarte okno, ³±cznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciska³ siê tutaj wolno zmrok, a ¶ciemniaj±c siê stopniowo coraz bardziej, pocieszaj±co jakby wyg³adzaæ siê stara³ zmarszczone wysokie czo³o wiekowej ju¿ matrony, ³agodnie muska³ jej siwe w³osy, i zagl±daj±c jednocze¶nie nie¶mia³o w oczy rozumne, wyra&fraq14;nie zdawa³ siê wspó³czuæ smutnemu jej zamy¶leniu.

Na ma³ym stoliku przed marsza³kow± le¿a³ otwarty telegram. Opiewa³ on za¶ lakonicznie: "Przewidzenia s³uszne. Ola ju¿ po ¶lubie z Dzier¿ymirskim. Przyje¿d¿am. £ady¿yñski."

Ju¿ mo¿e pó³ godziny po przeczytaniu powy¿szej wiadomo¶ci, nieruchomo w swym fotelu siedzia³a pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknê³a z domu swej ciotki, by wiêcej nie wróciæ - marsza³kowa Warnicka z niepokoju postarza³a siê by³a o lat co najmniej kilkana¶cie.

Pocz±tkowo nie mog³a zrozumieæ postêpku swej siostrzenicy; tak dobrze by³o jej u niej, mo¿e zatem powróci ona lada chwila - niew±tpliwie.

Musia³a wyjechaæ z miasta na parê godzin, znaglona interesem wa¿nym... mówi³a sobie, perswadowa³a staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy ¿adnej o Oli nie by³o wie¶ci, obawa kochaj±cej dziewczê ciotki wzros³a o ni± do tego stopnia, i¿ my¶la³a, ¿e zwaryuje. Dom ca³y by³ przera¿ony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po mie¶cie, na chybi³ trafi³ - wszêdzie, oczekuj±c zarazem z trwog± wisz±cej zda siê w powietrzu katastrofy - wiadomo¶ci jakiej strasznej, o nieszczê¶ciu, lub nawet o ¶mierci.

Zbawc± pe³nej niepokoju marsza³kowej okaza³ siê wówczas Emil £ady¿yñski, przyjaciel ca³ego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem cz³owiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy naprêdce wskazówek tu i ówdzie, wpad³ od razu na trop w³a¶ciwy. Domys³y jego by³y trafne.

  • A ja powiadam pani marsza³kowej, ¿e panna Ola u¿ywa ju¿ miodowych miesiêcy! M³odo¶æ nie ¿artuje, gdy kocha... by³y to ostatnie s³owa jego i sprawdzi³y siê, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradzi³ sobie.

Marsza³kowa w zadumie westchnê³a cicho, ciê¿kie bowiem, zaiste, czeka³y j± niebawem przej¶cia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedz±c, powiadomi³a, wzywaj±c go, natychmiast po znikniêciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...

Có¿ ona, na Boga, powie ubóstwiaj±cemu córkê ojcu, jak siê potrafi wyt³umaczyæ przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawi³ on by³, wyje¿d¿aj±c, jedyne swe dzieciê...

Lecz czy¿ mog³a przewidzieæ podobne rozwi±zanie sprawy?

Przenigdy!...

I marsza³kowa Warnicka ni¿ej jeszcze pochyli³a na piersi g³owê sw± siw±, a czo³o jej poora³y zmarszczki, znacz±c jakby ¶lad mêcz±cych ¶cigaj±cych siê my¶li.

  • A j±, Olê, to dzieciê, które wespó³ z bratem i ona kocha³a ca³± si³± swej duszy, czy¿ tak znów dalece winiæ mo¿na by³o?...

Zapewne...

Nie porzuca siê od razu wszystkiego, nie ucieka chy³kiem, choæby nawet w ramiona ukochanego mê¿czyzny, gdy sprzeciwia siê temu wola rodzica, gdy...

Pani Melania przetar³a czo³o pomarszczon± d³oni±. "M³odo¶æ nie ¿artuje, gdy kocha!" zabrzmia³y jej w uszach s³owa Emila £ady¿yñskiego. Mia³ s³uszno¶æ...

I nagle, z pocz±tku nieokre¶lone, pó&fraq14;niej coraz g³o¶niejsze, ¶mielsze, zakie³kowa³y w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czy¿ doprawdy, Ola nieszczê¶liwa tak bardzo by³a winna?... Mi³o¶æ oszo³omi³a j±, porwa³a, a reszty niew±tpliwie dokona³o wychowanie m³odej panny, kapry¶nej pieszczotki ojca, ulubienicy równie¿ jej, marsza³kowej, zawsze dlañ pob³a¿liwej i s³abej.

I pani Melania znów zadawa³a sobie dalej w my¶li pytania...

  • Czy Ola posiada³a w duszy swej to, coby j± od pope³nionego kroku wstrzymaæ mog³o? Czy wpajano w ni± te zasady m³odych, takie na przyk³ad, jakiemi j± karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych wyros³o?... Marsza³kowa w zadumie spu¶ci³a nisko g³owê.
  • Nie, nie! - odpowiada³o co¶ skrycie na dnie jej duszy.

Ola zasad takich nie mia³a, a z czyjej¿e to by³o winy?

Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastêpnie i jej przecie, zastêpuj±c± Oli odesz³± z tej ziemi matkê.

I z szar± godzin±, coraz bardziej rozgaszczaj± siê po buduarze - z mrokiem, pe³nym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradaj±ce siê do duszy marsza³kowej wyrzuty potê¿nia³y, ros³y... Samokrytyka za¶ w³asnego postêpowania zgry&fraq14;liwie szarpaæ poczê³a jej mózg, coraz to nowemi pytaniami j± zasypuj±c:

  • Czy stara³a¶ siê wnikn±æ do duszy m³odego dziewczêcia, a potem, zbadawszy j±, formowaæ i ukszta³caæ? - mówi³a ona. - Czy wtedy - pyta³a dalej - gdy po niewinnem dzieciñstwie i m³odocianych leciech po raz pierwszy wst±pi³a Ola, ju¿ jako doros³a panna, na ¶lisk± arenê salonów i ¶wiatowego ¿ycia, da³a¶ ty jej, prócz wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, g³êbszej, powa¿niejszej natury?...

A pó&fraq14;niej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabaw±, flirtami i tañcem, z pobudzonymi zmys³ami i wyobra&fraq14;ni±, wraca³a ona do domu z towarzyskich balów i zebrañ - czy zastanowili¶cie siê wy kiedy¶, ty i brat twój, January nad tem, co przechodzi³o tam przez ow± m³od± g³ówkê, co zapala³o wyobra&fraq14;niê jej i w bezsennych nocach mo¿e marzeniem u³udnem na skrzyd³ach niezdrowych fantazyj nie pozwala³o zamkn±æ &fraq14;renic do snu cichego?...

Uczynili¶cie wy to wszystko? Zast±pili¶cie¿ dziewczêciu temu matkê, wykonywuj±c wspólnie ten na³o¿ony na was obowi±zek, z t± konieczn± drobiazgowo¶ci±, z któr± w istocie czêstokroæ nie rachuj± siê rodzicielki same?...

Oblicze zadumanej marsza³kowej wyra¿a³o teraz ciche cierpienie, ¿al jakby i skruchê, w tym bowiem wewnêtrznym, milcz±cym rachunku sumienia coraz ciê¿sze odczuwa³a winy po swojej i brata stronie.

A raz poruszone sumienie znów pyta³o dalej nielito¶ciwie: - Czy pochwyci³a¶ ty równie¿ te chwile, gdy do krysztalnej m³odej dot±d jeszcze duszy zapuka³a mi³o¶æ, wkrad³a siê tam, i rozkwit³a bujnie? Czuwa³a¿e¶ razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem s³owem, uwag± g³êbok±, kszta³cili¶cie¿ je? hodowali, strzeg±c to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? My¶leli¶cie¿ wy o tem, i¿ tam, zamiast skromnego, piêknego p±czka, o barwie ³agodnej, mo¿e wzro¶æ ukrycie i bezkszta³tn± zaja¶nieæ purpur± kwiat namiêtno¶ci cichy, wszystko doko³a dusz±cy sw± woni±?..

Czy uczynili¶cie wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya w±tpliwo¶ci wszelkich, szarpnê³o pytanie ostatnie dusz± marsza³kowej.

Przygnêbiona opar³a znu¿on± g³owê o poduszkê staro¶wieckiego mebla.

Odpowiedzieæ nie mog³a obron± na zarzuty, powsta³e w jej my¶lach za podszeptem sumienia - milcza³a zatem.

  • Nie! - szyderczo odpowiedzia³ z kolei rozum!... Wypie¶cili¶cie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawiali¶cie mu niczego - osypywali¶cie wszystkiem, czego zapragnê³o, znosz±c nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ustêpuj±c woli, któr± rozumnie powinni¶cie byli kszta³ciæ; s³uchaj±c - a nie rozkazuj±c!
  • O, wy! wychowawcy m³odego pokolenia, jak¿e daleko jeste¶cie od powinno¶ci swoich!.. za¶mia³ siê w koñcu rozum z gorycz±.

Marsza³kowa Warnicka, nie ruszaj±c siê z miejsca, przymknê³a powieki, chwilê d³u¿sz± w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wsta³a ociê¿ale z miejsca swego i powoli zbli¿y³a siê ku oknu.

Zapalono ju¿ latarnie w mie¶cie. Po szerokich - trotuarach pierwszorzêdnej ulicy snu³y siê t³umy. Pani Melania wpatrzy³a siê w nie, a w jej my¶lach jednocze¶nie szumia³o:

  • Uderz siê w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - bo¶ winna, bardzo winna!

Zamigota³, zab³ys³ snopem promieni i iskier mi³o¶ci p³omyk, i dziewczyna wyci±gnê³a ku niemu pragn±ce ramiona, jak ³ód&fraq14; bez steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, któr± wychowa³a¶ - zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie ogl±daj±c siê nawet za ich b³ogos³awieñstwem!

  • Zbieracie, co¶cie zasiali! - g³os jaki¶ w uszach marsza³kowej rozbrzmiewa³ i rós³, pe³en potêgi.

Nagle staruszka cofnê³a siê wstecz ca³em cia³em i drgnê³a nerwowo. W ciszy apartamentów rozleg³ siê w tej chwili pokilkakroæ silnie dzwonek.

To by³ January Gowartowski. Marsza³kowa przeczuciem ju¿ zgadywa³a przybycie brata, a przetar³szy czo³o rêk±, z g³êbokiem westchnieniem odst±pi³a od okna.

W s±siednim salonie, na odg³os dzwonka, zapala³ w³a¶nie ma³y lokajczyk ¶wiat³o, w przedpokoju rozbiera³ siê kto¶ i rozmawia³ ze s³u¿±cym.

Pani Melania, ws³uchawszy siê pilnie, pozna³a g³os brata. Wysi³kiem woli rozpogodziwszy, jak umia³a, oblicze, przest±pi³a próg buduaru, i wesz³a powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukaza³ siê przyby³y.

By³ to mê¿czyzna, lat ko³o sze¶ædziesiêciu mo¿e, chudy, wysoki, i pomimo wieku, trzymaj±cy siê jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o wygl±dzie i uk³adzie delikatnym, zrêcznym i dystyngowanym. Twarz January Gowartowski mia³ wygolon± starannie, g³owê piêkn±, z przyprószonym nieco w³osem, a w±s sumiasty, bia³y, okala³ mu wargi, wygiête nieco dumnie - oblicze za¶ jego, nacechowane jakby wyrazem wynios³o¶ci, nerwowe, zmienne, znamionowa³o cz³owieka, na. pierwszy rzut oka, nader wra¿liwego i uczuciowego mo¿e nad miarê.

Ujrzawszy siostrê, podbieg³ ku niej szybko i z³o¿y³ w milczeniu na jej rêce pe³en uszanowania poca³unek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spoczê³o na jej twarzy pytaj±co, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, widz±c marsza³kow± nieco zmieszan±, odezwa³ siê pierwszy:

  • Odebra³em telegram twój, pani siostro, niepokój przygna³ miê tu natychmiast... Ola wyjecha³a podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko jej co z³ego siê nie sta³o? mo¿e ona chora, gro&fraq14;nie, broñ Bo¿e?.. Powiedz, Melanio, szczer± prawdê, mów prêdzej, bo wytrzymaæ z niepokoju nie mogê!.. - dr¿±co wymówi³ pan January s³owa ostatnie, z akcentem pro¶by, g³osem pe³nym obawy, i z trosk± na wyrazistej twarzy czeka³ na odpowied&fraq14;.

Tymczasem zmieszanie marsza³kowej ros³o. Unikaj±c spojrzenia brata, rzek³a:

  • Ale¿ uspokój siê, mój drogi, có¿ znowu?.. Upewniam ciê, i¿ Ola najzdrowsza siê czuje i ¿e zgo³a nic z³ego jej nie grozi...

Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzi³a siê i westchnienie ulgi podnios³o pier¶ jego, odczu³ bowiem szczero¶æ w s³owach siostry.

Rzuciwszy opodal kapelusz i podró¿na torebkê, usiad³ wygodnie na fotelu i spokojnym ju¿ zupe³nie g³osem zapyta³:

  • No, wiêc có¿, na Boga, sta³o siê z Ol±? wyjecha³a - dok±d?...
  • Zmêczonym pewnie jeste¶ i g³odnym - przerwa³a bratu Melania - mo¿e kazaæ daæ ci herbaty, przek±ski?... - i mówi±c to, przycisnê³a guzik elektrycznego dzwonka.
  • Ale¿, ma chère, - ¿achn±³ siê trochê niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy pó&fraq14;niej, po có¿ te ze mn± ceremonie; co ci siê dzisiaj sta³o, taka nienaturalna jaka¶ jeste¶? - zatrzyma³ siê pan January i spojrza³ siostrze badawczo w oczy.
  • Nakarmisz mnie potem - dorzuci³ po chwili, z u¶miechem - lecz opowiedz mi najprzód, co siê tutaj sta³o?...

Marsza³kowa i na to nic zupe³nie nie odpowiedzia³a, bo w tej w³a¶nie chwili na progu salonu ukaza³ siê przywo³any lokaj. Wszystko, co dot±d czyni³a, mia³o za cel zyskaæ tylko na czasie, po prostu bowiem nie wiedzia³a, w jaki sposób podaæ bratu smutn± i wstrz±saj±c± odpowied&fraq14; i w jakiej uczyniæ to formie. Zwróci³a siê do s³u¿±cego.

  • Zapal lampê w buduarze, a gdyby kto tam przyszed³, to powiedz, ¿em cierpi±ca, i nie przyjmujê...
  • Wszak prawda - z kolei pytaj±co na pozór skierowa³a siê do brata - i ty zapewne nie masz dzi¶ ochoty widzieæ go¶ci?...

Za ca³± odpowied&fraq14; Gowartowski wzruszy³ z lekka ramionami, jednocze¶nie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrza³ na siostrê, a z twarzy jego pierzch³a pogoda.

Co¶ poza kulisami dzia³o siê w tym domu niedobrego, czul to pan January nerwami, wiêc czo³o zasêpi³o mu siê i brwi przelotnie zmarszczy³y. Powsta³ gor±czkowo z siedzenia, nieobecny my¶l±, szukaj±cy zagadki, nie rozumiej±c s³ów siostry, znajduj±cej siê ju¿ w o¶wietlonym buduarze i mówi±cej co¶ do niego.

  • Co mówisz? nie s³yszê... - rzuci³ po chwili. - Mo¿e tu przejdziesz, bêdzie nam wygodniej rozmawiaæ... - powtórzy³a g³o¶niej tym razem marsza³kowa.

Gowartowski pos³usznie podszed³ ku drzwiom i przest±pi³ próg buduaru.

Zamknij drzwi za sob±, mój kochany, i siadaj, proszê ciê! - bezd&fraq14;wiêcznym g³osem odezwa³a siê pani Melania, sama za¶ skierowa³a siê, by przymkn±æ drzwi do pokoju jeszcze jedne.

Pan January tymczasem usiad³ i ze wzrastaj±cym coraz bardziej niepokojem ¶ledzi³ ruchy swej siostry. Teraz by³ ju¿ pewnym, ¿e czeka go co¶ niezwyk³ego, i z³ego, tak bowiem ostro¿nej i dziwnie postêpuj±cej siostry dawno ju¿ nie ogl±da³.

Marsza³kowa zbli¿a³a siê w³a¶nie ku niemu, a usadowiwszy siê obok, na kanapie, ujê³a w obie d³onie rêce brata. Postanowi³a w my¶li zaraz od razu przeci±æ dra¿ni±ce pêta wstêpnej rozmowy, rzek³a zatem ³agodnie i serdecznie, wpatrzywszy siê rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.

  • Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, ¿e nie zanadto zmartwisz siê tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomo¶æ bardzo smutn±, co ci zakomunikowaæ muszê - prawdziwie po mêsku...
  • Ale¿ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-¿e mi nareszcie, o co chodzi, bo siedzê, jak na roz¿arzonych wêglach, i po g³owie lataj± mi wprost niemo¿liwe przypuszczenia!.. Mów prêdzej, b³agam - có¿ z Ol± siê sta³o?.. - wybuchn±³ Gowartowski, ostatnie za¶ s³owa jego drga³y wymówk± i pro¶b±.

Wyraz wspó³czucia przemkn±³ po twarzy matrony siwej, i obj±wszy rêkami g³owê brata, uca³owa³a j± czule.

  • Ola... ju¿ po ¶lubie... - rzek³a równocze¶nie szeptem.

Gowartowski, jak podrzucony, zerwa³ siê z fotelu, i wzrokiem b³êdnym na marsza³kow± spojrza³. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzykn±³ w pierwszej chwili. - To byæ nie mo¿e!... - dorzuci³ i urwa³... Wpatrzywszy siê bowiem uwa¿niej w twarz siostry, pozna³, i¿ ona mówi prawdê, po chwili jêkn±³ wiêc tylko cicho:

  • Z kim?... i ca³y, zdawa³o siê, zawis³ na ustach pani Melanii... G³os zadr¿a³ marsza³kowej, gdy, jak mog³a najspokojniej, panuj±c nad w³asnem wzruszeniem, odpowiedzia³a wolno:
  • Z Romanem Dzier¿ymirskim...
  • Z Dzier¿ymirskim... z tym ho³yszem... synem tej... tej W³oszki, ¶piewaczki!... - g³os za³ama³ siê panu Januaremu, i schwyci³ siê on obiema rêkami za g³owê. - I bez... bez... - tu g³os Gowartowskiego przeszed³ w chrypkê, snaæ wstrz±saj±ca nowina zatamowa³a mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... b³ogos³awieñstwa!... - wykrztusi³; dokoñczy³ nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znêkanego otrzyman± wiadomo¶ci± ojca, dot±d blada bardzo, zakwit³a nagle ceglastym rumieñcem, nogi za¶ widocznie zachwia³y siê pod nim, gdy¿ ciê¿ko, bezsilnie, upad³ na pobliski g³êboki fotel.

Powtórnie, z macierzyñsk± i¶cie troskliwo¶ci±, objê³a g³owê stroskanego brata marsza³kowa Warnicka, jakby ta czu³a pieszczota siostrzana ukoiæ pragnê³a, choæ chwilowo, cios, przed chwil± s³owami przez ni± zadany.

Lecz Gowartowski odtr±ci³ j± prawie ¿e brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w d³oni rêkê siostry, przemówi³ zapalczywie, urywanym g³osem.

  • Jak to? I ty, Melanio, pozwoli³a¶ na to? ty, na opiece której, niby matki rodzonej, zostawi³em moje dzieciê? Ty da³a¶ zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem?

I pan January ponownie z miejsca swego siê zerwa³, i wykrzykn±³ wzburzony:

  • Wiedz±c, ¿e temu m³okosowi, awanturnikowi odmówi³em dawniej, naumy¶lnie usypiali¶cie czujno¶æ moj±, by mnie podej¶æ, oszukaæ, i my¶leli¶cie mo¿e, i¿ ja to przyjmê post factum, "tak sobie!"
  • Ale¿ zmi³uj siê, uspokój ! - pospiesznie przerwa³a marsza³kowa. - Nic jeszcze nie wiesz dok³adnie, a ju¿ obwiniasz innych na chybi³-trafi³. Proszê ciê, bardzo proszê, cierpliwo¶ci trochê, spokoju, a¿ opowiem ci wszystko, - doda³a b³agalnie.

Pan January mimo woli ucich³ i spojrza³ pytaj±co na siostrê.

  • Serce-¿ ty moje, pos³uchaj, a nie martw siê tak okrutnie - dr¿±cym od wzruszenia g³osem, ze wspó³czuciem, przemówi³a znowu pani Melania, w nag³em rozczuleniu zatr±caj±c przytem wyra&fraq14;nie rodzonym ukraiñskim akcentem, od którego odzwyczai³a siê by³a sw± ci±g³± bytno¶ci± w mie¶cie. - Pos³uchaj, jak siê rzecz mia³a - zaczê³a marsza³kowa, i ci±gnê³a tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy ju¿ tak bole¶nie dotkn±³e¶ miê przypuszczeniem, ¿e by³am w zmowie przeciwko tobie, wyt³umaczyæ siê winnam... Tak nie by³o wcale, jak s±dzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgo³a nie wiedzia³am...

Jak to? - przerwa³ siostrze zdumiony Gowartowski.

  • Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupe³nie nie wiedzia³am - powtórzy³a marsza³kowa, z widocznym ¿alem w g³osie - a dlaczego? Dlatego, ¿e oni poradzili sobie bez nas... Roman porwa³ Olê i natychmiast wyjechali razem za granicê.

I pani Melania umilk³a, wszystko najgorsze ju¿ by³o bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyli³a siê g³owa mê¿czyzny, i odbi³o siê na niej jeszcze bole¶niejsze cierpienie.

  • Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jak¿e zawiod³em siê na, tobie! - z ciê¿kiem westchnieniem wymknê³o siê z ust biednego ojca.

Marsza³kowa spogl±da³a wzruszona na brata. Gniewu jego nie ba³a siê ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lêka³a siê dot±d najbardziej, to tej rany w³a¶nie, zadanej kochaj±cemu sercu ojcowskiemu przez córkê, depcz±c± przywi±zanie do niej silne i bez upamiêtania - dla u³udnej fatamorgany zmys³owych rozkoszy, dla mi³o¶ci kwiatów i ponêt...

Pan January, z g³ow± na piersi schylon±, milcza³ teraz, ukrywszy twarz w d³onie. Ze wzrastaj±cem coraz bardziej wspó³czuciem patrzy³a wci±¿ pani Melania na brata i my¶la³a:

  • 0, dzieci, dzieci, pokolenia m³ode, jak¿e wy czêsto i okrutnie ranicie serca starych! Przywi±zuje siê ich jesieñ smutna do waszych wiosen, pe³nych wesela, a wy, jak te ptaki, szukaj±ce wci±¿ ciep³a i s³oñca, lekkomy¶lnie rzucacie te serca, tratujecie mi³o¶æ, zaparcia siebie pe³n±, a pogardzaj±c dogasaj±cemi, popielej±cemi iskrami - szukacie, garniecie siê do ognia, do m³odych!..

Przecie¿ i dla mnie pieszczotka Ola by³a dot±d wszystkiem, lube dzieciê!

Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bi³o s³oñce mi³o¶ci m³odej, ptaszyna zerwa³a jedwabne pêta przywi±zañ domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych jej uczuæ, do serduszka dziewczêcego, wdar³ siê promienisty blask potê¿niejszy, silniejszy! Zwyk³a kolej rzeczy tego ¶wiata...

Chc±c przerwaæ milczenie, pe³ne dla obojga rozmy¶lañ przykrych, pani Melania poczê³a mówiæ znowu przyciszonym g³osem:

  • Podziêkujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, ¿e ¶lubem skoñczy³o siê to wszystko. Teraz z wol± Bo¿± pogodziæ siê nale¿y, i z przeznaczeniem, to trudno... - ci±gnê³a dalej, widz±c, ¿e na jej s³owa wyrwany z g³êbokiej zadumy brat podniós³ g³owê i s³ucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpia³am, nim doniesiono mi o tem, ¿e oni gdzie¶ w pobli¿u austryackiej granicy, w jakiej¶ tam wioszczynie ¶lub wziêli.
  • Zk±d¿e masz tê wiadomo¶æ? - z³amanym i cichym g³osem spyta³ Gowartowski.
  • Marsza³kowa ze smutkiem spojrza³a na brata. Serce zabola³o j±, jak¿e bowiem innym, odmiennym ca³kiem, sta³ siê on nagle teraz, po odebraniu wiadomo¶ci, tak dlañ wszechstronnie bolesnej. Powoli, miêkko, opowiadaæ mu ona poczê³a stopniowo wszystko.

A wiêc, o ucieczce Oli, o w³asnych cierpieniach, o tem, ¿e z tak licznych znajomych prawdy nie domy¶la siê dot±d nikt jeszcze, o £ady¿yñskim...

Pan January, przybity, s³ucha³ teraz s³ów siostry pokornie, jak dziecko, nie odzywa³ siê ju¿ wcale, trudno za¶ by³o zarêczyæ, czy w my¶lach bezustannie zatopiony - s³ysza³.

Skoñczywszy sw± opowie¶æ, marsza³kowa rzek³a:

  • Bóg mi ¶wiadkiem, i¿ nic winn± nie jestem... Po wyje&fraq14;dzie twoim i odmowie, któr± da³e¶ Dzier¿ymirskiemu, gdy o¶wiadczy³ siê o Olê przed paru tygodniami, nie przyjmowa³am go wcale. Gdzie widywa³ siê z Ol±, jak i kiedy u³o¿yli ze sob± wszystko? Dotychczas ¿adnego o tem nie mam pojêcia. Có¿ robiæ - wola Boska!..

Gdy marsza³kowa wymawia³a te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunê³a siê do brata, chc±c pocieszyæ go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej pad³o na drzwi od salonu, i drgnê³a nerwowo. Zda³o jej siê, ¿e kto¶ dotyka w³a¶nie klamki...

Rzeczywi¶cie, w sekundê pó&fraq14;niej rozleg³o siê trzykrotne pukanie, w ¶lad za tem za¶ s³u¿±cy zawiadomi³, ¿e podano kolacyê i herbatê.

  • Czy masz ochotê je¶æ teraz? - spyta³a ³agodnie brata pani Melania.

Pan January, machn±wszy poprzednio rêk±, zrobi³ g³ow± ruch negatywy, pe³ny obojêtno¶ci i zniechêcenia.

Marsza³kowa westchnê³a cicho.

-Bêdziemy jedli pó&fraq14;niej! - rzuci³a g³o¶no.

Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schyli³ siê i spojrza³ przez dziurkê od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszon± rozmow±, której w±tka schwyciæ nie móg³, postawszy chwilê, oddali³ siê na palcach by zakomunikowaæ wiadomo¶æ tê pozosta³ej s³u¿bie.

Z dobr± godzinê, a mo¿e i wiêcej jeszcze, minê³o nim roztworzy³y siê owe drzwi buduaru, i wysz³o z niego rodzeñstwo. Jakie¿ jednak by³o zdumienie domowników, gdy zamiast spo¿yæ wieczerzê, oboje rozeszli siê do swoich komnat, nie tkn±wszy jej wcale.

I pó&fraq14;no potem w apartamentach marsza³kowej Warnickiej pali³y siê dwa ¶wiat³a.

D³ugo, bardzo d³ugo, na klêczkach przed zapalon± lampk± i wizerunkiem Matki Bo¿ej modli³a siê gor±co polska matrona, zanosz±c pro¶by do nieba. Ukrywszy g³owê w d³onie, rozmy¶la³a ona o ulubienicy swej, Oli, modli³a siê za ni±, za brata wreszcie, by mu los przysz³o¶æ os³odzi³. W koñcu ¶wiat³o u niej zgas³o. Zmêczona wra¿eniami ciê¿kich trzech dni ostatnich, staruszka zasnê³a twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitw±...

Inaczej siê dzia³o w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zmêczony jednostajn± po pokoju wêdrówk±, zgasi³ lampê, u³o¿ywszy siê do snu.

Lecz sen - ukoiciel daleko odlecia³ od znêkanego starca.

Przez wielkie okno wkrada³o siê pó³¶wiat³o usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej; mrugaj±ce na niebie gwiazdy zagl±da³y do wnêtrza - komnaty, po³o¿onej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawis³szy nad ³o¿em, wpatrywa³y siê b³yszcz±ce, pytañ niedyskretnych pe³ne, w poblad³e lica bolej±cego tu cz³owieka.

0! jak¿e noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna by³a inn± dla zapomnianego ojca, a jak inna, choæ ta sama, rozpiêta na w³oskiem niebie, dla dwojga m³odych w Wenecyi!...

Tam, w upojeniu, w mi³osnej ekstazie, dwie dusze, dwa m³ode istnienia zlewa³y siê w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeñ teraz w³a¶nie bi³a mo¿e zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska u³udna szczê¶cia godzina...

A tu?...

Z cierpieniem i bólem sam na sam boryka³ siê starzec, t³umi±c ³zy, cisn±ce mu siê gwa³tem do oczu...

Bo czy¿, zaiste, to dzieciê w³asne, drogie, nie sponiewiera³o go bezlito¶nie? Czy¿ za tyle lat ojcowskich trudów, mi³o¶ci i zaparcia siê siebie, on, rodzic kochaj±cy, jak rzadko który mo¿e, zas³u¿y³ tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?

Wiêc on wobec córki w³asnej nic nie znaczy³? B³ogos³awieñstwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam za¶, jego w³asne "ja," którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawa³o mu siê piêtnem, odbite by³o na duszy Oli, tak¿e okaza³o siê tak s³abem tylko? 0! do jakiego stopnia s³abem nawet, kiedy nie potrafi³o oprzeæ siê nowemu uczuciu - intruzowi!...

U¶miech gorzki, bole¶ci pe³ny, przemkn±³ siê po ustach Gowartowskiego.

  • Wiêc nic trwa³ego na tym padole! - my¶la³ - wszystko marno¶ci±... rozwiewaj±cym puchem!... Wiêc drogie kamienie, per³y uczucia, powsta³e w ojcowskiej duszy z tysi±cznych ¿ycia szczegó³ów, cicho wyros³e tam kwiaty trwa³ego rodzicielskiego przywi±zania, z góry ju¿ skazane byæ musz± niemi³osiernie, by zwiêdn±æ zapoznane...

Ach, jak¿e on, naiwny, dalekim by³ my¶l± od tego! Jakiem¿e przykrem rozczarowaniem by³a dlañ ta naga rzeczywisto¶æ, brutalna, bez zas³on, choæby konwencyonalnych tylko!

Gowartowski ¶cisn±³ g³owê rêkami, zdawa³o mu siê bowiem, i¿ ona pêknie od my¶li, cisn±cych siê, jak nieproszone t³umy... Subtelny umys³ jego gi±³ siê pod ich naporem, szumia³, niby rój brzêcz±cych, dokuczliwych owadów.

Nagle, jakby dziwnym wp³ywem reakcyi, w g³owie le¿±cego zapanowa³a pró¿nia...

Gowartowski na ma³± sekundê tylko przesta³ my¶leæ...

I natychmiast zrêcznie z chwili tej skorzysta³a samowiedza.

  • Przypomnij sobie w³asn± przesz³o¶æ - szepnê³a - b±d&fraq14; wyrozumia³ym!... Poszukaj dobrze, a niew±tpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z chwil± obecn±!...

Wszak m³odo¶æ ma swoje silne prawa, ka¿dy w tym czasie korzysta z nich, a staro¶æ, ubrana w po¿ó³k³e, lec±ce li¶cie jesieni ¿ycia, sw± g³owê srebrn± pochyliæ zawsze musi przed jej o¶lepiaj±cym blaskiem, pomna, ¿e i ona kiedy¶ taka sama by&