The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the copyright laws for your country before downloading or redistributing this or any other Project Gutenberg eBook.
This header should be the first thing seen when viewing this Project Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the header without written permission.
Please read the "legal small print," and other information about the eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is important information about your specific rights and restrictions in how the file may be used. You can also find out about how to make a donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
Title: Ironia Pozorow
Author: Maciej hr. Lubienski
Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
[This file was first posted on September 22, 2002]
Edition: 10
Language: Polish
Character set encoding: ISO-8859-2
Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
Title: "Ironia Pozorów"
Author: Maciej hr. £ubieñski
PROLOG
Dnia³o...
Leniwo, sennie pierzcha³y mg³y przezrocze, tul±ce siê dot±d w niemej pieszczocie do ¶cian wielkiego grodu i wodnej, p³yn±cej u stóp jego fali.
Wreszcie - znik³y...
Na wzgórzu ukaza³o siê miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi gmachami i z¿ó³k³± zieleni± ogrodów przejrza³o siê dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigota³ równocze¶nie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego ¶witu.
Na poddaszach krytego ceg³± staromiejskiego domku nieprzes³oniête niczem okno jedno za¶mia³o siê weselej od innych do matowego porannego ¶wiat³a. Ciekawie do wnêtrza facyatki w¶lizn±³ siê brzask smêtny.
W pokoiku, o paru najniezbêdniejszych tylko sprzêtach, na razie nie by³o nikogo.
Po¶ciel nienaruszona bieli³a siê do¶æ schludnie, wszystko woko³o za¶ wskazywa³o wyra&fraq14;nie, i¿ w³a¶ciciela siedziby tej od wczoraj ju¿ nie by³o, puls bowiem kie³kuj±cej tu jakiego¶ jednego ¿ycia, zastyg³y w panuj±cym wszêdzie nieporz±dku, wyra&fraq14;nie oczekiwaæ siê zdawa³ cierpliwie na swego pana i w³adcê.
Tymczasem za¶ tylko po niezamiecionych k±tach b³±ka³y siê pustka i nuda, a nietrudno by³o domy¶leæ siê, ¿e bieda w swej ziemskiej wêdrówce zagl±daæ tu nieraz musia³a...
Go¶cinê jej bowiem zdradza³o tutaj - wszystko. A wiêc i ubo¿yzna mebli i atmosfera jaka¶ duszna, wreszcie to co¶ niewidzialnego, nieokre¶lonego, z k±tów, ze ¶cian, zewsz±d, wyzieraj±cego, co, jak widma cieñ, szeptem jakby, mówi wci±¿ o sobie i ³zawo siê skar¿y.
W przedziwnie zgodnej, panuj±cej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii i smutku, d&fraq14;wiêcza³a jednak, drga³a, niby u¶mieszek radosny, jasny, nuta weselsza. By³a za¶ ni± stoj±ca w rogu pokoju, na komódce staro¶wieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna fotografia gabinetowa m³odej dziewczyny, ku której z obok stoj±cej szklaneczki ma³ej wychyla³a siê pieszczotliwie w rozkwicie swym ¶liczna aksamitna p±sowa ¶wie¿a ró¿a.
Dziewczê i ró¿a patrzy³y na siebie, lecz królowa kwiatów z s±siedztwa swego dumn± byæ tylko mog³a.
Z martwej bowiem kartki kartonu, spogl±da³a na ¶wiat du¿emi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zaklêty w rysach i uk³adzie ca³ej postaci nieujêty jaki¶ wdziêk - ta si³a najwiêksza kobiety, oporna na lata i burze ¿ycia, ¶wie¿a zawsze, jak kwiecie wiosny - sz³a na widza i chwyta³a go za serce, czaruj±c natychmiast swem s³abem b±d&fraq14; co b±d&fraq14; tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.
Odosobnienie za¶ wyra&fraq14;ne rogu izdebki, gdzie sta³a fotografia, od otaczaj±cych i rozrzuconych po pokoju sprzêtów, oraz pewna czysto¶æ staranna, cechuj±ca to miejsce - ¶wiadczy³y sob± równie¿ a¿ nadto, ¿e nieobecny w³a¶ciciel mieszkanka tego dba³ wielce o ten zak±tek, zdradzaj±c przytem, ¿e i on w biedzie swej mia³ mo¿e jak±¶ chwilkê jasn±, jakie¶ swoje marzenie!...
Tak, niew±tpliwie!...
Si³a bowiem jakby ukryta, a nieujêta jednocze¶nie i dziwna, bi³a od tego k±cika pami±tek; zdawa³ siê byæ on jedynym u¶miechem smutnego zk±din±d tu bytu i jedyna równie¿ kapliczka, nik³ego z³udnego zapewne jakiego¶ szczê¶cia, ale zawsze - szczê¶cia.
W szar± nêdzê istnienia "pana", zamkniêtej w tych ¶cianach biedy, ¿ycie wpl±ta³o widaæ jak±¶ niæ z³ot±, rzuci³o na os³odê hojnie i lito¶ciwie pêk duchowych promieni!...
Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywa³o nic zgo³a... Przez ma³e okienko widaæ tu by³o spiêtrzone dachy z czerwonej ceg³y, kominy; dalej, w dole, srebrzy³a siê rzeka, a ¶rodkiem niej cicho sunê³a w³a¶nie berlinka, zd±¿aj±c ku miejskiej przystani.
Z wie¿y której¶ z poblizkich ¶wi±tyñ w ogólnem milczeniu melodyjnie rozleg³ siê niebawem d&fraq14;wiêk sygnaturki porannej. Monotonne nieco pop³ynê³o w dal echo z dzwonu, a zawtórowa³y mu wkrótce ¶wistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, p³yn±ce zewsz±d odg³osy.
Powolnie budzi³o siê ju¿ miasto.
Krêtymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zd±¿a³ krokiem równym i szybkim ku opisanej powy¿ej siedziby swojej m³ody mê¿czyzna, ros³y i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miêkki kastrowy kapelusz, nadaj±cy ¶niademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyra&fraq14;ny typ jakby po³udniowca z Zachodu. Szed³ on, pogwizduj±c z cicha, z rêkami w kieszeniach, zamy¶lony, a po wyminiêciu kilku przechodniów, skrêciwszy w uliczkê w±zk± i g³uch±, znalaz³ siê na niej sam zupe³nie.
Po chwili jednak z poza wêg³a staro¶wieckiego domu, tworz±cego róg tej ulicy, wysunê³a siê pewna postaæ i poczê³a i¶æ w ¶lad za nim.
By³a to biedna jaka¶ babina, a snaæ nieco podpita, bo zataczaj±c siê z lekka, krzykliwie pod¶piewywa³a co¶ sobie. Ma³a, krêpa, okrêcona czerwon± we³nian± chustk± i w takiej¿e spódnicy, ko³ysa³a siê ona zabawnie, przystaj±c co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykrêcaj±c siê na jednej nodze.
W swe ko¶ciste rêce spódnicê ujmowa³a przytem pociesznym ruchem, a z pe³n± komizmu gracy± unosz±c j± wyra&fraq14;niej i g³o¶niej powtarza³a ostatni± piosenki zwrotkê, i sz³a dalej, aby w parê minut ponownie wykonaæ te¿ same identycznie produkcye.
Id±cy ulic± mê¿czyzna przystan±³ i patrza³ ciekawie na babinê, wkrótce jednak, znudzony, obojêtnie odwróci³ siê i pocz±³ i¶æ dalej.
W tej samej chwili pos³ysza³ za sob± wo³anie:
- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...
M³ody cz³owiek odwróci³ siê i ujrza³ zmierzaj±c± ku niemu kobiecinê; trzyma³a co¶ w rêku i kiwa³a nañ. Zdziwiony podszed³ bli¿ej i zapyta³:
- Có¿ to, czegó¿ ode mnie chcecie?
Babina za¶, podaj±c mu jaki¶ przedmiot, obja¶ni³a:
- A dyæ zgubili¶ta to panoczku!... Przez ma³a psewróci³abym se bez tê torbê...
Nieznajomy machinalnie uj±³ w rêkê, co mu dawano.
Trzyma³ pugilares du¿y, ciê¿ki i elegancki; by³ on ze skóry koloru wi¶niowego i mile dotkniêciem swem pie¶ci³.
Na ten widok zarumienione od porannego ch³odu oblicze m³odzieñca zblad³o, rêka mu zadr¿a³a nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszy³y siê niedostrzegalnie, zamar³y, jakby niewypowiedziane jakie¶ s³owa.
Jednocze¶nie spojrzenie jego du¿ych ciemnych oczu obrzuci³o badawczo uliczkê: wokó³ nie by³o nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzy³y przed siebie martwem okiem - w ciszy u¶pienia jeszcze drzema³o tu miasto.
Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spocz±³ z kolei na twarzy stoj±cej przed nim kobieciny, i zatrzyma³ siê na niej d³ug± chwilê...
Zdawa³a siê ona byæ ze wsi, a Bogu duszê winna, uciera³a w tej chwili swój nos zamaszy¶cie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu w³a¶ciwym sposobem, mrugaj±c równocze¶nie ma³emi, zasz³emi krwi±, jak u królika, oczkami. Niew±tpliwie by³a przytem powesela³± od trunku, a nie pijan± przed chwil± widaæ ¶piewaj±c± tylko - tak sobie, gwoli zado¶æuczynienia nastrojowi swemu, czy te¿ mo¿e zbytkowi przyrodzonego temperamentu.
- Dziêkujê wam! - Lakonicznie rzuci³ nagle nieznajomy, prosto w piegowat± i czerwon± twarz babiny i odwróciwszy siê z po¶piechem, podniós³ ko³nierz paltota, wtuli³ w niego g³owê, nasun±³ na oczy kapelusz i pocz±³ i¶æ bardzo szybko, wkrótce za¶ pu¶ci³ siê prawie ¿e biegiem.
- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemaj±ca, - zawyrokowa³a g³o¶no do siebie, wzruszaj±c ramionami, kobiecina.
Ra&fraq14;no z miejsca ruszy³a i ¶piewaæ znowu poczê³a, echo za¶ jej piosenki, odbiwszy siê o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta - pogna³o za nikn±cym ju¿ w g³êbi uliczki mê¿czyzn±, ostatni± sw±, dwukrotnie powtórzon±, zwrotk±:
"A kto kocha, ten jest zdrów,
A kto kocha - ten jest zdrów..."
Zgrzytn±³ klucz w zamku cichej facyatki, otworzy³y siê gwa³townie drzwiczki, i na progu stan±³ w³a¶ciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywo³anego pr±dem powietrza, zadr¿a³y firanki u ma³ego okienka, ze szklanego za¶ kielicha pochyli³a siê ku fotografii m³odej dziewczyny ró¿a aksamitna, jakby pragn±c z ni± wspólnie powitaæ pana swego.
- Nareszcie!... - wyszepta³y z ulg± usta przyby³ego i ruchem nerwowym, zamkn±wszy cicho drzwi za sob±, przekrêci³ klucz w zamku.
Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ¶cianach smutnej dot±d izdebki zrobi³o siê jako¶ weselej i ja¶niej!...
M³odo¶æ bowiem i si³a sz³y, bi³y od m³odego mieszkañca facyatki, i niby brakuj±cy promieñ ¶wiat³a, o¿ywi³y, zda siê, wnêtrze poddasza.
Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzes³o, m³odzieniec bacznie rozejrza³ siê po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby co¶ rozwa¿aj±c, pozosta³ w pozycyi stoj±cej d³u¿sz± chwilê.
Poruszy³ siê jednak niebawem i podszed³ do drzwi, nads³uchuj±c równocze¶nie. Postawszy za¶ tam minut parê, zbli¿y³ siê nastêpnie do okna, a wpatrzywszy siê w nie przez sekundê mo¿e, po krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spu¶ci³ roletê.
Szarawa ciemno¶æ zaleg³a izdebkê.
M³odzieniec podszed³ do kanapy, przed któr± sta³ stoliczek mahoniowy, i usiad³. Wkrótce w ciszy rozleg³ siê zgrzyt zapa³ki. Po chwili ma³a lampka o¶wietla³a ju¿ poddasze, m³ody cz³owiek za¶, raz jeszcze obejrzawszy siê wko³o, szybko, siêgn±³ do kieszeni swego ubrania.
Nerwowo, ¶piesznie wydoby³ stamt±d wrêczony niedawno portfel skórzany i, z b³yskiem ciekawo¶ci w oczach roztworzywszy go, po³o¿y³ na stole.
Z sze¶ciu, zapiêtych ma³emi klapkami, przedzia³ów z³o¿ony, z wielk± spodni±, id±c± przez ca³± d³ugo¶æ jego kieszeni±, w oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeæ siê zdawa³ na siedz±cego mê¿czyznê...
Rêce jego jednak, dotkn±wszy siê tylko pobie¿nie wype³nionych kryjówek, zatrzyma³y siê chwilê bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbi³o zdumienie, po³±czone jakby z przestrachem.
- Jak to, wiêc tak du¿o tu czego¶? -mówi³y wyra&fraq14;nie wielkie, wyrazu pe³ne oczy m³odzieñca, i jednocze¶nie pytaæ siê zdawa³y niepewne: - Czy tylko to aby pieni±dze?..
I dziwna reakcya odbywa³a siê w duszy jego.
Gdy krêtemi uliczkami lecia³ do swego mieszkanka, pali³a go chêæ ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lêk oto jaki¶ niewyt³umaczony zaw³adn±³ nim nagle.
Przeczucie mówi³o mu wyra&fraq14;nie, ¿e tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od oczu ludzkich, mie¶ci³ siê maj±tek mo¿e, tkwi³ pieni±dz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczê¶cia, drzema³a ¶wiata tego potêga - z³oto...
A jednak nie poruszy³ on dot±d wcale portfelu... Dlaczego?
Bo z przeczuciem bogactw, które czekaæ siê zdawa³y tylko dotkniêcia jego, czu³ dobrze, zdawa³ sobie on sprawê z czego¶ innego równie¿.
To by³a w³asno¶æ cudza!...
Upomn± siê o ni± niew±tpliwie; on za¶, nie wiedz±c, co siê tam znajduje, mo¿eby móg³ jeszcze, pomimo swej nêdzy, zwróciæ w³a¶cicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy rêce w zawarto¶ci jego?
Z rêk± na portfelu opart± mê¿czyzna zamy¶li³ siê bardziej jeszcze.
Wszak, choæ z pozoru wesó³ i syty, nie posiada³ on w istocie na razie z³amanego szel±ga przy duszy. Ostatnie pieni±dze wyda³ na bilet kolejowy, który pozwoli³ mu wróciæ w ¶ciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwi±zanej z nadziej± otrzymania posady.
Nie otrzyma³ jej - wraca³ z niczem; g³odne dzisiaj ju¿ teraz pytaj±co zagl±da³o mu w oczy zimnem nieub³aganem spojrzeniem.
A tu, przed nim!...
M³odzieniec zerwa³ siê z kanapki i przebieg³ pokój kilka razy. Nagle, wytrzymaæ snad&fraq14; ju¿ nie mog±c, pochwyci³ w dr¿±ce rêce le¿±cy portfel i rozpi±³ ruchem gwa³townym po kolei wszystkie jego kieszonki...
I oto z jednego przedzia³u natychmiast z przyciszonym brzêkiem posypa³y siê na wyszarza³± serwetê stolika rulony z³ota, b³yszcz±ce, nowe - zamigota³y w niepewnem ¶wietle lampy i u³o¿y³y siê cicho... W ¶lad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypad³y pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunê³y siê do po³owy wielkie kwadraty piêæsetrublówek!...
Wiêc nie by³o to urojeniem, marzeniem, mrzonk±!.. Rzeczywi¶cie zatem drzema³ tu pieni±dz w swym majestacie!..
M³ody cz³owiek odskoczy³ od sto³u i wpatrzy³ siê w nagromadzon± kupê grosza.
Na twarz jego wyst±pi³ wyraz chciwo¶ci i oszpeci³ j±, oczy g³êbokie, du¿e, przybra³y po³ysk koci i wpi³y siê uporczywie w banknoty i z³oto.
Po chwili zbli¿y³ siê ponownie do stolika. Lubie¿nym ruchem swej delikatnej rêki przesun±³ po nagromadzonych pieni±dzach, a po ciele jego równocze¶nie przelecia³ dreszcz.
Jak w³osy piêknej kobiety, jak cia³o jej zmys³owe, aksamitne, pie¶ci³y go banknoty... Zanurzy³ rêkê g³êbiej i dotkn±³ siê z³ota.
Z cichym brzêkiem rozsypa³o siê ono w strumyk b³yszcz±cy, a nim do g³êbi ponownie wstrz±sn±³ dreszcz.
Nigdy w ¿yciu swem nie mia³ tyle pieniêdzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwraca³a siê od niego, szczê¶cie dotychczas ucieka³o odeñ równie¿, jak od zapowietrzonego, pieni±dz za¶, drwi±co unosz±c siê w niedostêpnych dlañ wy¿ynach, niepochwytny, szyderczy - stroni³ od niego stale.
M³odzieniec przesuwa³ wci±¿ machinalnie rêk± po storublówkach. Przed oczyma miga³y mu wizerunki, podpisy na banknotach, z³ote imperya³y zimnym dotykiem g³aska³y jego d³oñ...
Wyrwawszy rêkê wreszcie z pieszczotliwego u¶cisku z³ota, mê¿czyzna pochwyci³ nagle pliki storublówek i liczyæ pocz±³.
Dr¿±ce rêce jego bra³y i porzuca³y co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony d&fraq14;wiêk monety zagra³y w ciszy izdebki, zdziwi³y te biedne ¶ciany, tak zdawna odwyk³e od brzêku pieniêdzy, wyganiaj±c, zdawa³o siê, biedê, przykuc³± gdzie¶ w k±cie, z legowiska swego. I widmo jej w ³achmanach zniknê³o przestraszone, wygnane szmerem poddanych Z³otego Cielca - umknê³o, szukaj±c gdzie indziej schronienia.
A m³ody cz³owiek wci±¿ liczy³... Teraz d³oñ jego dotyka³a zwitka piêæsetrublówek. By³o ich dwadzie¶cia.
Ciemny rumieniec powoli wystêpowa³ na ¶niad± twarz m³odzieñca, oczy za¶ jego pali³y siê bezustannie chciwo¶ci niezdrowym blaskiem.
W papierach i z³ocie, z pewn±, drobn± tylko ró¿nic±, by³o wszystkiego dwadzie¶cia siedem tysiêcy.
M³odzieniec odst±pi³ od sto³u i wolno z rozmys³em pocz±³ przechadzaæ siê po izdebce.
- Dwadzie¶cia i siedem tysiêcy!.. Dwadzie¶cia i siedem...
Powtarzaj±c siê bezustanku, w g³owie jego hucza³a i wraca³a my¶l jedna, a dziesi±tki innych ginê³y, topi³y siê tylko w niej, jak w chaosie, zanika³y - milk³y...
On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzêtów woko³o, nie posiada³ nic na ¶wiecie, on - za jednym zamachem móg³ staæ siê oto w³a¶cicielem owych, rozsypanych przed nim pieniêdzy?..
M³odzieniec zadr¿a³.
- A moralno¶æ? a etyka? To w³asno¶æ nie twoja, to zguba czyja¶ tylko, ty powiniene¶ pieni±dz ten zwróciæ, zwróciæ, zwróciæ!.. jak rój owadów nagle zabrzmia³y w uszach mê¿czyzny jakie¶ szepty i g³osy.
- Oddaæ? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwi³ rozs±dek zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalaz³e¶ - to twoje! A zreszt±, gdyby to samo, co ty, znalaz³ by³ kto inny, czy my¶lisz, ¿e post±pi³by on inaczej?
- Odda³by, odda³ na pewno, bo chcia³by pozostaæ uczciwym!.. - silny g³os prawo¶ci rozleg³ siê ¶mia³o w duszy mê¿czyzny.
Wstrz±sn±³ siê m³ody mieszkaniec facyatki i przetar³ rêk± czo³o, po chwili za¶ zmêczony usiad³ na jednym z koszlawych fotelików i, podpar³szy g³owê d³oni±, zaduma³ siê g³êboko.
A rozum drwi³ dalej bezlito¶nie, zjadliwie, s±cz±c siê kroplami ironii:
- Nie s³uchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szepta³. - Uczciwo¶æ - frazesa!.. Któ¿ naprawdê uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj siê tylko i wpatrz uwa¿nie w ludzi, walcz±cych o byt obok ciebie. Czyñ wreszcie, jak chcesz... odtr±æ ³askawy u¶miech fortuny!..
Los, odbieraj±c mo¿e naumy¶lnie drugiemu, co mia³ zanadto w swym trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyæ ciebie, nie chcesz-li?
- Ha, to b±d&fraq14; sobie zatem wspania³omy¶lnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z g³odu, b±d&fraq14; g³upim!.. Ale pamiêtaj, ¿e gorzkiemi ³zami ¿a³owaæ kiedy¶ bêdziesz chwili swojego sza³u - pamiêtaj, ¿e¶ biednym!
Za¶mia³ siê jeszcze rozum szyderczo i umilk³, mê¿czyzna za¶, zadumany, pochyli³ siê na krze¶le, jakby przygnieciony do ziemi, opar³szy przytem ³okcie na kolanach, ukry³ twarz w d³onie.
Tak, niestety, by³ on biednym!..
Straciwszy matkê lat temu parê, uczy³ siê nastêpnie za granic±: w Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykszta³cenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydowa³ siê rok temu w³a¶nie powróciæ do miasta, gdzie ujrza³ by³ ¶wiat³o dzienne, by zbli¿yæ siê do dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nie¿yj±cego ju¿ ojca.
W m³odzieñczej wyobra&fraq14;ni studenta roi³a siê nawet podówczas nadzieja ¶mia³a ow³adniêcia sercem starego bogacza, aby po najd³u¿szem ¿yciu zapisa³ mu mienie.
Tembardziej zatem ¶pieszy³ siê z swoim wyjazdem, lecz przyby³ za pó&fraq14;no niestety; stryja swego ju¿ nie zasta³.
£o¿±cy tylko z obowi±zku na studya bratanka, a nie przywi±zany doñ zgo³a innym, serdeczniejszym wêz³em, parê tygodni temu w³a¶nie starzec przeniós³ siê by³ do wieczno¶ci, zapisawszy ca³y maj±tek na dobroczynne cele.
Nie zastawszy wiêc w mie¶cie nikogo na razie, kto by go zna³ lub pamiêta³, odwa¿nie z bied± wzi±³ siê on wówczas za bary.
Przepisywa³ referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawa³ lekcye, czyni³, co tylko móg³ i zdobywa³ miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj niego¶cinnym stole...
0 ch³odzie i g³odzie mija³y mu w ten sposób dnie ca³e, gorycz jednak do ¿ycia, w walce o byt ci±g³ej, nie rozgaszcza³a siê w duszy jego, nie maj±cego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gor±czce zarobku analizowaæ ciemnych stron swego ¿ywota. Miesiêcy parê temu dopiero si³a okoliczno¶ci i ludzi, o których ocieraæ siê pocz±³, ¿al wyklu³ mu siê w duszy do ¶wiata, s±cz±c z niej niezadowolenie i gorycz.
Traf ¶lepy zrz±dzi³ pewnego dnia, i¿ spotka³ rówie¶nika swego z lat dawnych.
Przy wspomnieniu tem ostatniem, m³ody mieszkaniec poddasza zmarszczy³ brwi i zamy¶li³ siê jeszcze g³êbiej, ni¿ przedtem.
Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dzi¶ bywalec stolicznych salonów, ch³opiec zamo¿ny, zbli¿y³ siê do niego pierwszy wówczas. By³o to podczas karnawa³u, w zimie, w jednej z kawiarñ, bardziej uczêszczanych w mie¶cie.
Po d³u¿szej gawêdzie i rozpamiêtywaniu m³odzieñczych lat ubieg³ych, Edumund R-ski rzek³ mu wtedy:
- Wiesz co, mój drogi? Dobrze siê nazywasz, ³adne masz maniery, które pozosta³y ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowa³bym ci co¶... tylko nie obra&fraq14; siê na mnie przypadkiem... Gdyby ciê tak ubraæ elegancko, bardzo dobry i okaza³y by³by z ciebie tancerz... He, có¿ ty na to? Proszony w³a¶nie jestem o m³odzie¿ do pañstwa W. na bal, pojutrze, chod&fraq14; ze mn±... Siedzisz i marnujesz siê gdzie¶ w k±cie, qui lo sa, przystojnym jeste¶, a nu¿ podobasz siê komu?.. Ja ci pomogê i u³atwiê wszystko...
Od s³owa do s³owa, da³ siê namówiæ wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna po¿yczkê, wyekwipowa³ siê i poszed³ na bal z nim razem.
Edmund R. przeprowadzi³ rzecz ca³± bardzo zrêcznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie omieszka³ przypomnieæ wszystkim z osobna o stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a tak¿e o rodzicach, ongi, przed laty, zamo¿nych i wp³ywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i mi³ego tancerza zapraszaæ poczêto chêtnie, tembardziej, i¿ powszechnie wiedziano o przyja&fraq14;ni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.
M³ody mieszkaniec skromnego poddasza poruszy³ siê niespokojnie na krze¶le i spojrza³ przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia w³asne.
Wówczas to, po owym pierwszym balu, przest±pi³ on zaczarowany dlañ dot±d próg salonów i zapamiêtale bawiæ siê pocz±³. &hibar;ycie, które prowadzi³, upaja³o go. Niepomny jutra - szala³.
Trwa³o to tygodni parê, i nagle skoñczy³o siê wszystko... Edmund R-ski, wezwany telegraficznie do umieraj±cej siostry za granicê, wyjecha³, pieni±dze wyczerpa³y siê równocze¶nie, a zaniedbana czasowo jego w³asna zarobkowa praca wysunê³a mu siê z r±k; kto¶ inny, tak¿e potrzebuj±cy biedak, zast±pi³ go.
W okienko facyatki karnawa³owicza zajrza³ g³ód; po wizytach i balach pozosta³ w pamiêci jego tylko chaos ogólny - wra¿enie chwil rozkosznie jakby prze¶nionych, i jedno wspomnienie trwa³e.
Oczy m³odego mê¿czyzny zadumane, w tej chwili b³yszcz±ce i jakby tkliwe, skierowa³y siê w róg izdebki, gdzie w pó³¶wietle lampy majaczy³a fotografia.
Naby³ j± u fotografa i niemal codziennie stroi³ w kwiaty; przedstawia³a za¶ ona eleganck± pannê z towarzystwa, córkê ukraiñskiego magnata, b³yszcz±c± ubieg³ego karnawa³u w salonach piêkno¶ci±, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a któr± pokocha³ uczuciem mi³o¶ci pierwszej - prawdziwej.
Dla niej rzuci³ siê w wir czczych zabaw bez ¶rodków po temu, bez pamiêci...
Odepchniêtemu tward± rêk± biedy od rydwanu bawi±cego siê ¶wiata - przes³oniêtego w pamiêci jego gaz± u³udn±, mieni±cego siê setkami odcieni i blasków - pozosta³y tylko wspomnienia drêcz±ce, rozkoszne, kilkunastu rozmów, tañców, u¶cisków d³oni, spojrzeñ... i - nabyta za pieni±dz w³asny fotografia piêknej dziewczyny.
Mydlana bañka z³udna - marzenie!..
Siedz±cy wci±¿ w zamy¶leniu przed stolikiem m³odzieniec g³owê pochyli³ i ponownie ukry³ j± w d³onie. Niby na jawie, przed oczyma ¿ywo stan±³ mu bal ostatni... W jarz±cej siê ¶wiate³ powodzi, w¶ród ko³ysz±cych siê w takt melodyjnego walca par, sunêli oni wówczas po szklistej posadzce salonów...
Ona mia³a spuszczon± g³ówkê cudn± i opiera³a siê z wdziêkiem na jego ramieniu, on za¶, tul±c nieznacznie tancerkê sw± do piersi, po¿era³ wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyjê kszta³tn±, a d³ug± i giêtka, jak kwiat, o ³odydze wysokiej.
Od czasu do czasu piêkna panna wznosi³a na niego swoje g³êbokie, mieni±ce siê &fraq14;renice, i spojrzenia ich spotyka³y siê na chwilê...
Potem ¶liczne dziewczê przykrywa³o znów oczy d³ugiemi rzêsami; on rzuca³ s³ówko, przyciska³ machinalnie kibiæ jej do siebie, czekaj±c ponownie niemej &fraq14;renic rozmowy. Nagle uciszy³o siê w balowej sali...
To muzyka usta³a by³a, a oni walcowali jeszcze, ci±gle przytuleni do siebie - zro¶li skrytem jakby pragnieniem.
Pó&fraq14;niej odprowadzi³ znu¿on± sw± tancerkê, a ona leciuteñko, dziêkczynnie paluszkami drobnemi ¶cisnê³a jego d³oñ...
M³odzieniec zerwa³ siê z krzes³a, potr±ci³ je gwa³townie, i du¿ymi krokami zacz±³ przebiegaæ szybko swój pokoik. Jednocze¶nie z wyrazem mi³o¶ci bezgranicznej spojrzenie jego pobieg³o do komódki ma³ej, gdzie sta³a fotografia z ró¿±.
Z kryszta³owego kielicha delikatnie wychyla³ siê kwiat purpurowy, dotykaj±c warg prawie dziewczyny. Usteczka jej ma³e u¶miecha³y siê rozkosznie, poca³unku zda siê spragnione...
M³ody cz³owiek pozostawa³ chwilê w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez siê k±cika izdebki, a¿ wreszcie powoli wzrok swój przeniós³ w stronê stolika, gdzie le¿a³y cicho banknoty i z³oto.
Wyraz marzenia, ekstazy b³yskawicznie znik³ z jego oblicza - przypomnia³ sobie chwilê obecn±.
Zwolna do stolika zbli¿aæ siê pocz±³; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieni±dzach, jednocze¶nie my¶la³:
- Niemi tylko mo¿e zdobyæ bym móg³ swe marzenie, one pozwol± mi i u³atwi± zbli¿enie do ukochanej! A potem...
I mimo woli znowu spojrza³ m³odzieniec w róg pokoiku.
Oczy dziewczyny kusz±ce patrzy³y zalotnie, pali³y go, obiecywaæ siê zdawa³y rozkoszy u³udê, mi³o¶æ - szczê¶cie!.. Rumieniec obla³ twarz mê¿czyzny.
- Ach, mieæ j±, posiadaæ, i ¿yæ jej ¿yciem, zlaæ siê z ni± istnieniem i dusz±!.. - zawirowa³a mu w g³owie my¶l uporczywa.
- Przecie¿ to córka magnata; ksi±¿êta, hrabiowie ubiegaj± siê o ni±, czem¿e ty jeste¶ dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - uspakaja³a mózg, nerwy wzburzone, trze&fraq14;wa, zimna logika. - Chyba, ¿e pieniêdzy tych oto posi±dziesz wiele... wiele...
- Z ma³ych strumieni tworz± siê rzeki; we&fraq14; to, a mo¿e ci wiêcej przybêdzie!.. - szepn±³ rozum podstêpnie.
M³ody mieszkaniec facyatki schwyci³ siê nagle za g³owê.
Bo¿e, Bo¿e! - wyszepta³ - có¿ jednak uczyni³o ze mnie to, tak krótkie zetkniêcie siê z ¶wiatem zbytku, to zbratanie siê, otarcie z lud&fraq14;mi szychu i z³ota! Jak¿e innym by³em dawniej! Jak¿e - lepszym!..
Mê¿czyzna smutnie zwiesi³ g³owê.
Teraz, przyjrzawszy siê niedawno ludziom bogatym, ich trybowi ¿ycia, czu³ w sobie, poza uczuciem mi³o¶ci, dziesi±tki zwi±zanych z niem pragnieñ. Z³oto, ten bo¿ek dumny i wspania³y, przed którym korzy³y siê miliony, ol¶niewa³ go, mami³... Przedsmak za¶ mo¿liwych w dalekiej przysz³o¶ci bogactw, u¿ycia, a kto wie, mo¿e znaczenia i wp³ywów, wespó³ z osi±gniêciem najprzód ukochanej kobiety, za pomoc± tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbiera³ mu równowagê duchow±, miesza³ my¶li.
Porwa³ siê znowu z miejsca i po pokoju biegaæ pocz±³, niebawem jednak rzuci³ siê na krzes³o, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy siê w fotografie ukochanej.
Od czasu do czasu odrywa³ wzrok od drogich rysów kobiety i przenosi³ go z wolna na stos banknotów i z³ota. Pó&fraq14;niej spojrzenie jego, wewnêtrznej pracy my¶li jakby pos³uszne, wraca³o powtórnie do lubego wizerunku.
Przy samych wargach dziewczyny dr¿a³ kwiat purpurowy obecnie - dziewczê i ró¿a ca³owa³y siê teraz lubie¿nie...
A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasaæ poczê³a stopniowo, niepewnem, migoc±cem ¶wiat³em k³óc±c siê jakby z r±bkiem radosnego s³oñca, poprzez rolety zagl±daj±cego co chwila do wnêtrza facyaty.
I pó³cienie jakie¶, tajemnicze, mgliste wsunê³y siê równocze¶nie na poddasze - zaludni³y cicho puste, zakurzone k±ty jego...
Siedz±cy m³ody cz³owiek zrywa siê nagle z krzes³a swego.
Bo oto niespodzianie dwoiæ mu siê w oczach zaczyna...
Rozsypane na stole z³oto zalewa izdebkê ca³±, a z komódki starej zstêpowaæ zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postaæ... Dotykaj±c stopkami drobnemi z³ota, idzie ku niemu ona, z zalotnym u¶miechem, piêkna niewinna - chyli siê rozkosznie w jego ramiona!..
Mê¿czyzna ku zjawisku temu wyci±ga instynktownie rêce, na wpó³ przytomnie naprzód pochyla...
Lecz oto nagle czar pryska...
Wype³niaj±ca wnêtrze izdebki z³ocista przestrzeñ znika, zjawisko eteryczne za¶ zaczyna oddalaæ siê coraz bardziej, unosi w górê, niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak w±¿ ognisty, wije siê struga b³yszcz±ca ¶cie¿ka, dotyka stóp jego - pomostem z³ota ³±cz±c go w ten sposób z uchodz±cym cieniem ubóstwianej przezeñ kobiety.
Wreszcie znika wszystko.
M³ody mê¿czyzna przeciera d³oni± czo³o, rozgl±da siê...
Niema nikogo!
Có¿ to wiêc by³o?
Hallucynacya zapewne naprê¿onych nerwów i rozigranej wyobra&fraq14;ni, rzucaj±ca mu na ekran pó³cieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ci±gle w duszy dziewczêcia! Wp³yw to rozprzê¿onych wra¿eñ i my¶li, skutkiem wysi³ku, szumi±cego jak potok, nawa³em zw±tpieñ i pytañ mózgu. Zapewne...
I m³odzieniec powtórnie przeciera d³oni± zmêczone czo³o, a jednocze¶nie ¿a³uje jakby, ¿e widzenie ju¿ pierzch³o. Przed oczyma stoi mu ci±gle, jak ¿ywy, obraz jej, ukochanej - ch³onie w siebie jej postaæ wdziêczn±, ca³uje my¶l± oczy jej i usta.
W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo ju¿ który, wzrok jego dotyka banknotów i z³ota, a w duszy bunt mu siê zrywa.
- Jak to?.. On mia³by odtr±ciæ od siebie ten grosz, i w ten sposób straciæ, na zawsze mo¿e, ¶rodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. Zniszczyæ bezpowrotnie pomost z³ocisty, ³±cz±cy go z ni± jakby w widzeniu proroczem?
Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bêdzie...
Pieni±dz ten potroi, maj±tek zrobi, fortunê - z³otem prze³amie, zwalczy przeszkody wszelkie.
- Zrobiæ maj±tek, czy¿ to tak ³atwo? - na dnie duszy gdzie¶ zatajone zw±tpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudziæ pragn±c przedwczesn± rado¶æ.
Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mê¿czyzny.
- Tak, zaiste, prawda, to nie tak ³atwo. Lecz z potêg± pieniêdzy w d³oni tak, czy te¿ inaczej, do wszystkiego zawsze doj¶æ ³acniej w ¿yciu; - klucz z³oty otwiera wszystkie bramy!..
I ostateczna, prze³omowa walka odbywaæ siê w tej chwili zdaje w duszy mê¿czyzny. Na wysokiem czole naprê¿aj± mu siê ¿y³y, oczy ciemniej±, a twarz bledsz± siê staje... Z nêc±c± pokus± zaw³adniêcia cudzem mieniem, po raz ostatni staj± do boju wpojone w m³odocianych latach jeszcze zasady.
Powrotn± fal± z daleka cicho p³yn± i p³yn± coraz potê¿niejsze, bli¿sze i zalewaj± stopniowo umys³ m³odzieñca. Szemrz± coraz dono¶niej, silniej...
A z przyp³ywem ich jednocze¶nie miêkn±æ poczyna co¶ w duchu m³odego mê¿czyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja siê stopniowo. Co my¶li, z rysów twarzy odgadn±æ jeszcze trudno, domy¶leæ siê jednak mo¿na, ¿e poryw jaki¶, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywaæ go - w swoje posiadanie bierze.
Po chwili machinalnie ujmuje on w rêce porzucony na stoliku obok pieniêdzy pugilares i milcz±c, zgarniaæ poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.
Przy czynno¶ci za¶ tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamy¶lony m³odzieniec odwraca niebawem w d³oni trzymany portfel, a równocze¶nie spojrzenie jego pada na co¶, czego nie zauwa¿y³ dot±d wcale.
W rogu pugilaresu, u góry, maleñka, dziewiêciopa³kowa rzuca mu siê w oczy korona hrabiowska; wdziêcznie granacikami oprawionemi w z³oto mieni siê ona, szyderczo zda siê patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchaj± nagle z rysów mê¿czyzny, i rzuca siê w ty³ gwa³townie.
¬renice jego, zmatowane dotychczas cichem zamy¶leniem, z³owrogim teraz b³yszcz± ogniem, a jednocze¶nie w duszy nastêpuje momentalnie przewrót nag³y.
Znowu poczyna biegaæ po pokoju wzd³u¿ i wszerz...
I jak kêpa drzew gdzie¶ w polu samotna, co ugina siê pod gwa³townym naporem wichru ku ziemi, zwyciê¿ona, pokorna - tak duch m³odzieñca, miotany ponownie burz± my¶li, ko³ysaæ i gi±æ siê poczyna.
Gdy ujrza³ on bowiem emblement ludzi utytu³owanych, ¿ywo stanê³y mu przed oczyma salony, których miesiêcy temu parê by³ go¶ciem i sylwetki hrabiczów, krêc±cych siê ko³o jego ukochanej.
Widzi ich jak na d³oni, wszystkich, niby na jawie!..
Widzi dumnego ojca piêknej dziewczyny, zazwyczaj traktuj±cego go z góry - dla nich, potomków staro¿ytnych rodów, chocia¿ czêstokroæ biednych - pe³nym uprzejmo¶ci wyrafinowanej i uni¿onej niemal grzeczno¶ci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obra¿anym przez tych¿e arystokratów, lecz tak zrêcznie, ¿e na pozór nieraz nie mo¿na zda siê by³o winiæ ich, czynili to bowiem oni, z t± subtelno¶ci±, oraz jubilerskiem jakby wykoñczeniem, jak dotkn±æ potrafi± tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."
I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec ma³ej izdebki, wzdryga siê i wyrzuca szeptem:
- Jak to? te dwadzie¶cia parê tysiêcy nale¿y do jakiego¶ hrabiego? Zatem los ¶lepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rêce czê¶æ mienia jednego z tych w³a¶nie, którym tak czêsto zazdro¶ci³em bogactwa, znaczenia i tytu³ów!..
I ja, wobec jednostki takiej, mia³bym graæ rolê szlachetnego, zwracaæ mu to, co dlañ mo¿e kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawê?
- Ha-ha-ha!.. - rozlega siê po pokoiku szyderczy, szatañski prawie ¶miech mê¿czyzny, i odbija od ¶cian niemi³em dla ucha brzmieniem.
- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej pó³g³osem, a krew w ¿y³ach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.
I z duszy jego jednocze¶nie pierzchaj± bezpowrotnie, zda siê, nikn±, jak u³uda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania pomiêdzy prawami uczciwo¶ci i ich pogwa³ceniem.
Zwyciêzka, jedyna, jedna rozgaszcza siê tam nienawi¶æ tylko do kasty uprzywilejowanej i wyró¿nianej w spo³eczeñstwie. Wypielêgnowana cierpieniem i bied±, wysubtelniona wykszta³ceniem, a szczególniej przestawaniem jeszcze za granic± w ko³ach ró¿nych zapalonych g³ów, o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie nadczu³o¶ci± nerwow± w zbli¿eniu siê i czasowem powierzchownem z¿yciu z przedstawicielami tej sfery - bucha³a obecnie gor±cym p³omieniem, wszystko sob± przewy¿szaj±c i t³umi±c.
- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszepta³y znów cicho usta mê¿czyzny - za moje cierpienia i biedê - za to, ¿e ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i z³ota - mam ¿ycie ca³e w nêdzy cierpieæ, i to, gdy los sprawiedliwie bez w±tpienia, odbiera ci cz±stkê mienia, przypadkiem, i mnie ni± w zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. &hibar;ydowi, cyganowi, wrogowi - ka¿demu bym zwróci³ mo¿e, lecz tobie - nigdy!..
Ostatnie s³owa mieszkaniec poddasza wymówi³ w zapamiêtaniu g³o¶no ca³kiem i z moc± jak±¶ dziwn±. Twarz za¶ jego dziko po prostu wygl±da³a w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnêtrznego ognia, demonicznie piêkna i straszn± zarazem by³a ona, a zajad³y p³omieñ szczerej nienawi¶ci do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zaja¶nia³ na niej pe³nym blaskiem.
Odruchem nag³ym zbli¿y³ siê do sto³u i obie d³onie po³o¿y³ na plikach banknotów i z³ocie. Czego nie zdo³a³y stanowczo uczyniæ okoliczno¶ci inne, sprawi³a chêæ dokuczenia w czemkolwiek wy¿ej postawionej spo³ecznej jednostce, jedna chwilka nienawi¶ci i sza³u.
- Moje, moje!.. - wyszepta³y usta mê¿czyzny zwyciêzko, jakby z mimowoln±, ukryt± w sobie rado¶ci nut±, a echo s³ów tych, urywanych, cichych, dziwn± moc± rozbrzmia³o w martwem milczeniu facyatki.
Cisza nasta³a znowu.
Tylko w piersiach mieszkañca poddasza przelêknione jakby swym czynem serce poczê³o biæ przyciszonym têtnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahad³o, mierzyæ siê zdawa³o te chwile prze³omow± w duszy cz³owieka, depcz±cego uczciwo¶æ praw± dla mi³o¶ci, nienawi¶ci i z³ota!..
Nagle martwotê pokoju przerwa³o co¶ gwa³townie. By³y to czyje¶ kroki silne, przy¶pieszone, id±ce po schodach, a coraz wyra&fraq14;niejsze, bli¿sze... Niebawem rozleg³y siê tu¿ za drzwiami, ucich³y, i jaka¶ rêka wstrz±snê³a lekko klamk±, w ¶lad zatem za¶ rozleg³o siê trzykrotne pukanie.
Gdyby w kataklizmie niespodzianym runê³a ziemia, zapadaj±c siê gdzie w niezmierzone g³êbie wszech¶wiata - mniejsze to chyba uczyni³oby wra¿enie na stoj±cym przed sto³em mê¿czy&fraq14;nie, ni¿ chwila obecna...
Nogi zadr¿a³y mu, a boja&fraq14;liwa trwoga ¶ciê³a krew w ¿y³ach, co¶ za¶, niby gad ob¶liz³y, przemknê³o po krzy¿ach i za kark chwyci³o despotycznie, zapar³szy dech w piersiach.
W pó³¶wiat³ach dogorywaj±cego w³a¶nie p³omyka lampy twarz pochylonego nad pieniêdzmi m³odzieñca nabra³a strasznego, a zarazem dojmuj±co trupio-bladego wyrazu, rêce za¶, jak kleszcze, wpi³y siê w le¿±ce pod niemi banknoty.
- Nie oddam was, nie zwrócê za nic w ¶wiecie! - mówiæ siê zdawa³y wyra&fraq14;nie kurczowo zaci¶niête palce, dr¿±ce w zwojach papierów i z³ocie.
Z ekranu izdebki, majacz±cego coraz bledszymi cieniami, ¶wiat³o w tej samej chwili znik³o; zapanowa³a tu szarawa ciemno¶æ, a w ¶lad zatem rozleg³o siê powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami za¶ jednocze¶nie da³y siê s³yszeæ s³owa, wyrzeczone g³osem mêskim, d&fraq14;wiêcznym i m³odym.
- Widaæ, ¿e ¶pi, lub go nie ma...
- Ale to oryginalne - zauwa¿y³ kto¶ drugi, ciszej nieco. - Zarêczam ci, i¿ przed chwil± pali³a siê wewn±trz pokoju lampa, przez szpary u drzwi ¶lizga³o siê ¶wiat³o! - s³owo!
- Ha, je¶li tak, to mo¿e Romanek ma u siebie jak±¶ dyskretn±, a weso³± wizytkê - snaæ z rozmys³em dono¶nie rozleg³ siê g³os pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chod&fraq14;, Hermanie!..
- Weso³ej zabawy! - krzykn±³ ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy siê do drzwi, zapewne blizko, bo echo g³osu jego wstrz±snê³o ¶cianami poddasza, poczem kroki przyby³ych oddalaæ siê zaczê³y.
Westchnienie ulgi podnios³o pier¶ mê¿czyzny.
Kilka kropel zimnego potu upad³o mu na rozpostarte d³onie; zbudzony tem jakby, odst±pi³ od sto³u i rzuci³ siê w wycieñczeniu na kanapkê.
Pozna³ po g³osie tych dwóch, dobijaj±cych siê doñ przed chwil±, poczciwych studentów uniwersytetu - widzia³ w wyobra&fraq14;ni swej teraz niemal obok siebie wyra&fraq14;ne postacie ich, w wytartych mundurach i sp³owia³ych od s³ót i s³oñca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni ch³opcy!
Przypadkowo zaprzyja&fraq14;ni³ siê z nimi, jak tylko przyby³ tu, do miasta - oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastrêczyli mu zarobkow± pracê...
Dawno ju¿ nie widzia³ ich. Ba, parê razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego ¶wiatowego sza³u, spotykaj±c ich na ulicy, a bêd±c w towarzystwie eleganckich karnawa³owiczów, mimo woli powstydzi³ siê ich i uda³, ¿e nie dostrzega. Nie pamiêtali mu tego - przyszli.
Mieszkaniec poddasza w zamy¶leniu przesun±³ d³oni± po jedwabistych swych w³osach.
- Gdyby¿ oni wiedzieli i czytaæ mogli w duszy jego?
Rumieniec pal±cego wstydu i upokorzenia zakwit³ na twarzy m³odzieñca, a wyraz cierpienia i wewnêtrznego bólu rylcem swym ¿³obiæ mu pocz±³ rysy wyrazistego oblicza.
D³ugo jeszcze przesiedzia³ tak w zadumie...
A gdy po niejakim czasie s³oñce zajrza³o znów do poddasza, nie by³o ju¿ z³ota na stole; schowane - znik³o, m³ody za¶ cz³owiek, ¶miertelnie znu¿ony moraln± walk±, na wpó³ ubrany, cicho zdawa³ siê drzemaæ na ³ó¿ku.
Niebawem zasn±³.....
I sen oto, przed wewnêtrznym wzrokiem duszy m³odzieñca, w tem tajemniczem jej ¿yciu marzeñ i rojeñ, snuæ mu zacz±³ przedziwne obrazy...
A wiêc najprzód zda³o siê ¶pi±cemu, i¿ leci on w przestrzeñ bez koñca, ciemn± i mroczn±, unoszony niewidzialn± jak±¶ si³±...
Tuli w objêciach swych przytem jak±¶ powiewn± kobiec± postaæ... Podobn±, choæ nie identycznie i ca³kiem, jest ona do ukochanej przezeñ dziewczyny, a obj±wszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak zawis³a, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on za¶, jak z kielicha pieni±ce siê, musuj±ce wino, pije nektar warg tych wilgotnych, ton±c w poca³unku ci±g³ym, nieustannym, zda siê - wiecznym.
Upajaj±cy wreszcie jednak zawrót g³owy i os³abienie omdlewaj±ce jakie¶ i dziwne z wolna poczyna go ogarniaæ.
Za wiele, zanadto upajaj±cej, osza³amiaj±cej s³odyczy daj± mu ju¿ te kobiece usta, jak pieczêæ do warg jego bez koñca przylgniête.
Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko doko³a i si³ swoich nie czuje ju¿ prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w przestrzeñ, niczego niepomny i nic zgo³a w okr±g siebie nie widz±c.
Trwa tak do¶æ d³ugo...
Wreszcie, wypocz±wszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czuj±c ju¿ ani ciê¿aru zwis³ej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia... otwiera oczy...
Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzch³y; obecnie znajduje siê zupe³nie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykaj± jakiej¶ kamienistej p³aszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodz±cego s³oñca z³oc± j± i krwawi± swym dogasaj±cym, zamieraj±cym blaskiem...
On za¶ nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
Nagle promienie gasn±... Mrok szary pokrywa p³aszczem swym wszystko doko³a, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptaæ i ruszaæ siê co¶ poczyna.
Z rumowisk i kamienistych szczelin podstêpnie wype³z³y oto jakie¶ postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchaj± siê po równinie, z przyt³umionym szelestem. Nad g³owami ich lec± wielkie czarne z³owró¿bne ptaki, szumem swych skrzyde³ m±c±c martwotê rozlanej woko³o pustki i ciszy.
On, nic zgo³a nie pojmuj±c, spogl±da wci±¿, przelêk³y, zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje siê rozumieæ...
To - pos³uszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lec± tak zapewne ¿erowaæ na padó³ ziemski - wyrzuty sumienia!...
Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch poch³ania ich postacie - nikn±.
On z ulg± oddycha i instynktownie postêpuje parê kroków naprzód.
Nagle wyrywa mu siê z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego g³ow± wisz±c, chwieje siê ptak czarnopióry, a zni¿ywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach, niemi³osiernie wpiwszy w nie swe szpony, równocze¶nie za¶ w g³owie uczuwa uderzenia miarowe.
To ptak ów straszny i wielki, niby dziêcio³ w pieñ drzewa, stuka jemu tak w czaszkê jednostajnie...
W ¶lad za tem jedna z pierzchaj±cych woko³o postaci zjawia siê przed nim blizko. Ubrana w ³achmany, czarna i brudna, przyskakuje doñ obcesowo, drapie¿na, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej pal±ce ¿arem, p³omienne, dzikie &fraq14;renice, nachyla siê bardziej jeszcze i plwaæ mu w sam± twarz poczyna.
Z ust jej, wykrzywionych, wstrêtnych, lej± siê strumienie lawy z³otej i pal±, bol±...
A jednocze¶nie tañcz± oto w kr±g, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwoj±c siê, troj±c w oczach, przybieraj± one fantastyczne kszta³ty, a niektóre, przedzierzgniête jakby w jakie¶ kar³y z³owrogie, szponami drobnemi rw± mu cia³o bez lito¶ci. Inne znowu, z g³owami wê¿ów obrzydliwych, sycz±c, k±saj± go zewsz±d.
Napastowany, nieprzytomny, opêdzaj±c siê rozpaczliwie, rêkami, nogami - ci±gle, tarzaj±c siê nawet od jakiego¶ czasu po kamienistych zrêbach - uciekaæ w koñcu zaczyna równin±, jak szalony. Potyka siê co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czered± kar³ów i olbrzymików, o g³owach, szyjach gadów, z b³yszcz±cemi ¿±d³ami ze z³ota.
Nad g³ow±, z ramion przemoc± spêdzony, wisi wci±¿ ptak olbrzymi, a postaæ g³ówna, mglista, leci z nim wespó³ w mroczn± dal...
Nagle, niewiadomo jak, sk±d i kiedy zjawia siê znowu poprzednia kobieca postaæ.
¦pi±cy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewys³owion± rado¶æ; a ona, podawszy sw± r±czkê drobn±, z u¶miechem zalotnym na ¶licznie wykrojonych usteczkach, towarzyszyæ mu zaczyna.
Razem bezustannie biegn± teraz po kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mê¿czy&fraq14;nie, i nie widzi roju prze¶ladowców jego.
Dziewczê to, czy kobieta, ubrana ca³a w bieli, zasypana kwieciem ró¿ i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykaj±c siê zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad g³ówk± jej, jakby w przeciwieñstwie ptakiem czarnym, lec±cym obok - chwieje siê du¿y ptak bia³y...
Zjawisko ¶nie¿nego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w sw± towarzyszkê, zdaje siê nagle, ¿e pióra u skrzyde³ tych mlecznych z lekka szarzeæ poczynaj±, stopniowo ciemniejsz± przybieraj±c barwê...
Wytê¿a wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic woko³o, nawet prze¶laduj±cych go mar, rozpoznaæ nie jest w stanie.
Noc czarna, despotyczna, rozpinaæ w³a¶nie poczyna nad p³aszczyzna ponur± sw± oponê.
Naraz znika wszystko...
On równocze¶nie czuje, ¿e leci w przepa¶æ bez dna, tre¶ci, oraz w chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o co¶ ca³em cia³em.
Spogl±da...
Przed nim obecnie wznosi siê sfinks olbrzymi; o niego to w rozpêdzie uderzy³ siê przed chwila. W jasno¶ciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, u¶miechaj±c siê zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na tu³owiu - obliczu, wszêdzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, wij± siê, ruszaj± miryady drobnych lilipucich postaci.
Jedne z nich rodz± siê tu z u¶miechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanosz±; ci walcz±, depcz± po sobie, zabijaj± siê, wzajem w przepa¶cie spychaj± - tamci w ramionach drugich pij± mi³o¶ci rozkosze, a tam znów inni jeszcze g³odne twarze i rêce wynêdznia³e wyci±gaj± po datek, s±siaduj±c z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzaj± siê po uszy, lub grzêzn± cia³em w rozpu¶cie, jak w b³ocie.
A ¶rodkiem - rozbite na tysi±ce strumieni, na kropel miliony rozprys³e, p³ynie, faluje z³oto...
I przed promienistymi jego potoki, jak przed ¶wiêto¶ci± - korzy siê pokornie, s³u¿alczo, wszystko doko³a.
Czo³em lilipucie bij± przed nim miryady - to te¿ ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.
Lecz oto nagle olbrzymia g³owa sfinksa ujrza³a snaæ nowego przybysza.
Usta jego, wynios³e i dumne, rozchylaj± siê szerzej, i miast zwyk³ego u¶miechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrz±sa przestrzeniami ¶miech.
Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks ¶mieje siê - ¶mieje szatañsko i zwyciêzko jakby - wynio¶le - strasznie!...
............................................
G³uchy jêk wyrwa³ siê z piersi u¶pionego cz³owieka. Wstrz±sn±³ on murami pogr±¿onej w ciszy izdebki, kraj±c zali serce swem echem smutnem, cich³ i gas³, zamieraj±c powoli...
............................................
Obudzi³ siê ¶pi±cy.
Wylêk³ym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzy³ zaspany woko³o siebie bezprzytomnie i niebawem przymkn±³ na powrót ociê¿a³e powieki, obróciwszy siê równocze¶nie do ¶ciany.
W kilka za¶ minut pó&fraq14;niej, blada twarz mieszkañca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywa³a na poduszce, pogr±¿ona w twardem u¶pieniu. Dusza tym razem zdrzemnê³a siê w nim zapewne równie¿, oddech bowiem ¶pi±cego miarowy rozlega³ siê ju¿ swobodnie ca³kiem w samotnej, cichej izdebce.
CZÊ¦Æ PIERWSZA.
Zd±¿aj±c do poblizkiej Wenecyi, wpad³ poci±g kuryerski w morze, i hucz±c, lecia³, p³yn±³ niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej klasy by³o tylko dwoje ludzi. Kobieta m³oda, ubrana w strój lekki, dystyngowany, z szarego materya³u, drzema³a, czy spa³a, wci¶niêta w g³±b, z g³ówk± opart± o poduszkê boczn± - mê¿czyzna za¶, siedz±cy naprzeciw, trzyma³ delikatnie w d³oniach pozostawion± w u¶cisku jej r±czkê drobn±, i pochylony z lekka, patrzy³ z mi³o¶ci± w znu¿one rysy i blad± twarzyczkê kobiety.
Od czasu do czasu wzrok jego odrywa³ siê od oblicza towarzyszki, bieg³ poprzez otwarte okno, ¶cigaj±c, zda siê, pogr±¿one w ciemno¶ciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tu¿ poza mkn±cym poci±giem Adryatyku fale.
I wtedy, za ka¿dym razem przesuwa³a siê chmurka jakby po czole jego, osiada³ tam jaki¶ cieñ niepochwytny, a usta jednocze¶nie drga³y skrzywieniem goryczy, czy bólu pe³nem.
Gdy jednak wzrok zni¿a³ ponownie, to w zetkniêciu siê z obliczem m³odej kobiety, pogr±¿onem w cichem u¶pieniu - oczy smutkiem zamglone ³agodnia³y mu prawie natychmiast, a choæ pomimo woli i bezustannie my¶l rozpamiêtywaæ siê co¶ zdawa³a - z ust momentalnie znika³o zagiêcie cierpienia i powoli przeistacza³o siê w u¶miech, oraz zapatrzenie siê w ukochane rysy.
Siedz±cy tak w zamy¶leniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podró¿ny posiada³ cechy zewnêtrzne do¶æ interesuj±ce.
By³ to przede wszystkiem mê¿czyzna piêkny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej powierzchowno¶ci i uk³adzie, charakterystycznej owalnej g³owie i czole wypuk³em, upiêkszonem ³ukiem brwi czarnych, w±ziutkich i regularnych, mia³ on poci±g³±, ¶niad± twarz, okolon± ¶redniej wielko¶ci brod±. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyra&fraq14;nie zdradza³y przytem pochodzenie po³udniowe, zarówno jak i piêkne, du¿e oczy, patrz±ce na ¶wiat gor±co, z rozmarzeniem nieokre¶lonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.
Do drugiej ojczyzny swej poniek±d rzeczywi¶cie d±¿y³ tak lat trzydzie¶ci zaledwie maj±cy m³ody cz³owiek.
Nosz±cy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzier¿ymirski, by³ synem nie¿yj±cego ju¿, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich ko³ach w³asnego kraju, Oskara Dzier¿ymirskiego, oraz ¿ony jego, rodem W³oszki, a by³ej przed swoim ¶lubem ¶piewaczki.
Pochodzenia pono w±tpliwego bardzo, choæ niezwyk³ej urody i wdziêku, by³a ta matka Dzier¿ymirskiego Romana, bêd±ca, jak mówili jedni, dzieckiem mi³o¶ci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mêtów spo³ecznych dzisiejszej Romy, wychowanem i uposa¿onem przez tego¿ przemys³owca w³oskiego.
Po niej piêkno¶æ odziedziczy³ syn, po ojcu za¶ niew±tpliwie tê wytworno¶æ, która cechowa³a najmniejsze nawet poruszenie siedz±cego podró¿nika, i postawê jakby pañsk±, mimo woli nieco wynios³±.
Roman Dzier¿ymirski jecha³ w³a¶nie z ma³¿onk± sw± w podró¿ po¶lubn±, a raczej z kraju ucieka³, ojciec bowiem ¶pi±cej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ¶licznych rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówi³ by³ jemu jej rêki...
Lecz mi³o¶æ namiêtna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!
Roman zdoby³ sw± ¿onê dzisiejsz±, porwawszy j± za jej zgod±. ¦lub ich tajemny, w ma³ej wioseczce, w zaciszu Karpat - odby³ siê w³a¶nie dwa dni temu...
Przysz³o mu to wszystko z ³atwo¶ci±. Ola kocha³a go, ubóstwia³a, nic zgo³a nie widz±c poza nim, na stronê materyalna za¶ i koszta, wynik³e z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracaæ on uwagi nie mia³ potrzeby.
W rodzinnem mie¶cie wiadomem by³o powszechnie, i¿ rok, czy dwa lata temu odziedziczy³ Roman Dzier¿ymirski fortunkê w kapitale, po dalekim krewnym, osiad³ym i zmar³ym w Stanach Zjednoczonych.
Jecha³ zatem dzi¶ m³ody i ostatni potomek dogasaj±cej ju¿ w nim rodziny Dzier¿ymirskich, ze skarbem swym, drog± sercu ma³¿onk±, do W³och, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, b³±kaj±cy siê bezustannie pomiêdzy twarz± ¿ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, my¶l±cy, w dalszym ci±gu wspominaæ siê co¶ zdawa³.
Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemra³y wci±¿ cicho, w dali za¶, na czarnem tle widnokrêgu, stopniowo, coraz bli¿sze, b³yszcza³y ju¿ ¶wiate³ka Wenecyi.
- Oto tam - mówi³y niejako marz±ce oczy mê¿czyzny - za godzin kilka czekaj± mnie u¶miechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczê¶cia w objêciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak dawna, oczekuje na mnie raj w³asny u³udnego podzia³u wzajemnego uczucia, w zupe³nem oddaniu siê niepokalanego niczem dot±d kwiatu - niewinnego dziewczêcia...
Wzrok Romana z zachwytem spocz±³ na twarzy ¶pi±cej kobiety. Równocze¶nie poci±g, pozostawiwszy morze za sob±, wpad³ w jakie¶ gaje, brzêcz±ce rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpada³a uporczywie w uszy podró¿nego, a on, ca³y zas³uchany, spojrzeniem swem znowu ogarn±³ ciemn± przestrzeñ poza oknem wagonu.
- Co, zagadkowa przysz³o¶ci, niesiesz mi w darze?.. Czy zap³acisz mi za to, com przeby³ dot±d, przecierpia³, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytaæ siê zdawa³y czarnej nocnej dali posmutnia³e nagle chwilowo oczy mê¿czyzny.
I ponownie w k±ciku warg jego pojawi³o siê bolesne, przelotne zagiêcie ust, a snaæ usi³uj±c odpêdziæ my¶l przykr±, Dzier¿ymirski powsta³ ostro¿nie, nie wypuszczaj±c wci±¿ z d³oni r±czki u¶pionej swej towarzyszki. Wychyli³ przez otwarte okno g³owê... Na tle ciemno¶ci po³yskiwa³y ju¿ teraz rzêsi¶cie ¶wiat³a - poci±g wje¿d¿a³ w³a¶nie na stacyê. W sekundê, z nag³a szarpniête, gwa³townie zatrzyma³y siê wagony.
Dzier¿ymirski o ma³o nie upad³, straciwszy na razie równowagê, i poci±gn±³ za sob± r±czkê ¿ony, ¶ciskaj±c± jego d³oñ lew± - prawa za¶ opar³ siê silnie o ramê okna.
- Ach!.. ach!.. - z trwog±, wyrwa³o siê z ust m³odej kobiety, i otworzy³a szeroko oczy, zdziwiona.
Szybko Roman pochyli³ siê ku niej i przemówi³ miêkko:
- Przepraszam ciê, kochanie, przestraszy³a¶ siê, prawda?.. Ale to wina nie moja - wagony szarpnê³y tak silnie...
- To ty... Romanie!.. - szepnê³a kobieta i zarzuciwszy w ¶lad za tem, z niewys³owionym wdziêkiem, obie rêce na szyjê mê¿czyzny, przytuli³a siê doñ czule, sk³adaj±c równocze¶nie poca³unek na piêknem czole.
- Wysi±dziemy, z³otko, ju¿ Wenecya! - rzek³ Roman, wysuwaj±c siê delikatnie z objêæ m³odej ¿ony uniós³szy j± w ramionach, postawi³ na równe nogi.
- Nareszcie!... - wykrzyknê³a Ola rado¶nie, oprzytomniawszy ca³kiem na widok ja¶niej±cego dworca.
- We-ne-cya! - zabrzmia³o dono¶nie pod samem oknem wagonu, gdzie ukaza³a siê kêdzierzawa g³owa i ¶miej±ca twarz konduktora.
- Statione Ve-ne-tia!.. - przeci±gle, ¶piewnie odpowiedzia³ g³osowi pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zgin±³.
Poci±g, którym jechali Dzier¿ymirscy, zatrzymujac siê tylko kilka minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - nale¿a³o siê ¶pieszyæ...
Roman pobieg³ do przeciwleg³ego okna, otworzy³ gwa³townie drzwiczki od wagonu, i pocz±³ wo³aæ dono¶nie:
- Facchino!.. facchino!.. *) [*) Po w³osku tragarz.]
Za mê¿em zrêcznie wyskoczy³a z wagonu Ola Dzier¿ymirska. Niebawem zjawi³ siê po¿±dany tragarz i ruszono z baga¿em do dworca. Tu obst±piono przyjezdnych.
Ca³y rój przeró¿nych figur ha³a¶liwie ofiarowywaæ im pocz±³ swoje us³ugi, rz±d za¶ s³u¿by hotelowej, w galonach, z o¿ywieniem i gestykulacy± namawia³ ich ka¿dy z osobna do siebie. Gadatliwo¶æ W³ochów oszo³omi³a na razie Dzier¿ymirskich.
Po chwili dopiero Roman, znaj±cy kilka w³oskich wyrazów, zdo³a³ siê porozumieæ i wybrawszy hotel, kaza³ siê prowadziæ do przystani.
Niebawem m³oda para podró¿nych sadowi³a siê ju¿ w wygodnej, na czarno pomalowanej gondoli, obs³ugiwana z natarczywo¶ci± przez ró¿norodnych oberwañców i gapiów, stoj±cych w pobli¿u.
- Pysznie siê siedzi! - zawyrokowa³a g³o¶no Ola, wyci±gn±wszy siê na miêkkiem, czarn± skór± obitem, siedzeniu.
Roman usiad³ przy niej - gondola zako³ysa³a siê lekko...
Powoli odpychano ju¿ j± od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyci±gnê³y siê ku maj±cym odje¿d¿aæ prosz±ce d³onie z kapeluszami, i chórem zabrzmia³a pro¶ba o datek. "Soldo, soldo!" choæ uni¿enie, lecz z odcieniem lekkiej jakby gro&fraq14;by, rozlega³o siê doko³a ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.
- A to z³odzieje!.. - mrukn±³ Dzier¿ymirski; zmuszony jednak wyj±æ z kieszeni portmonetkê, rzuci³ tam i ówdzie z humorem drobne monety.
Gondola ruszy³a ju¿ - p³ynêli...
M³od± kobietê zabawi³a ta scena. Perlisty ¶mieszek jej, weso³y, rozlega³ siê woko³o, gdy oto nagle, jakby czem¶ zmro¿ony, ucich³. I Ola, obj±wszy wzrokiem roztaczaj±cy siê przed ni± krajobraz, ruchem wdziêcznym przytuli³a siê do mê¿a.
- Jak tu czarno, Romanie, nieprawda¿? - szepnê³a.
Dzier¿ymirski, milcz±c, opiekuñczo obj±³ ramieniem kibiæ ¿ony i przycisn±³ j± miêkko do piersi, rozejrzawszy siê zarazem.
Rzeczywi¶cie, czarno tu by³o.
Wenecya ju¿ spa³a. Sk³êbione chmurami niebo odbija³o siê w mêtnej wodzie kana³ów i powleka³o je kirem ciemno¶ci, po którym tylko b³êdnym ognikiem prze¶wieca³o, wi³o siê czerwone ¶wiate³ko latarni, umieszczonej u spiczastego, zêbatego koñca gondoli.
P³ynêli przez Canale Grande*).
[*) Po w³osku : Kana³ Wielki.]
Jak gdyby ¶ni±c o swej dawnej potêdze i chwale, woko³o nich zadumane, ciche sta³y wynio¶le rzêdem weneckie pa³ace. W ¿adnem oknie nie pali³o siê ju¿ ¶wiat³o, otula³o je milczenie zupe³ne.
Gondola, ko³ysz±c siê z lekka, unosz±c co chwila swe przednie i tylne dzioby, p³ynê³a spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiose³ i szmerem rozstêpuj±cej siê pod ni± fali.
Przytuleni do siebie, d³u¿sz± chwilê z ciekawo¶ci± patrzyli Dzier¿ymirscy woko³o. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypa³y siê rozliczne uwagi.
- Patrz, patrz, Romanie! - wo³a³a ona co chwila, wskazuj±c z zajêciem na wznosz±ce siê zewsz±d budowle.
Dzier¿ymirski potakiwa³ ¿onie, obja¶nia³, i pó³g³osem prowadzona swobodna pomiêdzy jad±cymi rozmowa zbudzi³a milczenie ¶ni±ce - roznios³a siê echem wyra&fraq14;nem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.
Tymczasem po obu stronach kana³u kolejno przesuwa³y siê, jak w kalejdoskopie, cudne sw± archaiczn± struktur± pa³ace.
A wiêc, najpiêkniejszy mo¿e z prywatnych siedzib Wenecyi, w³asno¶æ ksi±¿±t della Grazia, wychyla³ siê z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu pocz±tkowego odrodzenia; z nim s±siadowa³ skromny, siêgaj±cy XV wieku, pa³ac "Erizzo" - dalej zwraca³ znów uwagê inny, z poz³acanym niegdy¶ frontem, do dzi¶ dnia zwany "Ca Doro".
Opodal bardzo piêkny wznosi³ siê majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, pa³ac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie ujrza³a ¶wiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.
Wkrótce, tu¿ poza dzisiejsz± poczt± w Wenecyi, zajmuj±c± dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczy³ olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kszta³cie murowanego ³uku wzniesiony.
Wsun±wszy siê pod jego arkady, gondola Dzier¿ymirskich cichutko prze¶liznê³a siê tamtêdy i skrêci³a wkrótce na lewo, w w±zki kanalik, stanowi±cy arteryê boczn± "Canale Grando". Szeroka ta¶ma wielkiego kana³u znik³a wkrótce z oczu i jad±ca barka, zag³êbiaj±c siê coraz bardziej w szyjê wodnej uliczki, wymijaæ poczê³a coraz cia¶niejsze i wê¿sze zau³ki. ¦ciany domów odrapane, ponure, sz³y, zdawa³o siê, na p³yn±cych w gondoli, a ¶cie¶niaj±c siê coraz bardziej, pragnê³y poch³on±æ, gubiæ j± niejako w swym labiryncie.
Ciemno¶ci nocne panowa³y tu jeszcze wiêksze. Gdzieniegdzie tylko l¶ni³a zó³tawo md³ym ¶wiat³em latarnia - ¿ywego ducha za¶ nigdzie dopatrzeæ siê nie mo¿na by³o.
Umilk³a od paru minut Ola trwo¿nie przylgnê³a g³ówk± do ramienia Romana.
- Brr! straszno tu jako¶... - szepnê³a.
- Nic, kochanie - odpar³ Dzier¿ymirski, musn±wszy poca³unkiem jej w³osy
- zaraz doje¿d¿amy.
Nieprawda¿, ¿e ju¿ blizko? - zwróci³ siê do gondoliera ³amanem w³oskiem narzeczem.
- Si, signore. - odpar³ ¿ywo zapytany, a nudz±c siê znaæ, bo z cudzoziemcem gawêdziæ nie móg³, zanuci³ pó³g³osem jak±¶ smêtn± piosenkê.
Ubrany ca³kiem bia³o, wahad³owym ruchem przechylaj±c siê bezustannie przy wios³owaniu w prawo i lewo, na tle otaczaj±cych ciemno¶ci, czyni³ on wra¿enie fantastycznego zjawiska, g³os za¶ jego monotonny b³±ka³ siê po k±tach i odbija³ dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym ¶nie zaklêtych jakby domów. Roman milcza³.
Ujmuj±c d³oñ i tul±c miêkko w objêciu Olê, ws³uchiwa³ siê w ten ¶piew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawa³ wra¿enia. Zdawa³o mu siê mianowicie, ¿e on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiego¶ zbójeckiego z zamierzch³ej przesz³o¶ci doje¿d¿a grodu; ¿e ucieka, kryje siê tu ze swym porwanym, czy te¿ skradzionym ³upem... Oto z ciemnych zau³ków i k±tów ¶pi±cej Wenecyi wysuwaj± siê po prostu jakby wyra&fraq14;ne jakie¶ cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwa³tów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...
- A òel! *) - rozleg³ siê nagle tu¿ za Dzier¿ymirskim krzykliwy g³os gondoliera, i ³ód&fraq14; jednocze¶nie zboczy³a w zau³ek ciemny. [*) Uwaga!]
- Sia-stali! *) - przeci±gle odpowiedzia³ kto¶ z innej gondoli. [*) Na prawo!] Roman i Ola spojrzeli ciekawie.
W nadp³ywaj±cej weneckiej barce siedzia³ mê¿czyzna czarno ubrany, w bia³ym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.
Gondola, otar³szy siê prawie o napotkan± ³ódkê, prze¶liznê³a siê cicho - znowu byli sami.
- Patrz, tam siê ¶wieci, co siê sta³o?... - rzek³a pó³g³osem Ola, krêc±c g³ówk± i wskazuj±c piêtro jednego z domów.
Roman spojrza³.
- A, rzeczywi¶cie - odpar³ - przecie¿ choæ jeden jaki¶ znak ¿ycia...
Na brudn± wodê kana³u, porysowan± ¶cianê i ko³ysz±cy siê kad³ub pustej gondoli, przywi±zanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, k³ad³o siê cieniem przyæmione czerwonawe ¶wiat³o, id±ce z okna o¶wietlonej komnaty. Jednocze¶nie p³ynê³y melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane znaæ miêkka kobiec± r±czk±. Wtórowa³ im nie¶mia³y brzêk mandoliny.
Rozp³ywaj±c siê powoli, w milczeniu, muzyczne tony ³±czy³y siê zgodnie co parê minut ze ¶piewem, mêskim, silnym tenorem, i sz³y ponad dachy, kana³y, lecia³y daleko, dr¿±ce...
Poruszony muzyk± i ¶piewem, Dzier¿ymirski silniej przycisn±³ do siebie Olê. Ws³uchani w melodyê mi³osnej pie¶ni po³udnia, zbli¿yli siê oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyli³y siê.
Poca³unek gor±cy z³±czy³ usta mê¿czyzny i kobiety; nie odrywaj±c warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, w¶ród deszczu spadaj±cych, jak drobne krople rosy, d&fraq14;wiêków - przep³ynêli Dzier¿ymirscy pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goni³y ich, powodzi± zalewa³y jeszcze czas jaki¶, a¿ umilk³y.
Gondola w tej samej w³a¶nie chwili wjecha³a na kana³ ¶-go Marka; plac tej¿e nazwy, gdzie w ca³ej pe³ni ogniskowa³o siê jeszcze ¿ycie miasta, zamigota³ rzêsi¶cie w oddali dziesi±tkami niebieskawych i ¿ó³tych ¶wiate³ - przewo&fraq14;nik oznajmi³ g³o¶no podró¿nym, ¿e s± ju¿ na miejscu.
- Doje¿d¿amy, Oluniu! - poinformowa³ Roman i z u¶miechem wpatrzy³ siê namiêtnie i czule w twarz swej towarzyszki.
W ciemno¶ciach nawet nocy, widoczny rumieniec obj±³ p³omieniem twarz kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spu¶ci³a przed pal±cem spojrzeniem mê¿czyzny, które zapewne swym blaskiem mówi³o co¶ nad wyraz ¶mia³ego.
W tej chwili w³a¶nie przedni dziób gondoli stukn±³ o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w parê minut pó&fraq14;niej Roman i Ola znajdowali siê ju¿ w obszernym, o marmurowych ¶cianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewaj±cym w ciszy st³umionem, g³uchem brzêczeniem mustyków.
Odprawiwszy natarczywego s³ugê, proponuj±cego im przys³aæ natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco, bazyliki i pa³acu Do¿ów -Dzier¿ymirscy wkrótce pozostali zupe³nie sami.....
W Wenecyi wszêdzie pogas³y ju¿ ¶wiat³a. Noc zupe³na, czarna, zawis³a chwilowo nad grodem. Nie trwa³o to jednak d³ugo; stopniowo chmury na niebie rozstêpowaæ siê poczê³y i r±bek ksiê¿yca nie¶mia³o wychyli³ siê z poza nich.
Zamigota³ na wie¿ycach ko¶cio³a ¶-go Marka, z³otawym br±zie czterech rumaków, króluj±cych na szczycie tej katedry - musn±³ swym blaskiem ¶ciany pa³acu Do¿ów, a przeszed³szy siê po jego galeryach ponurych, zajrza³ w zakratowane okna wisz±cego mostu, ³±cz±cego pa³ac z dawnem wiêzieniem, a znanego powszechnie pod nazw± "Mostu Westchnieñ".
Wyjrzawszy za¶ ju¿ odwa¿niej nieco, tr±ci³ srebrzysty l¶ni±c± taflê laguny, zadrga³ sieci± ¶wiat³a na powierzchni wód, a niebieskaw± ¶cie¿yn± dotkn±wszy siê ich pieszczotliwie, otworzy³ nagle perspektywê dalek±, hen! a¿ ku Lido-na morze...
W niezam±conej niczem ciszy, staro¿ytne zegary licznych ko¶cielnych i klasztornych wie¿ycach wybijaæ poczê³y rytmicznie któr±¶ godzinê. Jedne z nich brzmia³y basem, inne kwili³y wiolinem, lub brzêcza³y melodyjnie, ³±cz±c w sobie te dwa melodyjne klucze, a bij±c w ten sposób, zdawa³y siê mierzyæ w milczeniu chwile czyjego¶ mo¿e szczê¶cia...
Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiê¿yca zaszkli³y siê jasnem ¶wiat³em na taflach szyb hotelowych, dawnego pa³acu Dandolo. Zatrzyma³y zda siê d³u¿ej przy jednem oknie i pomknê³y znowu obojêtne w dal...
A pos±gowo u¶miechniête, wiecznie tak samo szerokie oblicze ksiê¿yca nie zmieni³o wcale wyrazu.
Bo có¿ go zaiste, obchodziæ mog³o tych dwoje ludzi, którzy przybyli a¿ tutaj po u³udê rozkoszy? Có¿ znaczy³y dlañ dwa serca, zrywaj±ce wspólnie kwiat mi³o¶ci i zapomnienia?
On, filozof, wszak w swem ¿yciu prawiecznem widzia³ podobnych zdarzeñ a¿ nadto wiele; on zna³ nico¶æ tych chwil, umia³ na pamiêæ kochanków zaklêcia i ich nieraz s³omiane zapa³y, gasn±ce za ¿ycia podmuchem - pod rzeczywisto¶ci bezlitosn± rêk±. Wiedzia³ równie¿, ¿e zapa³y te same, odegrzane czêstokroæ i o¿y³e, kiedy¶, w przysz³o¶ci, obosiecznem ciêciem raniæ mo¿e bêd± tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno ³akn±cych uczucia i u¿ycia...
Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuli³a siê do twarzy ksiê¿yca i przes³oni³a go leciutko, kaskada za¶ miesiêcznych promieni, zblad³szy, niepewnym, migotliwym blaskiem zala³a u¶pion± Wenecyê.
W tej samej chwili dwie jakie¶ postacie, zbli¿one do siebie, zamajaczy³y poza tafl± jednego z okien hotelowych, i dwie g³owy, dotykaj±c siê wzajemnie, zapatrzy³y siê we wdziêczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo pó³¶wiat³em, oraz cieniami ksiê¿yca.
I postawszy tak d³ug± chwilê, jakby rozmarzone, znik³y niebawem, splecione w u¶cisku, niezdolne napawaæ siê d³ugo poza sob± niczem, nawet piêknem przyrody...
W ¶lad prawie zatem nasta³a ciemno¶æ nieprzejrzana i zapanowa³a nad miastem pami±tek.
Zadumany i jakby têskny tuli³ siê zmierzch szary do ¶cian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspania³ych sklepów jego, pe³za³ u podnó¿y pomników, ¶ciera³ kontury gmachów ko¶cio³ów - wszystko doko³a pogr±¿a³ w mroki i cienie.
W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedzia³a na fotelu Melania, marsza³kowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli Dzier¿ymirskiej, a dotychczasowa od dzieciñstwa prawie opiekunka tej ostatniej.
Przez otwarte okno, ³±cznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciska³ siê tutaj wolno zmrok, a ¶ciemniaj±c siê stopniowo coraz bardziej, pocieszaj±co jakby wyg³adzaæ siê stara³ zmarszczone wysokie czo³o wiekowej ju¿ matrony, ³agodnie muska³ jej siwe w³osy, i zagl±daj±c jednocze¶nie nie¶mia³o w oczy rozumne, wyra&fraq14;nie zdawa³ siê wspó³czuæ smutnemu jej zamy¶leniu.
Na ma³ym stoliku przed marsza³kow± le¿a³ otwarty telegram. Opiewa³ on za¶ lakonicznie: "Przewidzenia s³uszne. Ola ju¿ po ¶lubie z Dzier¿ymirskim. Przyje¿d¿am. £ady¿yñski."
Ju¿ mo¿e pó³ godziny po przeczytaniu powy¿szej wiadomo¶ci, nieruchomo w swym fotelu siedzia³a pani Melania.
Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknê³a z domu swej ciotki, by wiêcej nie wróciæ - marsza³kowa Warnicka z niepokoju postarza³a siê by³a o lat co najmniej kilkana¶cie.
Pocz±tkowo nie mog³a zrozumieæ postêpku swej siostrzenicy; tak dobrze by³o jej u niej, mo¿e zatem powróci ona lada chwila - niew±tpliwie.
Musia³a wyjechaæ z miasta na parê godzin, znaglona interesem wa¿nym... mówi³a sobie, perswadowa³a staruszka.
Nazajutrz jednak wieczorem, gdy ¿adnej o Oli nie by³o wie¶ci, obawa kochaj±cej dziewczê ciotki wzros³a o ni± do tego stopnia, i¿ my¶la³a, ¿e zwaryuje. Dom ca³y by³ przera¿ony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po mie¶cie, na chybi³ trafi³ - wszêdzie, oczekuj±c zarazem z trwog± wisz±cej zda siê w powietrzu katastrofy - wiadomo¶ci jakiej strasznej, o nieszczê¶ciu, lub nawet o ¶mierci.
Zbawc± pe³nej niepokoju marsza³kowej okaza³ siê wówczas Emil £ady¿yñski, przyjaciel ca³ego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem cz³owiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy naprêdce wskazówek tu i ówdzie, wpad³ od razu na trop w³a¶ciwy. Domys³y jego by³y trafne.
- A ja powiadam pani marsza³kowej, ¿e panna Ola u¿ywa ju¿ miodowych miesiêcy! M³odo¶æ nie ¿artuje, gdy kocha... by³y to ostatnie s³owa jego i sprawdzi³y siê, niestety...
Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradzi³ sobie.
Marsza³kowa w zadumie westchnê³a cicho, ciê¿kie bowiem, zaiste, czeka³y j± niebawem przej¶cia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedz±c, powiadomi³a, wzywaj±c go, natychmiast po znikniêciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...
Có¿ ona, na Boga, powie ubóstwiaj±cemu córkê ojcu, jak siê potrafi wyt³umaczyæ przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawi³ on by³, wyje¿d¿aj±c, jedyne swe dzieciê...
Lecz czy¿ mog³a przewidzieæ podobne rozwi±zanie sprawy?
Przenigdy!...
I marsza³kowa Warnicka ni¿ej jeszcze pochyli³a na piersi g³owê sw± siw±, a czo³o jej poora³y zmarszczki, znacz±c jakby ¶lad mêcz±cych ¶cigaj±cych siê my¶li.
- A j±, Olê, to dzieciê, które wespó³ z bratem i ona kocha³a ca³± si³± swej duszy, czy¿ tak znów dalece winiæ mo¿na by³o?...
Zapewne...
Nie porzuca siê od razu wszystkiego, nie ucieka chy³kiem, choæby nawet w ramiona ukochanego mê¿czyzny, gdy sprzeciwia siê temu wola rodzica, gdy...
Pani Melania przetar³a czo³o pomarszczon± d³oni±. "M³odo¶æ nie ¿artuje, gdy kocha!" zabrzmia³y jej w uszach s³owa Emila £ady¿yñskiego. Mia³ s³uszno¶æ...
I nagle, z pocz±tku nieokre¶lone, pó&fraq14;niej coraz g³o¶niejsze, ¶mielsze, zakie³kowa³y w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czy¿ doprawdy, Ola nieszczê¶liwa tak bardzo by³a winna?... Mi³o¶æ oszo³omi³a j±, porwa³a, a reszty niew±tpliwie dokona³o wychowanie m³odej panny, kapry¶nej pieszczotki ojca, ulubienicy równie¿ jej, marsza³kowej, zawsze dlañ pob³a¿liwej i s³abej.
I pani Melania znów zadawa³a sobie dalej w my¶li pytania...
- Czy Ola posiada³a w duszy swej to, coby j± od pope³nionego kroku wstrzymaæ mog³o? Czy wpajano w ni± te zasady m³odych, takie na przyk³ad, jakiemi j± karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych wyros³o?... Marsza³kowa w zadumie spu¶ci³a nisko g³owê.
- Nie, nie! - odpowiada³o co¶ skrycie na dnie jej duszy.
Ola zasad takich nie mia³a, a z czyjej¿e to by³o winy?
Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastêpnie i jej przecie, zastêpuj±c± Oli odesz³± z tej ziemi matkê.
I z szar± godzin±, coraz bardziej rozgaszczaj± siê po buduarze - z mrokiem, pe³nym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradaj±ce siê do duszy marsza³kowej wyrzuty potê¿nia³y, ros³y... Samokrytyka za¶ w³asnego postêpowania zgry&fraq14;liwie szarpaæ poczê³a jej mózg, coraz to nowemi pytaniami j± zasypuj±c:
- Czy stara³a¶ siê wnikn±æ do duszy m³odego dziewczêcia, a potem, zbadawszy j±, formowaæ i ukszta³caæ? - mówi³a ona. - Czy wtedy - pyta³a dalej - gdy po niewinnem dzieciñstwie i m³odocianych leciech po raz pierwszy wst±pi³a Ola, ju¿ jako doros³a panna, na ¶lisk± arenê salonów i ¶wiatowego ¿ycia, da³a¶ ty jej, prócz wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, g³êbszej, powa¿niejszej natury?...
A pó&fraq14;niej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabaw±, flirtami i tañcem, z pobudzonymi zmys³ami i wyobra&fraq14;ni±, wraca³a ona do domu z towarzyskich balów i zebrañ - czy zastanowili¶cie siê wy kiedy¶, ty i brat twój, January nad tem, co przechodzi³o tam przez ow± m³od± g³ówkê, co zapala³o wyobra&fraq14;niê jej i w bezsennych nocach mo¿e marzeniem u³udnem na skrzyd³ach niezdrowych fantazyj nie pozwala³o zamkn±æ &fraq14;renic do snu cichego?...
Uczynili¶cie wy to wszystko? Zast±pili¶cie¿ dziewczêciu temu matkê, wykonywuj±c wspólnie ten na³o¿ony na was obowi±zek, z t± konieczn± drobiazgowo¶ci±, z któr± w istocie czêstokroæ nie rachuj± siê rodzicielki same?...
Oblicze zadumanej marsza³kowej wyra¿a³o teraz ciche cierpienie, ¿al jakby i skruchê, w tym bowiem wewnêtrznym, milcz±cym rachunku sumienia coraz ciê¿sze odczuwa³a winy po swojej i brata stronie.
A raz poruszone sumienie znów pyta³o dalej nielito¶ciwie: - Czy pochwyci³a¶ ty równie¿ te chwile, gdy do krysztalnej m³odej dot±d jeszcze duszy zapuka³a mi³o¶æ, wkrad³a siê tam, i rozkwit³a bujnie? Czuwa³a¿e¶ razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem s³owem, uwag± g³êbok±, kszta³cili¶cie¿ je? hodowali, strzeg±c to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? My¶leli¶cie¿ wy o tem, i¿ tam, zamiast skromnego, piêknego p±czka, o barwie ³agodnej, mo¿e wzro¶æ ukrycie i bezkszta³tn± zaja¶nieæ purpur± kwiat namiêtno¶ci cichy, wszystko doko³a dusz±cy sw± woni±?..
Czy uczynili¶cie wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya w±tpliwo¶ci wszelkich, szarpnê³o pytanie ostatnie dusz± marsza³kowej.
Przygnêbiona opar³a znu¿on± g³owê o poduszkê staro¶wieckiego mebla.
Odpowiedzieæ nie mog³a obron± na zarzuty, powsta³e w jej my¶lach za podszeptem sumienia - milcza³a zatem.
- Nie! - szyderczo odpowiedzia³ z kolei rozum!... Wypie¶cili¶cie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawiali¶cie mu niczego - osypywali¶cie wszystkiem, czego zapragnê³o, znosz±c nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ustêpuj±c woli, któr± rozumnie powinni¶cie byli kszta³ciæ; s³uchaj±c - a nie rozkazuj±c!
- O, wy! wychowawcy m³odego pokolenia, jak¿e daleko jeste¶cie od powinno¶ci swoich!.. za¶mia³ siê w koñcu rozum z gorycz±.
Marsza³kowa Warnicka, nie ruszaj±c siê z miejsca, przymknê³a powieki, chwilê d³u¿sz± w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wsta³a ociê¿ale z miejsca swego i powoli zbli¿y³a siê ku oknu.
Zapalono ju¿ latarnie w mie¶cie. Po szerokich - trotuarach pierwszorzêdnej ulicy snu³y siê t³umy. Pani Melania wpatrzy³a siê w nie, a w jej my¶lach jednocze¶nie szumia³o:
- Uderz siê w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - bo¶ winna, bardzo winna!
Zamigota³, zab³ys³ snopem promieni i iskier mi³o¶ci p³omyk, i dziewczyna wyci±gnê³a ku niemu pragn±ce ramiona, jak ³ód&fraq14; bez steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, któr± wychowa³a¶ - zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie ogl±daj±c siê nawet za ich b³ogos³awieñstwem!
- Zbieracie, co¶cie zasiali! - g³os jaki¶ w uszach marsza³kowej rozbrzmiewa³ i rós³, pe³en potêgi.
Nagle staruszka cofnê³a siê wstecz ca³em cia³em i drgnê³a nerwowo. W ciszy apartamentów rozleg³ siê w tej chwili pokilkakroæ silnie dzwonek.
To by³ January Gowartowski. Marsza³kowa przeczuciem ju¿ zgadywa³a przybycie brata, a przetar³szy czo³o rêk±, z g³êbokiem westchnieniem odst±pi³a od okna.
W s±siednim salonie, na odg³os dzwonka, zapala³ w³a¶nie ma³y lokajczyk ¶wiat³o, w przedpokoju rozbiera³ siê kto¶ i rozmawia³ ze s³u¿±cym.
Pani Melania, ws³uchawszy siê pilnie, pozna³a g³os brata. Wysi³kiem woli rozpogodziwszy, jak umia³a, oblicze, przest±pi³a próg buduaru, i wesz³a powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukaza³ siê przyby³y.
By³ to mê¿czyzna, lat ko³o sze¶ædziesiêciu mo¿e, chudy, wysoki, i pomimo wieku, trzymaj±cy siê jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o wygl±dzie i uk³adzie delikatnym, zrêcznym i dystyngowanym. Twarz January Gowartowski mia³ wygolon± starannie, g³owê piêkn±, z przyprószonym nieco w³osem, a w±s sumiasty, bia³y, okala³ mu wargi, wygiête nieco dumnie - oblicze za¶ jego, nacechowane jakby wyrazem wynios³o¶ci, nerwowe, zmienne, znamionowa³o cz³owieka, na. pierwszy rzut oka, nader wra¿liwego i uczuciowego mo¿e nad miarê.
Ujrzawszy siostrê, podbieg³ ku niej szybko i z³o¿y³ w milczeniu na jej rêce pe³en uszanowania poca³unek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spoczê³o na jej twarzy pytaj±co, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, widz±c marsza³kow± nieco zmieszan±, odezwa³ siê pierwszy:
- Odebra³em telegram twój, pani siostro, niepokój przygna³ miê tu natychmiast... Ola wyjecha³a podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko jej co z³ego siê nie sta³o? mo¿e ona chora, gro&fraq14;nie, broñ Bo¿e?.. Powiedz, Melanio, szczer± prawdê, mów prêdzej, bo wytrzymaæ z niepokoju nie mogê!.. - dr¿±co wymówi³ pan January s³owa ostatnie, z akcentem pro¶by, g³osem pe³nym obawy, i z trosk± na wyrazistej twarzy czeka³ na odpowied&fraq14;.
Tymczasem zmieszanie marsza³kowej ros³o. Unikaj±c spojrzenia brata, rzek³a:
- Ale¿ uspokój siê, mój drogi, có¿ znowu?.. Upewniam ciê, i¿ Ola najzdrowsza siê czuje i ¿e zgo³a nic z³ego jej nie grozi...
Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzi³a siê i westchnienie ulgi podnios³o pier¶ jego, odczu³ bowiem szczero¶æ w s³owach siostry.
Rzuciwszy opodal kapelusz i podró¿na torebkê, usiad³ wygodnie na fotelu i spokojnym ju¿ zupe³nie g³osem zapyta³:
- No, wiêc có¿, na Boga, sta³o siê z Ol±? wyjecha³a - dok±d?...
- Zmêczonym pewnie jeste¶ i g³odnym - przerwa³a bratu Melania - mo¿e kazaæ daæ ci herbaty, przek±ski?... - i mówi±c to, przycisnê³a guzik elektrycznego dzwonka.
- Ale¿, ma chère, - ¿achn±³ siê trochê niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy pó&fraq14;niej, po có¿ te ze mn± ceremonie; co ci siê dzisiaj sta³o, taka nienaturalna jaka¶ jeste¶? - zatrzyma³ siê pan January i spojrza³ siostrze badawczo w oczy.
- Nakarmisz mnie potem - dorzuci³ po chwili, z u¶miechem - lecz opowiedz mi najprzód, co siê tutaj sta³o?...
Marsza³kowa i na to nic zupe³nie nie odpowiedzia³a, bo w tej w³a¶nie chwili na progu salonu ukaza³ siê przywo³any lokaj. Wszystko, co dot±d czyni³a, mia³o za cel zyskaæ tylko na czasie, po prostu bowiem nie wiedzia³a, w jaki sposób podaæ bratu smutn± i wstrz±saj±c± odpowied&fraq14; i w jakiej uczyniæ to formie. Zwróci³a siê do s³u¿±cego.
- Zapal lampê w buduarze, a gdyby kto tam przyszed³, to powiedz, ¿em cierpi±ca, i nie przyjmujê...
- Wszak prawda - z kolei pytaj±co na pozór skierowa³a siê do brata - i ty zapewne nie masz dzi¶ ochoty widzieæ go¶ci?...
Za ca³± odpowied&fraq14; Gowartowski wzruszy³ z lekka ramionami, jednocze¶nie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrza³ na siostrê, a z twarzy jego pierzch³a pogoda.
Co¶ poza kulisami dzia³o siê w tym domu niedobrego, czul to pan January nerwami, wiêc czo³o zasêpi³o mu siê i brwi przelotnie zmarszczy³y. Powsta³ gor±czkowo z siedzenia, nieobecny my¶l±, szukaj±cy zagadki, nie rozumiej±c s³ów siostry, znajduj±cej siê ju¿ w o¶wietlonym buduarze i mówi±cej co¶ do niego.
- Co mówisz? nie s³yszê... - rzuci³ po chwili. - Mo¿e tu przejdziesz, bêdzie nam wygodniej rozmawiaæ... - powtórzy³a g³o¶niej tym razem marsza³kowa.
Gowartowski pos³usznie podszed³ ku drzwiom i przest±pi³ próg buduaru.
Zamknij drzwi za sob±, mój kochany, i siadaj, proszê ciê! - bezd&fraq14;wiêcznym g³osem odezwa³a siê pani Melania, sama za¶ skierowa³a siê, by przymkn±æ drzwi do pokoju jeszcze jedne.
Pan January tymczasem usiad³ i ze wzrastaj±cym coraz bardziej niepokojem ¶ledzi³ ruchy swej siostry. Teraz by³ ju¿ pewnym, ¿e czeka go co¶ niezwyk³ego, i z³ego, tak bowiem ostro¿nej i dziwnie postêpuj±cej siostry dawno ju¿ nie ogl±da³.
Marsza³kowa zbli¿a³a siê w³a¶nie ku niemu, a usadowiwszy siê obok, na kanapie, ujê³a w obie d³onie rêce brata. Postanowi³a w my¶li zaraz od razu przeci±æ dra¿ni±ce pêta wstêpnej rozmowy, rzek³a zatem ³agodnie i serdecznie, wpatrzywszy siê rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.
- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, ¿e nie zanadto zmartwisz siê tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomo¶æ bardzo smutn±, co ci zakomunikowaæ muszê - prawdziwie po mêsku...
- Ale¿ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-¿e mi nareszcie, o co chodzi, bo siedzê, jak na roz¿arzonych wêglach, i po g³owie lataj± mi wprost niemo¿liwe przypuszczenia!.. Mów prêdzej, b³agam - có¿ z Ol± siê sta³o?.. - wybuchn±³ Gowartowski, ostatnie za¶ s³owa jego drga³y wymówk± i pro¶b±.
Wyraz wspó³czucia przemkn±³ po twarzy matrony siwej, i obj±wszy rêkami g³owê brata, uca³owa³a j± czule.
- Ola... ju¿ po ¶lubie... - rzek³a równocze¶nie szeptem.
Gowartowski, jak podrzucony, zerwa³ siê z fotelu, i wzrokiem b³êdnym na marsza³kow± spojrza³. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzykn±³ w pierwszej chwili. - To byæ nie mo¿e!... - dorzuci³ i urwa³... Wpatrzywszy siê bowiem uwa¿niej w twarz siostry, pozna³, i¿ ona mówi prawdê, po chwili jêkn±³ wiêc tylko cicho:
- Z kim?... i ca³y, zdawa³o siê, zawis³ na ustach pani Melanii... G³os zadr¿a³ marsza³kowej, gdy, jak mog³a najspokojniej, panuj±c nad w³asnem wzruszeniem, odpowiedzia³a wolno:
- Z Romanem Dzier¿ymirskim...
- Z Dzier¿ymirskim... z tym ho³yszem... synem tej... tej W³oszki, ¶piewaczki!... - g³os za³ama³ siê panu Januaremu, i schwyci³ siê on obiema rêkami za g³owê. - I bez... bez... - tu g³os Gowartowskiego przeszed³ w chrypkê, snaæ wstrz±saj±ca nowina zatamowa³a mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... b³ogos³awieñstwa!... - wykrztusi³; dokoñczy³ nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znêkanego otrzyman± wiadomo¶ci± ojca, dot±d blada bardzo, zakwit³a nagle ceglastym rumieñcem, nogi za¶ widocznie zachwia³y siê pod nim, gdy¿ ciê¿ko, bezsilnie, upad³ na pobliski g³êboki fotel.
Powtórnie, z macierzyñsk± i¶cie troskliwo¶ci±, objê³a g³owê stroskanego brata marsza³kowa Warnicka, jakby ta czu³a pieszczota siostrzana ukoiæ pragnê³a, choæ chwilowo, cios, przed chwil± s³owami przez ni± zadany.
Lecz Gowartowski odtr±ci³ j± prawie ¿e brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w d³oni rêkê siostry, przemówi³ zapalczywie, urywanym g³osem.
- Jak to? I ty, Melanio, pozwoli³a¶ na to? ty, na opiece której, niby matki rodzonej, zostawi³em moje dzieciê? Ty da³a¶ zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem?
I pan January ponownie z miejsca swego siê zerwa³, i wykrzykn±³ wzburzony:
- Wiedz±c, ¿e temu m³okosowi, awanturnikowi odmówi³em dawniej, naumy¶lnie usypiali¶cie czujno¶æ moj±, by mnie podej¶æ, oszukaæ, i my¶leli¶cie mo¿e, i¿ ja to przyjmê post factum, "tak sobie!"
- Ale¿ zmi³uj siê, uspokój ! - pospiesznie przerwa³a marsza³kowa. - Nic jeszcze nie wiesz dok³adnie, a ju¿ obwiniasz innych na chybi³-trafi³. Proszê ciê, bardzo proszê, cierpliwo¶ci trochê, spokoju, a¿ opowiem ci wszystko, - doda³a b³agalnie.
Pan January mimo woli ucich³ i spojrza³ pytaj±co na siostrê.
- Serce-¿ ty moje, pos³uchaj, a nie martw siê tak okrutnie - dr¿±cym od wzruszenia g³osem, ze wspó³czuciem, przemówi³a znowu pani Melania, w nag³em rozczuleniu zatr±caj±c przytem wyra&fraq14;nie rodzonym ukraiñskim akcentem, od którego odzwyczai³a siê by³a sw± ci±g³± bytno¶ci± w mie¶cie. - Pos³uchaj, jak siê rzecz mia³a - zaczê³a marsza³kowa, i ci±gnê³a tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy ju¿ tak bole¶nie dotkn±³e¶ miê przypuszczeniem, ¿e by³am w zmowie przeciwko tobie, wyt³umaczyæ siê winnam... Tak nie by³o wcale, jak s±dzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgo³a nie wiedzia³am...
Jak to? - przerwa³ siostrze zdumiony Gowartowski.
- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupe³nie nie wiedzia³am - powtórzy³a marsza³kowa, z widocznym ¿alem w g³osie - a dlaczego? Dlatego, ¿e oni poradzili sobie bez nas... Roman porwa³ Olê i natychmiast wyjechali razem za granicê.
I pani Melania umilk³a, wszystko najgorsze ju¿ by³o bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyli³a siê g³owa mê¿czyzny, i odbi³o siê na niej jeszcze bole¶niejsze cierpienie.
- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jak¿e zawiod³em siê na, tobie! - z ciê¿kiem westchnieniem wymknê³o siê z ust biednego ojca.
Marsza³kowa spogl±da³a wzruszona na brata. Gniewu jego nie ba³a siê ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lêka³a siê dot±d najbardziej, to tej rany w³a¶nie, zadanej kochaj±cemu sercu ojcowskiemu przez córkê, depcz±c± przywi±zanie do niej silne i bez upamiêtania - dla u³udnej fatamorgany zmys³owych rozkoszy, dla mi³o¶ci kwiatów i ponêt...
Pan January, z g³ow± na piersi schylon±, milcza³ teraz, ukrywszy twarz w d³onie. Ze wzrastaj±cem coraz bardziej wspó³czuciem patrzy³a wci±¿ pani Melania na brata i my¶la³a:
- 0, dzieci, dzieci, pokolenia m³ode, jak¿e wy czêsto i okrutnie ranicie serca starych! Przywi±zuje siê ich jesieñ smutna do waszych wiosen, pe³nych wesela, a wy, jak te ptaki, szukaj±ce wci±¿ ciep³a i s³oñca, lekkomy¶lnie rzucacie te serca, tratujecie mi³o¶æ, zaparcia siebie pe³n±, a pogardzaj±c dogasaj±cemi, popielej±cemi iskrami - szukacie, garniecie siê do ognia, do m³odych!..
Przecie¿ i dla mnie pieszczotka Ola by³a dot±d wszystkiem, lube dzieciê!
Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bi³o s³oñce mi³o¶ci m³odej, ptaszyna zerwa³a jedwabne pêta przywi±zañ domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych jej uczuæ, do serduszka dziewczêcego, wdar³ siê promienisty blask potê¿niejszy, silniejszy! Zwyk³a kolej rzeczy tego ¶wiata...
Chc±c przerwaæ milczenie, pe³ne dla obojga rozmy¶lañ przykrych, pani Melania poczê³a mówiæ znowu przyciszonym g³osem:
- Podziêkujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, ¿e ¶lubem skoñczy³o siê to wszystko. Teraz z wol± Bo¿± pogodziæ siê nale¿y, i z przeznaczeniem, to trudno... - ci±gnê³a dalej, widz±c, ¿e na jej s³owa wyrwany z g³êbokiej zadumy brat podniós³ g³owê i s³ucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpia³am, nim doniesiono mi o tem, ¿e oni gdzie¶ w pobli¿u austryackiej granicy, w jakiej¶ tam wioszczynie ¶lub wziêli.
- Zk±d¿e masz tê wiadomo¶æ? - z³amanym i cichym g³osem spyta³ Gowartowski.
- Marsza³kowa ze smutkiem spojrza³a na brata. Serce zabola³o j±, jak¿e bowiem innym, odmiennym ca³kiem, sta³ siê on nagle teraz, po odebraniu wiadomo¶ci, tak dlañ wszechstronnie bolesnej. Powoli, miêkko, opowiadaæ mu ona poczê³a stopniowo wszystko.
A wiêc, o ucieczce Oli, o w³asnych cierpieniach, o tem, ¿e z tak licznych znajomych prawdy nie domy¶la siê dot±d nikt jeszcze, o £ady¿yñskim...
Pan January, przybity, s³ucha³ teraz s³ów siostry pokornie, jak dziecko, nie odzywa³ siê ju¿ wcale, trudno za¶ by³o zarêczyæ, czy w my¶lach bezustannie zatopiony - s³ysza³.
Skoñczywszy sw± opowie¶æ, marsza³kowa rzek³a:
- Bóg mi ¶wiadkiem, i¿ nic winn± nie jestem... Po wyje&fraq14;dzie twoim i odmowie, któr± da³e¶ Dzier¿ymirskiemu, gdy o¶wiadczy³ siê o Olê przed paru tygodniami, nie przyjmowa³am go wcale. Gdzie widywa³ siê z Ol±, jak i kiedy u³o¿yli ze sob± wszystko? Dotychczas ¿adnego o tem nie mam pojêcia. Có¿ robiæ - wola Boska!..
Gdy marsza³kowa wymawia³a te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunê³a siê do brata, chc±c pocieszyæ go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej pad³o na drzwi od salonu, i drgnê³a nerwowo. Zda³o jej siê, ¿e kto¶ dotyka w³a¶nie klamki...
Rzeczywi¶cie, w sekundê pó&fraq14;niej rozleg³o siê trzykrotne pukanie, w ¶lad za tem za¶ s³u¿±cy zawiadomi³, ¿e podano kolacyê i herbatê.
- Czy masz ochotê je¶æ teraz? - spyta³a ³agodnie brata pani Melania.
Pan January, machn±wszy poprzednio rêk±, zrobi³ g³ow± ruch negatywy, pe³ny obojêtno¶ci i zniechêcenia.
Marsza³kowa westchnê³a cicho.
-Bêdziemy jedli pó&fraq14;niej! - rzuci³a g³o¶no.
Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schyli³ siê i spojrza³ przez dziurkê od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszon± rozmow±, której w±tka schwyciæ nie móg³, postawszy chwilê, oddali³ siê na palcach by zakomunikowaæ wiadomo¶æ tê pozosta³ej s³u¿bie.
Z dobr± godzinê, a mo¿e i wiêcej jeszcze, minê³o nim roztworzy³y siê owe drzwi buduaru, i wysz³o z niego rodzeñstwo. Jakie¿ jednak by³o zdumienie domowników, gdy zamiast spo¿yæ wieczerzê, oboje rozeszli siê do swoich komnat, nie tkn±wszy jej wcale.
I pó&fraq14;no potem w apartamentach marsza³kowej Warnickiej pali³y siê dwa ¶wiat³a.
D³ugo, bardzo d³ugo, na klêczkach przed zapalon± lampk± i wizerunkiem Matki Bo¿ej modli³a siê gor±co polska matrona, zanosz±c pro¶by do nieba. Ukrywszy g³owê w d³onie, rozmy¶la³a ona o ulubienicy swej, Oli, modli³a siê za ni±, za brata wreszcie, by mu los przysz³o¶æ os³odzi³. W koñcu ¶wiat³o u niej zgas³o. Zmêczona wra¿eniami ciê¿kich trzech dni ostatnich, staruszka zasnê³a twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitw±...
Inaczej siê dzia³o w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zmêczony jednostajn± po pokoju wêdrówk±, zgasi³ lampê, u³o¿ywszy siê do snu.
Lecz sen - ukoiciel daleko odlecia³ od znêkanego starca.
Przez wielkie okno wkrada³o siê pó³¶wiat³o usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej; mrugaj±ce na niebie gwiazdy zagl±da³y do wnêtrza - komnaty, po³o¿onej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawis³szy nad ³o¿em, wpatrywa³y siê b³yszcz±ce, pytañ niedyskretnych pe³ne, w poblad³e lica bolej±cego tu cz³owieka.
0! jak¿e noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna by³a inn± dla zapomnianego ojca, a jak inna, choæ ta sama, rozpiêta na w³oskiem niebie, dla dwojga m³odych w Wenecyi!...
Tam, w upojeniu, w mi³osnej ekstazie, dwie dusze, dwa m³ode istnienia zlewa³y siê w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeñ teraz w³a¶nie bi³a mo¿e zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska u³udna szczê¶cia godzina...
A tu?...
Z cierpieniem i bólem sam na sam boryka³ siê starzec, t³umi±c ³zy, cisn±ce mu siê gwa³tem do oczu...
Bo czy¿, zaiste, to dzieciê w³asne, drogie, nie sponiewiera³o go bezlito¶nie? Czy¿ za tyle lat ojcowskich trudów, mi³o¶ci i zaparcia siê siebie, on, rodzic kochaj±cy, jak rzadko który mo¿e, zas³u¿y³ tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
Wiêc on wobec córki w³asnej nic nie znaczy³? B³ogos³awieñstwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam za¶, jego w³asne "ja," którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawa³o mu siê piêtnem, odbite by³o na duszy Oli, tak¿e okaza³o siê tak s³abem tylko? 0! do jakiego stopnia s³abem nawet, kiedy nie potrafi³o oprzeæ siê nowemu uczuciu - intruzowi!...
U¶miech gorzki, bole¶ci pe³ny, przemkn±³ siê po ustach Gowartowskiego.
- Wiêc nic trwa³ego na tym padole! - my¶la³ - wszystko marno¶ci±... rozwiewaj±cym puchem!... Wiêc drogie kamienie, per³y uczucia, powsta³e w ojcowskiej duszy z tysi±cznych ¿ycia szczegó³ów, cicho wyros³e tam kwiaty trwa³ego rodzicielskiego przywi±zania, z góry ju¿ skazane byæ musz± niemi³osiernie, by zwiêdn±æ zapoznane...
Ach, jak¿e on, naiwny, dalekim by³ my¶l± od tego! Jakiem¿e przykrem rozczarowaniem by³a dlañ ta naga rzeczywisto¶æ, brutalna, bez zas³on, choæby konwencyonalnych tylko!
Gowartowski ¶cisn±³ g³owê rêkami, zdawa³o mu siê bowiem, i¿ ona pêknie od my¶li, cisn±cych siê, jak nieproszone t³umy... Subtelny umys³ jego gi±³ siê pod ich naporem, szumia³, niby rój brzêcz±cych, dokuczliwych owadów.
Nagle, jakby dziwnym wp³ywem reakcyi, w g³owie le¿±cego zapanowa³a pró¿nia...
Gowartowski na ma³± sekundê tylko przesta³ my¶leæ...
I natychmiast zrêcznie z chwili tej skorzysta³a samowiedza.
- Przypomnij sobie w³asn± przesz³o¶æ - szepnê³a - b±d&fraq14; wyrozumia³ym!... Poszukaj dobrze, a niew±tpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z chwil± obecn±!...
Wszak m³odo¶æ ma swoje silne prawa, ka¿dy w tym czasie korzysta z nich, a staro¶æ, ubrana w po¿ó³k³e, lec±ce li¶cie jesieni ¿ycia, sw± g³owê srebrn± pochyliæ zawsze musi przed jej o¶lepiaj±cym blaskiem, pomna, ¿e i ona kiedy¶ taka sama by³a.
I pan January wysi³kiem woli uprzytomni³ sobie nagle minione lata swoje, wpatrzy³ siê w nie na chwilê...
- Nie, nie!... - wo³aæ poczê³o we wzburzeniu ca³e jego jestestwo.
Tego, co go dzisiaj spotyka³o, nie by³o tam zgo³a. On szanowa³ sêdziwy wiek, przywi±zania starych nie tratowa³; choæ kocha³ i szala³, jednak zawsze godzi³ jedno z drugiem.
Tu za¶ obecnie dzia³o siê zupe³nie co innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwróci³ siê do ¶ciany, a przymkn±wszy machinalnie powieki, i jakby chroni±c s³uch od jakich¶ odg³osów, jak dzieciê wcisn±³ w poduszki g³owê sw± siw±. Bo nagle zda³o mu siê wyra&fraq14;nie, ¿e czyn Oli przyoblek³ siê w s³owa i w pustych, cichych ¶cianach pokoju krzyczy wielkim g³osem:
- Id&fraq14; w k±t, stary niedo³êgo! Czy¿ ja potrzebujê ciebie siê pytaæ? Ja chcê ¿yæ, kochaæ! Pragnê za mê¿a mê¿czyzny drogiego sercu, a tu ty my¶lisz mi przeszkodziæ?...
W ciszy pokoju, w u¶pieniu letniej nocy, rozleg³o siê bolesne, st³umione ³kanie - starzec p³aka³...
Dawno niezmoczone ³z± sêdziwe mêskie powieki, zaszkli³y siê ros± - stroskanego ojca uniós³ ból pocz±³ rozsadzaæ piersi.
A jednocze¶nie przywidzia³o mu siê, jakby w halucynacyi nag³ej, ¿e oto sk±dsi¶ nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan z³ocisty... Przytuleni, zro¶li jakoby ze sob±, siedz± na nim Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widz±c nic doko³a.
Rydwan za¶ wspania³y zbli¿a siê coraz bardziej...
Ci±gn± go ogniste piêkne rumaki bia³e, a po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wszêdzie sypi± siê kwiaty; zasypuj± go, poch³aniaj±...
Muzyka weso³a, skoczna, zag³usza tymczasem têtent koni - nad zakochan±
par± m³odych roje cherubów unosz± siê w górze, skrzyde³ka ich szumi±
rado¶nie, a czarowna mi³o¶æ toruje im
drogê!...
I Gowartowskiemu zdaje siê równocze¶nie, ¿e pojazd ten wprost na niego wpada.
Tak jest, wyra&fraq14;nie, wyra&fraq14;nie!...
Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijañskie uderzenia kopyt koñskich...
Ach!...
To ko³a rydwanu przemknê³y po nim zwyciêsko!...
Zaszumia³o... Posypa³y siê znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka g³o¶niej zabrzmia³a.
Minê³a chwila...
Ucich³o wszystko, znik³o i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim zadr¿a³ mi³o¶nie poca³unku szmer...
Pojechali.
Zimny pot zaperli³ siê na czole Gowartowskiego. - Przez my¶l przemknê³o mu s³owo: Waryujê?...
Lecz niebawem znowu powróci³a my¶l zb³±kana.
I cierpienie natychmiast uk³uciami drobnemi raniæ go ponownie zaczê³o.
Powtórnie, umilk³e na drobn± chwilê, jak przyp³yw morza, niepowstrzymany, powrotny, rozleg³o siê w cichym spokoju komnaty zduszone ³kanie...
Szerokiem korytem rozlewa³a siê bole¶æ upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho p³ynê³a eterami, w dal...
Na dworze ¶ciemni³o siê tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie pojawi³y siê ma³e chmurki, przes³oni³y zagl±daj±ce ciekawie do pokoju gwiazdy...
Cienie rozk³ada³y siê obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmêczeniem snaæ zwyciê¿ane i wyczerpaniem, milk³o bolesne ³kanie starca, przechodz±c stopniowo w p³acz cichy. Có¿ sta³o siê powodem tego ukojenia, dzia³aj±cego ³agodnie, jak balsam, na znêkan± cierpieniami duszê stroskanego ojca?
Mo¿e to by³o przywidzeniem tylko, jednak w majacz±cych, coraz wiêcej zasiedlaj±cych pokój pó³cieniach, na ich tle widoczna zarysowa³a siê niewyra&fraq14;na jaka¶ postaæ, nachylona ze wspó³czuciem...
Któ¿ to by³ tak niepochwytny, z eterów zaledwie z³o¿ony ca³y? Mara, czy z³udzenie?
Jednocze¶nie jaki¶ dziwny szelest jakby rozleg³ siê równie¿ po pokoju... Z przyt³umionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spada³o co¶ w pewnych od siebie odstêpach, za spadniêciem za¶ ka¿dej kropli rozlega³ siê w cichej komnacie jaki¶ pe³ny, oddzielny, harmonijny ton st³umiony - gra³a jednolita, oderwana, melodyjna nuta.
Cich³a - i znów to samo czyni³a druga, trzecia, czwarta...
Có¿ to by³o na Boga? Czary, czy te¿ tylko igraszka cieni i s³uchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywo³any ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem, sp³yn±³ by³ Anio³ pocieszenia, a siad³szy cicho przy ³o¿u szarpi±cego siê z hydr± bólu starca, niós³ mu ukojenie - od Boga!...
¦ciany pokoju tymczasem coraz ciszej gra³y sw± muzykê dziwn±...
To ostatnie, do czary konchowej w d³oniach Pocieszyciela, zmieniaj±c siê tam w piêkne drogocenne per³y, spada³y z oczu cz³owieka-ojca - ³zy...
Nad lekko zmarszczon±, a mieni±c± siê jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokrêgu, ³agodnia³a coraz bardziej czerwona wstêga zachodu, a¿ znik³a, spe³z³a zupe³nie, wyparta mrokiem id±cego wieczoru.
W zak³adzie k±pielowym, na Lido, zapó&fraq14;nieni, w rozmaitych kostyumach go¶cie, powoli, stopniowo, zd±¿ali do kabin swych, a¿ objêta palami i sznurem ogromna przestrzeñ morza, przeznaczona na k±piel, zupe³nie opustosza³a niebawem.
Natomiast na werandzie po¶rodku zak³adu, na rubie¿y k±pieli, zaroi³o siê od go¶ci, spragnionych wypoczynku.
Odcinaj±c siê od innych wysok±, smuk³± sw± postaw± i dystynkcy±, zmierzaj±cy do wolnego miejsca tu¿ pod balustrad±, nad morzem, przeciska³ siê pomiêdzy licznymi zajêtymi ju¿ stolikami, Roman Dzier¿ymirski, w ubraniu ca³em bia³em, licuj±cem bardzo korzystnie z piêkn± ¶niad± twarz± jego i czarnym zarostem. Znalaz³szy w korku wolne miejsce, usiad³ i kaza³ podaæ sobie napój od¶wie¿aj±cy, a zdj±wszy zarazem bia³y kapelusz - z tego¿ materya³u, co odzienie zrobiony - spojrza³ woko³o...
Przyt³umionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeró¿nych jêzykach, brzêcza³ w jego uszach, jak rój owadów, zebrany t³um; na piêknego, a samotnego cudzoziemca spogl±da³o ciekawie i zalotnie kilka siedz±cych opodal, przystojnych W³oszek o grubych zmys³owych wargach i du¿ych, b³yszcz±cych, czarnych, jak wêgiel, oczach.
Dzier¿ymirski przetar³ czo³o rêk±, i popatrzy³ z kolei przed siebie. Otulone ju¿ mg³ami zmierzchu morze marzy³o jakby zadumane. Przyciszonym ³oskotem uderza³o o brzeg fal±, mówi³o co¶, szepta³o...
Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniej±cej jego fali ¶ciga³y siê teraz mroki, jakie¶ cienie tajemniczo p³ywa³y po niem, gwarzy³y ze sob± gdzie¶ w oddali, a t³umione ich g³osy niós³ echem ³agodny szmer fali...
Têsknym wzrokiem wpatrzy³ siê Dzier¿ymirski w bezmiar wód Adryatyku, zda³o mu siê bowiem, ¿e w¶ród tych otaczaj±cych go, obcych ludzi, ono jedno brata siê z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem my¶li jego s³ucha.
A Roman ca³kiem swobodnie poddaæ siê im móg³ po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwa³ bowiem na nikogo, by³ sam zupe³nie; ¿onê, cierpi±c± na migrenê, pozostawi³ w hotelu na w³asne jej ¿±danie.
Dot±d za¶ po prostu nie mia³ czasu pomy¶leæ, wnikn±æ w siebie.
Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mija³o dwa tygodnie, a w ca³ym tym okresie, upojony haszyszem mi³o¶ci dzielonej, przykuty do Oli z³otymi ³añcuchy uczucia, wprz±gniêty w osza³amiaj±ce, u³udne jarzmo chwil miodowych - ¶ni³ on, spa³, ¿yj±c ¿yciem nie rzeczywistem, ale jakiem¶ innem, oderwanem, l¶ni±cem siê li tylko jasno¶ci±, promieniami i blaskiem.
Prócz tego, jednocze¶nie doznawa³ on i wra¿eñ innych, subtelniejszych. By³y za¶ niemi: po pierwsze, wra¿enia czysto zewnêtrzne, a wiêc ci±g³e, bezustanne pobudzenie poczucia piêkna, wyzwane zetkniêciem siê z sztuk± tego zak±tka pami±tek Italii; - wewnêtrzne, a tym razem równie¿ w ¶cis³ej pozostaj±ce ³±czno¶ci z osi± wszystkiego dlañ teraz - z Ol±.
Dzier¿ymirski z licznych dot±d mi³ostek obeznany by³ dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwa³ to, co dzi¶...
Bo dot±d tak zwykle zdarza³o siê zazwyczaj; ¿e on by³ w mi³o¶ci zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejsz± by³a - poddawa³a siê tylko sile jego uczucia.
Teraz za¶ dzia³o siê wrêcz przeciwnie: to on czu³ siê wiêcej pragnionym i kochanym - to on poddawa³ siê sile sza³ów, po¿±dañ...
Po stronie kobiety by³a widoczna przewaga, Roman za¶ nurza³ siê w tej czystej toni niepokalanego dot±d niczem uczucia, jak w &fraq14;ródle ¶wie¿em, krynicznem nowego z³otego ¿ycia, odm³adza³ siê w niem, orze&fraq14;wia³, i upojony, odurzony - zasypia³ ¿ycie, marzy³ i ¶ni³, wch³aniaj±c w siebie ca³± moc i potêgê skierowanej ku niemu mi³o¶ci.
A jednak, wszak i on kocha³ Olê: Któ¿ by w±tpi³ o tem, gdyby tylko móg³ spojrzeæ na ukryt±, starannie od ludzkiego oka, a zapisan± kartê jego tak niedawnej jeszcze przesz³o¶ci.
W tej chwili Roman, prze¿ywaj±c jakby w my¶lach swych, poza tera&fraq14;niejszo¶ci± i lata minione, wzdrygn±³ siê, brwi zmarszczy³, i machinalnie spojrza³ przed siebie.
Zupe³nie spowi³ ju¿ morze mrok ciemny. Hen, daleko, b³yszcza³y ¶wiat³a, pozapalane na niewidzialnych prawie go³em okiem parowcach. Trzy z nich mruga³y ju¿ na ko³ysz±cym siê wodnym obszarze, po chwili zab³ys³o czwarte, pi±te...
Lekki wietrzyk wion±³ po fali, poruszy³ siê zadumany wód olbrzym, zako³ysa³, zaszumia³ tajemniczo g³o¶niejszym, ni¿ dot±d, chórem podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagra³...
U stóp Romana silniej zapluska³y fale.
W uderzeniach za¶ ich, teraz ju¿ zupe³nie bliskich, wyra&fraq14;nych, powtarzaj±cych siê co chwila, jaki¶ ukryty, szyderczy, szemrz±cy jakby g³os wo³a³, zda siê, gdzie¶ z g³êbin dalekich:
- No, i có¿, przyw³aszczycielu cudzego z³ota, dobrze ci z niem, co, nieprawda¿? Ubóstwiaj± ciê, grasz rolê milionera!
Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei za¶mia³y siê nagle wody.
- My¶lisz mo¿e, ¿e teraz, dotykaj±c siê ju¿ pieniêdzy innych, wyt³umaczonym przez to jeste¶? &hibar;e zapomniano, zagrzebano tw± tajemnicê?
- Ha-ha!-ha-ha!.. - ¶mia³o siê morze ironicznie, i dalej znowu szydzi³o:
- A widzisz - zblad³e¶! Ty dotychczas pewnym by³e¶, ¿e nikt nic nie wie o tem!..
- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo za¶mia³o siê morze, a ¶miech ten wód ogromy coraz g³o¶niej przedrze&fraq14;niaæ poczê³y.
Teraz ju¿ ca³e morze bezlito¶nie drwi³o.
Naraz g³os Adryatyku usta³ i cichym szeptem zaszemra³a fala:
- Nie bój siê! ja ¿artujê tylko... nie trwó¿ siê, ja ciê nie zdradzê...
- Patrz, jakie g³êbie kryj± siê w mem ³onie jak wielkiem jestem ja!..
- Tajemnicê tw± zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
- Nie powiem, ci... cho bêdê... ci... cho... - zaszepta³a znów fala, i szept ten powtórzy³y fal miliony...
I jak ¶miech szyderczy, tak i teraz ten pó³szept cichy, st³umiony, dr¿±cy, szed³ znowu po ³uskach fal, tajemniczy, straszny...
Nie... po... wiem!.. ci-cho bêdê, ccci-cho...
Nerwy Romana zadrga³y; podra¿ni³y go te dziwne g³osy Adryatyku, odsun±³ krzes³o na drugi koniec stolika, podpar³ rêkami g³owê, a zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zaduma³ siê g³êboko.
Przesz³o¶æ, wywo³ana chwil± samotno¶ci, i dziwnymi morza pogwary, ¶wie¿a i ¿ywa, niby wczorajsza, stanê³a mu przed oczyma, jak widmo.
Na ubogiem poddaszu, ujrza³ zatem siebie budz±cym siê po ¶nie strasznym!
Dwa ju¿ lata od tej chwili mija³y. A co on od owego czasu przecierpia³, prze¿y³, przewalczy³! - nie zliczyæ!..
D³ugo nie tkn±³ wówczas cudzych pieniêdzy; tajemniczy portfel le¿a³ pod kluczem, pozornie zapomniany.
A on ci±gle walczy³ ze sob±!..
Nie zanosi³ jednak zguby do biura policyjnego, sam osobi¶cie w³a¶ciciela nie szuka³. Czeka³...
Pod tym wzglêdem niepokoj±ca, t³ocz±ca sw± zagadk±, g³ucha panowa³a cisza.
W ¿adnem pi¶mie nie by³o wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem w³adzom nie doniós³...
A on wci±¿ szala³.
Wreszcie wyczerpa³y siê wszystkie jego w³asne fundusze, parê ostatnich lekcyi straci³ bezpowrotnie; g³ód zajrza³ do jego izdebki... Nie by³o rady, napocz±³ wówczas cudzego z³ota.
Jakby to by³o wczoraj, dzi¶ zaledwie, pamiêta wyra&fraq14;nie te tygodnie mêczarni, boja&fraq14;ni, wyrzutów, gdy si³± okoliczno¶ci zmuszonym zosta³ "¿yæ" z mienia przyw³aszczonego... Pamiêta sw± trwogê dziecinn± przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniêdzy, i innych, nastêpnych... Widzi siebie, jak naumy¶lnie zmienia³ je na drugim koñcu miasta, jak ba³ siê wtedy w³asnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..
Ka¿da drobnostka ¿ywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.
A pó&fraq14;niej znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymaæ ju¿ nie móg³!..
Wyjecha³. B³±ka³ siê za granic± d³ugo, bezmy¶lnie, a¿ dotar³ do Monte-Carlo.
Tam, opanowany gor±czk± z³ota, widz±c, jak strumienie jego, rzeki ca³e, p³yn± hojnie woko³o - do gry w ruletê rzuci³ siê z zapa³em.
Pocz±tkowo mia³ szczê¶cie szalone. Cudzy pieni±dz dwoi³ siê, troi³ cudownie, pewnego poranku jednak przegra³ wszystko co do grosza. Nie straci³ jednak odwagi. Dawszy siê ju¿ poznaæ w domu gry, jako cz³owiek bogaty i nierachuj±cy siê wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy fa³szyw± pog³oskê o olbrzymich swych jakoby dobrach, po¿yczy³ u poznanego amerykañskiego miliardera trzykroæ sto tysiêcy franków.
Porêczy³ za niego pewien lord angielski, z którym siê on, Roman, poprzyja&fraq14;ni³ bardzo. Pocz±³ graæ... Pieni±dze Amerykanina, (który, mówi±c nawiasem, wygrywa³ w tym sezonie sumy olbrzymie), przynios³y mu szczê¶cie.
Dziêki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej d³ugo¶ci seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrza³ siê panem miliona franków. U¶miech fortuny oszo³omi³ go na razie. Pocz±³ graæ ze zdwojon± energi± i ryzykiem.
Znowu wygra³ kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem pocz±³ znowu przegrywaæ, z przera¿aj±c± szybko¶ci±. Opamiêta³ siê. Przysz³a chwila rozwagi; odda³ d³ug milionerowi zza oceanu i wyjecha³. Wzglêdnie by³ jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozi³ z sob± do kraju blizko sze¶ædziesi±t tysiêcy, a wyje¿d¿aj±c mia³ tylko dwadzie¶cia kilka.
Wówczas rozpoczê³o siê dlañ nowe ¿ycie...
Przede wszystkiem wraca³ spokojny. Niezrozumia³y na razie, subtelny bardzo, posiadaj±cy jednak pewn± podstawê ¶ci¶le logiczn±, ow³adn±³ nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciê¿y³.
Roman Dzier¿ymirski, ca³y pogr±¿ony w swych wspomnieniach, ods³oni³ twarz, machinalnie powsta³, i opar³szy siê o balustradê, wpatrzy³ w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.
- Tak, zwyciê¿y³! - my¶la³ Roman dalej. Zdawa³o mu siê bowiem wówczas, ¿e nie jest tak bardzo winnym.
- Te pieni±dze s± teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedzia³ sobie wtedy, doszed³szy do tej pewno¶ci ca³em poprzedniem skojarzeniem wywodzeñ. A mianowicie: Z³oto znalezione wszak przegra³; stopi³o siê ono, znik³o, zla³o w ca³o¶æ jedn± z morzem przegrywanych w jaskini gry pieniêdzy. Mienie za¶ jego obecne - to by³a tylko wygrana z po¿yczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemaj±ca ju¿ bezpo¶redniego, dotykalnego zwi±zku ze znalezionym portfelem.
Jemu, Dzier¿ymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekañ, zw±tpieñ, ubywa³ jeden szkopu³ powa¿ny - nie dotyka³ siê on ju¿ wyjêtego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem nale¿a³ do niego ten pieni±dz, ¶lep± igraszk± losu nabyty; podwalin± za¶, przesz³o¶ci± tylko fortunki tej by³o przyw³aszczenie.
Pozostawa³ fakt, wprawdzie ju¿ daleki, znalezienia i nieoddania - pozostawa³o niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwo¶ci ze strony jego, jako jednostki spo³ecznej - niczem niestarta, wieczna tego plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko zno¶niejszem, nie tak piek±cem, l¿ejszem bez porównania by³o od odleg³ego strasznego wczoraj.
Z g³ow± podniesion± zatem do góry, pokrzepiony powy¿szymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrza³ siê wówczas po ¶wiecie i pocz±³ dzia³aæ. Rozpowszechniwszy, za pomoc± ponownie odnalezionego przyjaciela i dawnego kolegi-¶wiatowca, pog³oskê o dziedzictwie niespodzianem, a do¶æ poka&fraq14;nem, po stryju, zmar³ym w Stanach Zjednoczonych, rzuci³ siê w wir zabaw eleganckiego ¶wiata, w celu zbli¿enia siê do Oli. Dopi±³ togo, zaw³adn±æ jej sercem potrafi³, o¶wiadczy³ siê o jej rêkê, odrzuconym zosta³, i...
Powierzchnia morza spokojn± ju¿ by³a. Obojêtna ca³kiem równomiernie i ³agodnie uderza³a fala o podnó¿e werandy - milcza³a cicha...
Dzier¿ymirski obudzi³ siê ze swych my¶li, zanurzy³ rêce w bujnej czuprynie, g³ow± wstrz±sn±³, jakby pragn±c odpêdziæ roje wspomnieñ, i odwróci³ siê od wodnej toni.
Publiczno¶ci nie by³o ju¿ prawie, po platformie kawiarni, ziewaj±c, przechadza³a siê s³u¿ba. Zawo³awszy kelnera, Roman rzuci³ mu du¿± srebrn± monetê, i odprowadzony g³êbokim jego uk³onem, opu¶ci³ zak³ad k±pielowy.
Niebawem znalaz³ siê na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
W umy¶le jego cich³ szept przesz³o¶ci, niepostrze¿enie, stopniowo, obrazy jej niknê³y - tera&fraq14;niejszo¶æ wraca³a... Przed wzrokiem mê¿czyzny mignê³a naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie mi³o¶ci, ¿ycia, silnie nim ow³adnê³o.
¦pieszy³ siê.
Odpêdzi³ natrêtnego wyrostka, zachwalaj±cego mu ¶wie¿e ostrygi i jakie¶ ¶limaczki nadzwyczajne; niebawem ¿achn±³ siê znowu niecierpliwie, ujrzawszy zastêpuj±cego mu drogê rozczochranego starego W³ocha, z mane¿kami, pe³nemi pieczonych homarów i drobnych raczków.
Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roi³o siê od spo¿ywaj±cych i zapijaj±cych wino ludzi, z oddali dolatywa³o echo muzyki. Roman, przy¶pieszaj±c bezustannie kroku, wyrzucaæ teraz pocz±³ sobie, ¿e zostawi³ ¿onê sam±; niepokoi³a go my¶l uporczywa, i¿ nie cierpi ona mo¿e na migrenê, lecz, ¿e to pocz±tek zapewne s³abo¶ci zupe³nie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynaj± siê bólem g³owy.
Po co tu przyszed³?... By bezu¿ytecznie odgrzebywaæ minione chwile? Ale¿ to nonsens zupe³ny. A tam ona, Ola, sama zupe³nie - niew±tpliwe chora!..
Mi³o¶æ pani, z ca³em bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeñ i niepokojów, zaw³adnê³a niepodzielnie Dzier¿ymirskim.
Spojrza³ na zegarek - dochodzi³a dziewi±ta. Przed nim ju¿ bardzo blisko widnia³y dwie ma³e platformy przystani; pe³ne by³y ludzi, przed jedn± z nich sta³ parowiec, gotowy do odej¶cia. Dzier¿ymirski w obawie, ¿e siê spó&fraq14;ni, pu¶ci³ siê pêdem, i spotnia³y dobieg³ do przystani w tej samej w³a¶nie chwili, gdy na pok³ad odrzucano ju¿ sznur gruby, przytrzymuj±cy parowiec. Wskoczywszy nañ szybko, Roman znalaz³ siê pomiêdzy nat³oczon± ci¿b± ludzi, jak g³o¶ny rój pszczó³ gwarz±c± pomiêdzy sob±, ze ¶miechem i giestykulacy±.
Otar³szy pot z czo³a, Dzier¿ymirski wspar³ siê o porêcz balustrady pok³adu. Boki statku ³agodnie pru³y fale; oddzielona ciemn± toni±, w bliskiej ju¿ odleg³o¶ci mruga³a krêgiem ¶wiate³ rzucona na wód obszary Wenecya.
Podniós³szy do oczu dalekono¶n± lunetê, wpatrzy³ siê Roman w rz±d domów, po³o¿onych nad brzegiem, ku któremu szybko p³yn±cy parowiec zbli¿a³ siê coraz bardziej. Szuka³ hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawi³ Olê.
Okno komnaty tej w³a¶nie otwartem by³o szeroko. W ramie za¶ jego sta³a kobieta, szatynka, smuk³a, o jasnem, habrowem spojrzeniu pod³u¿nych, mieni±cych siê oczu, o piersiach wypuk³ych, wznosz±cych siê jak fala, a kszta³tach ponêtnych, pe³nych, jakby pragn±cych gwa³tem wydostaæ siê z ciasnych ram opiêtej, bia³ej, pikowej sukni. Ma³e wklê¶niêcia po obu stronach w±zkich usteczek zdradza³y przy u¶miechu rozkoszne do³eczki, r±czka maleñka i dystyngowana ca³o¶æ postaci mówi³y wyra&fraq14;nie o rasie m³odej osóbki.
Ola, wypocz±wszy w ³ó¿ku godzin kilka, wsta³a w³a¶nie przed chwil±, czuj±c, ¿e nerwowy, spowodowany upa³em i zmêczeniem ból g³owy ustaje. Pragnê³a po za tem rozerwaæ trochê my¶li, z wyj¶ciem bowiem Romana zasnê³a i ¶ni³ jej siê rodzinny Gowartów i ojciec, jak ¿ywy, tylko jaki¶ smutny i zbola³y.
I po przebudzeniu my¶l Oli pobieg³a st±d daleko... Mimo woli sama ulecia³a do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podra¿ni³ wyra&fraq14;ny zapach polnego kwiecia, zió³ i bodjaków, w uszach zabrzmia³a melodya cicha szumi±cych borów, ko³ysz±cego siê miarowo stepu - smêtna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnê³a j± tu, pod w³oskiem niebem, poczu³a, zda siê, powiew jej, têsknoty pe³ny, do uszu za¶ dolecia³o jakby gin±ce echo ¿a³osnej dumki, ¶piewanej nieuczonym g³osem mo³odycy...
I smutek ogarn±³ Olê... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?
Wszak podepta³a wszystko - jednem szarpniêciem siê zerwa³a wszelkie wiêzy - sama otworzy³a sobie przemoc± bramê do wymarzonego szczê¶cia. Tak jest. Bo Ola czu³a siê przecie¿ rzeczywi¶cie szczê¶liw±.
- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umia³, tak j± kocha³
- my¶la³a dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, £ady¿yñski? Gdzie Gowartów, z którym zros³a siê jej dusza ca³a? Co siê tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?..
Rozpamiêtuj±c w ten sposób przesz³o¶æ, przepêdzi³a Ola z godzinê.
Moc upajaj±cej rzeczywisto¶ci tak siln± by³a, jednak, ¿e stopniowo ¶cieraæ poczê³a wra¿enie snu i o¿y³e chwilowo wspomnienia. Obecnie stoj±ca w oknie m³oda kobieta my¶l± dalek± ju¿ by³a od tego wszystkiego. Obejmuj±c wzrokiem panoramê portu i morza - o¶wietlon± Wenecyê, wysepkê z ko¶cio³em S-to Giorgio Maggiore, oraz kana³y z mkn±cemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwo¶ci± wypatrywa³a Romana.
Pragnê³a ju¿ bowiem widoku mê¿a. Przed³u¿ona nieobecno¶æ Dzier¿ymirskiego i w jej duszy zasia³a ziarnka niepokoju; têskni³a ju¿ za jego pieszczot±, zapragnê³a czu³o¶ci i poca³unków...
Wzi±wszy lornetkê, przy³o¿y³a j± Ola do swych oczu, ¶cigaj±c po chwili widnokr±g spojrzeniem. Pier¶ jej przytem unosiæ siê poczê³a miarowo, usteczka za¶ zdawa³y siê ca³owaæ przestrzeñ, rozchylone, prosz±ce...
Zniechêcona, odjê³a niebawem lornetkê od oczu. Jaki¶ statek w kierunku Lido zbli¿a³ siê wprawdzie, lecz znajdowa³ siê jeszcze tak daleko...
Ola odst±pi³a od okna, i szeleszcz±c jedwabiami swych spódniczek, poczê³a niecierpliwie przechadzaæ siê po pokoju, pytaj±c sama siebie:
- Któ¿ widzia³ spó&fraq14;niaæ siê tak dalece? Widocznie zobojêtnia³a ju¿ ona Romanowi, czy¿ to jednak mo¿liwe? Wszak tak nied³ugo trwa ich szczê¶cie...
My¶li ostatnie i w±tpliwo¶ci ¶miesznemi widocznie zda³y siê m³odej kobiecie, bo po zastanowieniu siê twarz jej powesela³a, a w ciszy pokoju rozleg³ siê ¶mieszek srebrzysty. W ¶lad za tem zapali³a dwie ¶wiece i przyst±pi³a do du¿ego lustra. D³ugo, z lubo¶ci±, wpatrywa³a siê w nadobne w³asne oblicze. Przymkn±wszy z lekka powieki, lecz tak, by mog³a widzieæ siebie, przegiê³a sw± ³adn± g³ówkê i kibiæ nieco w ty³, oraz rozchyli³a usteczka...
Kszta³ty postaci jej ca³ej uwypukli³y siê ponêtnie; w pozycyi tej zatrzyma³a siê chwilê... U¶mieszek zwyciêski przewin±³ siê niebawem po drobnych wargach piêknej kobiety; podnios³a do góry rêce, ³asz±co, jak kociê, wyprê¿y³a naprzód swe cia³o, i uczyniwszy gest, podobny do przeci±gaj±cego siê po ¶nie cz³owieka, wymówi³a g³o¶ne: Aaaa...
Po chwili za¶, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetê sw± i w³osy, stanê³a znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym razem pokoju, z lornetk± przy oczach.
Zbli¿aj±cy siê tymczasem od strony morza parowiec stawa³ w³a¶nie ju¿ w przystani. Po drewnianych pomostach wysypa³ siê na ulicê t³um ró¿nolity i barwny; ¶wiat³a, pozapalane w pobli¿u pada³y nañ sko¶nie, o¶wietlaj±c wyra&fraq14;nie ruszaj±cych siê ludzi. Ola w¶ród nich stara³a siê odnale&fraq14;æ sylwetkê mê¿a, niebawem dojrza³a go rzeczywi¶cie i z rado¶ci± wykrzyknê³a do siebie:
- Jest! jest!..
W oka mgnieniu odskoczy³a od okna, zapali³a ¶wiecê, odnalaz³a szybko kapelusz i parasolkê, i wybieg³a z hotelu. Zd±¿a³a na spotkanie Romana, ¶miej±c siê z góry na my¶l, jak on siê zdziwi, ujrzawszy j± na nogach.
Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roi³o siê od publiczno¶ci. W pobli¿u hotelu, zamieszkiwanego przez Dzier¿ymirskich, muzyka graj±ca zazwyczaj na placu ¦wiêtego Marka, rozbrzmiewa³a kaskad± ochoczych tonów przed kawiarni±, przepe³nion± lud&fraq14;mi, snuj±cymi siê równie¿ wszêdzie, gdzie tylko by³o rzuciæ okiem. Ola, zd±¿aj±c ku przystani, wymija³a ich szybko, w oddali widzia³a ju¿ w¶ród id±cych sylwetkê Romana, ca³± bia³±, góruj±c± wzrostem nad innymi.
Dzier¿ymirski, niespokojny snaæ dot±d jeszcze, szed³ krokiem ra&fraq14;nym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczy³ tak zamy¶lony, ¿e by³by, nie widz±c wymin±³ Olê niew±tpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie roze¶mia³a siê weso³o i nie pochwyci³a go za ramiê. Na d&fraq14;wiêk znajomego srebrnego ¶miechu podniós³ Roman g³owê i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodzi³a mu siê natychmiast.
- Ty tu, filutko?.. - wykrzykn±³ rado¶nie, i uj±wszy obie r±czki Oli w swe d³onie, obsypywaæ je zacz±³ poca³unkami, a nastêpnie poci±gn±³ j± ku sobie, i nie zwracaj±c zgo³a uwagi na kilka mijaj±cych ich osób, uca³owa³ w twarz serdecznie.
- A tak, Romeczku! - odpar³a ¿ywo Ola - wybieg³am, bo zobaczy³am przez lornetkê, jak wysiada³e¶! Fe! któ¿ widzia³ siedzieæ tak d³ugo, gdy siê ma tak ³adn±, jak ja ¿oneczkê... - dorzuci³a, przymilaj±c siê, z lekk± wymówk± w g³osie, i doda³a jeszcze:
- My¶la³am ju¿, ¿e ci siê co z³ego sta³o!
Promieñ przebieg³ po twarzy mê¿czyzny, uj±³ ramiê Oli, i odpar³:
- A wiesz, moje ¿ycie, ¿e i ja mia³em co do ciebie my¶l podobn±?.. - u¶miechn±³ siê i doda³ - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawi³em ciê przecie bowiem w ³ó¿ku...
Id±c wci±¿ szybko przed siebie, zamilkli oboje. Mi³o¶æ odczuta, taka sama, drobn± sw± powy¿sz± oznak± zamknê³a im usta na chwilê.
- Sk±dsi¶ od Wielkiego Kana³u, w pewnych od siebie, odstêpach, dolatywa³o w³a¶nie echo silnego mêskiego g³osu, przy akompaniamencie chóru innych.
- Pojedziemy mo¿e gondol±, jak my¶lisz? - zapyta³a Ola - s³yszysz jak ³adnie ¶piewaj±?..
- Dobrze, moje ¿ycie, jedziemy!.. - odpar³ weso³o Roman.
Jak na zawo³anie, w tej samej chwili Dzier¿ymirscy us³yszeli za sob± kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."
Na lewo, obok id±cych, znajdowa³a siê "Piazzeta", a naprzeciw wznosz±cego siê majestatycznie pa³acu Do¿ów, najwiêksza przystañ gondolierów.
Dzier¿ymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszaj±cych siê przewo&fraq14;ników, podszed³ ku przystani, gdzie wespó³ z Ol± usadowi³ siê niebawem w gondoli.
- Serenada, Canale Grande! - rzuci³ ubranemu bia³o W³ochowi.
"Rematore"*) uderzy³ w wios³a, i gondola z wolna, cicha, wysunê³a siê z
pomiêdzy dziesi±tek innych, a ko³ysz±c siê na, czarnej fali kana³u,
pomknê³a we wskazanym kierunku. Roman obj±³ kibiæ ¿ony i pocz±³ muskaæ
delikatnie ustami jej oczy, czo³o, szyjê i usta. Ona za¶ uchyla³a siê
wci±¿ figlarnie, szepcz±c:
[*) Wio¶larz.]
- Wstyd&fraq14; siê... gondolier patrzy...
Lecz mê¿czyzna nie przestawa³. Kilkakrotnie usta ich z³±czy³y siê w poca³unku gor±cym, d³ugim, od którego zadr¿eli oboje, z ust Romana sypa³y siê ciche i urywane, dysz±ce uczuciem i namiêtno¶ci±, pieszczotliwe wyrazy...
A wko³o nich, szeleszcz±c uderzeniami wiose³, sun±c równie¿, jak i oni cicho, mknê³y, migocz±c kolorowemi ¶wiate³kami, gondole, zmierzaj±c wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kana³owi, ca³emu rozbrzmiewaj±cemu w tej chwili, jak harfa ruszona ¶piewem i muzyk±. O¶wietlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, miga³y w oddali wielkie gondole, a raczej statki ma³e, tak zwane "serenady", na których orkiestry cale grajków i ¶piewaków-samouków popisywa³y siê ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet czêstokroæ artyzmem.
Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabi³o ¶wiat³ami i st³umionym ¶piewu odg³osem, ko³o nich za¶, w pobli¿u, grupowa³y siê krêgiem dziesi±tki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie s³uchaczami. Niektóre z rozbrzmiewaj±cych ¶piewem i muzyk± bark podje¿d¿a³y pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych pierwszorzêdnych hoteli i koncertuj±c tam wy³±cznie dla hotelowych go¶ci, zbierali od nich dla siebie datki, sun±c ró¿nobarwnemi ¶wiat³ami i gorej±cym kad³ubem stateczku zwolna u marmurowych stopni pa³acowych balkonów.
Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, ¶piewaj±cych wprost ko¶cio³a S-ta Maria della Salute, pod oknami pa³aców Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza ko¶cio³em, zabrzmia³a w³a¶nie nagle pie¶ñ solowa ..
Zag³uszaj±c inne g³osy ¶piewaków bli¿szych i dalszych, zadrga³a ona uczuciem, i zrêcznie modulowana przyjemnie pie¶ci³a s³uch, coraz donio¶lejsza, bli¿sza...
- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowa³a Ola, ujêta g³osem ¶piewaka.
- Bene, carissima! - odpar³ Roman, i skin±³ na wios³uj±cego. Gondola ich, kierowana umiejêtn± rêk±, wymijaæ zaczê³a ³odzie, coraz liczniejsze.
Roman i Ola, widz±c siê coraz bardziej otoczonymi, przestali poca³unków i pieszczot, chwilowo poddawszy siê zupe³nie czarowi pie¶ni, p³yn±cej ku nim w ciszy wieczoru.
Oboje milczeli...
Gondola tymczasem skrêci³a powoli w lewo, ku roz¶piewanej barce, i w¶lizn±wszy siê swym wysokim przednim dziobem, jak w±¿, pomiêdzy ko³ysz±ce siê dziesi±tki innych gondol - stanê³a wreszcie, zatrzymana zrêcznie. Gondolier przymocowa³ sznurem swój pojazd do s±siednich i za³o¿ywszy na krzy¿ rêce, w skupieniu wespó³ z innymi zas³ucha³ w pie¶ñ...
Szerokiem pó³kolem, ciche, ko³ysa³y siê wszêdy inne gondole; wsparci w nich s³uchacze poddawali siê niewyt³umaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pie¶ni szczerej, niewykwintnej, chwytaj±cej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadaj±cej w duszê g³êboko.
Po smêtnych pie¶niach nastêpowa³y skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodzi³ w³och, rozczochrany, od ¶piewu wzruszony jeszcze, i z czapk± w rêku zbiera³ "co ³aska", przestêpuj±c ostro¿nie z jednej gondoli na drug±.
W ciszy za¶ wzglêdnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem, rusza³y siê z miejsc swoich niektóre ³odzie, wracaj±c, lub zd±¿aj±c dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwa³a siê milcz±co nowoprzyby³a gondola, a publiczno¶æ, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lo¿ach, natychmiast spogl±da³a ciekawie na swego s±siada, pó³g³osem komunikowa³a sobie uwagi, w rozmaitych jêzykach.
I w cicho¶ci powoli milk³y, to znów z kolei rozbrzmiewa³y dalsze i bli¿sze roz¶piewane barki, wreszcie antrakt siê koñczy³, po wodach kana³u mknê³a znów ze "sceny" serenady pie¶ñ namiêtna...
S³ucha³y jej echa zdawa³o siê, pob³a¿liwie i ciekawie gwiazdki, licznie rozsiane po gwia&fraq14;dzistem niebie po³udnia - s³ucha³y krzy¿e, i wie¿yce licznych ¶wi±tyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców.
Od czasu do czasu komunikuj±c sobie przyciszon± uwagê, Roman i Ola s³uchali równie¿ uwa¿nie w³oskich pie¶ni, nastrój za¶ dzisiejszego wieczora rozmarzaj±co dzia³a³ na nich. My¶li ich daleko ulatywa³y, pod wp³ywem tej nocy, tego krajobrazu niezwyk³ego, a pe³nego czaru, i tej niewymuszonej, tchn±cej uczuciem pie¶ni, wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmuj±cych siê melody± s³ów swoich, kochaj±cych tak wyra&fraq14;nie pie¶ni owe, narodowe - w³asne!
Wywo³ana zatem ¶wie¿emi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego popo³udnia, my¶l Oli bieg³a nieprzeparcie do stron ojczystych - przymru¿a³a oczy, i widzia³a ogród Gowartowski... wynios³e oblicze ojca...
Romana za¶ trapi³y z kolei te same, co i nad morzem my¶li... Fa³sz obecnego po³o¿enia, przysz³o¶æ niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnic± na dnie duszy ukrywaæ siê zmuszon±, przed okiem najdro¿szej nawet teraz dlañ na ¶wiecie istoty, zaciemnia³y chmur± troski czo³o Dzier¿ymirskiego, mg³± smutku matowa³y spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.
I ¿al jaki¶ niezmierny, ¿al do ¿ycia, rozpiera³ mu piersi, do losu, ¿e, postawi³ go na tak ¶liskim i ko³ysz±cym siê gruncie, ¿e tylko za cenê tego fa³szu i wyrzutów sumienia, pozwoli³ mu zdobyæ to jego dzisiejsze nieograniczone szczê¶cie!
Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spogl±da³ na Olê. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, równie¿ marzy³a cicho... Cienie przechodzi³y, przemyka³y siê po jej wdziêcznem, zamy¶lonem obliczu, czasem na usteczkach zagaszcza³ b³±kaj±cy siê u¶mieszek.
Roman wtedy z mi³o¶ci± bezgraniczn± zatrzymywa³ d³u¿sz± chwilê spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popada³ w zadumê, lub s³ówkiem pieszczoty, albo spostrze¿eniem jakiem przerywa³ milczenie. Ola odpowiada³a mu skinieniem g³ówki - zamieniali pomiêdzy sob± zdañ urywanych kilkana¶cie, i znowu milkli, poddaj±c siê nastrojowi zewnêtrznemu otoczenia i wewnêtrznemu dusz w³asnych. W ten sposób czas mija³.
Powoli, stopniowo rozlu&fraq14;ni³o siê ¶cie¶nione gondol pó³kole... Z cichym wiose³ szelestem i pluskiem ruszonej wody odp³ywa³y one jedne po drugich - du¿e barki s±siednich serenad ginê³y równie¿ w oddali, ¶piewy ich cich³y...
Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewa³o po kanale ostatnimi tony, a miêdzy innemi i barka, ko³o której ko³ysa³a siê gondola Dzier¿ymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznika³y ju¿ tak¿e liczne sylwetki i twarze go¶ci, w pobli¿u, na wie¿y ko¶cielnej, wybi³a rytmicznie godzina jedenasta...
Roman ockn±³ siê pierwszy, dotkn±³ delikatnie d³oni± r±czki Oli i rzek³:
- Pora ju¿ nam, kochanie... prawda¿?..
- Która? - zapyta³a Ola, zbudzona.
- Jedenasta, moje ¿ycie - odpar³ Roman.
- Ju¿?.. - zdziwi³a siê Ola, westchn±wszy. To jed&fraq14;my, nie s±dzi³am nigdy, by ju¿ tyle czasu minê³o...
- O czem¿e tak duma³a moja pani? - zapyta³ Roman, z u¶miechem.
- A ty? - odpowiedzia³a pytaniem Ola.
- 0... ja?.. nic ciekawego - odpar³ po¶piesznie Roman, i jakby pragn±c, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwróci³ siê szybko do gondoliera, informuj±c go, dok±d ma ich zawie&fraq14;æ.
Gondola, wycofana z ³atwo¶ci± z przerzedzonego ju¿ krêgu, zawróci³a i pomknê³a ku o¶wietlonemu niebieskawym ¶wiat³em latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wie¿ach odleg³ych ko¶cio³ów, uk³adaj±cej siê do snu Wenecyi, w milczeniu, ró¿nymi tony dzwoni³a godzina jedenasta, zda³a dochodzi³ jeszcze przyciszony odg³os muzyki...
Wyci±gn±wszy siê wygodnie w gondoli, Roman uj±³ znów kibiæ ¿ony, i pieszcz±c wargami jej szyjê, pocz±³ mówiæ cicho, d³ugo, ci±gle.
Czu³ potrzebê mówienia; chcia³ zag³uszyæ, odpêdziæ natrêtne my¶li, wspomnienia, przechodzi³ z tematu na temat, ¶mia³ siê, dowcipkowa³, ca³owa³ Olê co chwila. A ona szczebiota³a równie¿...
Pe³ne wesela g³osy dwojga m³odych z³±czonym akordem przerywa³y co chwila milczenie i spokój "Canale Grande", pada³y i ¶lizga³y siê echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei p³awi³y siê cienie pa³aców, z³otym deszczem igra³y gwiazdy i swawoli³ powiew wietrzyka, id±cego z morza, pokrytego ciemno¶ci±, ¶ni±cego w oddali...
Dostawszy siê na pe³niê wód kana³u ¶w. Marka gondola pomknê³a chy¿o, a niebawem po falistej tafli w³oskiej laguny rozleg³a siê ¶piewana zgodnym liórem mêskiego barytonu i kobiecego sopranu pie¶ñ polska: "Szumi± jod³y"...
- A co, nie mówi³em, ¿e to nasi, choæ on taki czarny, jak W³och - odezwa³ siê po polsku, z gondoli, któr± mijali Dzier¿ymirscy, rubaszny trochê g³os mê¿czyzny.
- No, tak dziobaæ siê, jak go³±bki, to i inni potrafi±... odpowiedzia³ ironicznie kto¶ drugi.
- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z przekonaniem, stanowcza, rozleg³a siê odpowied&fraq14; szlagona.
Tymczasem gondola Dzier¿ymirskich mala³a ju¿ coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem ¶wiate³kiem migoc±c z oddali. Wkrótce, zalecia³a jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...
- Moo - ja!... odda³o echo lagun morza i zmilk³o, ca³y za¶ kad³ub
czarnej gondoli znik³ gdzie¶ niebawem, ustêpuj±c miejsca innym,
nadci±gaj±cym coraz gê¶ciej od strony Wielkiego Kana³u, coraz cichszego,
coraz bardziej pogr±¿aj±cego siê w czerni bezbarwn±, g³uch±,
zapadaj±cego tam u¶pienia - Nocy!
- * *
- Patrz, patrz! jakie¿ to piêkne!..
S³owa te, pó³g³osem, z akcentem zachwytu, wymówi³a Ola, i oboje wraz z Romanem stanêli na miejscu, jak przykuci. Nad ich g³owami wznosi³a swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiêkniejszych, po bazylice San Marco, ¶wi±tyñ w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali za¶ przed mauzoleum Canovy.
- Prawda! - szepn±³ w odpowiedzi ¿onie Dzier¿ymirski. - Zdawa³oby siê, i¿ ten oto anio³, czy geniusz u¶piony, ¿yje, oddycha, stró¿ czujny... urwa³, studjuj±c dalej pomnik z uwag±.
- A te postacie, nieprawda¿, i¿ rzeczywi¶cie id±, ruszaj± siê wolno, pogr±¿one w cichej bole¶ci i smutku! - podchwyci³a ¿ywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piêkna.
Oboje umilkli, z niek³amanym zachwytem wpatruj±c siê w rze&fraq14;bê.
Od grobowca bowiem, przez samego Canovê modelowanego niegdy¶ na pomnik dla Tycyana, bi³o rzeczywiste, szczere piêkno i chwyta³o za serce - mówi³o...
Przyparty do ¶ciany, ca³y z bia³ego marmuru, a trójk±tnym kszta³tem w minjaturze przypominaj±cy, piramidy Egiptu, sta³ sarkofag otworem...
Na lewo, jakby strzeg±c doñ wchodu, olbrzymi lew marmurowy le¿a³, z obwis³emi ³apami, potê¿ny, srogi, i jakby smêtnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzyd³y, opiera³ siê wielki Anio³ u¶piony...
I tchn±ce ³agodno¶ci±, cudne oblicze Anio³a zda siê byæ rzeczywi¶cie nie z tego nêdz pado³u!..
Z ludzk± twarz±, to prawda, spogl±daæ siê zdaje na widza, lecz oczy jego przymkniête nieco, skupienia i zadum pe³ne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, cisz± za¶wiatów, wieczno¶ci milczeniem i bytu zagadk±, nêc± oto wyra&fraq14;nie, wzrok ci±gn± za sob±, unosz± duszê, my¶l... gdzie¶ w strefy nadziemskie do nieba!...
A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze ¶wiata, wolno sun± jakie¶ postacie, zmierzaj±c do otwartych na ¶cie¿aj wrót sarkofagu...
Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wiêksza, kobieta m³oda, jest ju¿ tu¿ blizko, u grobu prawie, w ¶lad za ni±, z girlandami kwiatów, postêpuj± postacie mniejsze - to dziatki.
Id±... Krocz±, z pochylon± g³ow±, przygnêbieni, smutni, niebawem ju¿ cisi przest±pi± oni próg grobowca...
- Chod&fraq14;my! - szepnê³a Ola poci±gaj±c lekko Romana za rêkê.
Z widoczn± niechêci±, jakby nie mog±c oderwaæ wzroku od piêknego pomnika, poruszy³ siê Dzier¿ymirski, i wyrzek³ pó³g³osem:
- Czy ju¿ obejrzeli¶my tutaj wszystko?
- Zdaje mi siê, ¿e wszystko - odpowiedzia³a Ola.
W pustej i cichej ¶wi±tyni rozlega³y siê wyra&fraq14;nie ich kroki, prócz nich bowiem obecnie nie by³o tu nikogo.
Dzier¿ymirski wyj±³ zegarek.
- Szósta! Wracajmy, musimy po¿egnaæ jeszcze Wenecyê z Campanili - rzuci³ ¿ywo, i uj±wszy ramiê ¿ony, skierowa³ siê ku wyj¶ciu z ko¶cio³a.
Na progu Dzier¿ymirscy stanêli, obrzucaj±c ostatniem spojrzeniem ko¶ció³; wzrok ich przesun±³ siê raz jeszcze po wspania³ych grobowcach do¿ów, Tycyana i wyszli.
Upalny spokój w³oskiego popo³udnia obj±³ ich natychmiast. S³oñce pali³o jeszcze, na uliczkach Wenecyi by³o pusto.
Dzier¿ymirscy szli przy¶pieszonym krokiem, zmierzaj±c ku mostowi "di Rialto." By³ to ostatni ju¿ dzieñ pobytu ich w Wenecyi, wyje¿d¿ali nazajutrz, ¿egnaj±c dzi¶ po raz ostatni urocze miasto pami±tek.
A ¿egnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie jeszcze ko¶cio³ów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dok±d zachêca³o ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piêkna.
A wiêc pa³ac Do¿ów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiêkne sale i ponure wiêzienia, pa³ac królewski, bazylikê, a tak¿e zarówno arcydzie³a pêdzla Tycyana, Tintoretta, Paw³a Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."
- Wiesz, kochanie? musimy spieszyæ siê porz±dnie, gdy¿ o siódmej podobno zamykaj± ju¿ Campanilliê*)-odezwa³ siê Roman po d³u¿szem milczeniu id±c z Ol± bezustannie tak sarno szybko i s³uchaj±c zarazem szczebiotu jej, wci±¿ jeszcze znajduj±cej siê pod wra¿eniem pysznego dzie³a Canovy. [*)Znana powszechnie pod t± nazw± dzwonnica ¦wiêtego Marka w Wenecyi, siegaj±ca budow± i stylem X wieku, dzi¶, jak wiadomo, ju¿ nie istnieje. Runê³a dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
- Co za ¶wietn± doprawdy mia³e¶ my¶l, Romciu, zestawiæ to obejrzenie Wenecyi z wy¿yn na zakoñczenie! - rzek³a Ola, i dorzuci³a z o¿ywieniem:
- Bo ostateczne owe wra¿enie nie zu¿yte dot±d jeszcze, nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...
- A widzisz, me ¿ycie, ¿e nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z u¶miechem odpar³ Roman, mi³± mu bowiem by³a my¶l, ¿e ich wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzaj± siê tak dobrze.
W tem bo ostatniem los rzeczywi¶cie nie by³ posk±pi³ zadowolenia Romanowi. Ola, by³a to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem poczuciem piêkna i niezmiern± wra¿liwo¶ci± na dzie³a sztuki, zgrzytów pod tym wzglêdem pomiêdzy nimi nie by³o wcale - dope³niali siê wzajemnie.
- Poczekaj, kochanie - odezwa³ siê znów Roman - spo¿yjemy sobie parê brzoskwiñ... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
- O! ja tak¿e!.. wykrzyknê³a potwierdzaj±co i weso³o Ola, poczem oboje zbli¿yli siê do charakterystycznego, szerokiego, pod p³óciennem okryciem od s³oñca, weneckiego straganu, przepe³nionego ró¿nemi owocami i jarzynami.
Minêli ju¿ byli wa¶nie "ponte di Rialto", znajduj±c siê obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz o¿ywionego ruchu. Woko³o nich szwendali siê liczni przechodnie, przekupnie wychwalali g³o¶no swój towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub rzadko¶æ w Wenecyi - zimn± wodê do picia, mówi±c nawiasem, nadzwyczaj niezdrow±.
Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiñ, i spo¿ywaj±c je, Dzier¿ymirscy pu¶cili siê znowu w dalsz± drogê. Szli obecnie najbardziej o¿ywion± i handlow± ulic± w Wenecyi, tak zwan± "la Merceria", wij±c± siê w kszta³cie szerokiego trotuaru pomiêdzy domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim po³o¿onych sklepów, a wiod±cej zygzakiem od mostu di Rialto do wie¿y zegarowej na placu San Marco.
Zaczepiani co chwila przez natrêtnych w³a¶cicieli magazynów, przekupniów mozaiki i ma³ych bosonogich ch³opaków, narzucaj±cych siê im co chwila, z pytaj±cem s³owem i spojrzeniem ³adnych, czarnych ocz±t: "Accompagnare, signore?...", Dzier¿ymirscy szli szybko, wygodn±, choæ krêt± ulic±, rozmawiaj±c wci±¿ ze sob±.
Niedos³yszane wzajemnie czêsto w gwarliwym ha³asie "Mercerii" s³owa ich ginê³y bez echa, gdy naraz i tym razem zupe³nie g³o¶no, po niewiele znacz±cych uwagach, odezwa³ siê pierwszy Dzier¿ymirski.
-Czy wiesz, moje ¿ycie, i¿ to ju¿ trzy tygodnie blisko, jak wyjechali¶my z kraju? Czas leci, kto by pomy¶la³, ¿e niebawem ju¿ minie miesi±c, jak porwa³em ciebie, szczê¶cie moje, z ³ona rodziny?..
Choæ w ostatnich s³owach brzmia³ ton ¿artobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrza³ na ¿onê, pierwszy to bowiem raz tak wyra&fraq14;n± czyni³ alluzyê do niedawnej, a prze³omowej chwili ich ¿ycia; dorzuci³ zaraz:
- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem my¶li i co czyni w tej chwili twój ojciec... przytem wahaj±co spojrza³ z pod oka na Olê, uwa¿nie, jakby zbadaæ pragn±c, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.
Lekka mg³a jakby przemknê³a po twarzy m³odej kobiety, a brewki jej zmarszczy³y siê przelotnie, jednak¿e odpowiedzia³a natychmiast.
- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spu¶ci³a oczy, zarumieniwszy siê lekko - bardzo czêsto... podkre¶li³a akcentem te s³owa, - my¶lê o tem...
I Ola z kolei podnios³a swe przymglone oczy na Dzier¿ymirskiego, a jemu zda³o siê jednocze¶nie, ¿e wilgotnemi by³y one...
W tej samej chwili m³oda kobieta ruchem ³agodnym, a wdziêku pe³nym, po³o¿y³a sw± r±czkê drobn± na rêku mê¿a.
- Nie gniewaj siê, mój drogi, ¿e ci to mówiê - rzek³a miêkko - ale... ale wierz mi, ¿e ja nieraz lêkam siê jakby po prostu, by ta przesz³o¶æ nasza, a w szczególno¶ci gwa³towna chwila ucieczki mojej, nie przynios³a nam nieszczê¶cia... Biedny ojciec! - cicho westchnê³a Ola i umilk³a, spu¶ciwszy nie¶mia³o wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy siê s³ów ostatnich.
Teraz Roman z kolei pochwyci³ rêkê ¿ony i u¶cisn±wszy j± serdecznie kilka razy, wzruszony, pocz±³ pocieszaæ Olê z cicha, w koñcu zmieni³ zupe³nie temat rozmowy, przeszed³szy po¶piesznie na przysz³e zamiary wspólnej podró¿y. Równocze¶nie jednak sposêpnia³, i, choæ drobna, ma³a chmurka, co niby cieñ, w¶liznê³a siê pomiêdzy ich dusze - wzglêdnie rozwia³a siê do¶æ prêdko, zostawi³a jednak w umy¶le Dzier¿ymirskiego ¶lad trwa³y. Teraz zatem, gdy znowu zamienia³ z Ol± banalne nieco frazesy, my¶l jego pracowa³a uparcie w dalszym ci±gu.
Wiêc on nie myli³ siê, bêd±c czêstokroæ niespokojnym, gdy widzia³ przychodz±c± na czo³o ¿ony nag³± zadumê, na pozór niewyt³umaczon± zgo³a niczem.
Wiêc w g³ówce tej, w której, prócz mi³o¶ci dla niego, d³ugo nie przypuszcza³ innego uczucia - tkwi³ jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmiennemi zatem krocz±c drogami, dusze ich - ze &fraq14;ród³a tylko innego ca³kiem p³yn±ce - obie jednocze¶nie mia³y swoje skryte zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola wiêc tak¿e cierpia³a...
- Dziwne, to ¿ycie, dziwne! - omal ¿e nie g³o¶no wymówi³ Roman.
- 0! patrz, ju¿ plac ¶w. Marka - weso³o wykrzyknê³a Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocze¶nie doda³a:
- Wpó³ do siódmej! - Zd±¿ymy!..
Dzier¿ymirski nie podniós³ uwagi ¿ony, przelotnie spojrza³ tylko w jej twarz, a widz±c Olê u¶miechniêt±, powesela³ sam równie¿.
Wydostawszy siê z w±skiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali siê ju¿ oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym woko³o kolumnami pa³acu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzêdnych kawiarniach Wenecyi, roi³o siê od ludzi; na mozajkach, krzy¿ach, br±zowych koniach i kopu³ach bazyliki ¶w. Marka gra³y promienie s³oñca, u stóp za¶ Campanili, dok±d zmierzali Dzier¿ymirscy, i przed ko¶cio³em, po¶rodku placu, grucha³y i lata³y setki go³êbi, karmionych rêk± publiczno¶ci. Zap³aciwszy za wej¶cie, Roman i Ola powoli zaczêli wstêpowaæ na górê.
Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelaj±cej w górê wysoko i samotnie, sz³o siê nie po schodach, lecz po lekko pochylonej p³aszczy&fraq14;nie spiralnej, nader wygodnej, choæ krêtej, wchodz±cego wcale nie mêcz±cej.
Co kilka minut postêpuj±cym na szczyt dzwonnicy Dzier¿ymirskim miga³y z prawej strony ma³e okienka, pozwalaj±ce im pochwyciæ r±bek krajobrazu, ¶ciany za¶ wie¿y przepe³nione by³y licznymi podpisami turystów.
Wzglêdnie do¶æ d³ugo, bo powoli, zmêczeni poprzednim po¶piechem, szli pod górê Roman i Ola, zanim dostali siê wreszcie na obszern± szczytow± platformê dzwonnicy. Prócz sprzedaj±cego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowa³o siê tutaj. Dzier¿ymirscy zbli¿yli siê do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem ca³y widok, u stóp ich i henhen, daleko!...
- ¦liczne, prze¶liczne! - rzek³a po chwili Ola pó³g³osem, z przejêciem, Roman za¶, potakuj±c ¿onie, wyj±³ noszon± stale ze sob± lunetê i regulowaæ j± pocz±³.
S³oñce w³a¶nie zni¿a³o siê ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziej±c purpur±, k±pa³a siê promienistymi blaskami w morzu, roz¶wietla³a jego tajemnicz± g³êbiê, roz¿arza³a, na kszta³t g³owni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, z³otym prostopad³ym go¶ciñcem zanurzaj±c siê stopniowo coraz bardziej w iskrz±c± siê ¶wiat³ami toñ. I zielonkawe, ³agodne Adryatyku fale, rozchyla³y siê przyjacielsko i go¶cinnie - roztwiera³y swe nurty do id±cego na spoczynek s³oñca, wód szmerem ko³ysaæ siê je zdaj±c do snu cichego...
Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej bieg³y ostatnie promienie jego; rozlewa³y siê wko³o po¿egnalnym odblaskiem - pie¶ci³y ju¿ morze ca³e, zapala³y na niem miljony barw i odcieni, sko¶ne lecia³y w lewo ku Lido, "giardini publici," s³a³y siê krwawi±ce na dachach i wie¿ach le¿±cej w dole Wenecyi - i ginê³y nareszcie w zamglonej gdzie¶ dali, tul±c siê do majacz±cych hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...
Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.
Otulony cisz± bezmiarów, tchn±cy spokojem id±cego wieczora, zachwyca³ ich ten krajobraz.
- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaj± sobie nasi brudni w³osi swoje "pranzo" - rzek³a nagle do mê¿a Ola, wskazuj±c rêk± spiêtrzon± u stóp ich, w¶ród w±skich kana³ów, Wenecyê, i ¶cie¶nione dachy jej domów, gdzie na werandach spo¿ywano w³a¶nie posi³ek.
- A, prawda! - potwierdzi³ Roman.
- Zabawnie wygl±daj± na swoich daszkach, jak liliputy... - zauwa¿y³ jeszcze i uj±wszy ramiê ¿ony, zbli¿y³ siê znów ku balustradzie od strony morza.
- Patrz! - rzek³ przyciszonym g³osem, wskazuj±c na prawo l±d sta³y - widzisz te otulone mg³ami sylwety miast i gór?..
- Widzê - potwierdzi³a Ola.
- Oto Fusina - obja¶niaæ pocz±³ ¿onie Roman - tam znów g³êbiej, to Padwa i Treviso...
Tu, na zachodzie - to otaczaj±ce Weronê szczyty górskie, a tam - wskazuj±c ruchem rêki kolistym krajobraz, mówi³ dalej Dzier¿ymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.
I Roman manewruj±c równocze¶nie lunet± odkrywa³ coraz to inne odleg³e góry i miasta, a u¿yczaj±c lornety swej ¿onie, obja¶nia³ j±, t³umaczy³.
Tymczasem za¶ platforma dzwonnicy opustosza³a stopniowo. Prócz przekupniów, zalecaj±cych swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie by³o tu ju¿ prócz Dzier¿ymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali siê do odej¶cia, gdy oto nagle przystanêli znowu, zas³uchani.
Z weneckiego starego grodu sz³a muzyka dziwna... Jak orkiestr± dobran± grana, wêdrowa³a przez otulone milczeniem przestworza melodya ko¶cielnych dzwonów...
Rozpoczê³y j±, na wprost Campanili dzwony ko¶cio³ów: Redentore, na wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ¶lad za niemi powtórzy³y inne ¶wi±tynie. Z Santa Maria della Salute na czele rozbrzmia³y kolejno po ca³ej Wenecyi, wstrz±snê³y cisz± "królowej Adryatyku" - tu dono¶nie bij±c basem, tam znów skar¿±c siê ³agodnie, kwil±c - wspólnie zagra³y chórem sw± pie¶ñ wieczorn±...
Dobranymi jakby akordy pop³ynê³y d&fraq14;wiêcznie tony poprzez laguny i kana³y, morzem, po grzbietach fal, ulecia³y w dal sin±, zda siê, nios±c swe echa a¿ do podnó¿y gór.
Roman, nachyliwszy siê ku ¿onie, rzuci³ pó³g³osem:
- Co za wspania³e i silne wra¿enie, nieprawda¿?...
Chcia³ powiedzieæ co¶ jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie urwa³...
Dzier¿ymirscy zadr¿eli oboje. Kobieta przytuli³a siê, jak powój, do mê¿czyzny, on za¶ obj±³ opiekuñczym ruchem jej kibiæ i silnem ramieniem przycisn±³ wylêk³± do siebie.
To z dzwonnicy ¶w. Marka, tu, na szczycie jej, o parê zaledwie kroków od nich, zagrzmia³ w³a¶nie do wtóru innym, zadudni³, g³usz±c wszystko sw± si³±, dzwon olbrzymi i potê¿ny - "San Marco."
G³os jego tubalny, hucz±cy, zmiesza³ siê z ogóln± ary± dzwonów, nape³niaj±c echami grzmotów, trzês±c platform± wie¿ycy.
A jednocze¶nie Roman i Ola dziwnego doznawali wra¿enia. Zda³o siê im bowiem, jakby ich tutaj nie by³o ju¿ zupe³nie.
Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowa³ siê tu jeno jeden jedyny olbrzymi d&fraq14;wiêk, z którym istnienia wspólne zla³y siê, z³±czy³y. Glos dzwonu przenika³ ich do g³êbi, szed³ a¿ do dna dusz, gra³ na fibrach nerwów; trz±s³ nimi, potê¿ny w swej mocy - wielki...
Ola jeszcze bardziej przytuli³a siê do mê¿a, jakby szukaj±c obrony przed czem¶, czy przed kim¶, Dzier¿ymirski silniej przygarn±³ j± do siebie. Równocze¶nie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomy¶lnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbli¿y³y siê i z³±czy³y usta!...
Ostatni z ostatnich promieñ zachodu zapali³ na sekundê jedn± gwiazdê na czo³ach mê¿czyzny i kobiety, skojarzy³ siê z ich pieszczot± i znik³. S³oñce zgas³o... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od poca³unku, a trwali w nim jeszcze...
Jaka¶ bowiem niewyt³umaczona niczem chêæ przed³u¿enia jakby tej chwili ogarnê³a Dzier¿ymirskich.
W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drga³y uczuciem, a hucz±cy g³os dzwonu zdawa³ siê bardziej jeszcze kojarzyæ ich ze sob±... £±czy³ siê sam niby z ekstaz± ich poca³unku, a usuwaj±c z niego zarazem pierwiastek zmys³ów poziomy - wznosi³ dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzie¶ strefy, uszlachetnia³, budzi³ w nich jakie¶ chêci i pragnienia i przypina³ skrzyd³a do lotu i rozszerza³ piersi i kaza³ siê modliæ pokornie...
Z ekstazy pierwsza zbudzi³a siê kobieta.
Przyblad³a nieco, oderwa³a drobne wargi od ust Romana i szepnê³a cichutko: - Chod&fraq14;my ju¿!..
- Dobrze, z³oto moje, kochanie najmilsze! - odpar³ pieszczotliwie Dzier¿ymirski, i oboje w ¶lad za tem skierowali siê ku wyj¶ciu.
Nic nie mówili teraz do siebie. Zamy¶leni, pogr±¿eni w swój dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w dó³ ci±gle.
I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju w¶lizgiwaæ siê poczê³a w ich dusze, mózgi i serca...
Przy d&fraq14;wiêkach bo oto graj±cego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakie¶ zw±tpienia obsiad³y nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - nikn±³, wewnêtrzne zadowolenie i napiêcie duchowe s³ab³o!..
Lecz czy¿ to z³udzenie? Wszak g³os tego¿ samego dzwonu jest teraz jakim¶ ca³kiem innym, odrêbnym; to nie ten na górze, wysoko!
Tamten, pe³en otuchy, dodawa³ odwagi, wzmacnia³. A ten, wstrz±saj±c murami wynios³ej wie¿ycy, b³±ka siê gdzie¶ tylko po jej zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
I pod jego wp³ywem, jakby pod dzia³aniem czarodziejskiej si³y, w my¶lach Dzier¿ymirskich, ka¿demu z osobna, zaszumia³y znowu wyrzuty sumienia.
Jej, Oli, stanê³a przed oczami, jak ¿ywa, marsowa twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzutów pe³ne. ¬renice rodzica wyra&fraq14;nie przytem zdawa³y siê skar¿yæ, mówiæ: Ja ciê kocha³em, drogie dzieciê, a ty tak pogardzi³a¶ mn±, zrani³a¶ tak dotkliwie i bole¶nie!
Romanowi za¶ tak ¿ywo przypomnia³a siê z przed laty chwila pewna, i¿ zdziwi³ siê sam niepomiernie. Sw± ubog± izdebk± z przed laty, straszn± noc walki ze sob± samym, i zwyciêstwo z³ota ujrza³ tu w Campanili-wszystko!..
A dzwon tymczasem hucza³ coraz bardziej, i przytem coraz jakby sro¿szy i bezwzglêdniejszy, surowszy... Dzier¿ymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym g³osem karc±cym z wysoka, pospieszniej w dó³ schodziæ poczêli.
Cienie wieczorne k³ad³y siê ju¿ po pustych zak±tkach starej, jak ¶wiat, wie¿ycy, mroki tajemnicze pe³za³y tu swobodnie. Przy d&fraq14;wiêkach dzwonu, który wci±¿ trz±s³ jej ¶cianami, w¶ród ciemniej±cej stopniowo, a zamkniêtej w nich pustki, schodzi³a, spuszczaj±c siê coraz szybciej, zni¿a³a siê para m³odych.
Wreszcie zmierzch szary poch³on±³ zgrabne postacie, i zapanowa³ bezpodzielnie w Campanili. Jednocze¶nie o jej mury odbi³o siê echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzier¿ymirskich przypomnienie przesz³o¶ci...
W ¶lad za tem uspokoi³o siê wkrótce wszystko.
Wiekopomna wie¿yca, zas³uchana jakby jeszcze w koñcowy zamieraj±cy d&fraq14;wiêk dzwonu, przycich³a; szaro¶æ, smutek i g³usza rozsiad³y siê tu woko³o... W milcz±c± senn± zadumê, we wspomnienia przebrzmia³e, zapada³a powoli Campanile.
- Rojno i gwarno by³o dzi¶ u marsza³kowej nieprawda¿? Ha-ha-ha, wiedzia³em doskonale, ¿e siê stawi± wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza ¶wiatowa mena¿erya.... No, i có¿? Uwierzyli?
Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej du¿ym, piêknym salonie, wyg³osi³, sadowi±c siê wygodnie na fotelu, Emil £ady¿yñski. By³ to mê¿czyzna lat przesz³o piêædziesiêciu, wysoki, szczup³y, od stóp do g³ów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyros³ym jakby do rysów jego, ¶wie¿ych i ¿ywych jeszcze, oraz piêknych oczu pod³u¿nych, zielonkawych, z pod pincenez patrz±cych rozumnie.
- Uwierzyli. To jest, mo¿e udali tylko, ¿e wierz±... odpowiedzia³a marsza³kowa rozpartemu z gracy± w krze¶le go¶ciowi swemu.
- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy my¶l± sobie, co im siê ¿ywnie podoba!- zawyrokowa³ ten¿e g³osem stanowczym.
- C'est ce qui me tranquillise, i¿ zamknê³am zupe³nie dzi¶ ju¿ rachunki z towarzystwem tutejszem - odpar³a z westchnieniem ulgi pani Melania.
Rozmowa potoczy³a siê dalej; tre¶ci± jej by³ przebieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyjêcia u Marsza³kowej.
Znikniêcie Oli, choæ trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedosta³o siê niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wie¶æ ta, podawana z pocz±tku ostro¿nie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce by³a ju¿ na wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotk± i skrzydlatym ptakiem obmowy oblecia³a niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego ¶wiata w mie¶cie. Pomimo to, nikt nie wiedzia³ nic jeszcze dok³adnie. Zaalarmowany pierwszy £ady¿yñski, który, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem bywaj±cy wszêdzie ¶wiatowiec, osaczonym by³ ci±gle pytaniami, odby³ dni temu parê istn± sessyjn± konferencyê z marsza³kow±: Co czyniæ, by ocaliæ pozory?.. I wówczas to postanowiono, co nastêpuje:
Pu¶ciæ natychmiast w ¶wiat niejasn± pog³oskê o ¶lubie Oli z Dzier¿ymirskim, i opowiedzieæ wyjazd marsza³kowej, która, postanowiwszy ju¿ poprzednio przenie¶æ siê ca³kiem na wie¶, teraz, po naradzie z £ady¿yñskim, zgadza³a siê tê chwilê odjazdu swego przy¶pieszyæ. Za parê dni w³a¶nie przypada³ czwartek, jour fixe pani Melanii; ³atwo by³o przewidzieæ, i¿ towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zrêcznie pó³s³ówek o wielkiej powy¿szej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawo¶ci± i chêci± po¿egnania czcigodnej matrony, zawitaæ na jej salony...
- Wówczas to wszystkim i ka¿demu z osobna damy do spo¿ycia nastêpuj±c±
pigu³kê! - zadecydowa³ weso³o na owej konferencyi pan Emil:
- Powiemy, ¿e Ola i Dzier¿ymirski s± ju¿ po ¶lubie, uznanym przez rodzinê najbli¿sz± i przez ni± urz±dzonym, lecz cichym i bez rozg³osu, a to na w³asne i wyra&fraq14;ne ¿±danie pañstwa m³odych...
- Co siê za¶ tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy, wyt³umaczymy j± tem, i¿ dzisiejsi pañstwo Dzier¿ymirscy kochali siê w sobie na zabój od dawna, od lat, przypu¶æmy, o¶miu... ¿e ojciec srogi nie chcia³ o zwi±zku tym s³yszeæ nawet, i¿ zmiêkczony wreszcie zgodzi³ siê nañ... Pani marsza³kowa nie by³a na ¶lubie, no... bo jest s³abego zdrowia, January za¶, w ostatniej chwili, gdy jecha³ na kolej, zachorowa³... Pañstwo m³odzi obecnie bawi± zagranic±. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przyk³ad, ¿e w Szwecyi... Ca³± tê historyjkê, pani marsza³kowa na przyjêciu u siebie, a ja u innych, tego¿ samego dnia i w tych¿e godzinach ukoloryzujemy jeszcze nale¿ycie kilkoma pseudo-autentycznymi szczegó³ami, no... et il faut espérer, ¿e nam chyba uwierz±!..
Tak ostatecznie uradzi³ £ady¿yñski, a do ultimatum owego, uznawszy jego s³uszno¶æ, marsza³kowa Warnicka zastosowa³a siê ¶ci¶le przez ca³y dzieñ dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjêcia. Obecnie za¶ w dalszym ci±gu informowa³a przyby³ego swego wspólnika o wywi±zaniu siê z zadania i roli w³asnych, opowiadaj±c mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedzi³o j± osób ze ¶wiata, do tego stopnia licznych, i¿ chwilami w ogromnym jej salonie brak³o po prostu dla nich miejsca.
- Ka¿dy niemal po banalnym wstêpie grzecznostek, pyta³ mnie o Olê, nie przeoczy³ tego nikt -mówi³a pani Melania, koñcz±c opowiadanie swoje - a¿ w duchu sama ¶mia³am siê z tego...
- Wiêc któ¿ by³? któ¿ by³? - pyta³ ciekawie £ady¿yñski.
- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo ca³e, nie zawiód³ nikt - opowiada³a dalej marsza³kowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, którym siê zdaje, ¿e obecno¶ci± swoj± czyni± mi ³askê najwy¿sz±, raz na rok zaledwie bywaj±c u mnie... i lekcewa¿±co na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnê³a rêk±...
Pan Emil za¶ s³ucha³ i nieznacznie u¶miecha³ siê pod w±sem, zna³ bowiem dobrze s³ab± stronê staruszki, któr± gniewa³o zawsze, gdy kto¶ ze "¶wiata," mieszkaj±cy stale w mie¶cie, omija³ jej dom w wizytach.
- Par exemple... - odezwa³ siê - rêczy³bym, ¿e ksiê¿na Marya i hrabiowie Doliwscy...
- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksi±¿e Jerzy, hrabia Alfred, ksiêstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córk± i jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksiêcia Ryszarda S. z Poznañskiego... A tak¿e Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... ju¿ nie pamiêtam wszystkich nawet... koñczy³a pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.
- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, ¶mietaneczka ze ¶mietanki naszej... Powinszowaæ marsza³kowej, powinszowaæ... - rzek³ z lekka drwi±co pan Emil. -L'essentiel - ci±gn±³ dalej, - ¿e wszyscy, jak przewidywa³em, po³knêli przygotowan± przez nas wiadomostkê.
- Wszyscy, bez wyj±tku; robi³am przecie¿, co tylko mog³am - potwierdzi³a pani Melania.
- A wiêc n... i-ni-c'est fini; nie poka¿emy siê my im tu tak prêdko na oczy; by sprawdziæ to, co pos³yszeli, Dzier¿ymirskich równie¿ mieæ nie bêd±, a zreszt± - pan Emil niedbale poruszy³ rêk± - tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesz± sobie nowe sitko na ko³ek i... zapomn±. Ainsi va le monde - dokoñczy³, i wyjmuj±c srebrn± z monogramem papiero¶nicê, uj±³ w palce delikatnej swej rêki cienki papieros, uprzejmie pytaj±c zarazem pani domu: - Vous permettez?..
Marsza³kowa, z u¶miechem, przyzwalaj±co kiwnê³a g³ow±. £ady¿yñski zapali³, i wypu¶ciwszy z ust ma³y ob³oczek dymu, pog³adzi³ wytwornym ruchem rêki swe siwiej±ce ju¿ nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.
- Ja tak¿e, wed³ug programu, nie pró¿nowa³em, - odezwa³ siê po chwili swobodnym tonem. - Wyszed³szy st±d temu godzin parê, by³em na jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u ksiêstwa Pilanich... Zasta³em tam wiele bardzo osób i wszêdzie opowiada³em, naturalnie en long et en large la nouvelle du jour, co nale¿y, o Romanie i Oli - bref, Januarek powinien byæ kontent ze mnie: wykry³em, jak, co i dok±d wyfrunê³a mu jedynaczka, teraz znów my z pani± marsza³kow± tuszujemy za m³od± par± ¶lady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
- &hibar;e te¿ pan wszystko z weso³ej tylko strony bierze - nieco smutnie i pob³a¿liwie jakby u¶miechnê³a siê pani Melania.
- Que voulez vous, pani marsza³kowo, ¶wiat pe³en dramatów i tragedyj w teatrze i w ¿yciu, ¿e có¿by wartem by³o ono, gdyby¶my siê czasem starali przynajmniej komizmu choæ trochê zeñ wycisn±æ - odpar³ pan Emil, poczem za¶ doda³: - Wiêc pani marsza³kowa jutro na Podole, do Ulanówki?
- Tak - potwierdzi³a pani Melania - do siebie jadê na dni kilka, potem za¶ natychmiast do Januarego, a pan wyje¿d¿a?.. Il faudrait.
- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sze¶æ tygodni... Ale, a propos, có¿ January?..
- Niespokojn± jestem o niego - odpowiedzia³a marsza³kowa - jak panu wiadomo, bawi³ tu u mnie tylko dzieñ jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomo¶ci odjecha³, po¿egnawszy siê ze mn±, notabene, bardzo ch³odno, i odt±d ¿adnej odeñ z Gowartowa nie mam wiadomo¶ci. Mo¿e chory...
- Eee! có¿ znowu!.. - okrzycza³ siê £ady¿yñski - pani marsza³kowa niech bêdzie spokojn±, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkê sw± wydziedzicza. Dobrze robi zreszt±, bardzo dobrze... Wydziedziczaæ m³odych! Niech nie lekcewa¿± woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczaæ!.. dokoñczy³ pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocze¶nie z pani± Melani± ¿egnaæ siê pocz±³.
- Uciekam ju¿, bo mam jeszcze parê wizyt, ale... £ady¿yñski urwa³ - Wszak pani marsza³kowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawda¿? - mówi³, ca³uj±c z wdziêkiem rêkê staruszki - nie ¿egnam siê wiêc, bêdê na dworcu, mo¿e wypadnie co¶ u³atwiæ, dopomóc...
- Dziêkujê panu, dziêkujê bardzo - odpar³a z u¶miechem pani Warnicka - do mi³ego zobaczenia siê. .
Pan Emil, z cylindrem w rêku, uk³oni³ siê u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opiêta w tu¿urek, zgrabna sylweta zniknê³a za portyer± salonu.
Znalaz³szy siê za¶ przed domem, na ulicy, £ady¿yñski wskoczy³ po¶piesznie do oczekuj±cej nañ doro¿ki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, kaza³ siê wie&fraq14;æ dalej.
Ju¿ na ulicach i w magazynach ja¶nia³y rzêsi¶cie ¶wiat³a, gdy w dwie godziny pó&fraq14;niej wysiada³ z tego¿ pojazdu przed piêkn± kamienic± w ¶ródmie¶ciu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipa¿, skierowa³ siê w bramê czteropiêtrowego domu, gdzie na pierwszem piêtrze zajmowa³ eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.
Ma³y, zwinny ch³opczyna, ubrany w liberyjn±, ze z³otemi guziczkami, granatow± kurtkê, przekomarza³ siê w³a¶nie na dziedziñcu, z któr±¶ chichocz±c± m³odsz±, gdy pan jego zjawi³ siê nagle w bramie, a ujrzawszy ¶miej±c± siê dwójkê, pogrozi³ jej lask±, z u¶miechem. S³u¿±ca za¶mia³a siê zalotnie i g³o¶no, lokajczyk za¶ pêdem porwa³ siê z miejsca i polecia³ na górê, w parê minut pó&fraq14;niej, z pokorn± min±, otwieraj±c drzwi £ady¿yñskiemu.
- Ej, malutki!.. pogrozi³ mu znów palcem pan Emil, poczem, zdj±wszy paltot, zapyta³: - By³ tu kto?
- Owszem, proszê ja¶nie pana, oto bilety odpar³ ch³opak po¶piesznie, podaj±c ma³± tackê ze sto³u.
Pan Emil obojêtnie przerzuci³ kilka biletów.
- Aaa!.. zadziwi³ siê g³o¶no przy jednym z nich, poczem od³o¿y³ wszystko na bok.
- Frak od krawca przynie¶li? - zapyta³ jeszcze - wyprasowany?
- W sypialni u ja¶nie pana powiesi³em - obja¶ni³ ma³y lokajczyk.
- Dobrze. Sied&fraq14; tu, smyku, i nie ³obuzuj siê!.. rzek³ £ady¿yñski, a min±wszy przedpokój, zatrzasn±³ za sob± drzwi od gabinetu, prowadz±cego do sypialni i ubieralni, gwi¿d¿±c jednocze¶nie pod nosem aryê z modnej podówczas operetkowej premiery.
Jako szanuj±cy siê kawaler, pan Emil, stale ¿adnego wieczoru nie przepêdza³ u siebie w domu. Dzi¶ zatem równie¿ wybiera³ siê na raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynaj±cy siê ju¿ o dziesi±tej.
Dziewi±ta w³a¶nie bi³a na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil wiêc, znalaz³szy siê w gustownie umeblowanej sypialni, przyst±pi³ natychmiast do tualety swej wieczorowej.
W tym celu wygodnie zasiad³ na foteliku przed ma³± gotowalni±, przepe³nion± wytwornymi, w srebrnych pude³kach i przykrywkach, przyborami tualetowymi.
Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroi³ siê na raut, marsza³kowa, po wyj¶ciu ostatnich, zapó&fraq14;nionych, go¶ci, przykazawszy pogasiæ ¶wiat³a, odpoczywa³a na kanapce znu¿ona, po dniu tak pe³nym dla niej zmêczenia i wysi³ków. Opar³szy g³owê o poduszki mebla, pani Melania, po³o¿y³a siê, i wyci±gn±wszy wygodnie swe cz³onki, przymknê³a powieki, stan za¶ b³ogi nie krêpowanego niczem spoczynku ow³adn±³ ni± bezpodzielnie.
Jak szum nikn±cy, daleki, w uszach jej tylko brzmia³ jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywa³y urywki z dali, a przed oczyma majaczy³y, zmieniaj±c siê kolejno, postacie, zaludniaj±ce w ci±gu kilku godzin jej salony...
Ponownie zatem widzia³a przed sob± staruszka w s±siednim pokoju t³um elegancki, rozbawiony...
Mile pie¶ci³ on wzrok wytwornym wdziêkiem kobiecych tualet, szeleszcz±cych ³agodnie, a zgo³a nie krzycz±cych barw± i gustownych - nêci³ powabem na jedn± mod³ê elegancko skrojonych ubiorów mêskich, p³awi³ siê ca³y w estetyce ogólnej manier, uk³onów, w szablonie ¶wiatowej salonowej komedyi, a poprawny - nie razi³ niczem harmonii, w ca³o¶ci swej nie wywo³uj±c równie¿ wcale fa³szywo brzmi±cych zgrzytów. I u¶miech pó³ gorzki, pó³ smutny, w zamy¶leniu okoli³ w±skie usta marsza³kowej Warnickiej.
Jak nico¶ci pe³nem bowiem wyda³o jej siê teraz, w o¶wietleniu dzisiejszej z³o¶liwej ciekawo¶ci, to ca³e towarzyskie stado, kryj±ce sw± przewrotno¶æ pod blichtrem i szychem zewnêtrznych pozorów, jak ma³o godnem ¿alu i marnem!
Ach, bo ile¿ schowanej zrêcznie z³o¶ci, t³umionych chêci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego fa³szu kry³o siê w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej ¶wiatowych pseudo-przyjació³ i go¶ci!..
Marsza³kowa czyni³a dalej w my¶li przegl±d galeryi osobników, widzianych na dzisiejszem przyjêciu; we wspomnieniu ich s³ów, wyrazów twarzy i gestów powtórnie czyta³a, zda siê, ukryte my¶li przyby³ych; moralnie obna¿a³a ich wszystkich, staraj±c siê zarazem znale&fraq14;æ, przypomnieæ choæ jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwit³y w¶ród tych chwastów ob³udy!..
Nie znalaz³a nic podobnego jednak. By³y tam tylko same ¶miecie.
Pani Melania, dumaj±c w ten sposób, mia³a oczy wci±¿ przymkniête, niebawem znu¿enie wziê³o górê nad jej my¶lami, g³owa staruszki pochyli³a siê na piersi, cichy mrok wieczoru otuli³ postaæ marsza³kowej. Zdrzemnê³a siê.
W kwandrans mo¿e pó&fraq14;niej, w milczeniu wypoczywaj±cych po naj¶ciu go¶ci apartamentów, rozleg³ siê; silny odg³os dzwonka... Staruszka rzuci³a siê z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczê³a ws³uchiwaæ siê w m±c±cy ciszê odg³os.
W drzwiach buduaru po chwili stan±³ lokaj i zaanonsowa³:
- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, ¿e chcia³by koniecznie widzieæ siê z ja¶nie pani±.
- Pro¶, pro¶ natychmiast tutaj! - rzek³a ¿ywa marsza³kowa i równocze¶nie powsta³a z kanapki. Lokaj wyszed³.
Zadowolenie, po³±czone z ciekawo¶ci± osiad³o na twarzy staruszki.
Boles³aw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marsza³ka, a zaprotegowany ongi przez ni± sam± na zajmowan± dot±d posadê ogólnego i g³ównego zarz±dcy dóbr pana Januarego, nareszcie wiêc przynosi³ jej wiadomo¶æ o bracie!..
M³odzieniec, lat dwudziestu o¶miu, ciemny brunet, ogorza³y i przystojny, z dziarsko do góry podkrêconym w±sem, stan±³ na progu.
- S³uga pani marsza³kowej, moje uszanowanie - przemówi³ swobodnie, i podbieg³szy, uca³owa³ z szacunkiem rêkê staruszki.
Ubrany by³ niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy za¶ jego, oraz sposób mówienia, zdradza³y cz³owieka, choæ nie obytego mo¿e zupe³nie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.
- Kochany mój panie Boles³awie, - zaczê³a staruszka, zwracaj±c siê dobrotliwie ku przyby³emu - siadaj, proszê, i mów, mów jak najprêdzej, co s³ychaæ?..
M³ody cz³owiek, widz±c zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzek³ po¶piesznie:
- O, nic z³ego... zupe³nie nic z³ego, pani marsza³kowo, ale... i nic równie¿ dobrego - dokoñczy³ wahaj±co i ostro¿nie.
- Jak to?.. -- zapyta³a pani Melania. Krasnostawski oczy spu¶ci³, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, d³ugiemi rzêsami, mówiæ cz±³ zwolna:
- Pani marsza³kowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotkn±³ pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
- Wiêc pan ju¿ wiesz?.. Sk±d? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia, wyrwa³o siê staruszce, pytanie.
Co¶ niemi³ego snaæ dla ucha m³odzieñca zabrzmia³o nagle w tych kilku s³owach, bo nie podnosz±c oczu, jakby nie chc±c onie¶mielaæ marsza³kowej swym wzrokiem, spokojnie i powa¿nie odrzek³:
- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie maj±c nikogo, zwierzy³ siê z troski w³asnej, naturalnie pod s³owem honoru z mojej strony, ¿e s³ówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnê...
Krasnostawski zatrzyma³ siê chwilkê, i ci±gn±³ dalej:
- Obowi±zki, jakie mam dla ca³ej rodziny pañstwa, szacunek i powa¿anie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowi±, chyba do¶æ trwa³± rêkojmiê, i¿ s³owa dotrzymam... I... o tem... nikt z pañstwa, przypuszczam, nie w±tpi... - dokoñczy³ m³ody cz³owiek, podnosz±c tym razem wzrok, jasny i pytaj±cy na marsza³kow±.
- Ale¿ naturalnie, panie Boles³awie, naturalnie! - skwapliwie po¶pieszy³a z odpowiedzi± staruszka. - Lecz mów¿e mi pan, co siê tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapyta³a niespokojnie.
- To, pani marsza³kowo, ¿e z panem Gowartowskim jest &fraq14;le... - i Krasnostawski, spu¶ciwszy znów wzrok, ci±gn±³ dalej:
- Pannê Olê, jak pani marsza³kowej wiadomo, ojciec kocha³ bardzo, prawie, ¿e ba³wochwalczo; otó¿ skutki wypadków ostatnich bardzo, bardzo silnie odbi³y siê na nim. Nic go ju¿ prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wie¶, ni inne zajêcia, do s±siadów nie je&fraq14;dzi, u siebie nikogo nie przyjmuje - s³owem obecnie z niego zupe³nie inny cz³owiek...
Krasnostawski przerwa³ opowiadanie, jakby namy¶laj±c siê, co mówiæ dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dó³ spuszczonym, milcza³a.
Po chwili wahaj±co ci±gn±³ dalej:
- Wobec tego samotno¶æ dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójcz±, koniecznie potrzebuje on nieustaj±cego towarzystwa, jednem s³owem - potrzebuje obok siebie przyjaciela.
Krasnostawski ponownie zatrzyma³ siê na sekundê.
- Moja osoba nie wystarcza - mówi³ dalej - zajêcia liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... tu po twarzy m³odego cz³owieka przemkn±³ lekki cieñ - wszystko sk³ada siê na to, i¿ pan Gowartowski, choæ zawsze dla mnie tak samo ³askaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...
Z pod oka, przelotnie, spojrza³ Krasnostawski na marsza³kow±. Z misy± nader delikatn± i przykr± przyby³ on tutaj; w kieszeni surduta pali³ go w³asnorêczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, ¿ywi±cy jeszcze do siostry bardzo g³êbok± urazê za spe³nione wypadki, pomimo wszystko, w g³êbi duszy pos±dzaj±cy nawet staruszkê, i¿ by³a, mo¿e w tajnej zmowie z jego córk± - delikatnie, lecz stanowczo, odmawia³ jej go¶cinno¶ci u siebie, wobec zapowiedzianego przez ni± przyjazdu do Gowartowa.
Krasnostawski o zawarto¶ci listu wiedzia³, w chwili ¿alu bowiem Gowartowski wypowiedzia³ mu wszystko, ba, poleci³ jemu nawet, jako protegowanemu i lubianemu przez marsza³kowê, napomkn±æ jej o tem przed wrêczeniem listu.
Przerwawszy na chwilê opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawia³ siê w³a¶nie, czy poruszyæ w rozmowie, lub nie, temat dra¿liwy. Postanowi³ jednak nie czyniæ tego wcale, a natomiast, czuj±c, ¿e na ustach domy¶laj±cej siê ju¿ czego¶: marsza³kowej, zawisa jakby jakie¶ pytanie, by powstrzymaæ je, odezwa³ siê po¶piesznie:
- I dlatego, pani marsza³kowo, poleci³ mi pan January, ³±cznie z innymi interesami, powo³ywuj±cymi mnie tutaj, zaprosiæ do Gowartowa na czas d³u¿szy pana £ady¿yñskiego, jego bowiem obecno¶ci tylko pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszê zatem byæ dzisiaj u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana £ady¿yñskiego niew±tpliwie znanym jest pani marsza³kowej?..
S³owa powy¿sze i pytanie ostatnie zabrzmia³y w ustach m³odzieñca pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczu³ ch³ód jakby w zachowaniu siê staruszki, milcz±cej wci±¿ od chwili, gdy jej powiedzia³, i¿: wie o wszystkiem. Gniewa³o go to spostrze¿enie i rani³o dotkliwie dumê jego.
Wypowiedziana g³osem miarowym, a wskazuj±ca ulicê i numer domu, zamieszka³ego przez pana Emila, zabrzmia³a odpowied&fraq14; marsza³kowej.
Krasnostawski zerwa³ siê natychmiast i rzek³ szybko:
- Dziêkujê stokrotnie pani marsza³kowej...
Z udan± za¶ swobod±, powodowany silnem ¿yczeniem wycofania siê st±d co prêdzej, ci±gn±³ ¿ywo dalej:
- Nie zajmujê ju¿ wiêcej czasu pani marsza³kowej, zapomnia³em zupe³nie, wszak to dzisiaj czwartek, dzieñ przyjêæ - uciekam...
- Ach, tak... - z u¶miechem protekcyjnym nieco rzek³a sêdziwa matrona. - Ale ju¿ po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
- Tak... tak, prawda, zapomnia³em - b±kn±³ Krasnostawski, siêgaj±c jednocze¶nie rêk± do kieszeni. - Przepraszam najmocniej pani± marsza³kow± dobrodziejkê, có¿ za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! By³bym zapomnia³... Mam list od pana Gowartowskiego, s³u¿ê pani marsza³kowej.
Pani Warnicka schwyci³a list, Krasnostawski jednak równocze¶nie pochyli³ siê do rêki jej, w uk³onie.
- Do widzenia, mój panie Boles³awie, do widzenia! - z roztargnieniem po¿egna³a go staruszka, podaj±c mu rêkê do uca³owania, poczem za¶ gor±czkowo rozerwa³a kopertê.
M³ody cz³owiek ju¿ by³ na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na marsza³kow±, zd±¿y³ by³ jeszcze dojrzeæ na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwit³y tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Dostrzeg³szy to, m³ody plenipotent, jak szczupak w wodê, rzuci³ siê ca³em cia³em w ciemno¶ci s±siedniego salonu, pobieg³szy za¶ na palcach do przedpokoju, chwyci³ paltot swój i umkn±³ z mieszkania. Na schodach dopiero odetchn±³.
- Uf! wyrwa³em siê wreszcie... - szepn±³. - £adniebym siê ubra³, gdyby tak przy mnie list czyta³a!..
W ¶lad zatem wypad³ na miasto, a mijaj±c ulice jednocze¶nie pogr±¿a³ siê w my¶lach.
Wywo³ana wspomnieniem apartamentów marsza³kowej, stanê³a mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczy³o jej g³êbokie i zalotne spojrzenie, którem, jak wielu innych zreszt±, wita³a i jego, gdy przypadek ³±czy³ ich kiedy na chwilê.
Krasnostawski od kilku ju¿ lat zna³ córkê pana Januarego; etykietalne utrzymuj±c stosunki z pa³acem Gowartowskim na wsi, widywa³ j± rzadko, najczê¶ciej z daleka, na spacerze, w ko¶ciele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marsza³kowej w mie¶cie. Podoba³a mu siê piêkna panna, bo komu¿ zreszt± nie potrafi³a ona siê przypodobaæ, pe³na wdziêku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawia³a poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kocha³ siê w niej jednak bynajmniej, za trze&fraq14;wym by³ na to; choæ z upokorzeniem dumy w³asnej, stanowisko swe podrzêdne oceniaæ potrafi³, a jednak...
¬dziwiony analiz± duszy w³asnej, przyznaæ siê sam przed sob± musia³, ¿e wie¶æ o ucieczce i ¶lubie Oli zabola³a go, a raczej, bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewa³a.
Rozmy¶laj±c w ten sposób, Krasnostawski wszed³ do kamienicy, wskazanej przez marsza³kow±. Za parê chwil znalaz³ siê ju¿ na pierwszem piêtrze, ledwie jednak zadzwoni³ u drzwi apartamentów £ady¿yñskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukaza³ siê pan Emil, jak zwykle u¶miechniêty ironicznie i z pogod± na czole.
- A!.. pan Boles³aw, herbu Rawita, powitaæ, prawico Januarego de Gowartów-Gowartowskiego, powitaæ!.. - i u¶cisn±³ serdecznie wyci±gniêt± rêkê m³odzieñca.
- Przepraszam, ¿e nie proszê pana kochanego do siebie, lecz postaci± swoj± do odej¶cia gotow± wypêdzam go raczej, lecz powody wa¿ne... - tu pan Emil uczyni³ obydwiema rêkami ruch pó³okr±g³y, - sk³aniaj± mnie do tego! - dokoñczy³, i mówi±c to, elegancko zamkn±³ drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a u¶miechn±wszy siê pod w±sem ci±gn±³ dalej weso³o, poufale wsun±wszy zarazem rêkê pod ramiê Krasnostawskiego.
- Nie gniewasz siê na mnie, kochany panie Boles³awie, wszak prawda?.. Spieszê na raut; no, mów¿e tam, co s³ychaæ?.. Kochany Januarek có¿ tam porabia, poluje; weseli siê, czy smuci?
Krasnostawski ju¿ chcia³ wypowiedzieæ, z czem przyszed³, gdy £ady¿yñski znowu odezwa³ siê ¿artobliwie:
- Ale, zaiste, pysznie pan wygl±dasz, jak rydz w ma¶le, powinszowaæ! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgn±æ bêd± do pana, jak pszczó³ki do miodu! S³ysza³em o pañskich sprawkach za studenckich czasów, za m³odu! - tu poklepa³ z lekka m³odzieñca poufale po plecach - s³ysza³em - powtórzy³ - nie bêdê wiêc wzajemnie nudzi³ pana swoj± osob±, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co ciê do mnie sprowadza, a posiedzenie to odbêdziemy w doro¿ce. Podwiozê pana... Zgoda?
- Ale¿ i owszem, dziêkujê bardzo! - odpar³ Krasnostawski, z po¶piechem.
Znajdowali siê ju¿ na ulicy, pan Emil skin±³ na stangreta parokonnej doro¿ki, rzuci³ adres, i pojechali.
Ruchem codziennym wrza³o wko³o nich strojne weso³e miasto:
- S³ucham pana - rzek³ £ady¿yñski.
M³ody cz³owiek w krótkich s³owach opowiedzia³ mu o niepomy¶lnym stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy za¶ tylko o li¶cie do marsza³kowej, zakomunikowa³ zaproszenie do Gowartowa.
Skrzywi³ siê lekko przy ostatnich s³owach pan Emil i odrzek³:
- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyæ drogiego Januarka, ale w³a¶nie wyje¿d¿am za granicê i przyznaæ muszê, ¿e na razie wybra³ on siê z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zreszt±... Co pan wiesz, - tu spojrza³ uwa¿nie na Krasnostawskiego - o pani Oli i Dzier¿ymirskim?..
Zapytanie to postawionem by³o bardzo zrêcznie mówi³o nic, a pyta³o wiele. Krasnostawski natychmiast poinformowa³ krótko i zwiê&fraq14;le pana Emila, i¿ wiadomem mu jest wszystko.
- Aaa!.. - wyrwa³o siê tylko z ust £ady¿yñskiego, i doda³ ironicznie:
- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o p³aszczu gronostajowym przywi±zania dziecinnego, szalonej mi³o¶ci m³odzieñczej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzie¿y codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotk±, jedn± - purpur± drugiej; zatem wobec tego, mo¿emy mówiæ szczerze...
- Widzi pan - tu £ady¿yñski spojrza³ znów na Krasnostawskiego, jakby pragn±c siê przekonaæ, czy warto wywnêtrzaæ siê przed nim - ta ca³a rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywi±zania do córki i ów od pocz±tku do koñca poemat "zbola³ego ojcowskiego serca"
- bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od pocz±tku do koñca jednym nonsensem. Czy nie mia³a racyi?
Krasnostawski milcza³.
- Pie¶cili dziewczynê - ci±gn±³ w tym samym tonie £ady¿yñski - upodoba³a sobie Dzier¿ymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, panie, kobiety tak¿e maj± serca i temperament... Zachcia³o siê Oli ³adnego ch³opca - nie dali jej go - wziê³a go sobie sama, a raczej wzi±æ siê pozwoli³a... Niech Januarek lepiej dziêkuje i ¶piewa Hosannê na wysoko¶ciach, ¿e bez plebana siê nie obesz³o! Lub niech¿e nawet gniewa siê, i wydziedziczy córuniê, lecz nie lamentuje, bo to i nie po mêsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Có¿ na to pan, panie Boles³awie, herbu Rawita?..
Krasnostawski z¿ymn±³ siê niecierpliwie; denerwowa³ go zwykle ton rozmowy £ady¿yñskiego, dzi¶ jeszcze bardziej rozgniewa³ go przycinek "herbu Rawita", bêd±cy widoczn± alluzy± do u¿ywanych niegdy¶ przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .
Podra¿niony zatem, sil±c siê na spokój, odpar³ zimno:
- Przepraszam, ale ca³kiem inaczej i zupe³nie przeciwnie zapatrujê siê na tê sprawê, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszaæ, wiedzia³em tylko, ¿e i z kochanego pana tak¿e romantyk; w takim razie w korcu maku dobrali¶cie siê razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgo³a potrzebny nie jestem, doskonale siê tam obadwa rozumiecie...
- Ale, có¿ znowu! - przerwa³ ¿ywo Krasnostawski, boj±c siê, czy czasem mimo woli nieostro¿nem s³owem nie zepsu³ danego sobie polecenia. - Mogê byæ tych samych zapatrywañ na tê sprawê, co i pan Gowartowski i odczuwaæ jego charakter, lecz przecie¿ w ¿adnym razie nie potrafiê zast±piæ szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...
- No tak, tak..., - urwa³ z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez lito¶ci, nic sta³ego na tej ziemi, prócz przyja&fraq14;ni i mi³o¶ci;" to wszystko nader piêknie brzmi i wygl±da, lecz mego zdania, ja osobi¶cie nawet dla przyja&fraq14;ni zmieniaæ, niestety, nie uwa¿am za stosowne. Czy za¶ ono Januarciowi siê spodoba - grubo w±tpiê..
Doro¿ka w tej samej chwili zatrzyma³a siê.
- No, kochany mój panie Boles³awie, addio!.. - odezwa³ siê protekcyjnym nieco tonem £ady¿yñski podaj±c Krasnostawskiemu rêkê.
- Zakomunikuj pan z ³aski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na Gowartowie, a je¶li potem jeszcze znaæ mnie bêdzie chcia³ - niech¿e mi napisze, a mo¿e przyjadê...
Wysiedli obaj. Pan Emil uchyli³ cylindra i skierowa³ siê ku bramie, na progu za¶ jej rzuci³ jeszcze m³odemu cz³owiekowi, tym razem jednak przyja&fraq14;niej nieco:
- A trzymaj siê tam pan dzielnie, ba p³eæ nadobna ma tu na wie¶niaków wilczy apetyt!.. Au revoir...
£ady¿yñski znik³, Krasnostawski pozosta³ sam ulicy. Rozejrza³ siê...
By³ w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór ju¿ rozpoczyna³ swe panowanie, nadchodzi³a noc, wielki gród ¿arzy³ siê setkami ¶wiate³; ¶rodkiem ulicy pêdzi³y pojazdy, po chodnikach szerokich zwart± gromad± wymija³ go po¶piesznie t³um ludzi.
Piêkne, zgrabne mieszczanki prawie ¿e ociera³y siê o niego, rzucaj±c co chwila zalotne spojrzenia na ³adnego ch³opca. Niewiele jednak z nich sz³o samych, wiêkszo¶æ mia³a ju¿ przy sobie czul±cych siê towarzyszy, szepcz±cych im z u¶miechem s³odkie s³ówka.
Pod wp³ywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli przejrza³ siê uwa¿niej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a zadowolony z przegl±du w³asnej osoby, spojrza³ weso³o przed siebie. Jakie¶ puste pragnienie zabawienia siê, oszo³omienia, podobnie tym wszystkim, snuj±cym siê parom, ow³adnê³o nim.
Przekszta³cony okoliczno¶ciami ¿ycia w wie¶niaka mieszczuch przypomnia³ sobie naraz lata dawne, studenckie, pe³ne niefrasobliwego jutra i weso³ych kawa³ów, a choæ przeplatane czêsto bied± i g³odem, bogate jednak w mi³o¶æ i swobodê!
Bawi±c przelotnie w murach miasta, którego ka¿dy zau³ek zna³ na pamiêæ, a mijaj±cych go mieszkañców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie segregowa³, jak znawca, - zapragn±³ nagle Krasnostawski napiæ siê koniecznie z musuj±cego uciech mi³osnych kielicha.
I mimo woli m³ody cz³owiek pocz±³ uwa¿niej przygl±daæ siê kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmuk³e i zgrabne, mija³y go one, ¶miej±ce siê i weso³e, uprawiaj±c z zami³owaniem flirt uliczny, skrz±cy siê miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na ka¿de spojrzenie przystojniejszego mê¿czyzny, odwzajemniaj±ce mu siê zalotnem &fraq14;renic b³y¶niêciem - "oczkiem" i obiecuj±cym nieraz wiele u¶miechem.
A rozmaito¶æ dzisiaj by³a wielka. Wieczór przed¶wi±teczny, pogodny, lwi± czê¶æ w³a¶cicielek nadobnych twarzyczek wywabi³ na pierwszorzêdne ulice - na wspóln± arenê letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, ¶niade, czarnobrewe, blondynki, powiewne - bia³e, szatynki, o ruchach omdlewaj±cych, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym, w³a¶ciwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, ¿wawe - sunê³y przed zachwyconym wzrokiem wie¶niaka.
I od tego rozpêdzonego, barwnego, poruszanego jakby tajn± jak±¶ sprê¿yn± t³umu, bi³ na Krasnostawskiego ¶wie¿y, bo odzwyczajeniem d³u¿szem starty, urok; nozdrza graæ mu poczê³y, wch³ania³ w siebie niewyra&fraq14;ny, niepochwytny powiew, sun±cy jakby ponad g³owami publiczno¶ci, gorêtszem okiem patrzy³ w twarz kobietom, swawolnie i niechc±cy, na pozór, zagl±da³ im prosto w oczy...
Co za¶ przewa¿nie czyta³ w owych czarnych, szarawych, fijo³kowych i modrych oczach, z natury ju¿ swej, zalotnych, bynajmniej nie zra¿a³o go do tej; czynno¶ci.
- Pójd&fraq14;, pójd&fraq14;, nie zra¿aj siê pozornie skromn± mink±, b±d&fraq14; odwa¿nym, ¶mia³ym, a mo¿e... mo¿e... - szepta³y, zda siê, cicho wejrzenia nie¶mialsze, gorej±c ogniem, nieprzeparcie ci±gn±c ku sobie; daleko wiêcej jeszcze mówi³y spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane ¶mia³ym wzrokiem mê¿czyzny, ca³owaæ go jakby siê zdawa³y, obiecuj±c mi³o¶æ-pieszczotê!...
Ruchliw± fal± w pewnych godzinach przelewaj±cy siê przez ulice miasta, a obejmuj±cy sob± oddzieln± warstwê wracaj±cych z zajêcia pracownic ró¿nej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roi³ siê dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczêcy ¶wiatek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - obejmowa³ go swym ruchomym u¶ciskiem. I m³ody cz³owiek, ulegaj±c stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a zwi±zanym ¶ci¶le z tym¿e samym ¶wiatkiem, zapomnia³ o wszystkiem.
Znik³y mu z pamiêci Gowartów, pan January, marsza³kowa, £ady¿yñski, Ola, a od¿y³ w nim tylko dawny ³obuz i ba³amut, ¿±dny swawoli i u¿ycia.
Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujêtych ma³± r±czk±, a odkrywaj±cych modelowan± ¶licznie, zgrabnie obut±, w a¿urowej poñczoszce, nó¿kê, otar³a siê prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smuk³a, jak gazella, czarnow³osa, i rzuci³a m³odzieñcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, pal±cy , ¶mia³y, rzuci³a mu takie same drugie, uwa¿niejniejsze jednak, gorêtsze. Z dwojga par m³odych oczu posypa³y siê iskry, a panu Boles³awowi stanê³o w tej chwili w mózgu, nieodwo³alne ultimatum: Ta, lub ¿adna!
Pu¶ci³ siê w pogoñ za piêkn± dziewczyn±. Dogna³ j± niebawem, zajrza³ w oczy raz, drugi, trzeci, i pocz±³ i¶æ w ¶lad za ni±. Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczê skrêci³o nagle w bok i znik³o w bramie domu.
Zawiedziony i z³y, Krasnostawski obróci³ siê na piêcie, a w³o¿ywszy rêkê w kieszenie od palta, z humorem przystan±³. W oddali zachêcaj±co zielenia³ ogród ¶ródmiejski, jakby zapraszaj±c go¶cinnie.
M³odzieniec skierowa³ siê w tê stronê, i w dziesiêæ minut potem wchodzi³ ju¿ w bramê ogrodu.
O tej wieczornej i spó&fraq14;nionej ju¿ porze cienie jago, tajemnicze i ciche, poch³onê³y Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego dolecia³y jednocze¶nie, z pogwarem drzew szumi±cych splecione, jakie¶ szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...
To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ³awkach siedz±c samotnych, gruchaj±ce przeró¿ne "pary" fabrykowa³y najczê¶ciej udan±, rzadko szczer± mi³o¶æ... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam znów, w kontra¶cie subtelniejszy, miêkkszy, ten sam flirt brukowy, rdzennie miejscowy, musowa³, kipia³ po k±tach ogrodu, przyczajony do tego stopnia, i¿ w niektórych alejach dla uwa¿nego s³uchacza gra³a po prostu, zda siê, powszechna jakby i wspólnie harmonijna nuta, z³o¿ona ze szmeru poca³unków, g³o¶niejszych pó³s³ówek, namiêtnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego ¶miechu...
Odg³osy te, drgaj±c w powietrzu, lecia³y cicho ku wierzcho³kom drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spada³ wolno po¿ó³k³y li¶æ wczesnej jesieni, - jakby pragn±c przypomnieæ bawi±cym siê tu ludziom, o koñcu wszystkiego na ¶wiecie.
Przeszed³szy siê po ogrodzie, Krasnostawski usiad³ na jednej z ³awek. Zmêczonym by³ nieco... Przyjecha³ kilka godzin temu zaledwie. Marsza³kowa, £ady¿yñski, piêkna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to znu¿y³o m³odzieñca, przywyk³ego od lat paru do ciszy i regularnego wiejskiego ¿ycia.
Wyj±wszy papiero¶nicê, zapali³ papierosa, ziewn±³, a spojrzawszy obojêtnie na siedz±cych obok na ³awce s±siadów, wpad³ w mimowoln± zadumê.
W my¶lach stanê³a mu nagle w³asna przesz³o¶æ w tem samem mie¶cie i przed oczyma migaæ poczê³y przeró¿ne minionych lat obrazy.
Ujrza³ zatem siebie maleñkim, u rodziców jeszcze, ch³opcem, potem gimnazist±, a nastêpnie akademikiem. Oblicza rozpierzch³ych gdzie¶ po ¶wiecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczy³y mu ¿ywo, wspomnia³ ich przywary, zalety charaktery i serca...
W kalejdoskopie wspomnieñ odbi³o siê, przesunê³o równie¿, kilka twarzyczek kobiecych, parê sza³ów, niepomnych jutra, gor±czkowych, pieni±cych siê wówczas rozkosz±, p³omieniem uczucia, a dzi¶ spopiela³ych ju¿ i zagas³ych zupe³nie.
A wszystko w tem mie¶cie, z którego murami z¿y³a siê, zros³a jego dusza. Dla chleba porzuci³ kolebkê dzieciñstwa - m³odo¶ci...
- Cha!... - westchn±³ g³o¶no m³ody plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrza³ siê woko³o, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka uwa¿nie popatrzy³ na swoich s±siadów.
Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniêtym na oczy, w wyszarza³ej kapocie i z rêkami w kieszeniach, drzema³a jaka¶ mêska figura, z g³ow±, wci¶niêt± w ramiona, zgarbiona, o nêdznej powierzchowno¶ci; by³ to zapewne pijak jaki ululany, lub mo¿e biedak bezdomny; z przeciwleg³ego za¶ krañca ³awki jaki¶ staruszek zbiera³ siê do odej¶cia...
- Przepraszam pana, która godzina? - zapyta³ go Krasnostawski, pamiêtaj±c, i¿ zegarek zostawi³ przez roztargnienie w hotelu.
Staruszek malutki, siwiuteñki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerkn±³ przyja&fraq14;nie na m³odego cz³owieka, oczy przymru¿y³ i roze¶mia³ siê g³o¶no i dobrotliwie.
- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzuci³ w ¶lad za tem - nie przysz³a... Ba!... la donna è mobile... - szczerze za¶mia³ siê jeszcze do siebie i podrepta³ dalej, nie odpowiadaj±c na pytanie m³odzieñca.
- A to ci mantyka jaki¶ ! - u¶miechn±³ siê Krasnostawski i wzruszy³ ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamy¶li³ siê znowu.
Tymczasem w tej samej w³a¶nie chwili siada³a obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodz±cy staruszek wyg³asza³ sw± sentencyê, po¶piesznie przechodzi³a ona drog±, a us³yszawszy g³o¶no wyrzeczono s³owa, zwróci³a uwagê na siedz±cego m³odzieñca i uwa¿nie spojrza³a nañ; poczem zwolni³a kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiad³a na ³awce. Teraz za¶, uporczywie z pod oka, patrzy³a na Krasnostawskiego.
Ten za¶ poczu³ snaæ na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obróci³ g³owê w jej stronê.
Na widok nowej s±siadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbi³ siê na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawaæ siê zdawa³ piêkn± nieznajom± sprzed pó³godziny. Spojrzenia m³odych skrzy¿owa³y siê. Z czarnych &fraq14;renic ³adnej dziewczyny posypa³y siê iskry, poczem opu¶ci³a na oczy powieki, z rzêsami d³ugiemi.
Krasnostawski jednak milcza³ w niepewno¶ci.
- Nie, to nie ona - my¶la³ - tamta, smuk³a gazella, piêkniejsz± by³a, lecz ta znów... tu spojrza³ przeci±gle na dziewczê - kto wie, czy nie ponêtniejsza, milsza?... Bez w±tpienia... co za oczy!... - dopowiedzia³ sobie w duchu.
Nie rusza³ siê jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wyda³a mu siê dziwnie nieprzystêpn± - przynajmniej z powierzchowno¶ci. Ubrana by³a z miejskim szykiem, przeciêtnym wprawdzie, ale nie ra¿±co bynajmniej, ca³kiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jak±¶ nieujêt± jakby dystynkcy±.
Tak siê zda³o Krasnostawskiemu.
W tej samej chwili nieznajoma podnios³a nañ znowu oczy. Powoli zdjê³a woalkê, wci±¿ pal±c spojrzeniem piêknych, du¿ych &fraq14;renic i westchnê³a cicho...
Krasnostawski instynktownie przysun±³ siê do dziewczêcia bli¿ej. W parê jednak sekund pó&fraq14;niej, raz jeszcze przyjrzawszy siê delikatnemu profilowi nieznajomej i przywo³awszy w pamiêci ca³e swe znawstwo dawnego "don-juana", zawyrokowa³ w my¶li: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i obojêtnie zgas³ego zapali³ papierosa.
Poza tem, przed godzin± pe³en werwy i animuszu, teraz czu³ siê zmêczonym i spaæ mu siê po prostu chcia³o, rój my¶li za¶, poruszonych niedawno, bezustannie m±ci³ mu siê w g³owie. Ziewn±³ wiêc przeci±gle i zamierza³ ju¿ powstaæ, gdy oto nagle, prosz±co, pos³ysza³ wyrzeczone g³osikiem d&fraq14;wiêcznym swej s±siadki:
- Przepraszam pana... ale.... nie mogê daæ sobie sama rady... Czy... nie by³by pan tak uprzejmym i grzecznym zwin±æ mi parasolkê?...
S³owom tym towarzyszy³ wyraz twarzy, pe³ny milutkiego wdziêku i przybranej okoliczno¶ciowo zaambarasowanej niby nie¶mia³o¶ci; zatrzyma³a siê pytaj±co...
Widz±c jednak na obliczu m³odego cz³owieka u¶miech i wyci±gniêt± ju¿ rêkê po parasolkê, dokoñczy³a zalotnie, podaj±c mu j±:
- Tylko... tak ³adnie... cieniutko...
- Pan siê dziwi, zapewne - dygnê³a ju¿ ¶mia³o, lecz z tym samym nieokre¶lonym nieco twarzy wyrazem, - ¿e ja, nie znaj±c pana, o¶mielam siê, pomimo to, trudziæ go... ale...
- Boli r±czka? - podchwyci³ Krasnostawski ¶piesznie i pochyli³ siê ku dziewczêciu, z u¶miechem.
W oczach dziewczyny zapali³y siê skry, nerwowo zadr¿a³y jej wi¶niowe usta i rozchyli³y siê kusz±co... Za¶mia³a siê...
- Tak, mam reumatyzm w prawej d³oni... - odpar³a z pow³óczystem spojrzeniem.
I rozmowa w ¶lad zatem potoczy³a siê g³adko... Krasnostawski poczu³ siê w swoim ¿ywiole, wpad³ w zapa³, dowcipkowa³, ¶mia³ siê, opowiada³. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcina³a mu siê dowcipnie, podtrzymywa³a rozmowê...
Gwar dwojga m³odych odbija³ siê echem po coraz to pustszym ogrodzie; ¶pi±cy dot±d spokojnie na ³awce s±siad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zakl±³ z cicha i bez ceremonyi po³o¿y³ siê na ³awce, jak d³ugi.
Wespó³ z towarzyszem roze¶mia³o siê piêkne dziewczê. Powstali.
Pob³±dziwszy za¶ samotnie po alejach ogrodu, w pó³ godziny pó&fraq14;niej wychodzili z niego, ochoczo i ¿wawo, na pust± ulicê, trzymaj±c siê pod rêce, po przyjacielsku ju¿ zupe³nie. M³ody pan plenipotent gowartowski skin±³ na stoj±ce opodal "gumy", kaza³ stangretowi podnie¶æ budê, wsiad³ do powozu razem z piêkn± now± znajom±, rzuci³ adres - i pojechali...
Gdy w ten sposób od¿y³y w wie¶niaku ³obuz zabawia³ siê swobodnie w weso³ym grodzie - na Ukrainie, w pa³acu gowartowskim, który zaledwie opu¶ci³ by³ dwa dni temu, w t± sam± noc wrze¶niow±, pomimo spó&fraq14;nionej ju¿ wielce pory, pali³y siê, jeszcze ¶wiat³a.
Po obszernych komnatach du¿ego piêtrowego domu, otoczonego cienistym parkiem, przechadza³ siê, zamy¶lony, pan January Gowartowski, z rêkami za³o¿onemi na piersiach. K³a¶æ siê na spoczynek wcale nie mia³ ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomo¶ci o ¶lubie Oli, sen, wyp³oszony cierpieniem i my¶lami, bezpowrotnie, zda siê, ulecia³ od powiek starca.
Pan January ju¿ od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, nie sypia³ wcale. Chodzi³ po pustych komnatach, my¶la³, czyta³, czasami wychodzi³ na przechadzkê, b³±ka³ siê po polach, z rzadka bardzo poluj±c do ¶wita na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddaj±c siê teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechêceniem.
By sobie za¶ te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaiciæ, pan January wzi±³ siê do pisania w³asnych pamiêtników, a sun±c piórem po papierze i godzinami zape³niaj±c go swem drobnem pismem, nieraz potem, znu¿ony, zasypia³ przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawa³ lokaj. W ci±gu dnia za¶ wyra&fraq14;nie nudzi³ siê coraz bardziej; czasami odwetowa³ sobie d³ugie bia³e noce ciê¿kim snem po obiedzie; poza tem nie wyje¿d¿a³ nigdzie, ani do s±siadów, ani nawet do ko¶cio³a, nikogo równie¿ nie przyjmuj±c.
W pa³acu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwi±c siê stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie by³ i¶cie ra¿±cym. Poprzednio, weso³y, u¶miechniêty, rze&fraq14;ki, nad wiek swój ¿ywy, bior±cy udzia³ we wszystkich sprawach wiejskich, interesuj±cy siê najdrobniejszym niemal szczegó³em, obecnie zmieni³ siê rzeczywi¶cie do niepoznania.
Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popad³ pan January w trwaj±cy dot±d stan apatyi, zniechêcenia i nudy, a powiêkszaj±cy siê ci±gle i coraz bardziej. Z ma³¿eñstwem Oli pogodzi³ siê, bo zgodziæ siê na nie musia³, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomy¶ln± rêk± córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoi³a siê bynajmniej. Pan January zamkn±³ siê w sobie i prze¿uwa³ cierpienie w³asne, nie mog±c o niem zapomnieæ.
I czy¿ nawet mo¿na by³o dziwiæ siê temu? Ka¿dy k±t, ka¿da ¶cie¿ka i sprzêt w pa³acu nasuwa³y biednemu ojcu na pamiêæ jedynaczkê, martwota za¶ i cisza komnat, oraz ich g³ucha pustka przypomina³y stale nieobecno¶æ jej bezpowrotn±.
Gdy Krasnostawski, zamieszka³y w pobliskim folwarku, Tomaszówce, wpada³ tu czasem w interesach i sprawach maj±tkowych, - o¿ywia³ nieco obecno¶ci± sw± te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej d³u¿y³y siê panu Januaremu.
Na stole w jadalni gowartowskiego pa³acu le¿a³o kilka ksi±¿ek, obok w salonie i buduarze widnia³y porzucone pisma ¶wie¿e - na biurku w gabinecie przyleg³ym biela³y roz³o¿one arkusze, zape³nionego pismem papieru. Pan January przed chwil± przesta³ by³ czytaæ, oraz pisaæ teraz zamierza³, a przechadzaj±c siê tymczasem poprzez szereg czterech le¿±cych obok siebie, otwartych, poo¶wietlanych pokoi, my¶la³.
W ciszy u¶pionego ju¿ od dawna domu wybi³a godzina druga...
Monotonny odg³os zegara zbudzi³ Gowartowskiego z zadumy. Poruszy³ siê szybciej, sam pogasi³ ¶wiat³a w czterech s±siednich komnatach, poczem, westchn±wszy cicho, przetar³ d³oni± czo³o i usiad³ przy biurku przed roz³o¿onemi æwiartkami papieru.
Nie wzi±³ jednak pióra do rêki... My¶l leniwa odbiec na rozkaz nie chcia³a, podpar³ wiêc pan January d³oñmi g³owê i zamy¶li³ siê znowu.
Woko³o, z umilk³em echem jego miarowych kroków, zapanowa³a niezam±cona niczem cisza, i trwale do¶æ d³ugo, nie przerywana zgo³a niczem.
Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniós³ g³owê dziedzic Gowartowa, siêgn±³ po pióro i zacz±³ pisaæ szybko. Jedne po drugich wype³nia³y siê jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt za¶ stalki w milczeniu g³uchem dono¶nie rozbrzmiewa³ po pokoju. W ten sposób minê³a godzina, a mo¿e i wiêcej...
Przesta³ wreszcie pisaæ ojciec Oli, od³o¿y³ pióro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka - powsta³.
Wywo³any zazwyczaj umys³owem znu¿eniem, sen nie klei³ jednak dzisiaj powiek jego.
Przeciwnie. Zmuszony przed chwil± jeszcze, oderwawszy siê od tera&fraq14;niejszo¶ci, zanurzyæ w przesz³o¶æ w³asnego ¿ycia, któr± opisywa³ - pan January orze&fraq14;wionym by³ jakby, a wyraz melancholyi smutnej znik³ z oblicza jego, oczy patrza³y ja¶niej jako¶, zapatrzone, zda siê, w odleg³e dawne wspomnienia...
I wyparte t± chwil± obecn±, cierpienie pierzch³o na chwilê, ojciec Oli za¶, spragniony snaæ powietrza, otworzy³ okno, wychodz±ce na ogród.
Dotykaj±c szyb, zaszele¶ci³y cicho ga³êzie pn±cego siê wysoko po murze winogradu, i powiew balsamiczny, ¶wie¿y, wp³yn±³ do pokoju.
Pa³ac gowartowski górowa³ nad okolic±. Do stóp jego, poza parkiem i stawem, w pó³kole, tuli³a siê wioska, a dalej widnia³y uprawne pola, odcina³ siê na widnokrêgu sinawy pas lasów, w¶ród rozleg³ych za¶, jak okiem siêgn±æ, p³askich obszarów - majaczy³o kilka dalekich sió³ i futorów...
W chwili, gdy pan January stan±³ w oknie gabinetu, z którego krajobraz ten ca³y, jak na d³oni, mo¿na by³o obj±æ okiem - nad otaczaj±cemi Gowartów wko³o równinami, pe³nemi nieujêtego jakby smutku i niewys³owionej dziwnej têsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi ³anami i bielej±cymi szerokimi traktami - z wolna gas³a w³a¶nie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo nikn±c, pierzcha³y ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mg³y przedporanne b³±ka³y siê tam i ówdzie, pó³mrok za¶ szarawy przed¶witu, walcz±cy z cieniami nocy, coraz bardziej zwyciêski, hardy, panoszy³ siê ju¿ doko³a.
Gowartowski sta³ nieruchomo w oknie, a odczuwaj±c g³êboko nieujêty czar, p³yn±cy ku niemu senn± fal± z ziemi rodzinnej, jednocze¶nie uczuwa³ w duszy chêæ konieczn± wyrwania siê, choæ na krótko z tych ciasnych ram pokoju.
W tej samej chwili ciszê drzemi±c± przerwa³ nagle pojedynczy d&fraq14;wiêk, rytmiczny i daleki. Wplót³szy siê melodyjnym akordem w ogólne milczenie, szed³ coraz donio¶lejszy... bli¿szy...
Przez perl±ce siê jeszcze nocn± ros± ³any zbo¿a i ³±ki, zagony buraków i jary, lecia³o monotonne echo dzwonka, ¿a³osne sob± i jakby smêtne, b³±kaj±c siê po u¶pionych jeszcze obszarach, budz±c drzemi±ce ptactwo, leniwo i niechêtnie zrywaj±ce siê gdzieniegdzie do lotu.
- Telegram! Mo¿e do mnie, pójdê i zobaczê... mrukn±³ do siebie pó³g³osem pan January, i odst±piwszy od okna, siêgn±³ kapelusz.
W tej samej chwili wzrok jego przesun±³ siê po ¶cianie, na której wisia³a strzelba i przybory my¶liwskie. Gowartowski spojrza³ mimo woli na swój ubiór.
By³ w butach wysokich z cholewami, których dobê ca³± nie zmieni³, pe³en apatyi.
Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzi±³ strzelbê, torbê, naboje i wyszed³ przez balkon do ogrodu. Czu³ potrzebê ruchu, powietrza i postanowi³ zapolowaæ na dzikie kaczki. Drzemi±ca ¿y³ka my¶liwska przebudzi³a siê w Gowartowskim, a odnalaz³szy ulubieñca swego, legawca, ¶pi±cego w ³adnej budce, wyruszy³ przez park na pola.
My¶l jego by³a jakby wolniejsza, wzrok za¶ uporczywie ¶ciga³ krajobraz, niejako ws³uchuj±c siê w bliski ju¿ teraz zupe³nie odg³os dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunê³a mu bezpodstawne przypuszczenie, i¿ mo¿e ten oto znajomy d&fraq14;wiêk, zwiastuj±cy telegraficznego pos³añca, przyniesie mu jak±¶ dobr±, a niespodzian± od Oli wiadomo¶æ.
Rzeczywisto¶æ, jak zwykle, rozwia³a chwilowe z³udzenie. Spokojnie i równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzy¿u drewnianym, przesunê³a siê sennie, w jednego konia, dwuko³owa bida, z siedz±c± na niej skulon± postaci±, i brzêcz±c dzwonkiem, zginê³a w mg³ach porannych.
Dziedzic Gowartowa westchn±³, i min±wszy park oraz wioskê, boczn± ¶cie¿yn± skierowa³ siê ku polom. Poprzedzany krêc±cym siê weso³o, ca³ym czarnym, z bia³emi ³apami, legawcem, w pól godziny potem spuszcza³ siê w jar g³êboki.
Otulony cisz± przed¶witu, drzema³ tu staw obszerny, ca³y zaros³y sitowiem - siedziba kaczek dzikich; ma³y m³ynek drewniany, cichutko szemrz±c przelewaj±c± siê wod±, odpoczywa³, przyparty do w±zkiej grobelki; w jej pobli¿a maleñka, garbata chatynka m³ynarza dope³nia³a krajobrazu.
Po raz pierwszy od bardzo dawna podda³ siê pan January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o drêcz±cem go cierpieniu. St±paj±c ostro¿nie i cicho po zroszonej trawie, szed³ wzd³u¿ stawu, nad jego brzegiem, rozgl±daj±c siê bystro doko³a.
Milczenie i spokój panowa³y niepodzielnie w tym zak±tku. Czasem tylko za³opota³o co¶ w sitowiach i zaraz zcich³o; tu¿ ponad senn± tafl± wód przelecia³ wolno ko³o id±cego my¶liwca jastrz±b wodny, kulik, znikn±wszy niebawem z oczu...
I melancholijna szaro¶æ, jeszcze na wpó³ pogr±¿ona we ¶nie, cicha, królowa³a dalej znowu, skupiona w sobie, niezam±cona niczem, chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.
Nagle pan January przystan±³:
- Wara! do nogi! - sykn±³ cicho na psa. Legawiec, podniós³szy lew± ³apê i wyprostowawszy ogon sprê¿y¶cie, znieruchomia³.
Na czyst± taflê wód stawu, rzecz rzadka, wyp³ywa³y powa¿nie dwie kaczki dzikie i ko³ysz±c siê niedostrzegalnie, zbli¿a³y siê, ufne, z wolna p³yn±c, na odleg³o¶æ strza³u. My¶liwiec odwiód³ kurka u strzelby, jak móg³ najciszej, i przy³o¿y³ broñ do ramienia.
Przeczeka³ chwilê jeszcze, i poci±gn±³ za cyngiel...
Odbity w milczeniu dziesiêciokrotnem echem hukn±³ w ciszy pierwszy strza³!... Dosi±g³ on jednocze¶nie obie kaczki, po³o¿y³ je trupem, i zbudzi³ zarazem ¶pi±c± w sitowiach zwierzynê.
Zagotowa³o siê tam teraz wszêdzie; t³umione szelesty rozleg³y siê na wsze strony; kurki wodne, kaczêta, kaczki nawo³ywa³y siê wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwa³o siê nawet hen, w perspektywie, na drugim krañcu stawu... daleko. Jedna za¶, wynurzywszy sk±d¶, z charakterystycznym po¶wistem skrzyde³, przelecia³a: wysoko prostopadle ponad g³ow± my¶liwego.
Pos³uszny legawiec jednocze¶nie przynosi³ panu w zêbach zabit± zwierzynê; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesi³ je u torby i poszed³ dalej.
Powoli, stopniowo, rozja¶nia³o siê tymczasem.. Na wschodzie, gdzie¶ w oddali, widnokr±g zaró¿awia³ siê, niedostrzegalnie, leciutko...
Ojciec Oli Dzier¿ymirskiej, ze spuszczon± g³ow±, postêpowa³ wci±¿ brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwa³o siê trwo¿liwie, my¶liwiec jednak nie zadawa³ sobie trudu strzelaæ do nich, bo oto znowu, wywo³ane na pozór drobnostk±, poch³onê³y bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.
Rok temu, podobnie jak dzi¶, polowa³ on tutaj.
Razem z Ol± wyjechali o drugiej, noc±, i przybyli nad staw przy ksiê¿ycu jeszcze. Tak samo cisza u¶pienia panowa³a doko³a, tak samo, jak przed chwil±, na toñ czyst±, l¶ni±c± siê tylko w dogorywaj±cych, dr¿±cych promieniach miesi±ca - wyp³ynê³a zwierzyna...
Pamiêta, jak dzi¶, ow± chwilê, rado¶æ córki z tej przeja¿d¿ki i jej ciekawo¶æ asystowania przy polowaniu. Stoi mu ¿ywo przed oczyma twarzyczka jej zarumieniona, ³adniutka, wzruszona, ciekawie ¶ledz±ca wzrokiem kaczki, p³yn±ce po wodach...
Pamiêta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy ju¿ cyngla d³oni± dotyka³, szczebiot jej weso³y sp³oszy³ zwierzynê, i jak wówczas Ola tego sobie darowaæ nie mog³a...
Westchnienie ciche podnios³o pier¶ Gowartowskiego, brwi zmarszczy³ i zatopi³ siê w my¶lach niepomny zupe³nie otoczenia swego.
Tymczasem zwierzyna co chwila podrywa³a siê tam i ówdzie, przelatuj±c blisko id±cego machinalnie naprzód my¶liwego.
Legawiec, krêc±c ogonem, wierci³ siê na wszystkie strony, skamla³ nie¶mia³o, z cicha, goni³ uciekaj±ce kaczki i powraca³, podnosz±c rozumny swój wzrok na zamy¶lonego pana, z wyrazem zdziwienia, i¿ nie s³yszy ju¿ strza³ów - wyra&fraq14;nie zgorszony postêpowaniem jego.
Staw tymczasem ju¿ siê koñczy³..
W pobli¿u, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem b³otnistych moczarów, widnia³ taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i sitowiem zaro¶niêty ca³y.
Znaj±c snaæ dobrze drogê ku niemu, pan January nie zatrzyma³ siê, a tylko ci±gle tak samo zadumany, ruszy³ w drogê dalej, prosto przez bagno, stawiaj±c powoli stopy na trzês±cych siê kêpkach zielonych.
Pod ciê¿arem cia³a id±cego my¶liwca grunt ugina³ sie, ko³ysa³ niedostrzegalnie, a pod nim chlupota³a woda i porusza³ siê kr±g ca³y wodnistej ziemi.
Pan January nie zwraca³ jednak na to ¿adnej uwagi; w my¶lach rozpamiêtywa³ co¶ ci±gle, w oczach za¶ uporczywie majaczy³a mu wywo³ana przypomnieniem twarz i postaæ Oli, przes³aniaj±c sylwetk± sw± wzrok jego zamglony.
Roztargniony jakby, tu, gdzie siê znajdowa³, zgo³a nieobecny, Gowartowski szed³ przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga niespodzianie obsunê³a mu siê na ma³ej kêpce, i ma³o, ma³o, ¿e nie straci³ równowagi...
Tymczasem poza nim, w dal roztwiera³y siê niby widnokrêgu podwoje...
Stopniowo, w±skie pasmo skrytego jeszcze s³onecznego ¶wiat³a, ros³o na niebiosach. Z pod bia³ych puchów pos³ania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u ³o¿a zas³on - zarumieniona, wstydliwa wychylaæ siê poczê³a jutrzenka ró¿ana, przeci±gaj±c siê lubie¿nie jeszcze poza przejrzyst± opon± ob³oków bladych...
Ponad stawem lata³y teraz ci±gle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego snaæ legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ci±gnê³o tutaj ca³e stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrz±b kr±¿y³ majestatycznie nad ³anem zbo¿a...
Ostatnie wreszcie cienie przed¶witu pierzch³y nagle... Pierwszy promieñ s³oñca wyjrza³ nie¶mia³o, b³ysn±³ po bia³ych ¶cianach chatynki i blaszanym dachu starego m³yna, dotkn±³ siê tafli stawu, zamigota³ w mêtnych b³otach moczarów i musn±³ pieszczotliwie odwrócon± sylwetê id±cego mê¿czyzny.
Na b³yszcz±cej lufie prze³o¿onej przez plecy strzelby zapali³ siê blaskiem. Minê³a chwila... i ju¿ tryumfalnie zaja¶nia³ on, obj±wszy p³omieniem ¶wiate³ li¶cie kilkunastu drzew, rosn±cych w¶ród bagien. Postaæ krocz±cego miarowo po moczarach cz³owieka na zakrêcie, czy te¿ w drzew cieniu, znik³a nagle w mgnieniu oka...
Po chwili w dali rozleg³o siê tylko g³o¶ne szczekanie psa.
Umilk³o...
Nad ziemi± w tej samej chwili wsta³ dzieñ nowy, pe³en nadziei, z rado¶ci± na promienistem czole.
Na platformie kawiarni, po³o¿onej na szczycie góry "Gûtsch," wznosz±cej swój cypel wynios³y ponad wdziêcznie rozrzucon± u jej stóp Lucern±, roi³o siê od turystów, siedz±cych przy stolikach.
Szmery prowadzonych rozmów ³±czy³y siê w akord wspólny z graj±c± smêtnie i cicho orkiestr±, wzrok za¶ wypoczywaj±cych go¶ci pie¶ci³ widok cudny i wspania³y na miasto, tul±ce siê zacisznie do brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe g³êbie, w których lustrzanej toni milcz±co przygl±da³y siê równie¿ zadumane wierzcho³ki gór.
Zamyka³y one ³añcuchem swym ca³y widnokr±g naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowa³y na prawo krêt± szyjê wód jego, p³yn±cych cicho w dal...
Oz³ociwszy purpur± i z³otem ¶nie¿ne szczyty gin±cych we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na bia³ych frontach nadbrze¿nych hoteli, spiczastych wie¿ach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, w³a¶nie przed chwil± zgas³ ostatni promyk s³oñca...
Natomiast zmierzch szary ju¿ obecnie wychyla³ siê sk±d¶ nie¶mia³o, ¶lizga³ siê po g³adkiej tafli jeziora, przechadza³ po dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, staro¿ytnych i w±skich, a omraczaj±c sze¶ciok±tny czubek, po³o¿onej tu¿ przy jednym z nich, oryginalnej wodnej wie¿ycy, swawolnie zdawa³ siê zatapiaæ j±, jedynaczkê, stercz±c± zabawnie po¶ród wód szafiru.
A tymczasem, pod wp³ywem id±cego wieczora, cich³o jakby jeszcze bardziej wszystko doko³a... Senny spokój p³yn±æ siê zdawa³ od Lucerny, która, choæ przepe³niona go¶æmi z ca³ego ¶wiata, têtniæ poczynaj±ca w³a¶nie o tej porze muzyk± i gwarem - obserwowana jednak st±d, z "Gûtsch" wierzcho³ka, wydawa³a siê tak spokojn± - tak cich±, jakby nie by³a zgo³a punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw ¶mietanki, ale tylko - oaz± wytchnienia i swobody.
W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy, przy stoliku, siedzia³o piêæ osób.
Towarzystwo to sk³adali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córk± i powa¿nym jegomo¶ciem, ojcem zapewne rodziny - m³ody, ¿wawy, przystojny Francuz i Dzier¿ymirscy.
O¿ywiona, niemilkn±ca rozmowa, podtrzymywana g³ównie przez Olê i m³odego Francuza, panowa³a przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomo¶æ ¶mia³ siê co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów m³odzieñca, panienka równie¿ rozmawia³a weso³o i jeden tylko Dzier¿ymirski stanowi³ w tym akordzie dobranym kontrast a¿ nadto wyra&fraq14;ny, zachowanie siê za¶ jego milcz±ce i bierny, li tylko konieczny, udzia³ w rozmowie, ¶wiadczy³y dobitnie, ¿e to wszystko nudzi go nad wyraz.
Oczy Dzier¿ymirskiego, pe³ne zamy¶lenia, prawie bezustannie spoczywa³y na krajobrazie u podnó¿a góry, z rzadka przenosz±c siê, obojêtne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywa³ siê g³ównie na Oli. Zaduma smêtna, od otoczenia daleka, znika³a wówczas na chwilê z jego oblicza, &fraq14;renice za¶ czarne Romana, ciemniejszemi stawa³y siê, badawcze... Nader korzystnie za¶ dnia tego wygl±da³a pani Ola. Ubrana w zgrabn± sukniê, z jasnej materyi, czyni³a wra¿enie wytworne i eleganckie; obna¿one za¶ do¶æ g³êboko, z okazyi niby gor±ca, pier¶, szyja i ramiona, przykryte tylko a¿urow± koronk±, stanowi±c± ca³o¶æ z sukni± - podnosi³y jeszcze wdziêk jej postaci. Siedz±c obok m³odego Francuza, rozmawiali z nim przewa¿nie, ¶miej±c siê, dowcipkuj±c, i bezwiednie zapewne tylko, rzucaj±c mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.
Trwa³o tak dosyæ d³ugo. Po niejakim czasie jednak Ola zauwa¿y³a snaæ dziwne trochê zachowanie siê mê¿a, bo, skorzystawszy z ogólnego powstania, spowodowanego czyj±¶ uwag± o krajobrazie, zbli¿y³a siê do Dzier¿ymirskiego, i przytuliwszy siê, otar³szy, jak kociê, sw± rozkwit³± kibici± o niego, miêkko i czule zapyta³a:
- Co¶ taki smutny, Romciu, co ci?
-Nic, kochanie! - odpar³ krótko Dzier¿ymirski i dorzuci³ po chwili:
- Ale, a propos, ja ciê tu zostawiê, bo sam wpa¶æ jeszcze muszê na pocztê, tam, na dole...
- Koniecznie chcesz tam i¶æ? To mo¿e jed&fraq14;my ju¿ razem?..
Dzier¿ymirski odczu³ niechêæ lekk± w g³osie ¿ony; cieñ ledwie dostrzegalnego niezadowolenia, przemkn±³ mu po twarzy, odezwa³ siê jednak szybko:
- Nie, nie, zostañ, ma chère, proszê ciê... Spotkamy siê pó&fraq14;niej w alei nadbrze¿nej, bêdê czeka³ na ciebie... au revoir...
Dzier¿ymirski ¶cisn±³ zlekka r±czkê ¿ony i zrêcznie wycofa³ siê z platformy, zd±¿aj±c po schodkach na dó³, do stacyi kolejki zêbatej, zwanej "funiculaire," a ³±cz±cej w piêciu minutach czasu górê z miastem.
Zajête lornetowaniem krajobrazu - którego wdziêk teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdo³a³ przemówiæ do ich poczucia piêkna. Towarzystwo nie zauwa¿y³o nawet odej¶cia Romana. Ten ostatni spuszcza³ siê powoli po schodkach i zasiad³ niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ruszyæ maj±cej do Lucerny.
- A to mnie znudzili - mrukn±³ - zakazane towarzystwo...
W tej samej chwili rozleg³ siê sygna³ odjazdowy, wagoniki poruszy³y siê z chrzêstem, i hamowane, powoli w dó³ spuszczaæ siê zaczê³y.
Roman obejrza³ siê; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczno¶ci, znajdowa³ siê zupe³nie sam.
Wygodnie wyci±gn±³ nogi, rozpar³ siê i patrzy³ w dó³.
Przed nim czernia³a stromo id±ca para szyn kolei, z po³o¿onym po¶rodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzema³o jezioro - wierzcho³ki gór stopi³y siê w zmierzchu, zla³y jakby z chmurami niebios, w ciemno¶ciach za¶, coraz to wiêkszych, wystêpowa³y teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki b³êdne, zapala³y siê co chwila tu i tam ¶wiate³ka.
Roman nagle przymkn±³ oczy.
Bo oto jemu - wpatrzonemu ci±gle w dó³, w strom± pochy³o¶æ i powietrzn± pró¿niê, dziel±c± jeszcze kolejkê od jeziora i, miasta - zakrêci³o siê w g³owie, w wirze za¶ tym wy³oni³a nagle siê jedyna szalona my¶l, spowodowana jakim¶ jednoczesnym, nic nie znacz±cym wagonów ha³asem. Mianowicie zda³o mu siê po prostu, ¿e oberwany poci±g leci w dó³, coraz szybciej, i... ¿e ju¿... ju¿ oto w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie siê on niebawem szklistej toni wód...
Po krótkiej atoli chwilce Dzier¿ymirski otworzy³ oczy i roze¶mia³ siê g³o¶no.
Nic woko³o nie zmieni³o poprzedniego wygl±du. Wolno i ostro¿nie stacza³a siê kolejka dalej, jezioro by³e ju¿ tylko znacznie bli¿ej, u brzegu jego mruga³a, iskrz±ca siê dziesi±tkami ¶wiate³ek, Lucerna; wagony, brzêcz±c, spuszcza³y siê ci±gle, zawieszone nad miastem.
Roman wzruszy³ ramionami.
- Co mi dzi¶ jest! sarn nie wiem! - mrukn±³.
W istocie by³ nie swój od samego rana. W silnej mierze niew±tpliwie przyczyni³o siê do tego postêpowanie ¿ony.
Zapoznawszy siê sama z kilkoma osobami, o natrêtnej manji zaznajamiania siê, zanudza³a go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecno¶ci± bezustann±, bawi±c siê wszak¿e sama znakomicie. I to w³a¶nie ostatnie najbardziej irytowa³o Romana. Tak unika³ dot±d ludzi, tak ucieka³ od nich, by byæ samym tylko z Ol±, by bez zam±cenia niczem piæ szczê¶cie chwili i t± mi³o¶ci± w sobie wszystko zag³uszyæ!..
Omin±³ wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, gdzie pochowan± by³a na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza tem posiada³ jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu unikniêcia musu obcowania z lud&fraq14;mi, innymi, prócz niej, Oli...
A tu tymczasem ona sama wyszukiwa³a sobie jakie¶ zakazane figury!..
Roman przy tej ostatniej my¶li, wyrzuciwszy z ust dogasaj±cego papierosa, ¿achn±³ siê niecierpliwie.
Bo na przyk³ad ten Francuz, czy¿ nie wzbudza³ w nim s³usznego gniewu? M³odzik niezno¶ny, z bezmy¶lnym, banalnym wiecznie na ustach u¶miechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze siê ¶mia³a...
- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówi³ sobie dalej Roman, - w Wenecyi przecie¿ by³o daleko gorêcej, nie ubiera³a ona jednak gorsu swego tak przejrzy¶cie, a tu ch³ód w porównaniu...
- Dla tego os³a z Pary¿a niew±tpliwie, by móg³ cynicznie i lubie¿nie napawaæ siê kszta³tem i cia³em jej kibici! - pó³g³osem dopowiedzia³ podra¿niony Dzier¿ymirski.
- &hibar;e te¿ te kobiety bez wabienia mê¿czyzny po prostu ¿yæ nie mog±!.. - wyrwa³o mu, siê jeszcze.
Spostrze¿enie powy¿sze, a tycz±ce siê w danym wypadku w³asnej ¿ony, gniewa³o go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwuj±c Olê, dostrzeg³ cechê w charakterze jej, nieznan± mu dot±d: chêæ zalotn± przypodobania siê innemu mê¿czy&fraq14;nie - nie jemu... J±trzy³o go to bardzo, choæ pragn±³ pozornie traktowaæ fakt ów lekko.
Wagoniki stanê³y w³a¶nie. Roman wyskoczy³ szybko i skierowa³ siê ku gmachowi poczty, po³o¿onemu ko³o g³ównego mostu, tu¿ przy dworcu kolejowym. Przed paru dniami wys³a³ list do kraju, do jednego ze swych dobrych znajomych. Powiadamia³ go o swoim ¶lubie i zarazem prosi³ usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mie¶cie mówi± o jego ma³¿eñstwie i co porabia January Gowartowski.
Dzier¿ymirski najbardziej by³ ciekawym tej ostatniej wiadomo¶ci, ze wzglêdu na Olê i smutek, od niedawna, stopniowo ¿³obi±cy, coraz czê¶ciej jej twarzyczkê.
Poda³ adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy ra&fraq14;no z wagonu kolejki, w kilka sekund znalaz³ siê ju¿ przy w³a¶ciwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. ¦piesznie powiedzia³ urzêdnikowi swe imiê i nazwisko.
Grymas pocieszny wykrzywi³ twarz tego ostatniego, i wykrztusi³ z trudno¶ci±:
- Dziez-Dzier... Cornment? Ècrivez, monsieur, sil vous plait! - poda³ kartkê Dzier¿ymirskiemu.
Roman pos³usznie napisa³ swe nazwisko.
Urzêdnik wzi±³ papier do rêki, skrzywi³ siê raz jeszcze, poczem wzruszy³ wymownie ramionami, a po chwili dopiero poda³ cudzoziemcowi list.
Roman chwyci³ go ¶piesznie i wybieg³ na ulicê.
Przy ¶wietle latarni rozerwa³ kopertê i czytaæ pocz±³ zape³nion± bitem pismem æwiartkê. Twarz jego wyra¿a³a niepokój i zaciekawienie widoczne, które po chwili dopiero ust±pi³y wra¿eniom, otrzymanym bezpo¶rednio z lektury pisma.
List ten, donosz±cy o towarzyskiem ¿yciu w rodzinnem mie¶cie, o ostatniem przyjêciu u marsza³kowej, i pog³oskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie zatrwa¿aj±cego nie mia³.
"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; je¶li chcesz koniecznie mieæ dok³adne wiadomo¶ci o wszystkiem, tycz±cem siê Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosê ci szczegó³owo.." opiewa³ koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...
Uspokojony, Dzier¿ymirski z³o¿y³ list i schowa³ go do kieszeni; pod wp³ywem jednak ostatnich s³ów pisma, zawróci³, przest±pi³ raz jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkê z widokiem, napisa³ szybko, odrêcznie, przyjacielowi swemu kilka s³ów szczerego podziêkowania, z pro¶b± o dalsze wiadomo¶ci, podawszy adres "Vevey", dok±d zamierza³ z Ol± udaæ siê nazajutrz. Poczem wyszed³ ¶piesznie i wrzuciwszy kartê, skierowa³ siê przez szeroki most ku nadbrze¿nej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, pe³nemu w obecnej chwili publiczno¶ci, rozbrzmiewaj±cemu muzyk±, weso³o¶ci± i gwarem.
Min±wszy most, Roman wkrótce znalaz³ siê w cieniu drzew i uszed³szy parêset kroków, siad³ na samotnej ³aweczce, kapelusz zdj±³ i po³o¿y³ obok siebie.
Wpó³obróciwszy siê jednocze¶nie, ujrza³ stragan z owocami. Poczu³ nagle pragnienie, i skin±³, kazawszy sobie przynie¶æ parê gruszek i brzoskwiñ.
Gdy us³u¿ny szwajcar podawa³ mu je, z ugrzecznieniem, Dzier¿ymirski siêgn±³ do kieszeni, a wyjêta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzy³a siê, i zawarto¶æ jej ca³a wysypa³a siê szeroko i z brzêkiem na ziemiê.
Roman, widz±c to, machinalnie schyla³ siê ju¿, by zebraæ le¿±ce na ¿wirze alei kilkaset mo¿e franków, w z³ocie i srebrze, gdy oto jaka¶ refleksja nag³a powstrzyma³a go w pó³ ruchu. Wyprostowa³ siê.
Rzuciwszy za¶ oczekuj±cemu na zap³atê przekupniowi po francusku, niedbale: "Ramassez Ça.! - odwróci³ siê obojêtnie na pozór w drug± stronê, i utkwi³ wzrok w jezioro.
Po chwili, w pó³obrocie g³owy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na zoran± bruzdami, opalon± twarz szwajcara, zbieraj±cego ju¿ rozsypany pieni±dz - zamy¶li³ siê...
O, jak¿e on pragn±³ w tej chwili, by z gar¶ci tych oto pieniêdzy, które mu wrêczonemi bêd± za parê minut , zabrak³o piêciofrankówki choæ jednej!...
Podarowa³by on j± ¶mia³kowi temu, a biedakowi zapewne, z pewno¶ci±!... Bo czy¿?... Czy¿ godzi³oby siê "jemu" rzucaæ na niego kamieniem?...
Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gor±czkowo, niecierpliwie oczekiwa³ rezultatu swej próby.
- We&fraq14;mie, z pewno¶ci± we&fraq14;mie! - mówi³ sobie równocze¶nie w duszy i g³os jaki¶ cyniczny, drwi± co wo³a³ w nim szyderski.
- "Uczciwo¶æ ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana, wzorzysta zewnêtrznie kraszanka, wewn±trz za¶ skrycie cuchn±ca!..."
Przed Dzier¿ymirskim roztacza³ siê tymczasem krajobraz wdziêczny nad wyraz. W dr¿±cych wiêc oto g³êbiach jeziora, na prawo, przegl±da³o siê tysi±cem ¶wiate³ek miasto... p³yn±ce wody, o kilka kroków od alei, skrêca³y w bok, tocz±c swe ciemne fale, jak rozpiêta nad niemi wrze¶niowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po powierzchni jeziora b³±ka³y siê ³ódki i ma³e stateczki, przy ka¿dym za¶ b³yszcza³a czerwona, du¿a, okr±g³a latarka, krwawym ¶ladem, ¶cie¿yn± purpury znacz±c g³êboko swe przej¶cie w przezroczej toni.
I ogniki owe, ³±cznie ze swem odbiciem, dr¿a³y tak bezustannie po jeziorze, sunê³y z wolna, zmienia³y miejsce - wreszcie mala³y, uto¿samiaj±c siê jakby w dali lataj±cym gdzie¶ ¶wiêtojañskim robaczkom...
Na lewo za¶, tu¿ przy brzegu, u przystani statków parowych, inne znów ognie dotrzymywa³y tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spaceruj±cych go¶ci puszczano tam fajerwerki; krêci³y siê zatem m³yñce, pêka³y rzymskie ¶wiece, strzela³y wysoko barwne rakiety - spada³y snopami iskier, ginê³y w ciemnych falach jeziora.
Dzier¿ymirski, wpatrzony pocz±tkowo bezmy¶lnie, pocz±³ siê teraz w³a¶nie przygl±daæ uwa¿niej, ujêty wdziêkiem widoku, gdy nagle pos³ysza³ g³o¶no wyrzeczone ko³o siebie s³owa:
- S'il vous plait, monsieur!
Roman odwróci³ siê szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieni±dze, oddawa³ mu sakiewkê.
- To dobrze, macie za owoce i fatygê! - po¶piesznie odpar³ Dzier¿ymirski i wrêczy³ przekupniowi dwa franki, w srebrze.
- Merci, monsieur! - akcentuj±c przeci±gle ostatni± sylabê u wyrazu: pan, odpar³ zadowolony Szwajcar, sk³oni³ siê, bez uni¿ono¶ci jednak, i odszed³.
Dzier¿ymirski wsta³ i skierowa³ siê ku innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej równie¿ ³awce. Wychodz±c z domu, dziwnym trafem okoliczno¶ci, przerachowa³ w³a¶nie pieni±dze i wiedzia³ co do grosza, ile ich znajdowa³o siê w portmonetce. Odtr±ciwszy w my¶li wydanych kilkana¶cie franków, pocz±³ gor±czkowo liczyæ z³oto i srebro.
Nie brakowa³o ani jednego centa.
Widoczne rozczarowanie odbi³o siê na twarzy Dzier¿ymirskiego. Pochyli³ siê na siedzeniu, opar³ ³okcie na kolanach i ukry³ twarz w d³onie.
- Wiêc ludzi uczciwych na ¶wiecie nie brak... Uczciwym byæ potrafi nawet cz³ek prosty, wiêc tylko ty... ty!.. - hucza³o mu bezlito¶nie w g³owie, i rumieniec wstydu pali³ policzki.
Nie mog±c usiedzieæ, Roman zerwa³ siê po chwili z ³awki i skierowa³ przed siebie nadbrze¿n± alej±.
Min±³ niebawem jeden z pierwszorzêdnych hoteli, przed którym co wieczór stale grywa³a orkiestra, dotar³ a¿ do po³o¿onego na koñcu "quai" - kursalu, - zawróci³, wci±¿ opanowany jedn± i t± sam± my¶l±.
W oko³o niego roi³o siê teraz od eleganckiej, wytwornej publiczno¶ci; piêkne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urz±dzonym z wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie kó³ka siedzia³y grupami na bambusowych fotelach - bawiono siê weso³o; wykwintnych go¶ci pe³no by³o równie¿ i wewn±trz hotelu, we wspania³ych salach na dole; przez otwarte na ¶cie¿aj okna dochodzi³y d&fraq14;wiêki walca - tañczono.
Kosmopolityczny pró¿niaczy high-life, zjechawszy siê tutaj, u¿ywa³ do woli wywczasu i przyjemno¶ci, staraj±c siê zarazem opró¿niæ kieszenie z niepotrzebnego z³ota, oraz zabiæ czas mi³o i po³kn±æ trawi±c± nudê.
- A mo¿e miêdzy nimi znajduje siê on "w³a¶ciciel", "on", wówczas, przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - dra¿ni±c Romana uporczywie, my¶l dziwaczna mêczyæ go nagle poczê³a. Wstrz±sn±³ siê i skrzywi³ bole¶nie...
W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecia³ ¶wie¿y, jêdrny g³os kobiecy.
Pie¶ñ w³oska, namiêtna, jak krew i mi³o¶æ dzieci po³udnia, dr¿±ca uczuciem, pomknê³a po dr¿±cej fali jeziora, ponad g³owy przechadzaj±cych siê go¶ci, odbi³a siê o echo gór...
Kto¶ z p³ci nadobnej ¶piewa³ artystycznie i piêknie w jednej z sal "National'u"; Dzier¿ymirski podszed³ bli¿ej i s³uchaæ pocz±³, zniewolony piêkno¶ci± g³osu.
I powoli, rozpêdzona czarem pie¶ni, w jego duszy równocze¶nie uspakaja³a siê burza.
Gdy ¶piew usta³, Roman ju¿ my¶l± by³ gdzie indziej; jak wp³yw zewnêtrzny ¿ycia przed chwil± poruszy³ by³ dotkliwie struny duszy jego - tak samo, u³agodziwszy je teraz, przeniós³ naraz my¶l Romana do chwili obecnej.
Dzier¿ymirski przypomnia³ sobie ¿onê, spojrza³ na zegarek i skierowa³ siê drog± powrotn± do mostu; zaniepokojony raptem, ¿e dot±d nie ma jeszcze Oli. Id±c za¶, przesuwa³ wzrok uwa¿ny po twarzach przechodniów.
Nagle brwi zmarszczy³. Bo oto o kroków kilkana¶cie przed sob± ujrza³ Olê, ale sam± i w towarzystwie tylko m³odego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, snaæ nie swojej, gdy¿ ¿adnej podobnej ze sob± nie mia³a.
Roman u¶miechn±³ siê ironicznie:
- Zmarz³a, biedaczka! - mrukn±³ z zadowoleniem. - Przy¶pieszy³ kroku, a znalaz³szy siê tu¿ przy id±cej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwa³ siê po francusku:
- A, powitaæ !. . Có¿ to, Ola w po¿yczanych szatach?...
Urwawszy w pó³ zdania rozmowê, id±cy podnie¶li jednocze¶nie g³owy, Ola za¶ zarumieni³a siê nieco i odpar³a:
- A tak. Po¿yczy³am okrycia u panny K... po zachodzie s³oñca tak ch³odno...
- Mo¿na siê by³o z góry tego spodziewaæ; bardzo¶ &fraq14;le zrobi³a, wyletniaj±c siê, a z odsy³aniem znów owych zarzutek k³opot tylko bêdzie!
- rzuci³ Roman opryskliwie.
- Wiesz przecie, ¿e jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzie¿?...
Dwa ostatnie zdania wymówi³ Dzier¿ymirski po polsku tym samym, niezadowolonym wci±¿ g³osem.
- Wst±pi³y po drodze do znajomych - odpar³a Ola, onie¶mielona nieco tonem mê¿a.
- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydowa³ Dzier¿ymirski w tym¿e, co poprzednio jêzyku, i odwróci³ siê szybko, pragn±c w duszy co prêdzej pozbyæ siê towarzysza ¿ony.
- Przecie¿ ju¿ Ola nigdy tego cymba³a nie ujrzy! - doda³ w my¶li zarazem.
- Pañstwo jad± jutro? O której? - pyta³ tymczasem w³a¶nie m³odzieniec.
Widz±c, i¿ Ola pragnie poinformowaæ Francuza, Roman rzek³ ¶piesznie.
- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyci±gn±³ rêkê...
- Ach, wiêc ju¿ mo¿e nie bêdê mia³ szczê¶cia ogl±daæ pañstwa? Doprawdy, jak¿e mi przykro! - rzek³ m³ody Francuzik, ¶ciskaj±c podan± d³oñ; nie odchodz±c jednak, wci±¿ szed³ obok Oli.
- Pañstwo w któr± stronê? - zagadn±³ uprzejmie. - Tak ma³o mia³em sposobno¶ci rozmawiaæ dzi¶ z panem... - s³odziutko ci±gn±³ dalej, zwracaj±c siê do Dzier¿ymirskiego - umkn±³ nam pan tak prêdko...
Bawidamek z nad Sekwany umilk³ nagle pod drwi±cem spojrzeniem Romana.
- Pañstwo... w roku przysz³ym zapewne przyjad± tu równie¿? - jêkn±³ jeszcze, podtrzymuj±c rozmowê.
- A pan ?.... - s³odko i uprzejmie zapyta³ Dzier¿ymirski.
- O, naturalnie, i¿ bêdê! - po¶pieszy³ z odpowiedzi± m³odzieniec.
- No, to my - nie! - odpar³ z przyciskiem, ca³kiem seryo Roman, lodowatym g³osem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skin±³ na tramwaj elektryczny, by stan±³.
- Wsiadamy! - rzuci³ krótko ¿onie.
- Przecie¿ ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwn± stronê?! - zauwa¿y³a zdziwiona Ola.
- Nic nie szkodzi. Pozbêdziemy siê tego kulfona!- odrzek³ po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzuci³ gniewnie do oci±gaj±cej siê ¿ony, i pchn±³ j± z lekka do czekaj±cego na nich tramwaju.
W sekundê pó&fraq14;niej Dzier¿ymirscy ruszyli; wehiku³ elektryczny pomkn±³ i znik³, odprowadzony os³upia³ym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku chwilê, ca³y, jak burak, czerwony, ruszy³ w drogê, i zgin±³ niebawem w ró¿nobarwnym t³umie.
Gdy w Lucernie odbywa³ siê ten drobny epizod, jednocze¶nie prawie, szerokim ukraiñskim traktem, w bezgwiezdn± i ciemn± noc wrze¶niow±, pêdzi³ konno na oklep wyrostek, w burej ¶witce, trzymaj±c w rêku smolne ³uczywo, tak zwany kaganiec.
Krwawy blask jego roz¶wietla³ panuj±ce woko³o nieprzejrzane ciemno¶ci, toruj±c w ten sposób w ¶lad za je&fraq14;d&fraq14;cem drogê ma³emu koczykowi, zaprzê¿onemu w cztery bu³ane ¿wawe koniki. W powoziku siedzia³ Boles³aw Krasnostawski, otulony burk± i ob³o¿ony pakunkami. Jecha³ w³a¶nie od kolei, a powraca³ z podró¿y swej do miasta.
Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesiêæ, dzi¶ dopiero po¶piesza³ do swoich obowi±zków, przez ca³± drogê ³ami±c sobie w³a¶nie g³owê, jak upozorowaæ przed starym Gowartowskim sw± przyd³u¿on± trochê nieobecno¶æ.
Bo zgo³a nie interesy s³u¿by przytrzyma³y pana Boles³awa w wielkim mie¶cie; o, bynajmniej! M³ody pan plenipotent wraca³ go³y, jak ¶wiêty turecki. Ca³kowit±, naturalnie ¿e tylko w³asn±, zarobion± gotowiznê przehula³ bowiem tam doszczêtnie.
A teraz na ostatek, jad±c w swoim koczyku, rozpamiêtywa³ on jeszcze mi³o, na odleg³o¶æ nawet nêc±ce chwile, w weso³ym grodzie spêdzone... My¶l±c za¶ jednocze¶nie o swym chlebodawcy, jedna szczególniej rzecz dziwi³a go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzyma³ on dot±d wcale ¿adnej, nagl±cej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej choæby jakiego listu ?... Bo ¿e on nie dawa³ znaku ¿ycia - nie by³o w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, by³o ca³kiem niezrozumia³em...
I analizuj±c fakt ten, po raz nie wiadomo ju¿ który, Krasnostawski ziewn±³ przeci±gle i roztworzy³ oczy, przymkniête dot±d, usi³owa³ bowiem zdrzemn±æ siê w powozie.
Patrza³ teraz woko³o nieco bezmy¶lnie, do¶æ szybko wzglêdnie w¶ród ciemno¶ci jad±c swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kagañca ¶lizga³ siê szerokiem ko³em po obu stronach drogi i zapala³ siê kolejno na z¿êtych r¿yskach, zaoranych polach, lub majaczy³ po grzêdach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrza³ do rowu, musn±³ kurhan, z pochylonym krzy¿em, o¶wietli³ przydro¿ne samotne drzewo...
- &hibar;eby siê tylko stary na mnie nie zaci±³ i za niepos³uszeñstwo nie wymówi³ miejsca, hm... hm!.. - chrz±kaj±c niespokojnie, wymówi³ do siebie pan plenipotent, pó³g³osem. - E, chyba ¿e nie... zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludowa³ g³o¶no.
Nagle wytê¿y³ wzrok, bo oto zda³o mu siê, ¿e w ciemno¶ciach, w oddali, na prawo, rysuj± siê jakie¶ cienie, a tu¿, niedaleko, ¶rodkiem pola, jak gdyby drog±, posuwaj± siê z wolna, zbli¿aj±, dwa inne migoc±ce ma³e ¶wiate³ka, eskortowane z przodu krêgiem, czerwon± plam± ¶wiat³a.
- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzykn±³ na furmana. [*) S³yszysz.]
Cz³owiek, siedz±cy na ko&fraq14;le, w burce i ceratowej czapce, odwróci³ siê leniwie. Krasnostawski wskaza³ rêk± na prawo.
- Co to takiego? - zapyta³.
- Kto¶ z kahañcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokowa³ stanowczo wo&fraq14;nica. [**)Kto¶ z kagañcem jedzie od Gowartowa - i ju¿.]
- To ju¿ Gowartów? - zdziwi³ siê Krasnostawski.
Jad±c do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, przeje¿d¿a³o siê pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pó³ wiorsty.
Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzêsiony, klekota³ po drodze, konie sz³y ra&fraq14;no, wyci±gniêtym k³usem, czuj±c snaæ w pobli¿u ju¿ domow± stajniê. Krasnostawski zapali³ zapa³kê i spojrza³ na zegarek: dochodzi³a druga po pó³nocy.
- Hm... hm!.. Stary znów nie ¶pi, bo widocznie to we dworze siê pali - ponownie mrukn±³, wpatrzony w gorej±ce w oddali pod³u¿ne wstêgi ¶wiate³.
- Ko³o hresta - stanesz! - rozkaza³, zwracaj±c siê do furmana, zaciekawiony naraz, kto mo¿e jechaæ z Gowartowa o tak pó&fraq14;nej porze?
Furman hukniêciem dono¶nem zakomunikowa³ rozkaz wyrostkowi z kagañcem.
Na rozdro¿u stanêli. Ramiona stoj±cego tu, omsza³ego starego krzy¿a, zabarwi³y siê od ³uczywa purpur±. Czekali.
W nocnej ciszy dochodzi³ ju¿ turkot powozu, têtent koni i d&fraq14;wiêk jazd zbli¿a³ siê szybko.
- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy siê ku Krasnostawskiemu z koz³a, furman pospieszy³ z informacy±.
Pierwszy pod krzy¿em zjawi³ siê na ros³ym stajennym kasztanie parobek, z kagañcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchyli³ pokornie czapki.
- Kto to jide? - rzuci³ pytanie Krasnostawski.
- Pan dochtór! - brzmia³a odpowied&fraq14;.
Pod krzy¿ nadje¿d¿a³a zaprzê¿ona w parê rasowych gniadoszów nejtyczanka, powo¿ona przez w±satego i porz±dnie ubranego stangreta.
Krasnostawski wychyli³ siê ze swego kocza, pocz±³ machaæ kapeluszem i krzykn±³ dono¶nie:
- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitaæ, witaæ! Stój, Semenie!...
Nejtyczanka zatrzyma³a siê pos³usznie i w podwójnem migoc±cem ¶wietle kagañców u rozstajnego drzemi±cego krzy¿a, zesz³o siê dwóch mê¿czyzn.
- To pan? - Nie pozna³em... - odezwa³ siê nazwany przez Krasnostawskiego konsyliarzem.
- Dobry wieczór, a raczej dzieñ dobry! - pozdrowi³ m³ody cz³owiek przyby³ego - bo to ju¿ dobrze po pó³nocy - dorzuci³. - Czy szanowny pan z Gowartowa? Có¿ to tak pó&fraq14;no, kto¶ chory, broñ Bo¿e, a mo¿e tylko z wincika?....
Z pod czapki spojrza³a uwa¿nie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz doktora, okolona d³ug± brod±.
- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapyta³.
- Wracam z podró¿y... - obja¶ni³ Krasnostawski.
- Aaa! nic nie wiedzia³em... Pan January, chory od tygodnia, rozwin±³ siê tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszt± ju¿ lepiej... mo¿e Bóg da... doktór zatrzyma³ siê.
- Ale, nie mówiê panu, od czego siê to wszystko zaczê³o - dorzuci³ informuj±co.- Ju¿ by³ pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpad³, poluj±c na moczarach, w wodê po szyjê i zaziêbi³ siê...
- Nikt mi znaæ nie da³, mój Bo¿e! - szczerze zasmuci³ siê Krasnostawski.
- Wiêc pan mówisz, ¿e dzi¶ lepiej?...
- O tyle, o ile!.. teraz ¶pi po lekarstwie, gor±czka spad³a nieco, lecz wczoraj by³o &fraq14;le bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w ca³ym domu nikogo nie ma przy sobie...
- Mo¿ebym ja pojecha³ tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzek³ Krasnostawski, na dobre zmartwiony.
Doktór przyja&fraq14;nie spojrza³ na m³odzieñca, u¶miechn±³ siê z dobroci± i rzek³:
- No, zmêczony jeste¶, kochany panie, podró¿, mo¶ci dobrodzieju, wspomnienia po niej mi³e zapewne, panie tego - tu poklepa³ Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ci±gn±³ dalej seryo - wy¶pij siê pan i jutro tam pojedziesz, bo zreszt±, mówi±c miêdzy nami, przeszkadzaæ tam tylko bêdziesz... Niech ¶pi sobie, nieborak, klucznica i s³u¿ba przypilnuj± go. Ba ! ¿eby to tylko zawsze tak by³o, jak dzi¶....
- Jak to? wiêc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów g³osem zapyta³ Krasnostawski.
- Obawa jest, jeszcze! - przedrze&fraq14;ni³ szorstko doktór i widocznie nadrabiaj±c min±, dorzuci³. - Wam wszystkim siê zdaje, ¿e doktór to prorok!... Naturalnie, ¿e jest!... Czy ja wiem zreszt± - wszystko w rêku Najwy¿szego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyci±gn±³ rêkê na po¿egnanie.
Krasnostawskiemu twarz spochmurnia³a, i niepokój wyra&fraq14;ny odbi³ siê na niej; odczu³ nerwami, czego nie by³o w s³owach doktora i co on usi³owa³ widocznie pokryæ przed nim na razie, i posmutnia³ jeszcze bardziej.
Jednocze¶nie jaki¶ jakby wyrzut sumienia wezbra³ mimo woli w jego duszy, i¿ on tak d³ugo pozostawi³ starca w samotno¶ci, bez opieki, sam bawi±c siê weso³o. Po¿egnawszy lekarza, pomóg³ mu wsi±¶æ do bryczki.
- Jak¿e tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, ¿ony, dzieci?... - b±kn±³, aby co¶ powiedzieæ.
- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziêkujê, dobranoc!
- Dobranoc! - powtórzy³, jak echo, Krasnostawski, i ruszy³ do swego pojazdu.
- Czoho¶ meni ne skaza³, szczo pan s³abujut - rzuci³ wymówkê furmanowi.
Ten¿e odpar³ lakonicznie:
- Zabu³, pane!
- Do Tomaszówki! - rozkaza³ Krasnostawski.
Powozik ruszy³ w dalsz± drogê. Turkot jego w milczeniu nocy po³±czy³ siê z cichn±cym coraz bardziej odg³osem kó³ i dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kagañce, w dwie przeciwne strony, rzuci³y znowu ruchome swe krêgi krwawe w pasmo u¶pionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalaj±c siê od siebie, d³ugo tak na horyzoncie, malej±c coraz bardziej, ¶wieci³y ich ³uczywa, a¿ wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jaki¶ purpurowymi punkcikami na niezmierzonych p³aszczyznach - spe³z³y ca³kiem na widnokrêgu, znik³szy, zlawszy siê z ciemno¶ci±, która wch³onê³a je w siebie.
Turkot na trakcie ucich³. Szeroka ta¶ma ukraiñskiego szlaku, rozja¶niona na chwilê, znik³a i czarno¶æ jeszcze wiêksza zawis³a nad polami, stepami i krzy¿ami kurhanów.
W milczeniu nocy, pe³nem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko doko³a zapad³o w sen twardy i cichy.
- Bo ty nie wiesz, nie czujesz mo¿e i nie przypuszczasz nawet, jak ja ciê kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdro¿szy, ty moje ¿ycie, me wszystko!... - szepta³ gor±co Dzier¿ymirski, nachyliwszy siê ku Oli i tul±c j± do siebie.
- Ty zdaæ sobie sprawy nie potrafisz - ci±gn±³ dalej, zapalaj±c siê coraz bardziej do s³ów w³asnych - ile ja gotów jestem rzeczy najdro¿szych nawet - po¶wiêciæ dla ciebie, co dla ciê zdolnym st³umiæ, przecierpieæ!... Ja gdybym by³ ciê nie posiad³ - podepta³bym bez namys³u wszelkie prawa ludzkie, je¶liby one stan±æ mi ¶mia³y wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...
Roman, poblad³szy, umilk³. Chmura osiad³a mu na czole, skrzywienie bolesne zadrga³o w ust k±cikach. Pochyli³ na moment g³owê.
Och, czemu¿ nie móg³, czemu¿, powiedzieæ jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu dr¿a³o, przemoc± prawie wyrywa³o siê z nich wyznanie przesz³o¶ci, zdusi³ je jednak, wt³umi³ w siebie, z obawy, by te piêkne lica ukochane nie odwróci³y siê odeñ z pogard±. Po chwili znów mówi³:
- Tak, ty obszaru, ty g³êbi uczucia, które wre we mnie, które dla ciebie niejedn± ju¿ tamê zerwa³o, nie oceniasz, nie rozumiesz...
Dzier¿ymirski silniej przycisn±³ do siebie kibiæ ¿ony, a pochwyciwszy jej rêce, przywar³ do nich ustami, i poca³unkami okrywaæ je pocz±³.
- Ty... moja... moja! - szepta³ w kó³ko namiêtnie, coraz czulej... ciszej...
- Ty moja!... Ja za nic w ¶wiecie nikomu ciê nie oddam, wydrzeæ sobie nie pozwolê!...
A uspokoiwszy siê stopniowo, ci±gn±³:
- I czy¿ wobec tego zatem dziwiæ siê nawet mo¿esz z³emu humorowi memu, owego wieczora, pamiêtasz, w Lucernie!... To nie by³ gniew, opryskliwo¶æ, jak to nazwa³a¶, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To by³a, wywo³ana cierpieniem tylko - zazdro¶æ i ¿al duszy, ¿e komu innemu pozwalasz choæ czê¶ci± wdziêków twych siê napawaæ, ¿e na nie patrzy, ro¶ciæ sobie mo¿e jakie¶ urojone, choæby imaginacyjne do nich prawa - mê¿czyzna inny - ni&fraq14;li... ja...
Roman mówiæ przesta³ wzburzony i wzruszony.
- Rozumiesz wiêc teraz, kochanie ty moje? rzek³ znowu po chwili miêkko, ³agodnie, i spojrzawszy prosz±co w oczy s³uchaj±cej go w milczeniu Oli, rzuci³ pytaj±co: -Przebaczasz?..
- Ale¿ przebaczam... przebaczam!... - rzek³a, u¶miechem, pieszczotliwie Ola, a ¿e nikogo podówczas w³a¶nie w pobli¿u nie by³o - siedzieli w cieniu alei nadbrze¿nej nad Lemanem - zarzuci³a na szyjê Romana swe d³ugie bia³e rêce, i przytuliwszy siê doñ, poczê³a mu z kolei szeptaæ:
- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzê na ciebie i rosnê w duszy, taki¶ szlachetny, rozumny, piêkny... Piêkny!... - powtórzy³a z zalotno¶ci±, namiêtnie i przymilaj±co siê musnê³a wargami ¶niad± twarz Dzier¿ymirskiego.
- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, z³y, brzydki!...- przekomarza³a siê z wdziêkiem - ale taki zakochany... wielki!...
I Ola czulej jeszcze przycisnê³a siê do Romana, zbli¿y³a swe wargi ¶wie¿e do jego ust zmys³owych, i mówiæ poczê³a g³uchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczot±, pe³nym têtni±cych w nim m³odych pragnieñ:
- Kocham ciê!... kocham... kocham!... Jak nikogo dot±d... nigdy, nigdy!... - szept przy tem m³odej kobiety zadr¿a³ namiêtniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak ciê kocham, uwielbiam !...
- Wszak dla ciebie porzuci³am ojca, Gowartów, rodzinê! St³umi³am, zgniot³am uczucia inne!... Po¶pieszy³am na twe wo³anie, pobieg³am za tob±, w twe objêcia, podepta³am wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zarówno wydrzeæ ciebie nie da³a - ty¶ tak¿e mój!... mój!...
I szept m³odej kobiety ³asz±cy siê, pal±cy, zawrotny - skona³...
Zbli¿one usta m³odych silnie zwar³y siê w poca³unku. Na chwilê, minut parê, znik³o im z oczu wszystko, przes³oniête mg³± jakby, z której jedna jedyna wy³oni³a siê tylko - mi³o¶æ.
Woko³o za¶ wci±¿ nie by³o nikogo. W cieniu drzew ton±³ w mroku tajemniczym, cisz zadumanych pe³nym "quai Perdonnet," nadbrze¿na aleja w Vevey, wij±c siê brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze szwajcarskiego miasta.
Nad "Lac Leman" dr¿a³ ksiê¿yc w pe³ni; przegl±da³ siê w g³êbokich jego toniach, z pieszczot± ¶lizga³ swe promienie po ciemno-modrych falach...
I w blasku miesiêcznego ¶wiat³a tchn±³ krajobraz ca³y jakim¶ czarem dziwnym...
A wiêc, poza jeziorem, hen, gdzie¶, w perspektywie, niewyra&fraq14;nie srebrzy³ siê mglisto Alpejski szczyt wynios³y - w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbija³y siê gwiazdy, topi³ w nich swe wierzcho³ki wieniec pobliskich gór. Masy ich kad³ubów miejscami zaciemnia³y jezioro, a w ciemniach tych, odbijaj±cych ra¿±co na obszarach wód od fali, tych o¶wietlonych ta¶m jasnych, b³±ka³y - siê jakie¶ mary i cienie, ze ¶nie¿nym ¿aglem sunê³a cicho zgrabna, wysmuk³a barka...
Ksiê¿yc tymczasem wzbija³ siê coraz bardziej i wy¿ej, mala³, stawa³ siê ja¶niejszym, przezroczym - milczenie wzrasta³o... Fala u stóp Dzier¿ymirskich szemra³a teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór podnó¿a, na przestrzenie wód Lemanu, skrz±ce siê py³em srebrzystych promieni, marz±co, niepokalana, bia³a, spokojnie wyp³ywa³a z wolna ta sama ³ód&fraq14; ¿aglista...
Oderwawszy usta od gor±cych poca³unków, Roman i Ola patrzyli w zachwycie.
Do dusz ich, na piêkno czu³ych, w¶lizgiwa³ siê czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy, studzi³ krew rozigran± swym bezmiernym, majestatycznym spokojem, poni¿a³, równa³ z zerem ich troski ziemskie ogromem i potêg± przyrody - podnosi³, wzmacnia³ ducha, dodawa³ mu skrzyde³, lec±cych w za¶wiaty...
Pierwszy z nastroju tego ockn±³ siê Dzier¿ymirski i spojrza³ na zegarek. - O, ju¿ mija dwunasta! Chod&fraq14;my, moje ¿ycie! - odezwa³ siê do Oli.
Powstali.
- Ach, jak¿e noc dzisiejsza jest piêkn± - jak piêkn±!.. - z zachwytem szepnê³a Ola - nie zapomnê jej chyba nigdy.
- Ani ja równie¿! - potwierdzi³ Roman w zadumie.
Wzi±³ pod ramiê ¿onê i ruszyli z miejsca, kieruj±c siê pod górê, ku rozsianym willom miasta.
Milczeli. W g³owie Romana hucza³ chaos ró¿norodnych my¶li. Z nich za¶ jedna, najuporczywsza, wy³oni³a siê zwyciêska.
- Mi³o¶æ, mi³o¶æ raz jeszcze, i mi³o¶æ tylko, jedyna, wielka! - krzycza³ w nim g³os podnieconego mózgu - ocaliæ ciê jest w stanie! W niej tylko znajdziesz zapomnienie, ni± siê upijesz, przy jej pomocy zmatujesz bolesn± ranê przesz³o¶ci, zdusisz sumienia wyrzuty !..
- Bo mi³o¶æ, to haszysz - wo³a³ ten sam g³os dalej - bo mi³o¶æ, to szczê¶cie na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na ¶wiecie, dla której warto mo¿e walczyæ i trudziæ siê, by j± zdobyæ! - Ona czêstokroæ cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ile¿ razy bólów ¿ycia nagrod± - jego zapomnieniem!..
Dzier¿ymirski zdj±³ kapelusz z g³owy, pod wp³ywem za¶ my¶li ostatnich, opiekuñczo i czule obj±³ silnem ramieniem kibiæ ¿ony.
Postêpowali krokiem ra&fraq14;nym, id±c pustemi, cichemi uliczkami bezustannie pod górê. Roman odezwa³ siê po chwili:
- Zostaniemy d³u¿ej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od ludzi, od ¶wiata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, có¿ ty na to? - pytaj±co nachyli³ siê ku m³odej kobiecie.
- Ale¿ i owszem, mój ty samotniku - odpar³a z u¶miechem Ola - a zreszt±, wszak nie zwiedzili¶my jeszcze wszystkiego...
- Ach tak, prawda... moje ¿ycie, prawda... Koniecznie zobaczyæ musimy wszystko! - mówi³ Roman. Umilkli znowu, zatopieni w my¶lach.
Od parodniowego pobytu swego w ma³em nadlemañskiem miasteczku, Dzier¿ymirscy prowadzili ¿ywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzi¶, zwiedzili pobliskie Montreux i s³awny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewn±trz dok³adnie, jego staro¿ytne , sale i wie¿yce, miejsca ka&fraq14;ni - ponure wiêzienia, z zachowan± dot±d tak zwan± "oubliette," nad trzystumetrow± g³êbi± Lemanu.
W¶ród narodowych ¶piewów szwajcarskiego ludu, towarzysz±cego im w kolejce, zwiedzili oni równie¿ przed paru godzinami górê "Soim-Pèlerin," maj±c ¶wie¿o jeszcze w pamiêci cudny z wierzcho³ka jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podnó¿a gór - zadumane, pe³ne melancholyi i cichego smutku...
- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwa³ siê nagle do ¿ony Roman, gdy, mijaj±c w³a¶nie wysokie, gotyckie wie¿yce piêknego ko¶cio³a katolickiego, zag³êbiali siê w alejê, poprzez drzew li¶cie, rozja¶nion± tajemniczo cieniami ksiê¿ycowego ¶wiat³a...
- Otó¿ - ci±gn±³ po przelotnej chwilce wahania - ¿e napisa³em do jednego z dawnych znajomych, by donosi³ mi, co siê dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...
- Ty zrobi³e¶ to? O, mój drogi, najdro¿szy, jaki¶ ty dobry, poczciwy, z³oty! - wykrzyknê³a szczerze uradowana Ola i przytuliwszy siê do Romana, u¶ciska³a go serdecznie.
- A tak, ja, we w³asnej osobie, tak czêsto bowiem smutn± bywa³a¶... - potwierdzi³ Dzier¿ymirski, i urwa³ nagle.
Przyjemnego a jednocze¶nie i przykrego dozna³ on wra¿enia. Mi³± by³a mu my¶l, ¿e odgad³szy utrapienie ¿ony, ul¿y³ jej. Smutno nieco, widz±c bowiem na twarzy ¿ony tak pogodn± rado¶æ, poczu³, i¿ o odebranym ju¿ li¶cie wspomnieæ nie móg³. Ten, choæ nie weso³y, nie wióz³ jednak jeszcze ze sob± z³ych wiadomo¶ci, gdy natomiast nastêpne - kto wie?
- Ha, trudno, - powiedzia³ sobie w duszy Dzier¿ymirski - niech cieszy siê! Nie zatrujê ja jej tej chwilki zadowolenia.
- I dot±d niema ¿adnej odpowiedzi? - skwapliwie pyta³a tymczasem Ola.
- Nie, kochanie - sk³ama³ g³adko Roman - ale nadejdzie niebawem, poda³em adres Vevey...
- Poda³e¶? - ucieszy³a siê znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli bijê siê z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy my¶l± o mnie, czy potêpiaj± bardzo, czy gniewaj± siê, czy smuc±?..
Ola ucich³a i cieñ smutku przemkn±³ po jej twarzy.
- No, no, có¿ to znów za niepokoje? - podchwyci³ Roman, korzystaj±c za¶, i¿ na ulicy nikogo nie by³o, po¶pieszy³ z pocieszeniem, pieszcz±c czule m³od± kobietê.
I znowu zagra³a w nim nienasycona mi³o¶æ namiêtna, ogarnê³a, zdepta³a wspomnienia - zakrólowa³a sama!..
Niebawem Dzier¿ymirscy odszukali sw± willê, ju¿ ciemn± ca³kiem i u¶pion±, a b³±dz±c chwilê po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do du¿ego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piêtrze.
Kroki zapó&fraq14;nionych przybyszów zm±ci³y ciszê willi, skrzyp drzwi zgrzytn±³ fa³szywym d&fraq14;wiêkiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.
W pokoju okna by³y otwarte, i panowa³o w nim powietrze rze&fraq14;kie, ¶wie¿e, od gór p³yn±ce. Wch³aniaj±c je z lubo¶ci±, Dzier¿ymirscy poczêli gospodarzyæ u siebie. Roman po chwili wzi±³ siê do zamykania okien, Ola za¶, zapaliwszy ¶wiat³o, zdjê³a kapelusz i wolno poczê³a siê rozbieraæ.
Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupe³nej bowiem ciszy u¶pionego domu, tu¿ po za ¶cian± s±siedniego pokoju, rozleg³y siê silne uderzenia. Kto¶ bez ceremonii wali³ w mur piê¶ciami, chc±c widocznie zamanifestowaæ swoj± tam obecno¶æ, a zarówno i fakt ¿e, ha³asuj±c, spaæ mu przeszkadzano.
Wkrótce jednak rozj±trzone uderzenia usta³y i posypa³a siê gar¶æ nieestetycznych, wyra¿onych g³o¶no i ze z³o¶ci± epitetów.
Tyle by³o bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym g³osie, zaspanym jeszcze, ¿e Dzier¿ymirscy roze¶mieli siê wspólnie i szczerze.
- To ta s³odziutko-grzeczna rozwódka, podstarza³a, pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi ko³o nas - obja¶ni³a pó³g³osem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions," obiaduj± wszyscy razem).
- Tak?.. - zdziwi³ siê Roman - nie wiedzia³em... A to orygina³ baba, naturalnie, nie przypuszcza zapewne, i¿ my tu mieszkamy... Z³apa³a siê... Jak to jednak i pozory fa³szywej uk³adno¶ci zdradzaj± czêstokroæ to zwierzê, ukryte w cz³owieku - filozoficznie dorzuci³. - Ale, ale... - ci±gn±³ dalej, z u¶miechem - wyobra&fraq14; sobie, Oluniu... Zapomnia³em ci powiedzieæ. Tu, na górze nad nami - wskaza³ sufit palcem i roze¶mia³ siê
- mieszka drugie dziwad³o: Pamiêtasz... ta ma³a, nasze vis-a-vis, ¿ó³ta stara panna... Otó¿ wynajmuje ona a¿ piêæ pokoi pró¿nych naoko³o siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi g³o¶niej jeszcze parskn±³ ¶miechem. - &hibar;eby jej w nocy nie ha³asowano! M±drzejsza od naszej s±siadki, co?...
Ola za¶mia³a siê z kolei srebrzy¶cie. S³uchaj±c mê¿a, zdjê³a w³a¶nie przed chwil± sukniê, i siada³a obecnie przed lustrem, z obna¿on± szyj± i ramionami. Pragn±c rozczesaæ w³osy, przechyli³a siê w ty³ i poczê³a rozwi±zywaæ je leniwym ruchem r±k.
- Poczekaj - rzuci³ ¿ywo Dzier¿ymirscy - damy tej babie odpowied&fraq14; muzyk± ca³usów!.. Przypomni sobie mo¿e luba rozwódka ma³¿onka!.. Ha-haha, a to siê w¶ciekaæ dopiero bêdzie!..
I swawolnie, ze ¶miechem, Roman przylgn±³ wargami do ramion Oli, i pocz±³ ca³owaæ je g³o¶no, cmokaj±c z lubo¶ci±.
- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozleg³ siê po chwili za ¶cian± gard³owy, ¶wiszcz±cy glos, pe³en nienawi¶ci i jadu.
- Buch! buch! buch! - rozleg³y siê znów w pasyi uderzenia o mur w¶ciek³e.
Ola ¶mia³a siê serdecznie, Roman nie przestawa³ ca³owaæ zamaszy¶cie.
- Dosyæ ju¿, dosyæ! - szepnê³a m³oda kobieta, z trudno¶ci± hamuj±c weso³o¶æ, - proszê mi wynosiæ siê teraz - szepnê³a w ¶lad za tem, z pieszczot± w g³osie. - Id&fraq14; na balkon! - doda³a, i przechyliwszy wysoko giêtk± sw± szyjê na porêcz krzes³a, poda³a Romanowi do poca³unku rozchylone swe wargi zalotnie patrz±c nañ z pod d³ugich rzês...
Cudn± i wdziêczn± swych linji harmoni±, biust kobiecy przemkn±³ ponêtnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mê¿czyzny.
Dotkn±³ ustami ust i z wezbran± mi³o¶ci± w sercu wyszed³ na balkon.
Tu zapali³ cygaru i znowu wch³on±³ w siebie pe³nym, szerokim oddechem, orze&fraq14;wiaj±c± atmosferê cichej szwajcarskiej nocy. Spojrza³ w dó³. U stóp jego szkli³o siê w dali tam i ówdzie srebrem rozb³êkitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie tuli³y siê jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgie³ki, b³±kaj±ce siê zazwyczaj dzieñ ca³y, od rana, po Lemanie, i wespó³ z bia³emi mewami muskaj±ce stale grzbiety jego fal.
Ksiê¿yc ju¿ by³ bardzo wysoko. Snopami ¶wiat³a dotyka³ teraz grzbietów gór, mieni³ siê fosforycznie na wierzcho³kach dalekich ¶nie¿nych szczytów.
A tam, w dole, zadumane, ciche usypia³o miasto... Jedne po drugich, jak iskry dopalaj±cego siê p³omienia, ogniki - gas³y w domostwach Vevey ¶wiate³ka, kolejno - stopniowo nik³y...
Dzier¿ymirski, z zadowoleniem, wci±ga³ wci±¿ w piersi zdrowy powiew, p³yn±cy z dali, wypuszczaj±c zarazem z ust ma³e ob³oczki niebieskawego dymu.
Obecnie - chwilowo, by³ on zupe³nie szczê¶liwym! Tu, w zacisznym gór zak±tku, czu³ on podwójnie, jako swoj± wy³±czn± w³asno¶æ ubóstwian± kobietê, kocha³ j± zdwojonym si³ ¿ywotnych zapasem, a czuj±c równocze¶nie wzajemno¶æ jej ku sobie niek³aman±, nurza³ siê w uczuciu tem, z rozkosz± p³ywaka, rze&fraq14;ko w¶ród rozs³onecznionych wód weso³ych p³yn±cego w dal radosnego jutra! Wizye przykre zniknê³y zupe³nie, robak wewnêtrzny, tocz±cy ducha Romana, przesta³ go drêczyæ na chwilê... Dawk± mi³o¶ci uko³ysane sumienie - spa³o.
- Romciu!.. Romeczku!.. - us³ysza³ naraz Dzier¿ymirski pieszczot obietnic pe³ny, wo³aj±cy go g³os kobiety.
- Idê... idê! - odpar³ po¶piesznie i rzuciwszy cygaro, przest±pi³ próg balkonu.
¦wiat³o w pokoju zgaszonem ju¿ by³o. Tajemnicze natomiast b³êkitno-srebrne ksiê¿ycowe fale zalewa³y komnatkê, a w pó³¶wietle tem majaczy³a postaæ Oli i biela³y alabastrowe jej ramiona.
Dzier¿ymirski, wchodz±c, chcia³ przymkn±æ za sob± obite szarem suknem balkonowe okiennice.
- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ³adnie ksiê¿yc ¶wieci, tak ¶licznie!.. - pos³ysza³ w tej¿e samej chwili pro¶bê Oli. Roman us³ucha³, a zamkn±wszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierowa³ siê szybko w g³±b pokoju.
***
Jeszcze we mg³ach wczesnego poranku drzema³y góry, jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzier¿ymirskich zapuka³ kto¶ dyskretnie.
Roman, który obserwowa³ w³a¶nie przez okna mglisty krajobraz, na ten odg³os zerwa³ siê po¶piesznie. Odziawszy siê szybko, nie pytaj±c przez drzwi g³o¶no, kto zacz, by nie zbudziæ Oli, skierowa³ siê ku wyj¶ciu z komnaty... Otworzy³ drzwi cicho...
- Bonjour, monsieur! - pozdrowi³a go, przeci±gaj±c ¶piewnie, wpó³ubrana, u¶miechniêta wstydliwie, m³oda Szwajcarka, i poda³a jaki¶ papier.
- Co to jest? - z cicha pytaj±co rzuci³ po francusku.
- Telegram! - brzmia³a odpowied&fraq14;.
- A... dziêkujê - odpar³ Roman i zamkn±³ drzwi. Niepokój wyra&fraq14;ny odbi³ siê na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbieg³ na palcach do okna i gor±czkowo rozwin±³ æwiartkê papieru.
St³umiony gwa³tem okrzyk zabrzmia³ w pokoju przyciszonem echem, i telegram z rêki Romana upad³ mu na posadzkê. Poprzez szyby balkonu Dzier¿ymirski spojrza³ b³êdnym wzrokiem przed siebie.
Tam, gdzie¶ w oddali, poza wierzcho³kami gór, zaró¿owia³o siê co¶ niewyra&fraq14;nie, p³oni³o... W mg³ach tajemniczych znikn±³ ca³y wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzie¶, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodzi³a snaæ jutrzenka...
Roman, blady jak p³ótno, przeniós³ wzrok swój w przeciwn± stronê komnaty. U¶miechniêta, cicha spa³a tam Ola... Z pod lekkiej ko³dry wysunê³a siê jej g³ówka urocza, rzêsy d³ugie k³ad³y swe cienie na rumian± twarzyczkê, usteczka ponêtne z koralu marz±cym, od rzeczywisto¶ci dalekim, rozchyla³y siê u¶miechem...
Dzier¿ymirski patrzy³ wci±¿ na ni±, z czu³o¶ci± wspó³czuciem, bólem...
- Biedna!.. biedna!.. - wyszepta³ - Biedna!.. powtórzy³ ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknê³o mu po ustach, i odwróciwszy twarz, - nieruchomy, opar³ siê w zadumie o szyby okien balkonu.
Babie lato snu³o sw± przêdzê... Czepia³o siê na zagonach poruszonej ¶wie¿o czarnoziemnej gleby; ³askota³o nozdrza siwych wo³ów, w trzy pary leniwie sun±cych u p³ugów, obmotywa³o siê swawolnie woko³o ich przepysznie rozros³ych rogów i bieg³o dalej, unoszone wietrzykiem, by przytuliæ siê do rozgorza³ej w s³oñcu czerwieni± i z³otem ¶ciany borów, do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraiñskich chatek, a zagl±daj±c po drodze w uko³ysane jesienn± cisz± jary - ginê³o gdzie¶ w stepie dalekim, splataj±c tam ze sob± u¶ciskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie - pracowicie przêdz±c wszêdy ustawiczn± niæ sw± bia³±.
Drog± do Gowartowa, galopem, co koñ wyskoczy, pêdzi³a czwórka koni, unosz±c w tumanie iskrz±cej siê od s³oñca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. Pierwsz± z nich by³ ksi±dz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, drug± - Krasnostawski.
Jak huragan, min±wszy pochylon± garstkê ludzi, kopi±cych w pobli¿u ³an buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pe³en uroku - pojazd wpad³ do sio³a. Z zagród ch³opskich wyskoczy³y psy i szczekaæ poczê³y zajadle; wystraszone dzieciaki, o p³owych, prawie bia³ych, w³osach, rzuci³y siê, uciekaj±c w pop³ochu, a przêdz±ce konopie wie¶niaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawa³y zdziwione, przeprowadzaj±c migaj±cy pêdem pojazd niespokojnem okiem.
Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolni³a wreszcie biegu, i stêpa, wolniutko, ostro¿nie spuszczaæ siê zaczê³a z pagórka na wiejsk± groblê.
- Czy ksiêdza dobrodzieja nie znu¿y³a nasza tak prêdka jazda?.. Có¿ robiæ jednak, kiedy inaczej nie zd±¿yliby¶my mo¿e... - odezwa³ siê Krasnostawski, korzystaj±c z mniejszego pêdu powietrza.
Barczysty ksi±dz, o inteligentnem wejrzeniu du¿ych czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijaj±cych wyrazi¶cie od bia³ych w³osów, wymykaj±cych mu siê spod kapelusza, obruszy³ siê na to pytanie.
- Ale, có¿ znowu!.. - odpar³. - Oby tylko ten zacny pan January do¿y³ b³ogos³awionej chwili i móg³ pojednaæ siê z Bogiem!..
Umilk³ ksi±dz, i niebawem z pobo¿nem westchnieniem, dorzuci³:
- O to ostatnie w³a¶nie od czasu, gdy jedziemy, my¶l m± ku Najwy¿szemu wznoszê... Mo¿e jej us³uchaæ raczy!..
- Doktór mówi³, ¿e z godzin trzy po¿yje - odpar³ Krasnostawski, a wyjmuj±c zegarek, rzek³ jeszcze: - Od chwili tej minê³o dwie godziny...
- Ach, ci lekarze! - machn±³ rêk± ksi±dz stary - có¿ tam ostatecznie wiedzieæ oni mog± - wszak wszystko w rêku Stwórcy-Pana! Ja, na przyk³ad, pewnego razu by³em ju¿ konaj±cym, a jednak, po przyjêciu Przenaj¶wiêtszego Sakramentu i Olejów ¦wiêtych - wyzdrowia³em...
Umilkli. Ksi±dz za¶ po chwili, widz±c, ¿e furman wci±¿ jedzie stêpa, zauwa¿y³:
- Ale mo¿e by¶my znów pojechali nieco prêdzej, nieprawda¿?
- Naturalnie, niech minie tylko most i groblê - odrzek³ Krasnostawski.
U stóp ich szumia³o w tej chwili ko³o u m³yna, pryskaj±ca odeñ wodna piana szeroko rozlewa³a siê na senn± taflê du¿ego stawu, w której przegl±da³y siê po¿ó³k³e szczyty gowartowskiego parku.
Za grobl± znowu ruszyli galopem, i niebawem, wymin±wszy jeszcze czê¶æ wsi, zajechali przed ganek pa³acu. Na spotkanie wybieg³ stary lokaj, klucznica i kilku domowników.
W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej czwórki koni, z lêkiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapyta³ g³o¶nym szeptem:
- &hibar;yje?..
- &hibar;yje !.. &hibar;yje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj za¶ natychmiast dorzuci³:
- Chwa³a Bogu na wysoko¶ciach... Pan doktór powiedzia³, ¿e mo¿e i do jutra rana...
- A gdzie¿ pan doktór? - pyta³ dalej Krasnostawski.
- A ot, tylko co patrzeæ, jak odjecha³.. Pono do Karolówki, bo tam m³odsza ja¶nie pani niezdrowa...
- Niezdrowa!.. - obruszy³ siê plenipotent. - Tu przecie¿ konaj±cy w domu, móg³ chyba zostaæ jeszcze! - dorzuci³ gniewnie, z³y na widoczn± obojêtno¶æ wiejskiego eskulapa. Obejrza³ siê.
Ksi±dz z nim przyby³y wysiada³ w³a¶nie z powozu, poprzedzany towarzysz±cym mu ch³opaczkiem... Rozleg³ siê wkrótce d&fraq14;wiêk uroczysty ko¶cielnego dzwonka - w progi pa³acu wstêpowa³ Syn Bo¿y, utajony w Przenaj¶wiêtszym Sakramencie...
W parê minut pó&fraq14;niej, do pokoju chorego ju¿ wchodzi³ ksi±dz; id±cy w ¶lad za nim Krasnostawski zosta³ na progu i spojrza³ w g³±b sypialni chorego.
Na ³ó¿ku zamajaczy³a mu blada, ju¿ nie z tego prawie ¶wiata, sêdziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamkniêto jednak w tej chwili - Krasnostawski cofn±³ siê dyskretnie i pocz±³ przechadzaæ siê wielkiemi krokami po pokoju.
Od czasu powrotu z podró¿y swej do miasta, na nim jednym prawie spoczywa³o wszystko. Przepêdza³ noce ca³e u chorego, dogl±da³ go osobi¶cie, wzywa³ lekarzy, konsylia.
Dzi¶, widz±c, i¿ ju¿ koniec nieodwo³alny siê zbli¿a, a ¶mierci widmo b³±ka u progów pa³acu, znaglony, pojecha³ po ksiêdza, dnia poprzedniego ju¿, ciêty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczê¶ciu do marsza³kowej, £ady¿yñskiego oraz do dawnego kolegi swego, Tarnopolskiego.
Od tego ostatniego bowiem odebra³ list i¶cie enigmatyczny, w którym proszono go usilnie, by doniós³ szczegó³owo o wszystkiem, co siê dzieje w Gowartowie.
Zanadto przyrodzonego sprytu posiada³ w sobie Krasnostawski, by nie odgadn±æ, ¿e poza koleg± jego, Tarnopolskim, ukrywa siê kto¶ inny, zainteresowany bardzo. Domy¶li³ siê, i¿ by³ nim prawdopodobnie dobry znajomy tego¿, Dzier¿ymirski, i dlatego nie omin±³ wy¿ej wzmiankowanego Tarnopolskiego, równie¿ donosz±c mu, ¿e Gowartowski umiera.
Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystan±³ nagle Krasnostawski, pos³ysza³ bowiem w tej w³a¶nie chwili g³osy i szepty w przyleg³ej komnacie chorego.
- Spowiada siê... - rzek³ do siebie, i zbli¿ywszy siê do okna, spojrza³ w zadumie.
Tak samo, jak codzieñ, podlewano dzisiaj pod zbli¿aj±cy siê wieczór klomby kwiatów, tak samo zni¿aj±ce siê ju¿ s³oñce s³a³o cienie na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ³awki, na chaty sio³a, i step w perspektywie.
- I tak samo bêdzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo s³oñce i wszystko weseliæ siê bêdzie, nic porz±dku swego nie zmieni, choæ dusza tego zak±tka uleci w za¶wiaty!.. - szepta³ Krasnostawski, i rzuciwszy siê na fotel, podpar³ rêkami g³owê, a my¶li goni±c siê przelatywa³y mu po g³owie.
- O, jak¿e okrutn± jest ¶mieræ! - my¶la³. - Jak pe³n± zagadki niezwalczonej potêgi, przed któr± tylko w pokorze chyliæ musimy milcz±co czo³a!
I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej nieub³aganej godzinie przyj¶æ musi !..
- Straszne, straszne!.. - szepn±³ znów do siebie pochylony mê¿czyzna. - Tem straszniejsze, i¿ niezrozumia³e, nieujête rozumem ludzkim, zawsze, zda siê, nowe, choæ prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedo¶cig³e, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadaj±ce sfinksa zagadk±...
- I mnie to kiedy¶ przecie spotka, wszak i ja umrê!.. - rzek³ g³o¶no do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepn±³ z trwog±.
I z pytaniem tem na ustach utkwi³ wzrok b³êdny we drzwi s±siedniego pokoju...
Drzwi te tymczasem roztwar³y siê cicho i na progu ukaza³a siê, natchniona w tej chwili jakby twarz ksiêdza i postaæ jego wynios³a. Krasnostawski, zbudzony ze swych my¶li ponurych, ¿ywo podbieg³ ku niemu.
- Có¿, ksiê¿e proboszczu? - zapyta³.
- Wszystko dobrze... Zbrata³a siê dusza jego z Panem... - odpar³ ten¿e z powag±.
- Ale? ale, czy ksi±dz dobrodziej nie uwa¿a³ przypadkiem ?... To jest...
- pl±ta³ siê Krasnostawski - powiedzieæ chcia³em, czy choremu przypadkiem nie lepiej?...
- Ha, Bóg wiedzieæ raczy... Nam pozostaje pogodziæ siê tylko z Jego Najwy¿sz± Wol±!.. - tym samym tonem odrzek³ s³uga Pañski.
- Zapewne!.. - b±kn±³ Krasnostawski. Zapanowa³o chwilê ciê¿kie, o³owiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej ksiêdza dobrodzieja - uprzejmie przerwa³ pierwszy m³ody cz³owiek - w tej chwili podwieczorek podaæ ka¿ê, ksi±dz dobrodziej utrudzony drog±, g³odny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom siê skierowa³ po¶piesznie.
- Nie, dziêkujê ci, panie Boles³awie! Jechaæ muszê...
- Ju¿? - zdziwi³ siê m³ody plenipotent.
- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Ka¿ zaprzêgaæ, je¶li ³aska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne odmówiê.
- W tej chwili s³u¿ê ksiêdzu dobrodziejowi... - rzuci³ w pó³uk³onie Krasnostawski i znik³ za drzwiami.
Ksi±dz zajrza³ jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece staruszki-klucznicy, z pogod± na obliczu swem dziwn± le¿a³ on spokojnie.
Widz±c to, proboszcz wyszed³.
Z dobry kwadrans miga³a wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobli¿u modl±cego siê w skupieniu ksiêdza pojawi³ siê Krasnostawski.
Zaturkota³o jednocze¶nie... Z uszanowaniem przez wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiad³ niebawem do powozu. W parê minut pó&fraq14;niej pojazd, unosz±cy go, znik³ za wjazdow± bram± pa³acu...
Stoj±cy na ganku Krasnostawski poruszy³ siê machinalnie i przez milcz±ce pa³acowe komnaty skierowa³ do pokoju pana Januarego.
- Có¿? jak¿e?.. - zapyta³ zap³akanej staruszki, siedz±cej ko³o ³o¿a chorego.
- Teraz... le¿y niby spokojnie - wyj±ka³a cicho.
- No, to proszê i¶æ odpocz±æ, ja zostanê i dam znaæ, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo odezwa³ siê Krasnostawski.
Po opieraniu siê d³u¿szem, staruszka, znu¿ona i senna wysunê³a siê z pokoju, Krasnostawski za¶, podszed³szy do fotelu, stoj±cego przy ³ó¿ku, usiad³ ciê¿ko.
Cisza martwa zago¶ci³a w komnacie... Gowartowski, oddychaj±c niepostrze¿enie lekko, spokojny, le¿a³ wci±¿ nieruchomo; znu¿eni domownicy rozpierzchli siê, ka¿dy do swego zak±tka i odg³os ¿adny nie dochodzi³ tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzuca³o swe jaskrawe blaski zni¿aj±ce siê ju¿ s³oñce...
Krasnostawski, zmêczony ¿yciem ostatnich dni kilku, zamy¶li³ siê g³êboko, fizycznie wypoczywaj±c zarazem.
Od czasu do czasu spojrzenie przenosi³ na starca, poczem zapada³ znów w zadumê, po³±czon± z nieokre¶lon± apaty±, gniot±c± go swym ciê¿arem, z poczuciem bezradno¶ci, w obliczu zbli¿aj±cej siê nie odwo³alnie, krocz±cej ¶mia³o ¶mierci!
Minê³o w ten sposób dwie godziny.
Na ciemne ¿aluzye u okien pada³y teraz prostopadle dogasaj±c± czerwon± ³un± ostatnie zachodu promienie, majaczy³y ognikami krwawymi po posadzce i ¶cianach, a spoza parku, z oddali, niewyra&fraq14;nie jakie¶ dla ucha dochodzi³y odg³osy...
To pracowity, znojny koñczy³ siê gdzie¶ tam, po polach i sio³ach pogodny dzieñ jesieni; to, ¶piewaj±c chórem smêtn± ukraiñsk± dumkê - wraca³y po pracy dziewczêta i mo³odycye, z buraczanych ³anów, gromad±...
Nagle Krasnostawski, z przymkniêtymi oczyma w fotelu swym zag³êbiony, ockn±³ siê, drgn±wszy na ca³em ciele nerwowo. Spojrza³ na chorego...
Usta pana Januarego szepta³y co¶ niewyra&fraq14;nie, porusza³y siê szybko - wreszcie uniós³ siê on na poduszkach i wzrokiem b³êdnym spojrza³ woko³o.
Krasnostawski ju¿ by³ siê zerwa³ i sta³ teraz ko³o ³ó¿ka blisko.
- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszepta³ chory, z trudno¶ci±.
- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzy³ dobitnie.
- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpn±³ p³ucami powietrza i po chwili zupe³nie ju¿ przytomnie przemówi³ ³amanym, cichym g³osem:
-Mój panie Boles³awie, ods³oñ, proszê ciê, okno, choæ jedno... Tak tu ciemno...
Krasnostawski, us³uchawszy natychmiast zlecenia, podniós³ roletê.
S³oñce ju¿ by³o zasz³o. W pierwszych u¶ciskach nadchodz±cego zmierzchu sta³y cicho pó³obna¿one drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwieni±, s³a³y siê aleje ¿ó³tawym od opad³ych li¶cie kobiercem - biela³y niewyra&fraq14;nie w dali zagrody sio³a, ciemnia³y jego osady, senna i mroczna ¶wieci³a tafla stawu.
Krasnostawski, odwróciwszy siê od okna, spotka³ smutny, pe³en têsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczaj±cy siê poza oknem krajobraz.
Do ³ó¿ka zbli¿y³ siê po¶piesznie.
- Dziêkujê ci... mój kochany... pani Boles³awie... dziêkujê - odetchn±³ Gowartowski i dokoñczy³ ciszej:
- Ostatni to raz... ostatni widzê to wszystko! - uczyni³ rêk± ruch s³aby, a wskazuj±cy widok otulonego mrokiem sio³a i pól szerokich.
- Dlaczego? - podchwyci³ szybko Krasnostawski, - uwa¿am w³a¶nie, ¿e g³os pañski ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, bêdzie lepiej...
- Och... nie! Nie bêdzie lepiej - westchn±³ pan January - nie bêdzie... to tylko na chwilê...
Znów przesta³, i zaczerpn±wszy powietrza, ci±gn±³ dalej, uczyniwszy jednocze¶nie praw± rêk± ruch zniechêcenia pe³ny.
- Ja czujê, widzê, ¿e koniec, ¶mieræ siê zbli¿a... Nic mi ju¿ nie pomo¿e
- wola Boska!.. - znów przerwa³... w minutê za¶ mówi³:
- W³a¶nie... w³a¶nie powiedzieæ co¶ chcia³em tobie... kochany panie Boles³awie... usi±d&fraq14;... - i pan January wskaza³ sw± woskowo - ¿ó³t± rêk± taborecik.
Krasnostawski us³ucha³.
- Poczekaj chwilê... odpocznê... - wyszepta³ os³abiony bardzo. Opar³ g³owê o poduszki i oddychaæ pocz±³ ciê¿ko, na bladej za¶ twarzy jego zakwit³ i zgas³ niebawem rumieniec nik³y.
Krasnostawski wyczekiwa³, milcz±c.
- Mo¿e podaæ panu co do picia? - zapyta³ po chwili.
Przecz±cy ruch rêki by³ ca³± odpowiedzi± pana Januarego. W dziesiêæ za¶ mo¿e minut pó&fraq14;niej g³osem s³abym, przerywanym co chwila ciê¿kim oddechem, przemówi³ cicho :
- Ty¶ dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, co¶ mnie nie opu¶ci³... Uczynili to wszyscy: siostra, £ady¿yñski, córka... - spu¶ci³ g³owê i umilk³, a dwie ³zy du¿e, perliste zab³ys³y w jego niebieskich, przyblad³ych &fraq14;renicach i stoczy³y siê z wolna po wychud³ej twarzy. Po chwili ci±gn±³ znowu:
- ¬le uczyni³a Ola, &fraq14;le bardzo... Nie poniewiera siê tak rodzicem, nie depce siê tak przywi±zania ojca... nie, nie, po stokroæ razy nie!... - powtórzy³ z moc± w os³ab³ym g³osie, i z t± skarg± na ustach przeciw dziecku ostatni±, upad³ na poduszki w znu¿eniu, jak ¶ciana blady.
Krasnostawski, ze wspó³czuciem, uj±³ rêkê starca w d³oñ praw±, a gdy Gowartowski ponownie uniós³ siê na pos³aniu, opiekuñczo i silnie podpar³, podtrzyma³ swem lewem ramieniem jego cia³o wychud³e.
- Dziêkujê ci, bardzo dziêkujê!.. - wyszepta³ pan January i mówiæ pocz±³ dalej, g³o¶niej nieco, lecz ochryp³ym ju¿ od zmêczenia i wysi³ku g³osem :
- Ale nie o tem mówiæ chcia³em, nie o tem! Przeciwnie... - znów zamilk³ sekund kilka.
- Przeciwnie - powtórzy³ - ja Oli przebaczam, maj±tek ca³y zapisa³em jej wy³±cznie, tylko... tu zatrzyma³ siê starzec d³u¿ej nieco, jakby w ostatnim wysi³ku trudno mu by³o jasno wyraziæ my¶l swoj± - tylko - ci±gn±³ - ¿e testamentów jest dwa: jeden u notaryusza, z³o¿ony dawno, na korzy¶æ Oli... drugi... na jej niekorzy¶æ...
Umilk³ znów Gowartowski blady i zmêczony, a po chwili koñczy³:
- Ten ostatni, pó&fraq14;niejszy, napisa³em w chwili nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrê go!..
Tu pan January, oswobodziwszy siê od podtrzymuj±cego go ramienia Krasnostawskiego, opad³ na poduszki wycieñczony.
- Czy przynie¶æ mam ten testament? - podda³ Krasnostawski.
Ojciec Oli Dzier¿ymirskiej przyzwalaj±co skin±³ g³ow± i s³abym ruchem rêki poruszy³ kluczyk od szufladki stoj±cego obok ³o¿a stoliczka.
Krasnostawski zrozumia³. Wysun±³ szybko szufladê, wzi±³ stamt±d pêk kluczy i oddali³ siê cicho.
Blady, oddychaj±c ciê¿ko, w oczekiwaniu m³odego cz³owieka, odpoczywa³ Gowartowski... W ciszy g³uchej minê³o z dziesiêæ minut. Na progu wreszcie ukaza³ siê Krasnostawski, trzymaj±c w rêku du¿± kopertê.
Na jego widok pan January gor±czkowo, o w³asnych si³ach, uniós³ siê na pos³aniu i wyci±gn±³ rêkê po testament.
- Dziêkujê... - wyszepta³.
Odebrawszy za¶ od Krasnostawskiego kopertê, otworzy³ j± dr¿±c± rêk±, wyj±³ arkusz papieru, znajduj±cy siê tam i rozerwa³ zwolna na cztery czê¶ci. Potem w³o¿y³ na powrót do koperty zniszczony test, a zwróciwszy siê do Krasnostawskiego, g³osem dziwnie d&fraq14;wiêcznym, stanowczym, wymówi³:
- Oddasz to jej... Oli - i umilk³, opad³szy znowu na poduszki.
M³ody plenipotent machinalnie wzi±³ kopertê schowa³ j± do kieszeni surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igra³ w tej chwili jaki¶ pe³ny dobroci u¶miech, blady, tkliwy - milcza³ wzruszony, a dwie ³zy niepos³uszne zakrêci³y mu siê w oczach.
G³osem cichym, jakby dogasaj±cym, mówi³ tymczasem jeszcze pan January:
- Nie zapomnij oddaæ... Pamiêtaj!.. - urwa³, a po chwili:
- Powiedz... tak¿e Oli... ¿e przebaczam... jej... i... jemu!..- dokoñczy³ z trudno¶ci±, w wysi³ku ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilk³...
Pal±ca siê u obrazu Matki Boskiej nad ³ó¿kiem, z czerwonego szk³a, lampka rzuci³a w tej chwili promieñ jasny na oblicze starca...
W zmierzchu id±cego wieczora twarz Gowartowskiego zaja¶nia³a jakim¶ nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski jednocze¶nie poprawi³ poduszki u ³o¿a i pochyli³ siê nad chorym, zda³o mu siê bowiem, i¿ ten¿e porusza ustami.
Rzeczywi¶cie. Niedos³yszalnym, urywanym szeptem m³ody cz³owiek pos³ysza³ jeszcze:
- Dziêkujê... ty¶ dobry!.. Mówiæ ju¿... wiêcej... nie... mogê...
Poruszony s³owami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odst±pi³ od ³ó¿ka Krasnostawski i przygnêbiony, usiad³ w fotelu.
Minê³o z dziesiêæ minut.
Widz±c, ¿e chory le¿y teraz zupe³nie ju¿ cicho, m³ody cz³owiek po chwili powsta³, pos³ucha³ oddechu jego, poczem wysun±³ siê cichutko z pokoju. Dusi³o go co¶ w gardle...
W s±siednich komnatach pusto by³o ca³kiem i szaro ju¿ zupe³nie. Mrok wieczora wciska³ siê do pa³acu coraz natarczywszy, wszêdzie, samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez ha³asu otworzy³ podwoje balkonu i wyszed³ na werandê, spragniony odetchn±æ ¶wie¿szem powietrzem...
Opar³ siê o balustradê, ch³odziæ pocz±³ rozpalone czo³o zimnym powiewem jesiennego wieczora i sta³ tak nieruchomy do¶æ d³ugo, og³upia³y jakby na razie, bezmy¶lny...
Nagle milczenie pogr±¿aj±cego siê coraz bardziej w mroki domu i parku, przerwa³ jednostajny dono¶ny, odg³os dzwonu w pobli¿u. To codziennym, panuj±cym w Gowartowie, zwyczajem, zwo³ywana s³u¿bê na wieczorn± kolacyê.
Krasnostawski siê ockn±³, a jednocze¶nie poczu³ pragnienie i g³ód.
Wróci³ do komnaty, zamkn±³ drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po drodze jak±¶ pozostawion± ¶wiecê, zapali³ j± po¶piesznie i na palcach skierowa³ siê poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobê ca³± Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie mia³ - m³ody organizm dopomina³ siê o swoje prawa.
W kredensie znalaz³ pochowane zimne miêsiwa i chleb razowy; posili³ siê, popi³ wod± i przez puste komnaty znowu skierowa³ siê do pokoju Gowartowskiego.
Tu ju¿ zupe³ne panowa³y ciemno¶ci. Krasnostawski zapali³ lampkê, przykry³ j± aba¿urem i spojrza³ na chorego.
Le¿a³ w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychaj±c lekko, cicho, bledszy tylko, ¿ó³tszy jakby... I w jednem równie¿ zasz³a, zmiana nag³a.
Oto rêce pana Januarego wykonywa³y po ko³drze jakie¶ niewyra&fraq14;ne i dziwne ruchy, jakby szuka³y czego¶, szczypa³y powierzchniê sukna, zatrzymywaly siê chwilê, i znów rytmiczne porusza³y siê zwolna, jednostajnie...
Krasnostawski, postawszy czas jaki¶, zbli¿y³ siê do stolika, wzi±wszy do rêki machinalnie stoj±ce tam lekarstwo. Spojrza³ na receptê. Przeczytawszy za¶, westchn±³.
By³y to leki zwykle, przepisywane dogorywaj±cym...
- Czy¿by naprawdê tak &fraq14;le ju¿ by³o? - szepn±³ do siebie m³odzieniec - tak przytomnym by³ jednak przed chwil±!.. E!.. mo¿e Bóg da... pocieszaj±c siê - dokoñczy³ g³o¶no.
Tymczasem zmêczenie fizyczne i moralne wali³o wprost z nóg Krasnostawskiego.
Zbli¿y³ siê chwiejny do fotelu. Usiad³ i po kilkakrotnie ziewn±³ mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrz±sn±³ siê...
- Ooo... jak¿e mi siê spaæ chce!.. - mrukn±³ i ponownie ziewn±³ przeci±gle z cicha.
- Ale nie mo¿na... nie mo¿na!.. - szepn±³ znów do siebie przekonywaj±co i siêgn±³ po stoj±c± opodal flaszkê koloñskiej wody.
Przetar³ sobie skronie, pow±cha³, poczem napi³ siê zimnej wody ze szklanki, i jak mu siê zdawa³o, zupe³nie obecnie rze&fraq14;ki, zag³êbi³ siê w fotelu.
Tymczasem minê³o minut dziesiêæ zaledwie, gdy m³ody pan plenipotent spa³ ju¿ na dobre, pochrapuj±c nawet z lekka czasami.
Sen zwyciê¿y³... Milczenie i spokój jaki¶ z³owrogi zapanowa³y w komnacie.
A zewn±trz pa³acu tymczasem noc z wolna i stopniowo królowaæ zaczê³a.
Na ciemnem tle nieba zamruga³y wkrótce gwiazdy, od pól wion±³ wietrzyk i cichym ¿ó³kniej±cych li¶ci pogwarem zaszumia³ nad domem park stary.
Wewn±trz za¶ dworu usnêli wszyscy... Milcza³y tu wszystkie k±ty, a w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodzi³ tylko regularny odg³os staro¶wieckiego zegara, który brzd±ka³ i tyka³ i bi³ przeci±gle godziny jedna za drug±.
Nagle w g³uchej ciszy sypialni pana Januarego rozleg³o siê pocz±tkowo s³absze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec ju¿ kona³...
Za ³o¿em, w pó³¶wietle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stanê³a ¶mieræ, lepu swego chciwa - jêki zg³uszone umieraj±cego dziesiêciokrotnem echem wstrz±snê³y cisz± domu...
Co¶ zbudzi³o Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedzia³ na razie. Zerwa³ siê z fotelu, oczy przetar³ i spojrza³ na pogr±¿one w cieniu ³o¿e. Zdrêtwia³ nagle i w³osy dêbem stanê³y mu na g³owie.
Z oczyma, wywróconemi po bia³ka &fraq14;renic, postawionemi w s³up, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, z¿ó³k³y, zzielenia³y - straszny, jêcza³ starzec, ³apa³ powietrze, stêka³ ¿a³o¶nie - charcza³ z³owrogo...
Krasnostawski zrozumia³, lecz znieruchomia³ na razie do tego stopnia, ¿e nie by³ w stanie poruszyæ siê z miejsca.. Po raz pierwszy w ¿yciu znajdowa³ siê wobec konaj±cego cz³owieka, patrza³ wiêc bezprzytomny prawie i b³êdny nieustannie na Gowartowskiego... Dr¿a³ przy tem na ca³em ciele, chwyta³o go co¶ za gard³o, przykuwa³o do miejsca, do ziemi.
Równocze¶nie przygnêbiaj±ca cisza gniot³a mu piersi ciê¿arem, konaj±ce drgnienia i jêki umieraj±cego, niby ostrzem ze stali kraja³y niemi³osiernie wyprê¿one nerwy, a zarazem lêk niewyt³umaczony, dziwny, zatrz±s³ nim.
Wiêc to ¶mieræ!.. ¶mieræ idzie ju¿, przybli¿a siê, okropna, bezzêbna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbli¿a siê teraz obojêtna do ³o¿a... nachyla nad konaj±cym...
- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrz±sa ¶cianami pokoju - oto ¶miech jej straszny!.. Rzê¿enie konaj±cego odpowiada mu echem coraz przera&fraq14;liwiej, g³o¶niej... Ponuro jêczy on, skar¿y siê, miota !..
- Bo¿e!.. Bo¿e!.. Co... to? Co... to? - krzykn±³ Krasnostawski, schwyci³ siê za g³owê, zadygota³ raz jeszcze i porwawszy ze sto³u dzwonek - wybieg³.
W milczeniu powszechnego u¶pienia rozleg³ siê niebawem rozpaczliwy d&fraq14;wiêk pokojowego dzwonka, wstrz±sn±³ murami !..
Gowartowski tymczasem czyniæ pocz±³ teraz rêkami jakie¶ szalone ruchy, gwa³townie odpêdza³ co¶, broni³ siê przed kim¶, jêcza³ jeszcze dono¶niej, chwyta³ powietrze, bezustannie charcza³..
Bieganie nape³ni³o niebawem dom ca³y. Garstka domowników i s³u¿by w kilka chwil pó&fraq14;niej nape³ni³a pokój dogorywaj±cego cz³owieka. Ostatnia przysz³a staruszka, klucznica, z gromnic± w rêku.
&hibar;a³obn± ¶wiecê zapalono po¶piesznie i uklêkli wszyscy. Krasnostawski przy samem ³o¿u, trzymaj±c w d³oni rêkê pana Januarego.
Ch³od³a mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie, jêki, równie¿ ustawa³y, ucich³y wreszcie...
Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwog±, przerwa³ szelest, dla ucha prawie niedos³yszalny. Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie cz³owiecze ulatywa³o z piersi starca - mknê³o w za¶wiaty...
- Skoñczy³... - szepn±³ Krasnostawski. W¶ród klêcz±cych rozleg³ siê p³acz... Gdzieniegdzie p³omyk zapalonej gromnicy o¶wietli³ ponuro ¿ó³taw± plam± ¶ciany, sprzêty i szyby komnaty, drgaæ zacz±³ b³yskotliwy po twarzach klêcz±cych ludzi.
Poczêto siê ¿egnaæ pobo¿nie...
Wspólna, cicha, a pe³na g³êbokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wol± Najwy¿szego godz±ca siê, pokorna, nape³ni³a mury pokoju, i a¿ do stóp Stwórcy-Pana ulecia³a skrzydlata - wznios³a siê tam, gdzie¶ wysoko, w ¶lad za zagadkow± drog± duszy zmar³ego, jakby mu niebo otworzyæ pragnê³a.
Pokra¶nia³e, czerwono-z³ote dzikiego wina li¶cie, pn±ce siê po bia³ych ¶cianach gowartowskiego dworu, zagl±daj± przez otwarte okno do ma³ego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, ko³ysz± siê w promieniach jesiennego s³oñca, powiew za¶ zefiru delikatnym dreszczem przebiega równie¿ po rzêdzie ¿ó³tawych u ¶wiec p³omyków, pal±cych siê woko³o katafalku, gin±cego w zieleni cieplarnianych kwiatów.
Obci¶niêty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za ¿ycia progiem, na podwy¿szeniu le¿y January Gowartowski...
Zesztywnia³e palce jego trzymaj± kurczowo w d³oni krucyfiks, zaczesany starannie w±s mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija piêknie na bia³em, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pe³na, pogr±¿on± byæ tylko siê zdaje w g³êbokim, cichym ¶nie.
Kamienny to sen!.. Sen za¶wiatów, wieczno¶ci, zagadki bytu i ¶wiadomo¶ci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbiæ siê musi rozum ludzki; sen straszny - obojêtny na wszystko doko³a!..
I niczem ju¿ s± dla niego sprawy tego pado³u; niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem rado¶nie igraj±ce po pokoju s³oñce - niczem wreszcie bole¶æ i smutek klêcz±cej u stóp katafalku, sêdziwej kobiety-siostry!..
Przyby³a w przeddzieñ marsza³kowa Warnicka, dr¿±cemi, zbiela³emi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmêczonych co minut parê upada ³za cicha, a wzrok z bole¶ci± t³umion± wpatruje siê w rysy ukochane.
I modli siê znów pokorna!..
Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówi± zupe³nie !.. Spokój i martwota nieziemska wyryte s± na nich, a pogoda tylko jaka¶ nieuchwytna, cicha, ¶wiadczyæ siê zdaje, ¿e nie czuje on ju¿ nic, a w ka¿dym razie, i¿ docze¶nie na pewno nie cierpi ju¿ wcale.
- Módlcie siê, p³aczcie... przyjd&fraq14;cie - odejd&fraq14;cie... zakopcie w ziemiê... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówi± sob± wyra&fraq14;nie zesztywnia³e cz³onki zmar³ego.
A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naro¿nego pokoju wpadaj±, igraj± coraz rado¶niej promienie s³oñca, p³yn± jakie¶ dalekie z pól pie¶ni, pogwary - oddalone ¿yciowe echa...
Babiego lata niæ wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej czuprynie zmar³ego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykaj± siê ostro¿nie i do pokoju wsuwa siê ros³y, siwiej±cy ju¿ mê¿czyzna...
To £ady¿yñski. I on, przygnany straszn± wie¶ci± choroby gro&fraq14;nej, pod±¿y³ do przyjaciela lat m³odych, przybywszy jednak - za pó&fraq14;no.
Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyra¿a w tej chwili ból niek³amany. Zbli¿a siê milcz±co, opatruje p³omyki ¶wiec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkê - zrzuca z g³owy Gowartowskiego swawoln± niæ jesieni, i ukl±k³szy, g³owê opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.
Mija tak d³uga chwila.
Poczem drzwi skrzypi± znowu, na progu ukazuje siê dorodna Krasnostawskiego postaæ. Obj±wszy wzrokiem pokój i znajduj±ce siê w nim osoby, wzdycha ciê¿ko, nastêpnie za¶ zbli¿a siê do £ady¿yñskiego i opiera lekko sw± rêkê na jego ramieniu. Potrz±sa niem delikatnie raz, drugi...
Za trzeciem dopiero dotkniêciem budzi siê £ady¿yñski z bolesnego zamy¶lenia i unosi g³owê..
- A, to pan? - pyta cicho - có¿ to?...
Jakby w odpowiedzi jednocze¶nie do pokoju wpada wyra&fraq14;nie oddalony jeszcze nieco d&fraq14;wiêk dzwonków, i zg³uszony gdzie¶ po sio³a drodze, daleki têtent i turkot kó³ powozu.
I w ¶lad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
- Ze stacyi konie wracaj±... O ile wzrok mnie nie myli, kto¶ jest w faetonie... Zdaje mi siê, ¿e to - oni...
£ady¿yñski, s³uchaj±c go uwa¿nie, ju¿ powoli powsta³ by³ z klêczek.
- Mo¿e szanowny pan dobrodziej bêdzie tak ³askaw wyj¶æ na ganek - ci±gnie dalej Krasnostawski. - Pani± marsza³kowê - tu zni¿a g³os jeszcze bardziej - fatygowaæ nie wypada... Ja za¶ pana Dzier¿ymirskiego nie znam... A tu, do wiadomo¶ci zgonu...
- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idê... Ale prawda
- zatrzymuje siê - trzeba uprzedziæ marsza³kowê, bo siê biedaczka wystraszy.
£ady¿yñski pochyla siê ku klêcz±cej pani Melanji i szeptem co¶ jej przek³ada.
Wpó³przytomnie s³ucha go marsza³kowa Warnicka, po chwili za¶ wstaje i ze smutkiem bezbrze¿nym, wzdycha kilkakrotnie...
Jednocze¶nie dwaj mê¿czy&fraq14;ni wychodz± szybko, oddalony bowiem przed chwil± jeszcze turkot pojazdu wstrz±sa ju¿ oto murami domu i powóz snaæ zaje¿d¿a ¶piesznie na dziedziniec. Odg³os dzwonków dono¶nie przerywa martw± ciszê... Powóz staje.
A nastêpnie, a¿ tu, popod stopy umar³ego cz³owieka niewyra&fraq14;ne jakie¶ zg³uszone dochodz± g³osy i szmery...
Nagle, o milcz±ce ¶ciany pa³acu obija siê krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz st³umiony jeszcze oddaleniem jêk rozpaczliwy. W ¶lad za tem rozlegaj± siê kroki, coraz szybsze, bli¿sze, a pó&fraq14;niej ju¿ ca³kiem dono¶nie tym razem, szelest sukni i ³kanie.
Jeszcze chwila...
I cisza pokrytego kirem, ton±cego w s³oñcu i gromnic ¶wietle, zak±tka, sfinksowy, dumny majestat ¶mierci brutalnie przerywanym zostaje.
Drzwi roztwieraj± siê nerwowo, ruchem gwa³townym, od silniejszego pr±du powietrza ga¶nie przy katafalku ¶wiec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podró¿ne szaty, p³acz±ca Ola...
Za ni±, ukazuje siê ¶niade spokojne oblicze Dzier¿ymirskiego i wytworna sylwetka jego.
Jednocze¶nie murami komnaty wstrz±sa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem ha³as drugorzêdny jaki¶, inny...
To Ola ju¿ na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe cia³o rodzica, odtr±ciwszy równocze¶nie niebacznie przeszkadzaj±ce jej wysokie srebrne lichtarze, z chrzêstem padaj±ce w tej samej chwili na ziemiê...
Kto¶ schyla siê po¶piesznie i opodal ustawia je ponownie...
Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera siê z ust Oli.
- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - wo³a m³oda kobieta, p³acz±c, wij±c siê z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - koñczy w ³kaniu, szlochaj±c.
Na d&fraq14;wiêk s³ów ostatnich chmura osiada na wynios³em czole Romana.
- Ty¶ winien tak¿e!.. ty równie¿!.. To dzie³o tak¿e twoje! - szepce mu co¶ w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla siê i klêka po drugiej stronie katafalku.
A Ola ¶ciska, ca³uje teraz rêce, twarz i zimne czo³o starca, oblewa je ³zami, w³osy ojcowskie pie¶ci i tuli sw± g³owê do serca, co biæ ju¿ na zawsze przesta³o!..
- Ty nie umar³e¶ - szepce - ty ¶pisz tylko!.. ty nie umar³e¶!.. - powtarza uparcie. - To byæ nie mo¿e - nie mo¿e!!..
Powsta³a z klêczek marsza³kowa Warnicka podtrzymuje wij±c± siê w bólu kobietê z jednej strony - z drugiej opiekuñczo podpiera j± £ady¿yñski.
Wszystkim ³zy krêc± siê w oczach, jeden Roman tylko nieczu³ym byæ siê zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ¶ci±gniête ¶wiadcz±, i¿ i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klêczy wci±¿ nieruchomo, my¶li...
Poza nim, ¶wiadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowia³y.
- Z³oty tatuniu !!.. z³oty !!.. - wo³a znów Ola, prosz±co, b³agalnie; z przerwami ma³emi, jêkliwy, przeplatany ³kaniem, odzywa siê bezustannie g³os córki-sieroty, a echo jego p³ynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!..
I za g³osem zrozpaczonej jedynaczki, hejna³em wspólnym p³akaæ, ³kaæ oto zdaj± siê stare drzewa parku; szumem swych li¶ci drobnych brzoza nad wod± wie¶æ tê powtarza dalej, p³acz±c sama, a jêk bole¶ci, podchwycony akordami przyrody, p³ynie, p³ynie w dal...
I wszystko, zda siê teraz, za panem swym boleje !..
A wiêc i staw, ¶ni±cy fali swej szmerem, i ³any, i polne kwiecie, i step, strz±saj±cy z traw swych niby ³zy ¿alu - drobne kropelki rosy...
Jeden tylko umar³y, jak g³az nieczu³ym jest na jêk, ból swego dziecka.
Lecz czy¿ to z³udzenie?..
Pod poca³unkami przed chwil± i ³z± jedynaczki, zdawa³o siê, ¿e oto znika z alabastrowego czo³a starca g³êboka, zastyg³a tam zmarszczka, i ca³kiem ju¿ teraz pogodne, obojêtne, ¶ni ono dalej bez koñca...
Mo¿e dusza z poza stref ¶wiata niewidzialna zab³±ka³a siê jeszcze tutaj przed dalsz± w wieczno¶æ zagadkow± wêdrówk±?.. A mo¿e trup s³ysza³ jeszcze ?
Któ¿ wie? któ¿ zgadnie?
- Ojcze!.. ty ¿yjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... nieszczê¶liwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega siê dalej u stóp starca wo³anie Oli, w spazmach ³kañ bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk m³odej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sio³a i pól szerokich... pó³omdla³± i s³ab± ¿onê wynosi po¶piesznie na rêkach Dzier¿ymirski z powleczonej kirem komnaty.
Wystraszeni pod±¿aj± za nim wszyscy...
To ¿ycie ju¿ ze ¶mierci± walczyæ poczyna³o. Przepotê¿ne w swej sile, nie lubi±ce, by zapominano o niem, odrywa³o w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczaj±cych go dot±d ludzi. Troska o ¿ywym wziê³a górê!..
W promieniach radosnych jesiennego s³oñca, w ciszy, graj±cej tylko powa¿nym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nie³adzie wpó³ przygas³ych ¶wiec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie ¶mierci - umar³y pozosta³ sam.
***
Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minê³o dni kilka.
W pogr±¿onym ju¿ we ¶nie pa³acu w Gowartowie pali³o siê jeszcze ¶wiat³o w jednym pokoju, rzucaj±c w noc ciemn± promieñ jaskrawy przez okienne szyby.
W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dzi¶ sypialni nowego dziedzica, Dzier¿ymirskiego, on sam, znu¿ony dniem minionym, a nader dlañ obfitym w niezwyk³e zdarzenia, k³ad³ siê do snu i z wolna rozbiera³ leniwie.
Na stoliku obok ³ó¿ka sta³a odkorkowana butelka szampana i kieliszek wysoki, z kryszta³u, oraz odemkniête pude³ko cygar.
Roman po chwili zapali³ jedno z nich, nala³ sobie wina i wypi³ haustem jeden kielich, poczem zmêczony, wsun±wszy siê pod ko³drê, zgasi³ ¶wiat³o.
Odetchn±³ parê razy g³o¶no, z ulg±, przeci±gn±³ siê, a¿ zatrzeszcza³o staro¶wieckie ³o¿e, ziewn±³ smakowicie, zaci±gn±wszy siê za¶ wyborowem cygarem, my¶leæ pocz±³ o ukoñczonym dniu dzisiejszym, a prze³omowym w dotychczasowem ¿yciu jego.
Dzi¶ to bowiem odby³o siê otwarcie testamentu nieboszczyka.
Stosownie do woli zmar³ego, córka jego stawa³a siê jedyn± spadkobierczyni± kilkakroæstotysiêcznego maj±tku...
Dzier¿ymirski powtórnie wyci±gn±³ siê z lubo¶ci± w szerokiem, szeleszcz±cem po¶ciel± ³o¿u.
- Tak, kilkakroæ-stoty-siêcz-nego... - szepn±³ do siebie z zadowoleniem. U¶miechn±³ siê... Dwa dni temu jeszcze, jad±c tu, a przeczuwaj±c zgon ojca Oli, - by³ pewnym niemal, i¿ on córkê za niepos³uszeñstwo wydziedziczy³.
Ju¿ dnia nastêpnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwia³y siê jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecno¶ci Romana, wrêczy³ by³ Krasnostawski podarty w³asnorêcznie przez umieraj±cego ojca testament.
On za¶, pomimo to, w±tpi³ jeszcze... Ba³ siê otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, z³o¿onej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawa³ siê przeczuwaæ podstêp jaki¶ mo¿e i przykr± niespodziankê.
Dzi¶ wreszcie pierzch³y bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z ni± ucieka³ równie¿ strach bliskiego bezpieniê¿nego jutra, które czeka³o nañ, czyha³o z wydaniem ostatnich paru tysiêcy, pozosta³ych z poprzedniej fortunki, ¿yciem nad stan przez lat trzy lekkomy¶lnie wydanej.
Tu Dzier¿ymirski u¶miechn±³ siê szydersko.
Nie, stanowczo, pieni±dz do niego siê garnie!.. Ten, który posiada³ dot±d, choæ wygrany, pali³ go czêstokroæ, pomimo wszystko, przypomnieniem przesz³o¶ci. Sofizmatami wt³umia³ w siebie wspomnienia gryz±ce, lecz jednocze¶nie i instynktownie jakby rozrzuca³, pozbawia³ siê grosza, tam, gdzie¶ na dnie duszy w³asnej, choæ nie przyznawa³ siê pozornie do tego, rad nawet bêd±c, i¿ z³oto w±tpliwe sz³o - nik³o...
Jakby otrz±saj±c siê z tego samopoczucia, Dzier¿ymirski poruszy³ siê niespokojnie i powróci³ my¶l± do tera&fraq14;niejszo¶ci mi³ej.
On i Ola - wszak to jedno. Dzi¶ zatem, pomimo praw miejscowych, de facto, stawa³ siê panem okaza³ej i pañskiej, w³asnej fortuny.
I pokryta, st³umiona wa¿no¶ci± chwili, smutkiem Oli, oraz ca³ego domu - przez dzieñ ca³y - teraz dopiero, w ciszy u¶pienia pa³acu, w czterech ¶cianach sypialni, rozsadzaæ poczê³o Dzier¿ymirskiemu piersi egoistyczne zadowolenie wewnêtrzne.
Szczerze ¿a³owaæ zmar³ego Roman w istocie nie móg³. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i mi³emi, arystokrata z przekonañ, nieprzystêpny i dumny wzglêdem tych, których pragn±³ trzymaæ od siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okaza³ siê nie¿yj±cy pan January, w stosunku do dzisiejszego swego ziêcia.
Dzier¿ymirski nie bola³ wiêc wcale nad strat± te¶cia swego... Teraz za¶, powoli pal±c cygaro, my¶l jego, przesun±wszy siê obojêtnie po wypadkach ¶mierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymuj±c siê przy tych zdarzeniach tylko ze wzglêdu na bole¶æ drogiej mu Oli - swobodna, pomyka³a obecnie chy¿o w przysz³o¶æ.
Od jutra staje siê panem!.. Bêdzie administrowa³ dobra, zbiera³ dochody...
I Romana upaja³o to jutro!..
Lat temu parê skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, &fraq14;le odziany, od¿ywiany - biedny... Pó&fraq14;niej zrz±dzeniem losu ¶lepego w³a¶ciciel sumki poka&fraq14;nej grosza... Dzi¶ dziedzic, pan ca³±, gêb±!..
- Do dyaska !.. - mrukn±³ Dzier¿ymirski i u¶miechn±wszy siê z zadowoleniem, musia³ przyznaæ jednak, ¿e ¶wiat nie tak z³y i nic nie wart, jak nazywa³ go ongi, w pesymizmu chwilach, i ¿e ¿ycie czasami bywa wcale mi³em.
- I có¿ mog± o mnie z³ego powiedzieæ ludzie, ¶wiat ca³y? - rezonowa³ dalej w my¶lach swych Roman.
- Nic zupe³nie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, ka¿dy za¶ znaj±cy mnie przedtem, gdy dzi¶ mnie spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradzi³ sobie w ¿yciu!..
- A jak? któ¿ o to pytaæ bêdzie...
Dzier¿ymirski, poczuwszy znów pragnienie, w pó³¶wietle pokoju odnalaz³ kieliszek i butelkê szampana, któr±, powodowany jakim¶ dziecinnym wprost kaprysem, przyniós³ sam sobie wieczorem z "w³asnej" piwnicy; nalawszy wina, napi³ siê chciwie.
Rado¶æ za¶ jego wewnêtrzna, poza egoistyczn± samowiedz± przysz³ego bytu, mia³a równie¿ na jego obronê, przyznaæ nale¿y, i szlachetniejsz± podstawê.
- Teraz bêdê mia³ na to, by oddaæ to, co znalaz³em - mówi³ sobie w³a¶nie w tej chwili, trzymaj±c machinalnie w rêku wysoki kryszta³owy kielich od wina, a w my¶lach bezwiednie i niejasno zarazem uk³ada³ ju¿ wzglêdem tego plany na przysz³o¶æ.
- Ukrytym celem ¿ycia mego bêdzie znale&fraq14;æ, odszukaæ koniecznie zagadkowego w³a¶ciciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysiêcy - szepta³ cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieni±dze, oczy¶ciæ siê w ten sposób z plamy przesz³o¶ci!..
- Muszê j± zmazaæ! Czystym byæ muszê!.. - z si³± powtórzy³ g³o¶niej. - Choæbym mia³ ¶wiat z posad poruszyæ! - dokoñczy³ z moc± i umilk³, a równocze¶nie w piersiach jego zapala³a siê teraz jaka¶ gor±czka czynu.
Zdawszy za¶ sobie natychmiast sprawê z tego stanu swego, Dzier¿ymirski poruszy³ siê w po¶cieli swej niespokojnie.
- Tak, ja go znajdê! - mówi³ sobie w my¶li dalej. - Znajdê, dla tego choæby, i¿ nie unikaæ boja&fraq14;liwie, jak dot±d, ale ¶mia³o szukaæ go bêdê. Ale... - tu Roman zatrzyma³ siê w my¶lach, - ale, by dopi±æ tego - powtórzy³ - wszak muszê wyp³yn±æ na arenê szersz± ¶wiata!.. Bo przecie¿ tu, choæ bêdê panem Gowartowa, nic przecie w tym wzglêdzie uczyniæ nie zdo³am!..
- A wiêc - gdzie ?.. - drêczyæ go, mêczyæ poczê³o pytanie. Dzier¿ymirski brwi zmarszczy³.
Powtórnie, znowu poczu³ w sobie jak±¶ nieprzepart± chêæ czynu, a równocze¶nie zrozumia³ nagle, ¿e rado¶æ jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia maj±tku by³a s³omianym tylko ogniem!
Bo, rzeczywi¶cie...
Ambicya bowiem, czasem &fraq14;le umieszczona - pojêta, lecz jedna i ta sama zawsze, która dot±d pcha³a go ¶lepo naprzód, i teraz, choæ zosta³ panem i zdoby³, czego pragn±³, uka¿e mu niew±tpliwie inne znów braki obecnego po³o¿enia, "i¶æ" naprzód ka¿e, wynie¶æ siê ponad drugich zachêcaæ bêdzie - nurtuj±ca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!
Wzi±wszy za¶ jeszcze pod uwagê u¶piony wyrzut sumienia i chêæ zmazania plamy z w³asnej uczciwo¶ci - przysz³o¶æ ta, przed chwil± jeszcze wymarzona, idealna... ju¿ teraz przed wzrokiem Romana pokrywa³a siê cieniem.
Samowiedza powy¿sza pokry³a chmur± na chwilê piêkne rysy Dzier¿ymirskiego.
- Ha!.. zobaczymy!.. - rzek³ zupe³nie g³o¶no, a wypiwszy do koñca szampañskie wino, postawi³ kielich na stole tak silnie, ¿e lejkowaty, delikatny, prys³ on i szcz±tki kryszta³u upad³y z brzêkiem na ziemiê.
Pierwszym ruchem pana na Gowartowie by³o siêgniêcie po zapa³ki, my¶l za¶ zapalenia ¶wiecy, by zebraæ szk³o st³uczone, przemknê³a mu przez g³owê.
Powstrzyma³ siê jednak i mrukn±³ zcicha:
- Po co? Mam przecie na zawo³anie kamerdyra i dwóch lokai... Sprz±tn± jutro...
Poczem, znu¿ony my¶lami, przytuli³ g³owê do poduszki, usi³uj±c zasn±æ.
CZÊ¦Æ DRUGA
By³a wiosna...
Od opisanych zdarzeñ pi±ta ju¿ z kolei tak samo urocza zawsze, u¶miechniêta i weso³a - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodzi³a ona znowu nad ¶wiatem. Pe³na w przysz³o¶æ wiary i nadziei krzepi³a serca, rozja¶nia³a umys³y, sia³a po twarzach ludzkich u¶miechy radosne, a rozogniaj±c wyobra&fraq14;niê, zmys³y - upajaj±c swem tchnieniem, majowem, ¶wie¿em - sz³a zwyciêska, królewska, wspania³a...
Przez wpó³przymkniête okno powiew jej, ³±cznie z g³uchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdziera³ siê do umeblowanego powa¿nie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okaza³em, a zarzuconem papierami, listami, ksiêgami i pismami, siedzia³ Roman Dzier¿ymirski i s³ucha³ mówi±cego co¶ do niego m³odego mê¿czyzny.
Po chwili ten¿e umilk³, w pokoju zapanowa³a cisza, zamykaj±ca snaæ powa¿n± i czas d³u¿szy tocz±c± siê rozmowê.
Roman zamy¶lony, uj±wszy w dwa palce jaki¶ papier, z³o¿ony we czworo, postukiwa³ nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz za¶ milcza³, wpatrzony w niego - na odpowied&fraq14; czeka³ cierpliwie, bawi±c siê tymczasowo trzymanem w rêku no¿em do rozcinania.
Go¶æ nieznajomy by³ niskiego wzrostu; twarz mia³ my¶l±c±, ruchliw± i zmienn±, ca³a za¶ jego powierzchowno¶æ, wyra&fraq14;nie zdradzaæ siê zdawa³a, kogo¶ ze sfer finansów, lub przemys³u.
Przeniós³szy niebawem wzrok z twarzy Dzier¿ymirskiego na otaczaj±ce go sprzêty w gabinecie, pobie¿nie przygl±daæ mu siê zacz±³.
Rzuci³ wiêc okiem na stoj±cy opodal stó³ du¿y, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczaj±ce go fotele, skór± kryte, na dwie, szafy ksi±¿ek, zegar - cacko staro¿ytne; spojrza³ na parê konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony d³u¿szem milczeniem gospodarza, zagadn±³:
- Zatem... panie prezesie?
Dzier¿ymirski ockn±³ siê, i ju¿ otwiera³ w³a¶nie usta, by co¶ odrzec, lecz zatrzyma³ siê nagle, drzwi bowiem skrzypnê³y, i wszed³ lokaj, trzymaj±c du¿y list na tacy.
- Jaki¶ pan to przyniós³, czeka³ bardzo d³ugo, - obja¶ni³, - w koñcu kaza³ mi list oddaæ ja¶nie panu, a sam poszed³...
- Przepraszam pana!.. - rzuci³ Roman go¶ciowi swemu - pan pozwoli, nieprawda¿? - i rozerwa³ kopertê przyniesionego pisma.
Spojrza³ na æwiartkê papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami podpisów.
Lokaj znik³ tymczasem, a, jednocze¶nie Dzier¿ymirski, skoñczywszy czytanie, ponownie zwróci³ siê do go¶cia swego, lecz i tym razem znowu przeszkodzono mu.
Kto¶ puka³ do drzwi dyskretnie.
- Proszê!.. - rzek³ Roman g³o¶no.
Drzwi roztworzy³y siê szybko. Do gabinetu wszed³ m³odzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o powierzchowno¶ci wytwornej i pañskiej, oraz ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prêdkich.
Przeprosiwszy po¶piesznie siedz±cego przemys³owca, Dzier¿ymirski zerwa³ siê na widok wchodz±cego.
- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, s³ówko tylko jedno
- mówi³ ju¿ tymczasem przyby³y, a ujrzawszy powstaj±cego instynktownie go¶cia, do¶æ grzecznie rzuci³ w jego stronê.
- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundê tylko!.. - uj±wszy za¶ ramiê Dzier¿ymirskiego, nachyli³ siê ku niemu, odprowadzi³ dalej nieco i pó³g³osem mówiæ pocz±³ co¶, z ¿ywo¶ci± i gestykulacy±, stoj±c z nim razem po¶rodku gabinetu.
Po chwili, odprowadzony a¿ do drzwi, z atency± wyra&fraq14;n±, po¿egna³ siê serdecznie z Romanem i znikn±³ za portyer± i drzwiami.
Dzier¿ymirski tymczasem powraca³ ju¿ do go¶cia swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, doda³ na pozór niedbale:
- To w³a¶nie ksi±¿ê-ordynat B... nie zna pan?... Mia³ do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wskaza³ na otrzyman± przed chwil± korespondencyê, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. Dzi¶ mam piêæ sesyj... - ci±gn±³ dalej w tym samym tonie,
- tam - uczyni³ g³ow± niewyra&fraq14;ny ruch ku drzwiom, - czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
- Wobec tego - zatrzyma³ siê znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówi³ zwolna - czy przyj±æ mogê tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogê !
Cieñ przeszed³ po obliczu nieznajomego, chcia³ co¶ zaprotestowaæ, lecz Dzier¿ymirski ju¿ mówi³:
- Przykro mi tylko, i¿ panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieæ bêd±... - zatrzyma³ siê chwilê i wskaza³ na trzyman± do niedawna, w rêku odezwê jednego z pierwszorzêdnych akcyjnych towarzystw wêglowych, w której donoszono mu w³a¶nie o wyborze go podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodnicz±cego w komisyi rewizyjnej.
- Lecz wyznaæ muszê - ci±gn±³ dalej i u¶miechn±³ siê przy tem z lekka, - ¿e nawet czynno¶æ, proponowana mi przez panów, zastaje mnie ca³kiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemkn±³ powtórnie u¶miech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dok³adnie i zupe³nie znanych... Terra incognita... - sk³oni³ g³owê ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie mia³em jeszcze dot±d...
I Dzier¿ymirski zamilk³ na chwilê poczem swobodnie dorzuci³:
- Ale! prawda... Zapomnia³em jeszcze powiedzieæ szanownemu panu... Za parê dni wyje¿d¿am na czas d³u¿szy za granicê, dla wypoczynku.
Roman zatrzyma³ siê i pytaj±co spojrza³ na go¶cia swego.
- O!.. to najmniejsza... - odpar³ szybko przemys³owiec - czynno¶æ komisyi w roku bie¿±cym wypada dopiero za miesiêcy kilka, a odbywa siê w ogó1e nieczêsto... Co za¶ do pierwszego punktu... rzecz to równie¿ ma³ej wagi...
- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkê tak dalece rutynowan±, - przepraszam za wyra¿enie i m³ody cz³owiek u¶miechn±³ siê lekko - lecz o cz³owieka tych wp³ywów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kó³ naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyæ sobie potrafi³, i które niew±tpliwie, rzec mo¿na, posiada obecnie ju¿ w zupe³no¶ci...
Dzier¿ymirski teraz z kolei u¶miechn±³ siê na tak jasne postawienie kwestyi.
Rzeczywi¶cie, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgo³a jeszcze przyby³ osiedliæ siê w mie¶cie, czy¿by ¶ni³o siê nawet komu przyj¶æ doñ z tego rodzaju propozycy±. B³ysk zadowolenia mi³o¶ci w³asnej przemkn±³ w tej chwili po licach Dzier¿ymirskiego.
- Nie traci³e¶ czasu daremnie - mówi³ mu wewnêtrzny g³os i uczucie pychy rozpiera³o piersi.
Milczeniu zaleg³e przerwa³ tymczasem g³os przemys³owca.
- Zatem - rzecz za³atwiona nieprawda¿? Pan prezes - przyjmuje?...
Dzier¿ymirski zawaha³ siê sekundê jeszcze, pochlebstwo jednak, podane zrêcznie, dzia³aæ poczyna³o. Zdecydowa³ siê daæ odpowied&fraq14; przychyln±.
- No... trudno!.. - wycedzi³ z wolna, obojêtnie i z pozornym przymusem. Pomimo obowi±zków i odpowiedzialno¶ci, które wk³adaj± na mnie czynno¶ci i stanowisko przewodnicz±cego w komisyi, przyj±æ ju¿ chyba muszê!..
- Wybór panów akcyonaryuszów zreszt± takiego zwi±zku, jakiem jest Towarzystwo panów - tu Roman sk³oni³ siê grzecznie w stronê go¶cia swego, a bêd±cego - ci±gn±³ dalej - bez pochwa³ i przesady, w rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzêdnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i Dzier¿ymirski w tem miejscu przemówienia swego pochyli³ z lekka g³owê.
- Co za¶ do czynno¶ci rewizyjnych, mam nadziejê równie¿ - koñczy³ - i¿ chyba im podo³am, tymbardziej - u¶miechn±³ siê tym razem nieco dumnie - ¿e zajêæ bardzo podobnych, choæ tak ró¿norodnych, piastujê od pewnego czasu moc niezliczon±...
- O, naturalnie! - przy¶wiadczy³ go¶æ skwapliwie, - zreszt± przyjemno¶æ mia³em powiedzieæ ju¿ panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, ¿e zdaniem jest jednog³o¶nem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, i¿ w ca³em mie¶cie nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynno¶æ wzmiankowan± obj±æ zdo³a³.
Dzier¿ymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochyli³ tylko g³owê i powsta³ z siedzenia.
Go¶æ jednocze¶nie z krzes³a zerwa³ siê szybko.
- Dziêkujê i uciekam, panie prezesie, czas - to pieni±dz, a przys³owie to nigdzie chyba lepiej, ni¿ tutaj, zastosowanem byæ nie mo¿e.
- Proszê wyraziæ tymczasowo moje podziêkowanie panom z Rady Zarz±dzaj±cej,- odpar³ uprzejmie Dzier¿ymirski. - W sprawie tej zreszt± wpadnê osobi¶cie do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
- S³uga pañski!.. - rzuci³ jeszcze przyby³y w uk³onie i w ¶lad za tem znik³ za drzwiami. Dzier¿ymirski krokiem miarowym przechadzaæ siê pocz±³ po pokoju.
- Wiêc i ta akcyjna spó³ka wêglowa - my¶la³ - obracaj±ca kapita³ami, najpotê¿niejszymi mo¿e w kraju, ceniona, znana, wybra³a go równie¿! Wiêc i oni doñ przyszli! Wpo¶ród siebie nie znale&fraq14;li nikogo, godniejszego, by piastowaæ urz±d, tak pe³en zaufania!.. - w umy¶le Romana bezustannie nad innemi górowa³o wra¿enie wizyty ostatniej.
Duma wci±¿ rozsadza³a mu piersi, u¶miech zadowolenia b³±ka³ siê po ustach; Roman, zamy¶lony, przebiega³ ci±gle swój gabinet wielkimi krokami.
Nagle rozmy¶lanie to, tak wielce dlañ mi³e, przerwane zosta³o wej¶ciem lokaja.
- Jaka¶ nieznajoma pani w ¿a³obie chce widzieæ siê z ja¶nie panem - zaanonsowa³.
- Jak siê nazywa?
- Oto bilet, ja¶nie panie...
Dzier¿ymirski wzi±³ z r±k s³ugi kartkê brystolu i przeczyta³ wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedzia³o mu ono.
- Pro¶! - rzek³ krótko.
Lokaj wyszed³, a Dzier¿ymirski zbli¿y³ siê z wolna do swego biurka i usiad³ przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na le¿±ce tam porozrzucane papiery.
- A... prawda!.. - mrukn±³ pó³g³osem do siebie i siêgn±³ jednocze¶nie po papier listowy, oraz kopertê.
Przed nim, jako wice - prezesem zak³adów dobroczynnych, le¿a³ list znanego w mie¶cie i wp³ywowego ksiêcia S., z pro¶b± o umieszczenie w jednym z przytu³ków jakiego¶ schorza³ego biedaka.
Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - któr± dnia poprzedniego sam ju¿ za³atwi³ osobi¶cie - nie da³ jeszcze ksiêciu; umoczywszy wiêc pióro, Roman pocz±³ pisaæ zamaszy¶cie.
W tej samej chwili do komnaty wsunê³a siê przysadzista, krêpa postaæ czarno ubranej kobiety. Ma³ymi kroczkami podesz³a natychmiast do biurka i przemówi³a g³o¶no:
- Przepraszam bardzo, ¿e tak natarczywie...
Dzier¿ymirski, niezadowolony nieco, ¿e mu tak z nag³a przerwano w±tek listu, spojrza³ niechêtnie z pod oka na nowo przyby³±.
Przed nim sta³a kobieta lat piêædziesiêciu mo¿e, o znêkanych rysach, ubrana nieco z staro¶wiecka, do¶æ zreszt± poza tem uk³adnej powierzchowno¶ci.
- Niech pani spocznie, proszê... za chwilê s³u¿ê! - rzek³ uprzejmie i pocz±³ pisaæ znowu.
- Doprawdy nie rozumiem sama, jak o¶mieli³am siê przyj¶æ tutaj, ale szlachetno¶æ, zacno¶æ szanownego prezesa... - us³ysza³ znowu Roman.
Niecierpliwie tym razem wzniós³ na przyby³± spojrzenie i przerwa³ jej grzecznie, lecz sucho:
- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajêty jestem... Wszak pani nie pilno?..
- O, nie... przeciwnie... Tylko...
Roman spu¶ci³ oczy i my¶l±ce czo³o, oraz pocz±³ pisaæ dalej, najspokojniej w ¶wiecie. W pokoju zaleg³o milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.
Gdy Dzier¿ymirski list skoñczy³, podniós³ machinalnie oczy na nieznajom±.
U¶miechn±³ siê mimo woli; spotka³ siê bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem z³em i jakby obra¿onem, które pod niespodzianym wzrokiem jego z³agodnia³o jednak natychmiast, przeistoczy³o siê w s³odkie i potulne, jak u baranka.
Zaadresowawszy list, Dzier¿ymirski zadzwoni³ na lokaja. Gdy ten siê zjawi³, poleci³ mu odes³aæ pismo natychmiast.
- Czy jest kto? - zapyta³.
- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmia³a odpowied&fraq14;.
- Powiedz, ¿e przepraszam, i za chwilê go proszê! - rozkaza³ Roman, gdy za¶ lokaj znik³ za drzwiami, uprzejmie z kolei zwróci³ siê do nieznajomej.
- S³ucham pani±... Czem s³u¿yæ mogê?
Przyby³a poprawi³a siê na krze¶le, zrobi³a minê s³odsz± jeszcze, i zmieszana nieco przemówi³a:
- Mój m±¿, znaj±c tak dobrze szanownego pana prezesa, tak czêsto wspomina³ mi o jego szlachetno¶ci, zacno¶ci, dobrem sercu, ¿e... - tu przerwa³a na chwilê, widz±c zdumion± minê Dzier¿ymirskiego, poczem ci±gnê³a znów dalej, straciwszy widocznie w±tek poprzednich my¶li, bo nie dokoñczy³a ju¿ poprzedniego zdania:
- Mój m±¿, Nepomucyn, zawsze mawia³ mi takich ludzi potrzeba nam wiêcej, jak prezes Dzier¿ymirski; ludzi hartu, ¿elaznej woli, inteligencyi rzutkiej, prawo¶ci charakteru... O, mój m±¿ bardzo, bardzo ceni³ pana prezesa... - i zawik³awszy siê ponownie w wyg³aszane przez siê pochwa³y, nieznajoma zatrzyma³a siê chwilê.
Dzier¿ymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzysta³ skwapliwie z przerwy.
- Przepraszam pani± - spyta³ grzecznie - jak godno¶æ i imiê mê¿a pani? Czy ¿yje?...
- Nepomucyn Wygrzywalski - odpar³a zapytana - zmar³ rok temu... ¦wieæ, Panie, nad jego dusz±! - westchnê³a.
Dzier¿ymirski zmarszczy³ brwi i zamy¶li³ siê chwilê.
- Nie przypominam sobie, bym mia³ przyjemno¶æ znaæ osobê tego nazwiska... - wycedzi³ z wolna.
Z pod u¶miechniêtych s³odkawo i mile, si³± woli u³o¿onych rysów przyby³ej, b³ys³o ku Romanowi ura¿one i gro&fraq14;ne spojrzenie.
- Jak to ? - odezwa³a siê obra¿onym nieco i kwaskowatym jakby tonem. - Byæ nie mo¿e ?.. Pan prezes chyba przypomnieæ sobie tylko nie raczy...
- A jak dawno? - ³agodniej nieco przemówi³ Dzier¿ymirski. - I ile razy - s³owa ostatnie podkre¶li³, u¶miechn±wszy siê ironicznie - widzia³ mnie m±¿ pani?
- O! kilka razy zaledwie mia³ sposobno¶æ... - po¶pieszy³a z odpowiedzi± przyby³a. - Dwa, trzy mo¿e... Ale widzenie siê to by³o dlañ przyjemnem nad wyraz - utkwi³o mu w pamiêci...
- Ach, m±¿ mówi³ mi tyle razy - ci±gnê³a dalej s³odkawo, z wymuszonym okoliczno¶ciowym u¶miechem, - ¿e, naturalnie, poza zas³ugami spo³ecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, mi³ego cz³owieka, jak pan, nie zna³ by³ dot±d, i dla tego te¿ my¶la³am, ¿e i pan prezes... - tu urwa³a swe przemówienie pani Wygrzywalska, ¶ledz±c na twarzy Romana wra¿enie s³ów swoich.
Ten jednak¿e, zra¿ony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypi±³, ni przy³ata³, pochlebstwami ju¿ powtórnie, i ca³kiem notabene, niezrêcznie, odrzek³ zimno:
- O, proszê pani... Ja widujê po trzydzie¶ci, czterdzie¶ci interesantów dziennie... Po³owa z nich nieznan± mi bywa zazwyczaj - liczbie tych wiêc znajdowa³ siê zapewne m±¿ pani... Dlatego te¿ nie przypominam go sobie.
Jak pocisk zjadliwe tym razem i ca³kiem ju¿ obra¿one uderzy³o w lica Dzier¿ymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
- Dziwi mnie to niewymownie, ¿e tak uporczywie pan prezes przypomnieæ sobie mego mê¿a nie raczy... - odezwa³a siê uszczypliwie, a w glosie jej czuæ by³o ¶mierteln± obrazê.
- Przecie¿ ostatecznie - mówi³a w tym samym tonie dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mie¶cie zna³o du¿o osób... Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacno¶ci i poczciwo¶ci ludzie, z którymi mnie ³±czy nawet stosunek przyja&fraq14;ni... Wyjechali za granicê wczoraj w³a¶nie... Nastêpnie równie¿ i nieod¿a³owanej pamiêci ksi±¿ê Topór-Toporski Alfred tak ³askaw by³ za ¿ycia opiekowaæ siê nami... - koñczy³a przyby³a z godno¶ci±.
- Chce zaimponowaæ mi znajomo¶ci± z ksi±¿êtami, a to orygina³ baba, - przemknê³o przez my¶l Dzier¿ymirskiemu i u¶miechn±³ siê jednocze¶nie, zrobi³ bowiem i inn± w tej chwili uwagê, a mianowicie, ¿e jako¶ za wiele by³o nieboszczyków w gronie ludzi, na których powo³ywa³a siê siedz±ca przed nim jejmo¶æ.
Chc±c przytem przeci±æ zarazem zapowiadaj±c± siê prawdopodobnie znów na d³ugo tyradê s³ów, pozbawionych, jak i poprzednie, ¶cis³ej logiki, rzek³ szybko:
- Przepraszam bardzo: Nie mog³a by mnie szanowna pani powiadomiæ jednak, czemu w³a¶ciwie zawdziêczam jej wizytê?
Na tak jasno postawione ultimatum zmiesza³a siê przyby³a i wyj±ka³a:
- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczê¶liwa, zdoby³am siê na tak± ¶mia³o¶æ... Ale, przynaglona materyalnem po³o¿eniem bez wyj¶cia, ufaj±c w przyja&fraq14;ñ, któr± ¿ywi³ mój m±¿ nieboszczyk do pana prezesa, chcia³am prosiæ o drobn± po¿yczkê... - urwa³a na chwilê, poczem g³osem ¶mia³ym ju¿ teraz i godno¶ci pe³nym, doda³a:
- Co do oddania - nie mo¿e byæ obawy ¿adnej, poniewa¿ ludzie mnie znaj±... A zreszt±... - tu u¶miechnê³a siê z dumn± - pochodzê sama z arystokracyi, wiêc...
To "wiêc" by³o wypowiedziane takim tonem, i¿ rozwiewaæ siê zdawa³o wszelkie co do zwrócenia kwoty w±tpliwo¶ci; jejmo¶æ nie dokoñczy³a zdania, a spojrza³a tylko przenikliwie na s³uchacza swego, jakby pragn±c odgadn±æ, jakie wra¿enie nañ uczyni³o powiedzenie jej ostatnie.
Dzier¿ymirski za¶ tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, u¶miechn±³ siê pod w±sem nieznacznie.
- Czy wolno wiedzieæ - z której? - z kurtuazy± zapyta³.
- Rodzê siê z domu kniaziówna R±rowska - z godno¶ci± i namaszczeniem odpar³a dumnie wdowa.
Dzier¿ymirski ponownie u¶miechn±³ siê z ironi±. Rodzina ta prawie, ¿e ju¿ ca³kiem wygas³a, aczkolwiek dawna bardzo, wed³ug heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie mia³a praw do ¿adnych w ogóle tytu³ów, prócz kopertowych chyba.
S³ysz±c zatem wypowiedziane tak czelne k³amstwo, Roman nie odpowiedzia³ nic, a tylko wpatrzy³ siê badawczo, z uwag±, w twarz siedz±cej przed nim kobiety.
Od pocz±tku ju¿ samego dziwi³y go jej rozmowa i zachowanie ca³e, teraz wiêc, gdy wiedzia³ cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywa³ siê wci±¿ w rysy przyby³ej. Trwa³o tak minut parê.
I pod spojrzeniem tem nagle spu¶ci³a wzrok kobieta...
Po raz pierwszy od kwadransa spad³a z twarzy jej ob³udna, fa³szywa i uk³adna, a przyodziana li tylko w imiê pozorów, maska. Zorane policzki wdowy okrasi³ lekki rumieniec, a pod wp³ywem jakiej¶ my¶li zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mign±³ na chwilê przed oczyma obserwuj±cego mê¿czyzny.
I to ocali³o nieboraczkê. Zniecierpliwiony bowiem dot±d obecno¶ci± jej Roman, i zdecydowany ju¿ prawie wyprosiæ za drzwi kniaziównê "de domo", zamy¶li³ siê nagle.
Po chwili za¶, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przyby³ej, by³ dlañ wystarczaj±cym zupe³nie, spu¶ci³ wzrok.
I snaæ wiele niek³amanego, a tajonego bólu, oraz nieszczê¶cia prawdziwego mo¿e wyczyta³ by³ na tej twarzy go¶cia swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcz±c, siêgn±³ rêkê klamki drzwiczek wbitej w ¶cianie ogniotrwa³ej kasy, i - wyj±wszy stamt±d papierek dziesiêciorublowy, po³o¿y³ go na stole.
Posun±wszy za¶ banknot ten z lekka ku siedz±cej, rzek³ tylko:
- S³u¿ê pani!
Poczem, gdy pieni±dz ów schowa³a, obsypuj±c ofiarodawcê swego potokiem s³odko przyprawionych komuna³ów, zadzwoni³ na lokaja:
Pos³uszny, zjawi³ siê s³uga za chwilê.
- Pro¶ pana hrabiego! - rozkaza³ Dzier¿ymirski.
- Ju¿ wyszed³. Mówi³, ¿e wpadnie kiedy indziej, bo czekaæ wiêcej nie mia³ czasu... Kaza³ przeprosiæ ja¶nie pana, bardzo i zostawi³ tu bilet swój, na którym co¶ napisa³, - i przy tych s³owach lokaj poda³ bilet.
Roman rzuci³ nañ okiem...
Pani Wygrzywalska jednak przerwa³a mu czytanie. Do swej roli wraca³a powtórnie.
- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczê³a mówiæ swym poprzednim tonikiem - ale wiedzieæ chcia³am w³a¶nie, jak adresowaæ mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspania³omy¶lnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes podobno na d³ugo wyje¿d¿a?..
Roman na te s³owa u¶miechn±³ siê z³o¶liwie i odpar³:
- O, ³askawa pani ! Adresem zupe³nie dostatecznym bêd± dwa s³owa : "R. Dzier¿ymirski." &hibar;egnam pani±... - tu powsta³ z siedzenia i sk³oni³ siê z daleka.
Po¿egnany z kolei uk³onem sztywnym nieco odchodz±cej "pseudo-arystokratki", Dzier¿ymirski zwróci³ siê do lokaja:
- Jest kto? - zapyta³.
- Jaki¶ pan powiada, ¿e ja¶nie pana zna dawno, chce siê widzieæ koniecznie.
- Jak wygl±da?
- Taki sobie... nie bardzo poka&fraq14;ny...
Codziennie, od dziewi±tej do dwunastej z rana, ka¿dy mia³ wstêp wolny do "pana prezesa". Dzier¿ymirski nie odstêpowa³ nigdy od powziêtej raz regu³y, tym razem wiêc zarówno rzuci³ obojêtnie:
- Pro¶!..
Sam za¶ do biurka zasiad³, by skoñczyæ czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.
Minê³o parê minut.
Zaczytany, nie spostrzeg³ by³ Roman, ¿e na ¶rodku pokoju od pewnego ju¿ czasu sta³ m³ody cz³owiek, lat oko³o trzydziestu piêciu, i patrzy³ nañ uporczywie.
Pod si³± tego wzroku podniós³ oczy Dzier¿ymirski, a ujrzawszy przybysza zblad³; pozna³ go bowiem od razu, nie da³ jednak poznaæ tego po sobie, nie podniós³ siê z miejsca nawet, a tylko ruchem rêki obojêtnym wskaza³ krzes³o.
- Proszê pana... Przepraszam... za chwilê... Nieznajomy zarumieni³ siê, nie rzek³szy nic jednak, usiad³ pokornie na koniuszczku sto³ka, Dzier¿ymirski za¶ siêgn±³ po jakie¶ ksiêgi, le¿±ce - opodal i zag³êbi³ siê w nich, ze skupieniem.
Ale tylko na pozór... W rzeczywisto¶ci za¶ potrzebowa³ czasu, by och³on±æ z doznanego przed chwil± wra¿enia.
Przed nim znajdowa³ siê towarzysz, niewidziany ju¿ od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi siê by³ zbrata³, przyjechawszy niegdy¶ do kraju sam, nieznany i biedny!..
I nagle, wywo³ane przypomnieniem, stanê³y mu w my¶li jasno te chwile dawne !.. Ukaza³a mu siê ¿ywo w wyobra&fraq14;ni straszna noc moralnego prze³omu jego ¿ycia, noc udrêczeñ w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwo¶ci± z jednej strony, a nêdz±, u³ud± mi³o¶ci, pragnieniem ¿ycia - z drugiej!...
Wszak siedz±cy oto teraz przed nim m³ody cz³owiek by³ jednym z tych dwóch w³a¶nie, którzy, gdy on nurza³ rêce w kusz±cem go sw± potêg± z³ocie, stukaniem nag³em we drzwi izdebki wstrz±snêli nim tak silnie...
I Roman, przebiegaj±c spojrzeniem w duchu to wszystko, mówi³ do siebie jednocze¶nie:
- Dziwnem jednak jest to ¿ycie nasze... O, jak¿e dziwnem !.. Gdyby nie to z³oto, a pó&fraq14;niej Monte Carlo, Ola i ¶mieræ jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie by³bym przecie nigdy tem, czem dzi¶ jestem!..
Przepastna ironia - ko³o bez wyj¶cia!..
Dzier¿ymirski, pochylony nad grub± ksiêg±, której cyfr i kolumn ich nie widzia³ zgo³a - pogr±¿onym siê ci±gle byæ zdawa³ ca³kowicie, w rachunku i pracy.
Milczenie zupe³ne - panowa³o w pokoju, w ciszy zegar wydzwoni³ niebawem godzinê wpó³ do dwunastej. Roman siê ockn±³; zostawa³o mu ju¿ tylko pó³ godziny czasu. Uczyni³ nad sob± wysi³ek i g³osem spokojnym zupe³nie przemówi³ obojêtnie:
- Z kim mam przyjemno¶æ i czem s³u¿yæ mogê?..
- Herman Zieliñski. Czy pan.. prezes naprawdê mnie sobie nie przypomina?
- odpar³ m³ody cz³owiek dobitnie.
Dzier¿ymirski zawaha³ siê chwilê.
- Zieliñskich znam wielu - rzek³ z wolna - nazwisko pañskie ma przedstawicieli tak licznych... Zreszt±... mo¿e... Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...
- Ja za to - odpowiedzia³ m³odzieniec, akcentuj±c silnie s³owa - przypominam sobie a¿ nadto dobrze... Poznali¶my siê przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiñski stanowili¶my przez czas jaki¶ nierozerwaln± nawet trójkê. Potem... pan przesta³e¶ stopniowo nas poznawaæ... Kolej to zwyk³a rzeczy ¶wiata tego, prawo ludzkie - byæ mo¿e... Pan wznosi³e¶ siê po drabinie spo³ecznej wysoko, my ginêli¶my w cieniu... Pan dosiêg³e¶ jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zosta³em u jej podnó¿a...
Zatrzyma³ siê w przemówieniu swem m³ody cz³owiek, po chwili za¶ doda³; z gorycz±:
- Jednak... my¶la³em, ¿e pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie przypomnieæ. Có¿ robiæ - omyli³em siê!.. - m³odzieniec powsta³, gotów do wyj¶cia.
- Ale có¿ znowu !.. - wykrzykn±³ s³uchaj±cy go dot±d w milczeniu wahaj±cem siê Dzier¿ymirski, a zarazem, powstawszy ¶piesznie z miejsca, przyja&fraq14;nie wyci±gn±³ rêkê ku przyby³emu.
- Witam i przepraszam... Pamiêtam te czasy doskonale, tylko pan zmieni³e¶ siê do niepoznania. Có¿ Zboiñski, có¿ pan - porabiacie teraz?.. Niech¿e pan spocznie, proszê bardzo... - dorzuci³ Roman ³askawie i swobodnie, teraz bowiem panowa³ ju¿ ca³kiem nad sob±.
Zieliñski, poznany, usiad³ i o¶mielony odpar³:
- Cieszy mnie niewymownie, ¿e pan przypominasz sobie lata owe.. Dla mnie, wyznaæ muszê, okres ten ca³y ¿ycia mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwa³, i u¶miechn±wszy siê ironicznie, zachowuj±c jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzuci³ dobitnie:
- Ba, dawniej przecie my ze Zboiñskim, we trójkê, mówili¶my sobie "ty" nawet!
- Có¿ pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwa³ Dzier¿ymirski po¶piesznie, niechc±cy jakby, puszczaj±c mimo uszu ostatni± uwagê.
- Rad jestem niezmiernie z widzenia siê naszego, z przyjemno¶ci± us³u¿ê, je¶li bêdê móg³ to uczyniæ...- doda³ jeszcze, jak móg³ najprzychylniej.
Choæ zmro¿ony nieco pocz±tkiem zdania, Zieliñski spojrza³ przyja&fraq14;nie na Romana, poczem odezwa³ siê:
- Dziêkujê, i zobowi±zany jestem panu bardzo, bardzo, panie... prezesie!., - u¶miechn±³ siê znowu, z gorycz± - pocz±tkowo jednak winienem w krótkich s³owach obja¶niæ go nieco o po³o¿eniu mem obecnem.
- S³ucham - przerwa³ szybko Dzier¿ymirski i spojrza³ na wisz±cy ma³y zegarek, wskazuj±cy w tej chwili trzy kwadranse na dwunast±.
Zieliñski dostrzeg³ ruch jego.
- O! to nied³ugo potrwa! - po¶pieszy³ z zapewnieniem.
- Nic nie szkodzi, proszê bardzo... - odpar³ Roman. - O pierwszej mam wa¿n± sesyê, a ¿e wyje¿d¿am ju¿ za dni parê, obecno¶æ moja jest tam bez opó&fraq14;nienia konieczn±. Ale... s³ucham pana... - powtórzy³ znowu uprzejmie.
- Otó¿ wiêc, streszczam - rzek³ Zieliñski.
- &hibar;ycie moje odmiennem potoczy³o siê korytem od ¿ycia pañskiego, a nawet Zboiñskiego Jana. Pan - nie ma co mówiæ o tem ; ca³e miasto godzi siê jednog³o¶nie, ¿e o zdolniejszego i bardziej wp³ywowego zarazem cz³owieka u nas trudno... Zboiñski jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu siê niezgorzej, a ja... - tu Zieliñski zatrzyma³ siê chwilê - zosta³em za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któ¿ odgadnie ?.. Zdawa³oby siê, ¿e los nie posk±pi³ mi zdolno¶ci; szko³y ukoñczy³em, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie obdarzy³ mnie szczê¶ciem do ¿ycia! - M³ody cz³owiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówiæ przesta³.
- Trzy lata temu - ci±gn±³ dalej niebawem - o¿eni³em siê z mi³o¶ci, bez grosza... - rysy, do¶æ regularne Zieliñskiego o¿ywi³y siê promieniem wewnêtrznym - kocha³em j±, tê moj± Maniutê, tak, jak kocham j± do dzi¶ dnia jeszcze, choæ jak nie mia³a, tak i nie ma ani szel±ga posagu!.. Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz go¶cia Romana zasêpi³a siê smutnie, zatrzyma³ siê, jakby trudno mu by³o wykrztusiæ resztê, czo³o za¶ bia³e pociemnia³o mu od rumieñca - jednem s³owem - dokoñczy³ - w domu u mnie - nêdza!..
Umilk³, nie podnosz±c oczu. Po d³u¿szej chwili, ci±gn±³:
- Pomny naszej dawnej znajomo¶ci, przyszed³em tu, do pana prezesa, z pokorn± pro¶b± o posadê, o pracê, choæ byle jak±, ale - p³atn±, o zarobek, bo ja³mu¿ny nie zwyk³em przyjmowaæ!.. Byle z g³odu nie umrzeæ... byle os³odziæ ¿ycie tej kobiecie, która mnie kocha, a której doli dot±d w ¿adny sposób ul¿yæ nie mogê!.. - wyrzuci³ z siebie z moc±.
Zamilk³ i wstydz±c siê jakby s³ów w³asnych, nie podnosi³ ju¿ wcale oczu na Romana.
Dzier¿ymirski za¶ z kolei przez czas ten ca³y ¶ledzi³ s³owa i grê fizyonomii Zieliñskiego, a w my¶lach jego równocze¶nie stan±³ wyra&fraq14;nie kontrast ra¿±cy, pe³ny ironii, miêdzy ¿yciem jego, a ¿yciem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie pop³aca byæ idealist±!
O¿eni³ siê bez maj±tku... No, a gdyby tak on, Roman Dzier¿ymirski, zgrzeszy³ by³ idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozby³ siê przed laty nietkniêtych banknotów i o¿eni³ siê nastêpnie z jak± dziewczyn± zupe³nie biedn± ?..
- No, w ka¿dym b±d&fraq14; razie, jako¶ da³bym tam sobie radê! - odpowiedzia³o co¶ butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolê, rozum, rzutko¶æ, dar oryentowania siê trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochê... g³upi!
- Ale czysty ! - uk³u³o co¶, jakby ¿±d³em Romana. Spu¶ci³ g³owê i s³uchaj±c dalej losów kolegi Zieliñskiego, mówi³ sobie zarazem:
- Jednak pomóc trzeba... nale¿y. Dla wspomnieñ, no, i dla zasady.
Gdy za¶ dawny towarzysz mówiæ ju¿ przesta³, odezwa³ siê z kolei:
- Wiêc ¿yczy³by pan sobie otrzymaæ zapewne miejsce na kolei, gdzie
jestem prezesem... Niestety, nie mogê, postanowi³em bowiem podczas
ca³ego trwania tam moich rz±dów, od siebie nie narzucaæ nikogo... Ale
móg³bym pomie¶ciæ pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemys³owym, na
przyk³ad, nale¿ê do zarz±du... Czy znane s± panu: rachunkowo¶æ
kupiecka, buchalterya i jêzyki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a
mo¿e i angielski`?..
- Niestety, nie! - odpar³ Zieliñski. - Fachowego wykszta³cenia nie posiadam, gimnazya klasyczne za¶ i wydzia³ prawny uniwersytetu nie wyszkoli³y mnie dostatecznie w ¿adnym z nowo¿ytnych jêzyków europejskich... Co innego grecki i ³acina... Co siê za¶ tyczy rachunkowo¶ci, poza arytmetyk± i matematyk± wy¿sz±, t. j. algebr±, geometry±, trygonometry±, inn± s³u¿yæ nie mogê...
I machn±wszy przy tych s³owach rêk±, w zniechêceniu, m³odzieniec, westchn±wszy smutnie, doda³.
- Zreszt±, panie prezesie, mówi±c szczerze ca³kiem, przekonywam siê teraz coraz bardziej, i¿ szko³y nie da³y mi zgo³a ¿adnej nauki ¿yciowej i praktycznej.
- Ma pan s³uszno¶æ, zapewne... - potwierdzi³ Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mie¶cie ludzi fachowych, zajecha³by¶ pan ze swym dyplomem, ale nie martw siê pan... Spotka³e¶ mnie na swej drodze. Ja zaprotegujê pana po pierwsze w imiê lat dawnych, po drugie, ¿e nale¿ysz pan, jak widzê, do prawdziwie potrzebuj±cych pracy! - ostatnie s³owa silniej zaakcentowa³ Dzier¿ymirski. - Czy ³adny i czytelny masz pan charakter pisma?
- Owszem, staranny i czytelny w zupe³no¶ci! - po¶pieszy³ z odpowiedzi± Herman.
- No, to dobrze - odpar³ Roman, i przy tych s³owach siêgn±³ do stoj±cego na biurku pude³eczka po bilet wizytowy. - Napiszê s³ówko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ¶cis³ych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówiê - odmówiæ mi nie mo¿e... Od pierwszego przysz³ego miesi±ca dadz± panu posadê. Przypuszczam, i¿... na pocz±tek z jakie¶ 500 rubli... Bêdziesz pan obrachowywa³, sprawdza³, a potem przepisywa³ zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak siê pan za¶ wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobiê, i¿ dadz± panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan wiêcej. Zgoda?...
- Ale¿ naturalnie - dziêkujê stokrotnie, dziêkujê po tysi±c razy! Wdziêczno¶æ moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy siê z krzes³a, Zieliñski, wzruszony i uradowany, u¶cisn±³ z przejêciem d³oñ Romana.
Ten ostatni, napisawszy s³ów kilka, zapieczêtowa³ list i powsta³, a podaj±c go m³odemu cz³owiekowi, rzek³:
- &hibar;yczê szczê¶cia i powodzenia!.. Bardzo kontent równie¿ jestem, ¿e pan zwróci³e¶ siê bezpo¶rednio do mnie, i ¿e znajomo¶æ nasz± odnowili¶my znowu... Doktorowi Zboiñskiemu moje uk³ony, gdy go pan zobaczysz!..
I Roman Zieliñskiemu poda³ rêkê.
- Dziêkujê... Nie zapomnê tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciep³em w g³osie odpar³ m³odzieniec, ¶ciskaj±c d³oñ dawnego swego towarzysza.
Dzier¿ymirski odprowadzi³ go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zieliñskim znik³o mu z przed oczu przesz³o¶ci widmo, odetchn±³ swobodniej, i zadzwoni³ na, lokaja.
Ten zjawi³ siê natychmiast, nios±c w rêku tacê z kilkoma biletami.
- Czekaj± jeszcze? - zapyta³ Roman, i spojrza³ pobie¿nie na bilety, a równocze¶nie wyj±³ z kieszeni zegarek, wskazuj±cy ju¿ parê minut po dwunastej.
- Przepro¶ tych panów i powiedz, ¿e dzi¶ za pó&fraq14;no!.. - rzuci³ czekaj±cemu s³udze.
Lokaj wyszed³, a Dzier¿ymirski przechadzaæ siê pocz±³ z wolna po pokoju i cygaro zapali³, wypuszczaj±c od niechcenia z ust ma³e kó³eczka dymu.
Ca³y by³ jeszcze pod wra¿eniem ostatniej wizyty, oraz tej od¿y³ej z ni± tak nagle ¶wie¿o minionej przesz³o¶ci.
I Dzier¿ymirskiemu czo³o poora³o siê w drobne bruzdy, zamy¶lony wci±¿ tak samo, nerwowym krokiem przebiega³ komnatê.
Od lat kilku, gdy o¿eni³ siê by³ z Ol±, nie zmieni³ siê Roman prawie ¿e wcale. Ta sama inteligentna i piêkna twarz po³udniowca, ta¿ sama m³odzieñcza szybko¶æ ruchów, oraz niezmienna wytworno¶æ sylwetki ca³ej - cechowa³y go obecnie tak, jak i przed paru laty.
A ile¿, ile¿ zdarzeñ przewinê³o siê dot±d w ¿yciu jego!
Po odbyciu ¿a³oby na wsi, w Gowartowie, przyjecha³ z Ol± do miasta. Tu, dziêki dziedzictwu pana Januarego, po³o¿eniu towarzyskiemu ¿ony i, odnowionym w³asnym stosunkom, zdoby³ Roman to, co do dzi¶ dnia posiada³.
Energiczny, rzutki, giêtki, sprytny i pe³en ambicyi zaszed³ wysoko. Ola kocha³a go dot±d niezmiennie, ludzie korzyli siê przed jego rozumem, stosunkami, wp³ywami, a jednak nie by³ on zgo³a szczê¶liwym!..
I teraz po twarzy jego odgadn±æ to równie¿ ³atwe by³o. Cierpia³...
Rozpamiêtuj±c w my¶lach przesz³o¶æ w³asn±, zapomnia³ widaæ zupe³nie o tera&fraq14;niejszo¶ci. Niby wczorajsze ¶wie¿e, we wspomnieniach ¿y³y znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana u³udna mami³y wzrok duszy jego niedo¶cig³±, bo bezpowrotn± ju¿ dal±, rozpierzcha³y siê, nieuchwytne, to znów wraca³y jawne - ¿ywe!
Widzia³ siê wiêc Roman w po¶lubnym roku mi³o¶ci wzajemnej, haszyszów i upojeñ, z dysonansem ¶mierci te¶cia swego na koñcu i widzia³ siebie potem lata ca³e w ci±g³ych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namiêtnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularno¶ci±, wielko¶ci± i znaczeniem.
Wznie¶æ siê!.. wznie¶æ ponad drugich, ponad t³umy - to sta³o siê ¿ycia jego celem!.. Widzieæ kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem - pomimo samopoznania w g³êbi duszy, ¿e na to wszystko nie zas³uguje siê zgo³a, pomimo gryz±cej go, jak jad, tocz±cej go, jak robak, samowiedzy, ¿e on moralnie nie godzien mo¿e ¿adnego z tych, którzy go ponad siebie wynosz±!..
Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeñ, tysi±ce ludzi przemknê³y, jak w kalejdoskopie, w ¿yciu Romana, a tajemnica jego odleg³ego "wczoraj", pozosta³a nadal - tajemnic±... Nikt jej nie odkry³, nikt nie przypomnia³. O w³a¶cicielu dwudziestu siedmiu tysiêcy g³ucho i cicho by³o, jakby fakt ten ca³y by³ li tylko snem strasznym, zaklêt± bajk± z tysi±ca i jednej nocy!
A tymczasem ¿ycie, tocz±c siê wartkiem ko³em, poch³ania³o sob± Romana, poch³ania³o go tak dalece, ¿e bywa³y chwile, i¿ zapomina³. Ale, niestety, by³y to tylko... chwile.
Sumienie uparcie czuwa³o bezustannie. Nie by³o dnia jednego, by Dzier¿ymirski w cicho¶ci ducha nie uchyli³ g³owy przed przypomnieniem strasznem; nie mija³ miesi±c, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie by³ zmuszonym przepêdziæ sam na sam ze sob± i z wyrzutami sumienia.
O! jak¿e pragn±³ on nieraz oddaæ to z³oto cudze, jak pragn±³!..
Oddaæ! Ale komu?.. Zwróciæ, ale jak, nawet gdyby siê i zna³az³ w³a¶ciciel zagadkowy, by nie splamiæ nieskazitelnego po³ysku czci w³asnej, honoru i opinii cz³owieka, przoduj±cego spo³eczeñstwu ca³emu?..
W tym samym, ozdobionym granacikow± koron± hrabiowsk±, pugilaresie, le¿a³y od³o¿one przezeñ na miejsce, owe dwadzie¶cia siedem tysiêcy, w banknotach i rulonach z³ota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego w³a¶ciciela - czeka³y one nañ tam daremnie.
Bo gdyby¿ przynajmniej, choæ promykiem ma³ym, rozdar³a siê ta tajemnicza ciemno¶æ, kryj±ca dot±d w swych czelu¶ciach bezustannej zagadki prawnego pieniêdzy tych pana!
Och, wtedy, bêd±c choæ trochê przygotowanym, niew±tpliwie da³by on jako¶ sobie radê! Wola³by bowiem zobaczyæ nawet roztwieraj±c± siê przed nim przepa¶æ bez wyj¶cia, gdy¿ ufny w swój rozum, znalaz³by je na pewno, ni¿ widzieæ ci±gle przed sob± ten pe³ny milczenia sfinksowy spokój, id±cego przed nim ciemnego, nieodwo³alnego jutra!.. Przestrasza³ go on - przejmowa³ zgroz±...
Bo Dzier¿ymirski poza licznemi zajêciami swemi spo³ecznej natury, czyni³ dot±d niemal bez skutku wszystko, aby zrzuciæ z siebie, ju¿ raz na dobre, gniot±cy go skrycie ciê¿ar wspomnienia!..
Podawa³ wiêc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie og³oszenia w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granic±, w nadziei, i¿ wpadnie na trop w³a¶ciwy.
Sam pozatem odby³ kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których wiedzia³, ¿e zgubili niegdy¶, bez znalezienia, sumy wiêksze...
Zbadawszy ich jednak podstêpnie, z ostro¿na, wraca³ zawsze z niczem. Zagadka trwa³a.
Teraz wreszcie równie¿, nie dalej, jak za dni ju¿ kilka, postanowi³ Roman raz jeszcze uczyniæ próbê w tym wzglêdzie i wyjazd za granicê, zapowiedziany przezeñ, dla wypoczynku, "de facto" by³ zwi±zanym ¶ci¶le z t± tylko sam±, wiecznie jedn±, spraw±.
Przechadzaj±cy siê wci±¿ szybko po gabinecie Dzier¿ymirski, w chaosie j±trz±cych go my¶li i wspomnieñ, schwyci³ siê nagle za g³owê i szepn±³ do siebie przejmuj±co:
- Och, czemu¿, czemu¿, na Boga, natura obdarzy³a mnie sumieniem tak czujnem, wra¿liwem, czemu?.. By³bym po³o¿enie moje bra³ filozoficzniej, pro¶ciej... Wszak z pieniêdzy znalezionych w rzeczy samej korzysta³em tak ma³o! Przegra³em je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygra³em z pieniêdzy zupe³nie innych! - sofizmat, niezmiennie ten sam, powraca³ w umy¶le Romana.
O ile jednak dawniej pociesza³ on go chwilami, teraz, dzi¶ - nie dzia³a³ ju¿ bynajmniej.
Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekszta³cony ¿ycia szko³±, patrz±cy z odleg³o¶ci lat kilku zimniej daleko na uczynek swój w³asny "przyw³aszczenia", Dzier¿ymirski, nie wyzbywszy siê dot±d wcale wszczepionych silnie w dzieciñstwie zasad uczciwo¶ci, nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumia³, i¿, pomimo poch³oniêcia cudzego z³ota przez jaskiniê gry i dotychczasowej bezkarno¶ci - zb³±dzi³, i ¿e wina jego zgo³a nie by³a mniejsz±. Czu³, ¿e ¿ycie moralne wykolei³o go niemi³osiernie, i cierpia³...
Roman przetar³ rêk± rozpalon± g³owê; atak apatyi nerwowej pesymizmu, ¿alu i goryczy, szerok± fal± nap³ywa³ znowu do duszy jego.
W tej samej chwili na ¶ciennym zegarze wybi³o wpó³ do pierwszej. Roman siê wstrz±sn±³.
Sesya, obowi±zki, przodownictwo spo³eczne - trzeba byæ silnym!.. Odpocznie pó&fraq14;niej, gdy wyjedzie - za dni parê, teraz odwagi!.. spokoju!..
I uczyniwszy nad nerwami swymi i my¶l± wysi³ek, Dzier¿ymirski wyprostowa³ siê. Rzuciwszy opodal do po³owy spopiela³e, cygaro, pocz±³ porz±dkowaæ ¶piesznie porozrzucane na biurku papiery.
W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgn±³ i odwróci³ siê. Pozna³ sposób stukania ¿ony, co dzieñ bowiem, o tej porze, Ola zwyk³a by³a odwiedzaæ go po pracy.
- Entrez!.. - rzuci³ dono¶nie i czo³o jego wypogodzi³o siê natychmiast.
Ma j± przecie¿, najdro¿sz± ¿onê, podporê-kochankê i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie posiadaj± przed sob± ¿adnych tajemnic, prócz jednej - jedynej!
Przez próg komnaty do gabinetu wchodzi³a ju¿ Ola, ubrana do wyj¶cia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszcz±cej jedwabiami spódnic.
I ona od lat tych piêciu nie zmieni³a siê prawie. Wypiêknia³a tylko jeszcze bardziej, bujniejszemi sta³y siê kszta³ty i linie jej cia³a, ponêtniejszemi, w ca³ym swym czerwcowym rozkwicie, lat ju¿ niespe³na trzydziestu.
Z u¶miechem, przywitali siê ma³¿onkowie; Roman uca³owa³ ¿onê w czo³o i zapyta³:
- Dok±d¿e to tak moja pani?
- Na ogólne zebranie pañ Opieki ¦-go Franciszka z Assy¿u; a ty wychodzisz tak¿e?..
- A jak¿e. Na sesyê Zwi±zku Kredytowego.
- Na któr± godzinê?
- O pierwszej siê rozpoczyna...
- Pysznie!.. - zawo³a³a uradowana Ola.- Kaza³am w³a¶nie do powozu zaprz±dz, podwiozê ciê... A ¶niadanie drugie ju¿ jad³e¶?
- Nie, kochanie, czasu mi nie starczy³o. Przek±szê co¶ nie co¶ na mie¶cie...
- Mój ty biedaku !.. - i pog³askawszy pieszczotliwie mê¿a po twarzy, u¶ciska³a go Ola serdecznie, - taki zajêty zawsze, ¿e nawet prawie nie mo¿na nigdy pomówiæ z tob± swobodnie...
- A czyja wina? - przekomarza³ siê weso³o Dzier¿ymirski.- Gdy ja do domu wpadnê, nigdy pani mej nie ma... To zebranie ¦-go Antoniego, Kalsantego, Ambro¿ego, - wszystkich ¶wiêtych jednem s³owem... To znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytu³ki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w koñcu wiem i pamiêtam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..
- No, no... Bardzo proszê, nie wy¶miewaæ mi siê z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A jak¿e! Rozmawiacie zgo³a o czem innem, papierosy palicie, k³ócicie siê i rozchodzicie. Ho-ho, ju¿ ja wiem dobrze, co mówiê!..- odpar³a z przekonaniem obra¿ona niby Ola.
I w ten sam sposób d³u¿ej jeszcze przekomarzaliby siê ¿artobliwie ma³¿onkowie, gdyby nie wej¶cie lokaja, który zaanonsowa³:
- Proszê ja¶nie pañstwa, powóz ju¿ czeka...
- Aaa... to dobrze! - rzek³ Roman ¿wawo, daleki ju¿ my¶l± od drêcz±cych go do niedawna wspomnieñ.
- Nie przebierzesz siê Romciu? - zapyta³a Ola.
- Ani my¶lê, nie mam czasu! Patrz, dochodzi ju¿ pierwsza... Có¿ to, moje ¿ycie, uwa¿asz mo¿e, ¿e nie po d¿entlemeñsku wygl±dam?... - zapyta³ lekko.
- Ale gdzie¿ tam... Có¿ znowu?.. Tego my¶leæ siê nie o¶mielam - roze¶mia³a siê Ola. - tylko tak trochê... nie ¶wie¿o... Czekaj, przeczeszê ciê, poprawimy krawat i oczyszczê...
Dzier¿ymirski podda³ siê pokornie wymaganiom estetycznym ¿ony.
- No, fertig! Wygl±dasz zno¶nie!.. - zadecydowa³a Ola po chwili.
- Phi... tylko? To niezbyt pocieszaj±ce, - odpar³, ¶miej±c siê, Roman - i wyszed³ z Ol± do przedpokoju.
W bramie domu czeka³ ju¿ powóz odkryty; Dzier¿ymirscy wsiedli doñ po¶piesznie, lokaj wskoczy³ na koz³y i ruszyli. Znany w ca³em mie¶cie pojazd "prezesowstwa", zaprzê¿ony w dwa ros³e mieszañce, krwi anglo-arabskiej, wytoczy³ siê na ulicê i pomkn±³ chy¿o.
Co chwila z po¶ród id±cej po szerokich chodnikach publiczno¶ci, lub z wymijanych powozów, k³ania³ siê kto¶ uprzejmie Dzier¿ymirskim, a oni, u¶miechniêci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim uk³ony. Po d³u¿szej chwili milczenia, odezwa³ siê Roman:
- Ale, a propos, musisz siê tem zaj±æ, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. Dzi¶, lub najdalej jutro, wysy³amy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobotê damy raut po¿egnalny... J'espere, ¿e nic nie masz przeciwko temu, moje ¿ycie ?..
- Ale¿, naturalnie!.. - po¶pieszy³a z zapewnieniem Ola, - lecz musimy przecie¿ z³o¿yæ wizyty...
- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobiæ musisz, kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zreszt±, pas de crainte, stawi± siê wszyscy...
- Dlaczego nie chcesz jechaæ ze mn±?
- Nie nie chcê, lecz nie mogê. Mam przed wyjazdem jeszcze zajêcia huk! Nie mo¿esz mieæ nawet wyobra¿enia, moja droga, co to znaczy wyrwaæ siê na miesiêcy kilka, jak tego pragnê, z tego ko³amych rozlicznych obowi±zków - c'est un vrai tour de force!.. - Dzier¿ymirski zamilk³ na chwilê, poczem koñczy³:
- Bo pomy¶l tylko... Tu znale&fraq14;æ na czas ten ca³y zastêpcê, tam znów wycofaæ siê zrêcznie, by nie obraziæ nikogo i za³atwiæ wszystkie czynno¶ci ju¿ z góry... Wiêc chyba rozumiesz teraz, i¿ w wizyty ¶wiatowe bawiæ siê nie mogê, najwy¿ej do kilkunastu wybitniejszych osobisto¶ci, i koniec.
- Ale¿ dobrze, ju¿ dobrze, nie t³umacz siê, nie broñ - zrobiê wszystko, mój w³adco i panie! - z u¶miechem, pocieszy³a go Ola. - Pyta³am siê tak tylko... Czy wracasz dzi¶ na obiad ?..
- Pas possible! - odpar³ Dzier¿ymirski stanowczo. - Akurat o szóstej zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego przedsiêbiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwi±zek krajowy... Zjem na mie¶cie.
- A wieczorem? - pyta³a dalej Ola.
- Muszê byæ koniecznie u ksiêcia Artura, w sprawie budowy nowego ko¶cio³a ¦w. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - obieca³em.
- Niemo¿liwym jeste¶ cz³owiekiem !.. - roze¶mia³a siê Ola, - ja ju¿ o czwartej wracam do domu.
Umilkli. Wko³o nich ¶mia³o siê w s³oñcu miasto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny tchn±æ potrafi³a - oddycha³o siê swobodniej, szerzej, ¶wie¿o¶æ majowa pie¶ci³a twarze ¶piesz±cych zewsz±d t³umów, ¶miej±cych siê i weso³ych.
- Stañ! - rzuci³ nagle i rozkaz Dzier¿ymirski, dotykaj±c z lekka lask± liberyjnych pleców stangreta. Doje¿d¿ali do wspania³ego gmachu Zwi±zku Kredytowego.
Powóz zatrzyma³ siê pos³usznie.
- A ce soir! - rzek³ Roman, i lekkiem u¶ci¶nieniem rêki po¿egnawszy ¿onê, wyskoczy³ z ekwipa¿u. Po kamiennych stopniach kru¿ganka skierowa³ siê ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim uk³onie, otwiera³ ju¿ us³u¿nie szwajcar miejscowy.
Na progu gmachu Dzier¿ymirski obejrza³ siê i spotka³ ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie po¿egnali siê jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola odwróci³a siê pierwsza, Roman za¶, ¶cigaj±c j± oczyma, zatrzyma³ siê i u¶miechn±³...
W oddalaj±cym siê powozie, m³oda kobieta po chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrza³a za siebie. Dzier¿ymirski jednocze¶nie skin±³ g³ow± i znik³ za drzwiami, Ola za¶ odwróci³a siê i niedbale rozpiê³a bia³±, koronkami obszyt±, parasolkê. Promienie i blaski majowe zal¶ni³y siê jeszcze na jej postaci chwilê, i powóz znik³, poch³oniêty wielkomiejskim wirem.
Kaskad± ¶wiate³ i blasków p³on± rzêsi¶cie apartamenty Romanowstwa Dzier¿ymirskich...
Z pó³ otwartych lilii z kryszta³u, zdobi±cych gazowe po bocznych ¶cianach kinkiety, z ¿yrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów ³agodniej, dr¿± w dusznej atmosferze salonów pêki promieni, spadaj± deszczem na t³um weso³y, elegancki i strojny, graj±, za³amuj±c siê w klejnotach kobiet - pieszcz± ich nagie gorsy i ramiona, g³aszcz± je swym niewidzialnym dotykiem.
Gwar st³umiony prowadzonych z o¿ywieniem rozmów, oraz t³ok i ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; czê¶æ tylko go¶ci siedzi, wiêkszo¶æ, wahad³owym ruchem p³yn±cej fali, przechadza siê bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.
Nie omyli³ siê bowiem w przewidzeniach swych Dzier¿ymirski. Ca³e towarzystwo i wszystkie jego sfery stawi³y siê na raut po¿egnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i cz³onka licznych instytucyi -rade i poczuwaj±ce siê do obowi±zku obecno¶ci± sw± z³o¿yæ daninê grzeczno¶ci ¶wiatowej temu, kto trzyma³ obecnie w silnej d³oni w±tek ich spraw i interesów - natury spo³ecznej, przemys³owej, filantropijnej, a czêsto gêsto i osobistej nawet.
Pe³ni uprzejmo¶ci, dystynkcyi i go¶cinno¶ci szczerej, w¶ród t³umu swych go¶ci, uwijali siê Dzier¿ymirscy, zmieniaj±c siê kolejno w pobli¿u wej¶cia pierwszego salonu, dla witania wchodz±cych co chwila nowych przybyszów. W koñcu jednak i ten czasowy posterunek ich okaza³ siê wprost niemo¿liwym...
Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszaæ siê z t³umem rautuj±cych go¶ci, ustêpuj±c sami naporowi ¶cisku.
A kwadranse tymczasem mija³y szybko. Liczba nap³ywaj±cych osób powiêksza³a siê coraz bardziej, w¶ród szeleszcz±cej za¶, barwnej fali go¶ci, w liberyi i poñczochach, ukazywaæ siê poczêli, posuwaj±c siê z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wej¶cia za¶ salonów, wyparta zwiêkszaj±c± siê fal± ludzi, stanê³a zwarta gromada mê¿czyzn, tamuj±c w ten sposób po prostu komunikacyê do przepe³nionych nad miarê apartamentów.
M³odzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o impertynenckiej nieco, choæ wielko¶wiatowej powierzchowno¶ci, wchodzi³ w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzier¿ymirskich.
Znalaz³szy siê niebawem poza zbit± u drzwi garstk± panów, na razie nie móg³ post±piæ ani kroku naprzód. Widz±c to, skrzywi³ swe w±skie usta, i wspi±³ siê dyskretnie na palce.
Ponad zbli¿onemi, wypomadowanemi g³owami stoj±cych mê¿czyzn, ujrza³ dok³adnie ko³ysz±ce siê morze kobiecych biustów, g³ówek czarownych, piêknych, ró¿nobarwnych tualet, gorsów i fraków i mrukn±³ do siebie:
- Ho-ho!.. pas mal...
Spojrza³ nastêpnie na stoj±cych opodal rautowiczów. Nie zna³ ¿adnego z nich. &hibar;achn±³ siê niecierpliwie i szepn±³ znów z cicha do siebie, po francuzku:
- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
I jednocze¶nie posun±³ siê zrêcznie naprzód, potr±ciwszy za¶ lekko po drodze swej paru s±siadów, rzuci³, z wytwornym uk³onem, kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalaz³ siê zaledwie o parê kroków naprzód.
Popatrzy³ znowu przed siebie, wspi±wszy siê na palce.
- Ach, przecie¿ choæ jeden!.. - szepn±³ z ulg±, tym razem ju¿ po polsku, dojrza³ bowiem w³a¶nie poznanego w przeddzieñ Emila £ady¿yñskiego.
Rzuciwszy po francusku parê ugrzecznionych przeproszeñ, m³odzieniec post±pi³ znów kroków kilka, a¿ stopniowo, przepraszaj±c dalej bezustannie, zdo³a³ dotrzeæ do £ady¿yñskiego.
Ten ju¿ go by³ zoczy³. Podali sobie rêce, witaj±c siê uprzejmie.
- Eh bien, chèr comte - zagadn±³, z u¶miechem pierwszy pan Emil - jakie¿ wra¿enie z rautu "koroniarzy?.." Trudno siê dostaæ, co? Et, ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.
- A ja w³a¶nie muszê, bo go nie znam. Pani Dzier¿ymirska by³a tak bardzo uprzejm± zaprosiæ mnie, bo z³o¿y³em jej wizytê, lecz prezesa, jako nader zwykle zajêtego podobno, nie widzia³em...
- Ba... ba... c'est simple - potwierdzi³ £ady¿yñski - nasz prezesunio jest to cz³owiek, który jest wszêdzie, ale nigdy u siebie w domu... Voulez - vous, przedstawiê pana. W drogê zatem... P³yñmy, p³yñmy, póki czas!.. - zanuciwszy pó³g³osem wyrazy ostatnie, rzek³ starzej±cy siê kawaler, i prowadz±c za sob± przybysza, pu¶ci³ siê naprzód.
Ostro¿nie, z wolna, dwaj panowie posuwaæ siê zaczêli. Czynno¶æ to za¶ nie³atw± by³a. Prócz obawy niezrêcznego potr±cenia kogo¶ z wytwornego, a ¶cie¶nionego grona - musieli oni pozatem lawirowaæ jeszcze bardzo zrêcznie pomiêdzy d³ugiemi trenami pañ... £ady¿yñski jednak radzi³ sobie wybornie. Co chwila k³ania³ siê komu¶ uprzejmie z daleka, lub wita³ z bliska, przystawa³, rzuca³ dowcipnych s³ów parê - rozstêpowano siê przed nim. Szed³ dalej.
- Uf, nous y voilà!..- rzuci³ po niejakim czasie towarzyszowi swemu.
- Widzê Romana, jak peroruje, cà va sans dire, o spo³ecznych sprawach...
- Och, i pani Ola jest równie¿ niedaleko!.. Quelle chance...
I pan Emil, odwróciwszy siê, skorzysta³ z wolniejszej nieco oko³o siebie przestrzeni, wzi±³ pod ramiê m³odego cz³owieka i zbli¿aæ siê pocz±³ wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiaj±cymi ¿ywo panami, Dzier¿ymirskiemu. Id±c za¶, podrwiwa³ z cicha, cytuj±c dolatuj±ce g³o¶niejsze wyrazy i zdania.
- A co? nie mia³em racyi ? s³yszy pan ? Cel spo³eczny, - potêga dzia³alno¶ci, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wie¿a Babel szumnych frazesów!
M³ody cz³owiek s³ucha³ uwa¿nie, u¶miechaj±c siê z lekka, tymczasem za¶ jednak znale&fraq14;li siê obaj tu¿ ko³o grupy rozprawiaj±cych zapalczywie mê¿czyzn.
- Stój, panie hrabio, skromnie, a¿ ja zatamujê, przerwê ten oto rw±cy potok dyskusyi!.. - odezwa³ siê znów £ady¿yñski.
Nie okaza³o siê to jednak potrzebnem. Dzier¿ymirski, bierniej od innych bior±cy udzia³ w rozmowie, dojrza³ ju¿ w³a¶nie zbli¿aj±cego siê pana Emila. Wyci±gaj±c przyja&fraq14;nie rêkê ku niemu, z serdeczno¶ci±, przemówi³:
- Emilu? Jak siê masz? có¿ tak pó&fraq14;no?
Romana z £ady¿yñskim ³±czy³y obecnie stosunki przyja&fraq14;ni szczerej. Dzier¿ymirski polubi³ szczerze tego weso³ego zawsze, patrz±cego na ¿ycie trze&fraq14;wo bywalca, a przyjaciela rodziny - ¿ony, nie maj±cego mu przytem za z³e - jak wiadomo - postêpku ongi z Ol±.
- Bynajmniej nie za pó&fraq14;no - odrzek³ swobodnie zapytany, - od godziny dzi¶ tak rojno, niby u ministra... Doj¶æ do Jego Ekscelencyi nie mog³em... - z uk³onem, dokoñczy³ ironicznie.
- A... tak. Rzeczywi¶cie. &hibar;egnaj± mnie czule, - w tym samym tonie odpar³ z u¶miechem Dzier¿ymirski.
- Czy widzisz, Romanie, - ci±gn±³ £ady¿yñski - tego m³odzieñca w monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem ogl±daj±cego w tej chwili tors hrabiny P ?
- Widzê i nie znam!.. - zadziwi³ siê Dzier¿ymirski.
- Co? pas possible!., - zadrwi³ pan Emil. - Nie znasz swoich go¶ci? O, panie prezesie, wstyd i hañba!.. No, ale nic, wybawiê ciê z k³opotu i przedstawiê ci go. Ja go znam!..
- Jak siê nazywa? Il a l'air assez bien!..
- Parbleu, çà va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia Topola-Topolski - obja¶ni³ £ady¿yñski, z ironi±.
- No, ju¿ "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - za¶mia³ siê Roman - ale sk±d¿e go wyrwa³e¶?..
- Przyby³ z Galicyi, rodem z Ksiêstwa Poznañskiego - zaprosi³a go twoja ¿ona. Strze¿ siê, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..
- No, nie gawêd&fraq14;, przedstaw mi go, bo biedak siê zanudzi, tak czekaj±c - rzek³ Roman, i uj±wszy ramiê przyjaciela, skierowa³ siê ku Topolskiemu, id±c za¶, nachylony dyskretnie, szepn±³:
- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym bêdê wobec drugich uczyniæ to samo... Przecie¿ to nonsens wierutny tytu³owaæ jakiego¶ tam Topolskiego hrabi± tu u nas, gdzie roi siê od autentycznych, historycznych rodów...
- E !.. daj pokój, obrazi siê, zreszt± bogaty i epuzer... - odrzek³ z niechêci± £ady¿yñski - in faut lui laisser son illustre illusion.
- Ale¿ w³a¶nie, przeciwnie! - przerwa³ Dzier¿ymirski. - "Bez z³udzeñ", to najlepsza regu³a. Et je t'en prie, zrób, jak ciê proszê...
- No, dobrze, dobrze... Uspokój siê zreszt±... Po³knê "comte", ale je¶li mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz byæ sekundantem! - zawyrokowa³, po swojemu, £ady¿yñski.
- Monsieur Topolski... - szybko wyrzuci³ po chwili, gdy znale&fraq14;li siê ko³o czekaj±cego na nich m³odzieñca.
- Dzier¿ymirski...
Po¶pieszy³ osobi¶cie przedstawiæ siê Roman uprzejmie i natychmiast zagai³ rozmowê.
- Bardzo mi mi³o widzieæ u siebie go¶cia z za Kordonu... Wszak pan przybywa z Galicyi?..
- Tak jest. Wczoraj w³a¶nie mia³em zaszczyt przedstawiæ siê... i tam dalej - recytowa³ po¶piesznie Topolski banaln± ¶wiatow± odpowied&fraq14;, wyja¶niaj±c± jego tutaj obecno¶æ i dotychczasow± znajomo¶æ z gospodarzem.
- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wys³uchawszy go cierpliwie do koñca, przemówi³ Dzier¿ymirski - tymczasem przedstawiê pana par ci, par là, zgoda?.. Venons! - dorzuci³ przyja&fraq14;nie.
- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tu¿ obok nich rozleg³o siê powitanie zwrócone do m³odzieñca, i przed trzema panami stanê³a Ola, w prze¶licznej jasnozielonej sukni balowej, mieni±cej siê, przetykanej srebrem, wdziêcznie ubranej kwieciem wodnych nenufarów.
Topolski sk³oni³ siê wytwornie i przywita³ z gospodyni± domu, oraz, z wpraw± obytego ¶wiatowca, rozpocz±³ natychmiast rozmowê.
Po twarzy Dzier¿ymirskiego tymczasem na s³owa powitalne ¿ony przemknê³o niezadowolenie widoczne i skrzywi³ siê nieznacznie. Posta³ chwilê w niepewno¶ci, poczem, zrezygnowany, rzuci³ Topolskiemu uprzejmych s³ów parê i znik³ w t³umie go¶ci.
Topolski tymczasem, pomimo powierzchowno¶ci, na pierwszy rzut oka aroganckiej nieco, okaza³ siê mi³ym i wprawnym "causeur em", a id±c wolno obok Oli, z o¿ywieniem rozmawiaæ z ni± nie przestawa³.
- Jak to? - mówi³a Dzier¿ymirska - wiêc to pan odziedziczy³ maj±tek w naszych stronach... Wolno wiedzieæ nazwisko dóbr pañskich?..
- Szczêsnaja - odpar³ Topolski.
- Ale¿ to zaledwie o piêæ mil od Gowartowa, gdzie z mê¿em mieszkamy - obja¶ni³a towarzysza Ola. - ¦liczna rezydencya, znam z widzenia... Nie przypuszcza³am zgo³a, ¿e bêdê mia³a w pana s±siada. Bardzo mi mi³o! - dokoñczy³a uprzejmie. Topolski sk³oni³ siê, rzuciwszy jednocze¶nie zdawkowo - banaln± grzeczno¶æ.
- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - pyta³a dalej Ola.
- Tak, pani; to by³ mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... Zna³am doskonale swego czasu dziadka, pañskiego, nous sommes donc en pays de connaissance... By³ to bardzo dystyngowany, zacny i mi³y cz³owiek...
- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zacz±³ sw± wytworn± francuszczyzn± m³odzieniec, lecz przerwa³a mu, snaæ niedos³yszawszy, Ola:
- I obj±³ pan ju¿ swe dobra ?..
- Nie, pani, jadê tam dopiero za parê tygodni...
- Pozna pan zatem Ukrainê, - ci±gnê³a dalej swobodnie m³oda kobieta, - kraj to cudny, ¶liczny, zobaczy pan... Ja go tak lubiê, tak kocham, z ca³ego serca!.. - koñczy³a, z o¿ywieniem.
- Ot bynajmniej nie jest mi obc± Ukraina - po¶pieszy³ z odpowiedzi± Topolski. - Zazna³em ju¿ jej uroku, bywa³em bowiem u stryja dawniej, et je suis tout à fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdziêku, cichego czaru, w tych drzemi±cych stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle têsknoty we wszystkiem!.. - z zapa³em, wyg³osi³ ostatnie s³owa Topolski.
Ola, po raz pierwszy, spojrza³a nañ uwa¿niej. Twarz m³odzieñca w tej chwili pozby³a siê ca³kiem na³o¿onej konwenansowej maski ¶wiatowca, z³agodnia³a jakby i wypiêknia³a.
Przesun±wszy uwa¿nie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego nowopoznanego s±siada wiejskiego w przysz³o¶ci, Ola zdziwi³a siê w duszy niepomiernie, tymbardziej, ¿e nie poza bynajmniej, ale przeciwnie, szczero¶æ w ostatnich s³owach jego d&fraq14;wiêcza³a. Nie spodziewa³a siê podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciêtnego salonowca, za jakiego wziê³a nowego go¶cia, zamy¶li³a siê zatem chwilê, umilk³a, i dopiero, w parê minut pó&fraq14;niej, przypomniawszy snaæ sobie obowi±zki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróci³a siê do Topolskiego.
- Gawêdzê z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjecha³ pan dni temu parê zaledwie... Przedstawiê pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.
Z wdziêkiem, Topolski poda³ natychmiast Oli swe ramiê, rozp³ywaj±c siê jednocze¶nie w podziêkowaniach, grzeczno¶ciach i zasypuj±c zrêcznymi komplementami m³od± kobietê... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadzi³a go ku grupie siedz±cych starszych dam. Im naprzód przedstawiwszy go¶cia, skinê³a nastêpnie na jednego z krêc±cych siê bezczynnie m³odych ludzi, a zapoznawszy z nim swego protegowanego, poleci³a zaprezentowaæ go m³odszym paniom i pannom.
- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- rozleg³o siê po chwili tu i tam po salonach, w milkn±cym w³a¶nie rozmów gwarze, t³o fortepianu bowiem, stoj±cego na zaimprowizowanej estradzie, zbli¿a³a siê w tej samej w³a¶nie chwili s³awna artystka, ¶piewaczka w³oska...
Akompaniowaæ jej zamierza³ znany profesor i muzyk.
Topolski zacz±³ przyciszonym g³osem zabawiaæ grupê pañ i panien, wespó³ z wyfraczon± i wymuskan± m³odzie¿±, uwaga za¶ powszechna zwróci³a siê jednocze¶nie na m³od± i piêkn± W³oszkê.
Coraz ciszej i ciszej, choæ opornie, umilk³ w koñcu, niby morze, t³um wytworny i s³uchaæ poczêto, z pozornem zajêciem...
Wreszcie, w ciszy wzglêdnej jeszcze, odezwa³y siê pierwsze akordy, a w ¶lad zatem obi³ siê o ¶ciany salonów i uszy s³uchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Z³±czona w harmonijn± ca³o¶æ z muzyk± fortepianu, rozleg³a siê, zadr¿a³a uczuciem w³oska pie¶ñ namiêtna i jak ¶wie¿e tchnienie z pod nieba Italii, sp³ynê³a urocza, na rojn± masê go¶ci...
Wstrz±sn±wszy za¶ gam± tonów przepe³nione salony, polecia³a pie¶ñ czysta, skrzydlata, daleko - wyrwa³a siê przez okna na ulice miasta potê¿na, silna, wcisnê³a siê do ka¿dego zak±tka mieszkania Dzier¿ymirskich - zbudzi³a swym czarem dalekim siedz±cego w zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.
Podniós³ g³owê instynktownie, ws³ucha³ siê w modulowan± artystycznie pie¶ñ i westchn±³ po kilkakrotnie...
Korzystaj±c ze zwróconej ogólnie uwagi na maj±cy siê rozpocz±æ wkrótce popis koncertowy, Dzier¿ymirski znu¿ony schroni³ siê by³ tutaj.
My¶li d³u¿ej go przytrzyma³y. Teraz za¶, s³ysz±c daleki, cichn±cy stopniowo szmer t³umnego zebrania, a pó&fraq14;niej wyra&fraq14;ne tony pie¶ni znakomitej ¶piewaczki, z³agodzone oddaleniem, piêkne, marz±ce, drgaj±ce uczuciem i si³± - Roman, w milczeniu s³ucha³ nieporuszony - jakby zaklêty... I odej¶æ st±d nie chcia³o mu siê wcale...
Poddaj±c siê bowiem urokowi s³uchanej pie¶ni, porusza³y siê, tr±cone jakby czyj±¶ d³oni± z lekka, jakie¶ struny w jego duszy, kwili³y cicho, gra³y...
Tymczasem namiêtny glos W³oszki rós³, potê¿nia³...
Wreszcie w po¿egnalnym rytmie ostatnie, dono¶ne, s³owa pie¶ni zabrzmia³y - pola³y siê law± jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrz±snê³y ¶cianami cichej komnaty, a dobieg³y a¿ tu, pod stopy Dzier¿ymirskiego, i zgas³y...
Nasta³a drobna chwilka zupe³nego milczenia, poczem, zg³uszony nieco oddaleniem, zabrzmia³ oklask przeci±g³y, d³ugi, szczery...
Roman przetar³ d³oni± czo³o i powsta³... Trzeba by³o powracaæ do obowi±zków niestrudzonego gospodarza domu.
A tak dobrze by³o mu tutaj! Dawno nie pamiêta tak cichej, niczem nie zam±conej chwili, bez zgrzytu ¿adnego, bez rozterki...
Rozterka!.. By³a przecie¿ ona jego ¿yciem. Tak. Nie tem zewnêtrznem, dla ludzi, dla ¶wiata, ale tem prawdziwem, wewnêtrznem - dla siebie.
Cieñ smutku powlek³ piêkne rysy Dzier¿ymirskiego; rozpamiêtuj±c co¶, zaduma³ siê on znowu.
Nagle brwi zmarszczy³, i jakby przypomniawszy co¶ sobie, siêgn±³ szybko do kieszeni fraka, sk±d wyj±³ welinow± pod³u¿n± kopertê. Rzuciwszy uwa¿nem okiem na wypisany, dr¿±c± rêk±, dok³adny adres, odczytywaæ go pocz±³. By³ to za¶ list do niejakiego pana Wiktora Orlêckiego w Pary¿u. O pismo to chodzi³o Romanowi bardzo od kilku ju¿ tygodni, to jest od czasu, gdy siê dowiedzia³, ¿e wzmiankowany powy¿ej, Wiktor Orlêcki, zamieszka³ w stolicy ¶wiata z oszczêdno¶ci i musu po stracie -maj±tkowej, wynik³ej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem licytacyi maj±tkowej, sumy pieniê¿nej.
Opowiadanie to, pos³yszane przypadkiem, uderzy³o Romana Dzier¿ymirskiego. Rodziny Orlêckich nie zna³, szczegó³ów dowiedzieæ siê nie móg³... Wiadomo¶æ ta jednak niepokoi³a go; ogarniaæ go poczê³a chêæ niezbadana stanowczego zobaczenia siê, z owym Wiktorem Orlêckim, oraz wybadania go zrêcznego.
I od chwili tej nie zna³ ju¿ pragnieñ innych...
Wreszcie pozna³ siê umy¶lnie pewnego dnia z bogaczem, s³awnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlêckim, jedynym krewnym zamieszka³ego, w Pary¿u Wiktora, by w jakikolwiek b±d&fraq14; sposób móc dotrzeæ przez niego do nieznanego mu zgo³a cz³owieka, a trzymaj±cego, mo¿e, kto wie, niæ jego w³asnej zagadki! Dzi¶ dopiero, na kilka godzin przed rautem, uda³o siê zdobyæ list od starego samoluba, dla którego napisanie go nawet by³o ofiar± niew±tpliwie wielk±, zerwa³ bowiem zupe³nie stosunki ze swym krewnym.
Pismo to by³o w kwestyi oderwanej ca³kiem; tre¶æ, poddana przez samego Romana, poleca³a tylko oddawcê w pewnej sprawie wzglêdem synowca starego bogacza, posiadaj±c jednak list ów w kieszeni, Dzier¿ymirski odetchn±³. £atwiej mu ju¿ bowiem by³o, maj±c sposobno¶æ poznania owego Orlêckiego, potr±ciæ w rozmowie z nim o temat pieniê¿nej zguby, którego, jako obcy zupe³nie, prawdopodobnie tkn±æ by nawet z nim nie móg³.
- Ba!.. jeszcze jeden... - westchn±³ Dzier¿ymirski i skierowa³ siê ¶piesznym krokiem ku rozbrzmiewaj±cym ju¿ wrzaw± salonom.
Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono w³a¶nie do du¿ej pustej jadalnej sali, by z kolei przyst±piæ do uczty cia³a i pokrzepiæ siê jad³em, za stawionem poka&fraq14;nie i suto, na olbrzymim pod³u¿nym, przybranym kwiatami, stole.
Roman stan±³ w cieniu portyery, u wej¶cia jednego z ustronnych buduarów, gdzie w tej chwili nie by³o nikogo, i obj±³ spojrzeniem swych go¶ci.
W jego ogromnych salonach by³o ju¿ nieco przestronniej; tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano siê swobodniej... Wypuklej wystêpowa³y teraz wspania³e toalety kobiet, mieni³y siê têczowymi kolory.
Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachluj±cych siê zalotnie dam, ³atwiej mo¿na by³o dojrzeæ obecnie wspania³e klejnoty, po³yskuj±ce, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
Na lewo za¶, ku sali jadalnej, ¶cisk natomiast panowa³. Wiele osób dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzêdu, salonie, oczekiwa³o, rautuj±c tymczasowo, kolei swej, bo przy sto³ach biesiadnych pe³no ju¿ by³o go¶ci, posilaj±cych siê, przewa¿nie stoj±c, wystawn±, urz±dzon± na zimno kolacy±. Paniom i pannom us³ugiwali panowie, jedz±c, flirtuj±c, ¶miej±c siê i bawi±c weso³o.
Obejmuj±c sale wzrokiem, d³u¿sz± ju¿ chwilê sta³ tak Dzier¿ymirski, a na
twarzy jego, w ¶lad za
pewnym jakby odblaskiem wewnêtrznej pró¿no¶ci, zawita³ teraz
melancholijny cieñ...
- Przyszli tutaj - my¶la³ - tak, stawili siê z ró¿nych obozów, sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawi± siê obecnie swobodnie, weseli, splataj±c zarazem sw± obecno¶ci± d³ug grzeczno¶ci ¶wiatowej, zaci±gniêty u niego - po¿yczkê moralnych us³ug, czynno¶ci, zabiegów...
Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli siê tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzier¿ymirskiego, pow³ok± siê kryje, gdyby w zawrotn± g³±b duszy jego zajrzeli!..
O, niew±tpliwie! Przeczytawszy ukryt± tam tajemnicê, odwróciliby siê ze wzgard±...
Dzier¿ymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, cz³owiek czynu, energii, ¿elaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i powa¿any w szerokich ko³ach miasta?..
Jaka¶ pe³na zgrzytów, piek±ca ironia roze¶mia³a siê na glos w duszy Romana.
- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! Zasypujesz im oczy b³yszcz±cym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich wszystkich!..
Roman wstrz±sn±³ siê... W przywidzeniu nag³em ujrza³ on te klasy, sfery - tych wszystkich, przechadzaj±cych siê przed nim, strojnych ludzi, unikaj±cych jego wzroku, uk³onu, uchylaj±cych siê od podania mu rêki, ze wzgard± zimn±, such± na obliczu...
I Dzier¿ymirski, wzburzony nagle, podniós³ g³owê hardo, wstrz±sn±³ bujn± czupryn±, ¶niada twarz jego przybra³a wyraz energii, oraz niez³omnej woli, i wyszepta³:
- Nie dam siê, nie dam!.. - zacisn±³ instynktownie piê¶ci i dokoñczy³ ciszej jeszcze: - Korz± siê oni przede mn±, kornymi zostan±; bo ja tak chcê i tak byæ musi!..
Dzier¿ymirski bowiem w tej chwili nie ba³ siê rzeczywi¶cie ciemnej, nierozwi±zanej jeszcze ¿ycia zagadki - ufa³ w siebie!..
W ukryciu swem, niedostrze¿ony przez nikogo, sta³ d³ugo jeszcze... Uspakaja³ siê stopniowo, a z równowag± umys³ow±, wywalczan± zwykle wol± ¿elazn± - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pe³ny samowiedzy, po raz setny znowu wstêpowa³ do duszy jego.
- Galernikiem jestem!... - szepn±³ Roman z gorycz±. - Nie tym, z piêtnem ludzkiej sprawiedliwo¶ci na czole, potêpianym, ale mo¿e gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucaj± hojnie, a on je z rumieñcem wstydu ukryæ by rad przed sumieniem, lecz nie mo¿e!. W ciemniê zagadki wpatrzony b³êdnie, wij±cy siê bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem b³êdnego ko³a przeznaczenia w³asnego jestem, bryzgaj±cym ¶wiatu fa³szem mego "ja", potrafi±cym go odurzyæ komedy±, gran± znakomicie, nie mog±cym za¶, niestety, zag³uszyli tylko - siebie!..
(przypis - tu ksi±¿k± jest spalona, elementy wziête w nawias kwadratowy s± dokoñczeniem wyrazu, b±d&fraq14; oznaczeniem przerwy w tek¶cie)
I Dzier¿ymirski przesun±³ d³oñ po czole, jakby pragn±c zetrzeæ z niego ostatecznie my¶li niepos³uszne. Stan±³ po chwili przed lustrem, rozczesa³ starannie w³osy i brodê, poprawi³ szczegó[³y swej] toalety, a przybrawszy zwyk³± codzie[nn± pozê] oblicza - przest±pi³ sprê¿y¶cie próg z[ bu]duaru... Rzuci³ znowu oczyma po salac[h ].
Druga, czy trzecia partya go¶ci [ ]raz wieczerzê, a tamci, syci, przechad[zali siê po] nim. Nagle ujrza³ w dali sylwetkê w[ ] szukaj±cej uparcie wzrokiem kogo¶ ws[zak po] chwili oczy ich spotka³y siê, Ola u¶mie[chnê³a siê ] i przyzywaæ go poczê³a skinieniem g³owy. [Równocze]¶nie kto¶ szybko uchwyci³ za rêkê Romana.
- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmia³ g³os £ady¿yñskiego. - Co z tob± siê dzieje? Kolacya rozpoczêta, pani Ola ciê szuka, go¶cie dopytuj± siê o ciebie bezustannie, a ty¶, jak w wodê wpad³... Bój siê Boga, wielki cz³owieku, có¿ z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wzi±wszy pod rêkê Dzier¿ymirskiego, prowadziæ go pocz±³ poprzez salony.
Roman za¶ teraz dopiero zda³ sobie sprawy dok³adnie, jak widocznie d³ugo nie by³o go pomiêdzy go¶æmi.
- Telefonowano do mnie, interes bardzo wa¿ny!.. Naprêdce za³atwiæ musia³em korespondencyê... - sk³ama³ g³adko.
- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - za¶mia³ siê £ady¿yñski - wiesz co ? Ja my¶lê, ¿e je¿eli tak d³u¿ej potrwa, to i w nocy bêdziesz przewodniczy³ sesyom, a niby ¶. p. Napoleon godzin parê tylko spoczywa³ w objêciach Morfeusza!..
(przypis - druga strona spalenizny)
[Rom]an na tê uwagê nic nie odpowiedzia³, bo [ ]go. Panowie i panie przyw³aszczali so[bie ]gi nieobecnego tak d³ugo gospodarza do[ ]iê z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]ry³ siê i tu nawet, zrêcznie wyzyskuj±cy [ int]eres osobisty.
[Dzier¿y]mirski za¶, ze zwyk³± sobie pozorn± po[wag± ] poddawa³ siê temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]ia³ z o¿ywieniem i niebawem znik³ z oczu, [ ] fal± go¶ci. W tryby swe, kó³eczka i ko³a [ ]a³a go znowu machina ¿ycia, ¶cieraj±c walkê [my]¶li, wra¿enia z przed chwili, barwnym, bawi±cym siê "towarzyskim ¶wiatem", tak, jak wczoraj czyni³a to interesami, sesyami, prac± spo³eczn±, lub czem innem wreszcie...
To w³a¶nie ¿ycie czynne by³o najwiêkszem mo¿e czasowem lekarstwem Romana - by³o jego morfin±, której za moraln± dawk± zapomina³ chwilowo o wszystkiem.
Tymczasem czas mkn±³ szybko. Po skoñczonej ju¿ zupe³nie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu o¿ywienia doszed³ raut prezesowstwa Dzier¿ymirskich... Salony rozbrzmia³y zdwojon± zabaw± i rozmow±. Na wszystkich prawie twarzach widnia³o szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze zawdziêczano niezmordowanym, go¶cinnej uprzejmo¶ci pe³nym zabiegom Romana i Oli.
Eleganckie ich sylwetki, w¶ród barwnej l¶ni±cej fali zaproszonych osób, miga³y szybko, znajdowa³y, zdawa³o siê, wszêdzie, by tylko uprzyjemniæ, rozruszaæ i zabawiæ wszystkich, umiejêtnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kó³ i kó³eczek swych go¶ci.
Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywaæ siê poczê³o coraz wiêcej swobodnego miejsca...
Wybi³a gdzie¶ godzina wpó³ do trzeciej. High life miejscowy pierwszy da³o has³o do odwrotu, za jego przyk³adem, ¶ladem posz³y i sfery inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedziñca zatêtnia³y liczne uderzenia kopyt koñskich, zamajaczy³y ogniki u latarñ dziesi±tek powozów i karet. Rozje¿d¿a³o siê t³umnie i coraz szybciej.
U wej¶cia wyludniaj±cych siê coraz bardziej salonów, znowu stali teraz Dzier¿ymirscy, ¿egnaj±c wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.
- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuci³a na po¿egnanie Ola odchodz±cemu ju¿ w tej¿e chwili Topolskiemu.
- Najmilszym to dla mnie bêdzie obowi±zkiem!.. - zabrzmia³a, w uk³onie wytwornym skwapliwa jego odpowied&fraq14;.
Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, zajrza³a w swej gwia&fraq14;dzistej szacie do salonów Dzier¿ymirskich.
Ciep³ym, rze&fraq14;kim powiewem zmiesza³a siê ona z pozosta³± tu woni± perfum, potu cia³a i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknê³a g³ów siedz±cych w zacisznym buduarze Romana i Oli.
Ola z lubo¶ci± wci±gnê³a w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzek³a:
- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za mi³y i ¶wie¿y powiew!..
Dzier¿ymirski, pal±cy w zamy¶leniu papierosa, spojrza³ na wdziêczn± postaæ ¿ony, opiêt± zgrabnie w ¶liczn± dekoltowan± sukniê, i d³u¿ej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcz±c, z u¶miechem skin±³ potakuj±co g³ow±; po chwili za¶ rzuci³ papierosa precz od siebie i przysun±wszy fotel bli¿ej do kanapki; gdzie siedzia³a Ola, po³o¿y³ miêkk± d³oñ sw± na jej ma³ej r±czce.
- Wiesz, kochanie - rzek³ ³agodnie i z wolna - ¿e ja ju¿ jutro do Pary¿a jechaæ muszê...
- Ju¿ jutro?.. - wykrzyknê³a ze zdziwieniem Ola. - Mieli¶my jechaæ razem do Gowartowa - doda³a nastêpnie z ¿alem - a ty za granicê dopiero pó&fraq14;niej...
I oczy Oli pociemnia³y nieco, na twarzy za¶ odbi³ siê cieñ widocznego jakby rozczarowania. Dzier¿ymirski u¶miechn±³ siê na tê minkê niezadowolon±.
- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknê³o mu przez my¶l, poczem ³agodnie, g³aszcz±c d³oni± r±czkê Oli, mówi³ pieszczotliwie znów dalej, pali³y go ju¿ bowiem gor±czk±: list schowany w kieszeni i nadzieja wpadniêcia mo¿e na tak dawno poszukiwany trop.
- Wierz mi, zwlekaæ nie mogê, muszê jechaæ natychmiast... Zreszt± przyjadê do Gowartowa pó&fraq14;niej.
- Ale¿ wczoraj jeszcze - ¿achnê³a siê Ola - mówi³e¶ mi, ¿e nic tak dalece pilnego nie powo³uje ciê...
- Ho-ho gniewy!.. - zauwa¿y³ lekko i ¿artobliwie Dzier¿ymirski. - Có¿ to, mo¿e moja pani chcia³aby mnie mieæ tak ci±gle à ses trousses?.. - I mówi±c to, powsta³, zbli¿y³ siê do ¿ony, a uj±wszy jej obie d³onie, po³o¿y³ je u¶miechniêty sobie na twarzy i wargami muskaæ pocz±³ delikatnie, bawi±c siê jednocze¶nie brzêcz±cemi na r±czkach Oli bransoletkami.
- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - przedrze&fraq14;nia³ z kolei - wczoraj nic nie wiedzia³em jeszcze, a dzi¶... - tu Roman spu¶ci³ oczy - na raucie w³a¶nie uchwalili¶my razem z cz³onkami nowozak³adaj±cej siê wspó³ki Przemys³u Fabryczno - Krajowego, ¿e ja, jako delegowany, muszê, jechaæ czemprêdzej do Pary¿a, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleñ fabrycznych...
Roman umilk³, pu¶ci³ delikatnie d³onie ¿ony i wyj±³ ruchem szybkim zegarek.
- Oho - po trzeciej... Pó&fraq14;no, cherie, ju¿ k³a¶æ siê pora - i koñcz±c jakby poprzedni± rozmowê, dorzuci³: - No, i có¿, moje ¿ycie, widzisz teraz, i¿ nie jechaæ jutro nie mogê...
- Zapewne. Ty zawsze nie mo¿esz, gdy nie chcesz! No, ale có¿ robiæ... Jed&fraq14;... Tylko w takim razie proszê mi d³ugo tam nie siedzieæ i pisaæ listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieæ o mnie zupe³nie - tu Ola z u¶miechem pogrozi³a mê¿owi palcem i doda³a jeszcze: - bo Pary¿ - Pary¿em, ho, ho, ja znam siê na tem!.. Nie oszukasz mnie tak ³atwo...
- Ale có¿ znowu? - ¿achn±³ siê Dzier¿ymirski, ale tym razem zupe³nie szczerze. - Có¿ za my¶li - u¶miechn±³ siê, a potem dorzuci³ ca³kiem powa¿nie: - Wiesz przecie, ¿e prócz ciebie, ¿adna na ¶wiecie kobieta nie obchodzi mnie zgo³a!..
Z wdziêczno¶ci± spojrza³a nañ Ola.
- Wiem i wierzê - rzek³a - a poniewa¿ i mnie têskno bez pana mego bêdzie, wiêc i ja jutro pojadê...
Zatrzyma³a siê, spojrzawszy filuternie na mê¿a, cieñ bowiem mimowolny przebieg³ po twarzy jego...
- Nie, nie do Pary¿a!.. - roze¶mia³a siê szczerze, jakby my¶li Romana zgaduj±c - ale do Gowartowa!..
U¶miechn±³ siê z kolei Dzier¿ymirski.
- Dobrze! - wykrzykn±³ weso³o. - Zatem jutro - marsz! Poniewa¿ za¶ poci±g mój wychodzi pó&fraq14;niej od twego, wy¶lê pakunki nasze przez s³u¿bê i odwiozê ciê na kolej powozem. A teraz - ci±gn±³ dalej - spaæ!... Dobranoc, kochanie, zmêczon± jeste¶.
Poca³owa³ Olê serdecznie w obie rêce i czo³o - ma³¿eñstwo znu¿one rozesz³o siê...
Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzier¿ymirskich pogas³y wszystkie ¶wiat³a. Cisza i u¶pienie, prowadz±c siê za rêce, wst±pi³y do roj±cych siê tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostar³y siê wszêdzie i mrokiem sennym otuli³y wszystko doko³a.
- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
Okrzyk ten jêdrny, dono¶ny, a wyrzeczony najczystszym francuskim akcentem, obi³ siê o s³uch pasa¿erów poci±gu, podje¿d¿aj±cego pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudzi³ drzemi±cego w wagonowym przedziale Dzier¿ymirskiego.
- Par... - ris !.. - zabrzmia³o przeci±gle raz jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwa³ siê, a pochwyciwszy podró¿n± torebkê, wyskoczy³ ¶piesznie na peron.
Bieganina, ruch, zgie³k, ogarnê³y go natychmiast, oszo³omi³y chwilowo ca³kiem; w parê minut dopiero, zoryentowawszy siê, poszed³ Dzier¿ymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobie¿n± z baga¿em swym za³atwiwszy formalno¶æ, w kwadrans pó&fraq14;niej znalaz³ siê ju¿ w doro¿ce, na bulwarach.
Zapaliwszy cygaro i rozpar³szy siê wygodnie, z przyjemno¶ci± przypatrywa³ siê on teraz od bardzo ju¿ dawna nie widzianej nadsekwañskiej stolicy.
¦rodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulic±, wymija³y go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, ró¿nobarwne omnibusy konne, ekwipa¿e, samochody; ca³y zastêp ruchliwy pojazdów tamowa³ co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywaæ siê by³a zmuszona wioz±ca Romana doro¿ka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyni³a porz±dek - poczem ruszano znowu.
A pod wynios³emi drzewami, po bokach, snu³y siê po¶piesznie przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmuj±cych czê¶æ chodnika, pe³no by³o równie¿ i gwarno od konsumentów - p³ci obojga oraz ró¿nych stanów.
I jaki¶ pr±d kie³kuj±cego, czynnego bezustannie ¿ycia, lec±cego na o¶lep jakby przed siebie, niepomnego by³ego, znik³ego ju¿ "wczoraj", w ci±g³ej, ¶piesznej pogoni tera&fraq14;niejszo¶ci i jutra - bi³ od tych uganiaj±cych siê mas ludzkich, zawrotn± si³± ci±gn±³ jakby ku sobie - poch³ania³ i wabi³...
W p³uca swe wci±gaj±c bezwiednie tchnienie tego ¿ycia, tocz±cego siê z ³oskotem swego perpetuum mobile, Roman dojecha³ wreszcie do jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy siê niebawem, znu¿ony po³o¿y³ siê i zasn±³.
Przespawszy w kamiennym ¶nie zmêczenia dobrych godzin kilka, Dzier¿ymirski zabra³ siê energicznie do celu swego tutaj przybycia. Wybieg³ na miasto.
Dla oryginalno¶ci i pod wp³ywem przypomnienia u¿ywanej za studenckich jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" usadowi³ siê na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozgl±daæ siê pocz±³ woko³o.
U stóp jego, blisko, w granitowem pod³o¿u toczy³a sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosi³y siê ponure nieco kwadraty wie¿yc katedry Notre Dame, w prawo za¶ majaczy³ Luwr olbrzymi. Dalej znów b³yszcza³ ozdobami most Aleksandra III-go, odcina³a siê na tle nieba wie¿a Eiffel - w perspektywie, kopu³a pa³acu Inwalidów z³oci³a siê w promieniach majowego s³oñca...
A po Sekwanie, kr±¿±c, uwija³y siê parowe statki, zatrzymywa³y siê u licznych przystani, obs³uguj±c bezustannie mieszkañców stolicy.
Trzês±c niemi³osiernie, ¿ó³tawy, w trzy siwe konie zaprzê¿ony, omnibus zatrzymywa³ siê w³a¶nie na jednym z przystanków, gdy obserwuj±cy ci±gle Pary¿ Dzier¿ymirski, zda³ sobie nagle sprawê, ¿e mieszkanie Orlêckiego mo¿e byæ ju¿ blisko, i pocz±³ schodziæ szybko po krêtych schodkach, ³±cz±cych piêtnastocentymow± impériale z trzydziestocentymowym pado³em.
Znalaz³szy siê na bruku, Roman przy¶pieszy³ kroku, i wymin±wszy kilka w±skich zau³ków, znik³ w bramie jednego z domów. W chwilê pó&fraq14;niej dzwoni³ na krêtych ciemnych schodach starej, jak ¶wiat, kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlêckiego. Otworzy³a mu m³oda, fertyczna s³u¿±ca, w charakterystycznym bia³ym czepeczku na g³owie.
- Monsieur Orlêcki? - zapyta³ Dzier¿ymirski.
- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - pos³ysza³ zwiêz³± odpowied&fraq14;.
Zawiedziony Roman skrzywi³ siê, z niechêci± i zagadn±³:
- A jutro o której godzinie zastaæ go bêdzie mo¿na?
- O, jutro zgo³a co innego. W Niedzielê pan przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowa³a przybysza m³oda Francuzka.
- A zatem przyjdê jutro o tej¿e godzinie - odpar³ Dzier¿ymirski, i siêgn±wszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlêckiego, wrêczy³ je s³u¿±cej,
- Proszê oddaæ
